Przewodnik po naszych lekturach bałkańskich

13 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Liczba dróg na Bałkanach wcale nie jest taka mała, nawet jeśli na drogi czasem ktoś tu narzeka.
(Jest taki śmiałek/śmiałkini?). Pytanie skąd i dokąd.

Powiedzmy, że jesteś, Czytelniku/Czytelniczko spragniony wakacji w byłej Jugosławii.

Tu należy polecić „Jugosławię. Rozsypaną układankę” Pomykalskich — rzecz najbliższą przewodnika, bo w gruncie rzeczy to zbiór obrazków z podróży. Obrazków, które łączą uroki architektury, atmosferę miejsc, historię, ciekawostki i kulturę. Z książki można wynieść sporo inspiracji do organizacji wyjazdu. No chyba, że ktoś chce zdobywać szczyty, albo odwiedzać plażę — tu autorzy nie dają rekomendacji… Ale to można doczytać.

● Beata i Paweł Pomykalscy, Jugosławia. Rozsypana układanka, Bezdroża, 2017

Pewną alternatywą, czy uzupełnieniem może być „Adriatyk” Uwe Rady. Owszem, tu mniej o kulturze, czy ciekawostkach, a zupełnie już nie przypominam sobie dyskusji o kulinariach. Za to więcej i głębiej o historii — Pomykalscy podróżują jako zafascynowani turyści (choć nie są im obce poważniejsze spostrzeżenia), Uwe Rada tworzy eseje historyczne.

● Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, tłum. Andrzej Robak, Wydawnictwo UJ, 2016

***

Oprócz tego oczywiście istnieje wiele przewodników. Zerkaliśmy, doczytywali… Każdy ma swoje wady i zalety, wszystkie jednak bardziej służą do doinformowania niż do lektury w długie zimowe wieczory.

***

Nad Bałkanami wisi jednak widmo niedawnych wojen. Gdzieniegdzie zupełnie namacalne, jak w zrujnowanych domach w Bośni i Hercegowinie. Jeśli zaś czytać o konfliktach to wybór jest duży.

Dla nas pierwszą lekturą i to lekturą bardzo ważną i mocną były „Bałkańskie upiory” Roberta D. Kaplana. Wizja Bałkanów sprzed wojen (ostatnich), wizja mroczna — krain przesiąkniętych nacjonalizmem i upadkiem. Że Kaplan jeździł w latach 80-tych to potraktowano go jako proroka zwiastującego późniejsze zbrodnie — na co sam chętnie przystał…

● Robert D. Kaplan, Bałkańskie upiory. Podróż przez historię, tłum. Janusz Ruszkowski, Czarne, 1993

Jeśli ktoś sięgnie po gruby tom Kaplana, to zalecałbym także zerknięcie do Todorovej. O ile Kaplan pisze o Bałkanach z wyższością „człowieka Zachodu”, to Todorova tropi takie poczucie wyższości u gości. Bardziej zresztą tym tropieniem jest zajęta niż samymi Bałkanami… To dobra odtrutka i ciekawe wyjaśnienie bałkańskich historii. Należy jednak przestrzec czytelnika: to odtrutka na poczucie własnej wyższości i potępianie barbarzyńskości mieszkańców Bałkanów, ale dla pragnących je poznać nie wnosi zbyt wiele.

● Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Magdalena Budzińska, Jan Dzierzgowski i Piotr Szymor, Czarne, 2014

Czymś pomiędzy mogą być eseje Ivana Čolovića. To głosy serbskiego intelektualisty, który sprzeciwia się szerzącemu się wokół nacjonalizmowi. (Dodajmy: po-jugosłowiańskiemu, bo nie tylko serbskiemu.) Tropi go
w kulturze, dostrzegając że wbrew obiegowej opinii, to nie „barbarzyńskość”, ale właśnie „kultura”
nakładają przymus mordowania wrogów.

Wśród narzekań autora na wszechobecność nacjonalizmu (także po klęsce) i na toksyczność wezwań do serbskiego (czy chorwackiego) ducha, Čolović w zasadzie uczłowiecza mieszkańców Serbii. Zwłaszcza z polskiej perspektywy, bo nasz język polityczny, albo związki polityki z religią, tak bardzo się nie różnią…

● Ivan Čolović, Bałkany. Terror kultury, tłum. Magdalena Petryńska, Czarne, 2007

Kontynuując ścieżkę intelektualnych rozważań nad źródłami przemocy i czystek etnicznych muszę tu przywołać Davida Rieffa, choć on pisze już z australijskiej perspektywy, nawet jeśli zainspirowany przeżyciami z wojny w Bośni (o samej książce dowiedziałem się od Vulliamy’ego, którym dalej).

David Rieff poświęcił swój esej problematyczności pamięci historycznej. Aż się waham, gdzie postawić cudzysłów, bo po lekturze Rieffa tu „problematyczne” jest wszystko. Nie pamiętamy bowiem „historii”, a tylko pewne mity na jej temat, które nas kształtują. A skoro to nie przeszłość, to trudno mówić o pamięci.

Rieff daje do myślenia.

Mnie, na przykład, skłania do stwierdzenia, że wszystko co jest tak bardzo ludzką cechą „po coś jest”. Także pamięć fałszywych wydarzeń z przeszłości. Że sztuką nie jest więc jej odrzucenie, co znalezienie właściwych proporcji – tak by budować wspólnotę, a nie burzyć; by znajdować wsparcie dla innych, a nie wrogość; by wreszcie odstraszać napastników, ale nie mścić się na nikim…

● David Rieff, Against Remembrance, Melbourne University Press, 2011

***

Ścieżka od „Bałkańskich upiorów” zaprowadziła do kwestii pamięci historycznej. Czyli oddaliła się daleko od Bałkanów geograficznie, choć pozostała blisko tematycznie. A wracając na grunt lokalny to przychodzi czas na wspomnianego Vulliamy’ego.

Ed Vullliamy był dziennikarzem Guardiana; redakcja wysłała go, by „rzucił okiem” na niepokoje w Jugosławii — i tak się zaczęło…

Vulliamy należał do najważniejszych dziennikarzy piszących reportaże o wojnie w Bośni i Hercegowinie, to on „odkrył” obozy koncentracyjne, w których Serbowie więzili Boszniaków — z tego powodu był świadkiem w procesach zbrodniarzy wojennych i przedmiotem pytań, o to jak daleko sięga zawód dziennikarza. Książka „Umarła wojna, niech żyje wojna” to niejako dalszy ciąg — autor śledzi los poznanych wówczas Boszniaków, ich życie na emigracji, ich powroty, wreszcie ich niesłabnącą żądzę zemsty…

To ponura lektura, choć można znaleźć wiele smaczków dla siebie — np. w opisie życia muzułmańskich imigrantów w Wielkiej Brytanii.

● Ed Vulliamy, Umarła wojna, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, tłum. Janusz Ochab, Czarne, 2016

Wymieniłem tu na pierwszym miejscu Vulliamy’ego, choć po podobny temat bośniackich rozliczeń sięgnął też Wojciech Tochman, który ze względu na węższe zakreślenie tematu (interesuje go głównie odnajdywanie śladów zbrodni, tak by rodziny mogły pochować swoich zmarłych) i mniejszą objętość powinien być bardziej przystępny dla czytelnika.

● Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Literackie, 2003; audiobook czyta Ksawery Jasieński

***

Vulliamy i Tochman piszą o wojnie z lat 90-tych. Nas ciekawiła także historia z czasów komunizmu.

Z tego punktu widzenia, szczęśliwie się złożyło, że w tym roku ukazało się „Błoto słodsze niż miód” Małgorzaty Rejmer, która postanowiła zgłębić komunizm w wydaniu albańskim, zbierając opowieści przeciwników (głównie) systemu.

Po co czytać Rejmer, skoro każdy wiele już na ten temat przeczytał? Dam dwie odpowiedzi:

Po pierwsze, Rejmer znakomicie pisze (za książkę „Bukareszt. Kurz i krew” nominowano ją do nagrody Nike, a teraz „Błogo i krew” przyniosło jej nominację do Paszportów Polityki); po drugie komunizm albański był specyficzny: Albania zerwała z ZSRR po śmierci Stalina, wciąż utrzymując związki z Chinami. Chiny jednak też stały się z czasem zbyt liberalne, a pogrążony w osamotnieniu kraj pogrążył się w wielkim kryzysie, aż przywódca umarł… Potem, co prawda, też się działo ciekawie, ale to już nie jest tematem książki pani Małgorzaty Rejemer.

● Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii, Czarne, 2018

Inna pozycja o latach komunizmu, też o czymś specyficznym z polskiej perspektywy to „Naga Wyspa” Božidara Jezernika.

Tytułowa „Naga Wyspa” to jedna z wysp Dlamacji, położona w sąsiedztwie Krk, która stała się miejscem odosobnienia dla przeciwników Tity. Swoisty paradoks: jeden z najgorszych stalinowskich gułagów został stworzony dla izolacji i reedukacji zwolenników… Stalina.

Božidar Jezernik wgłębia się w psychologię więźniów, pokazując szczegółowo, jak destrukcyjnie działało to więzienie. A z punktu widzenia turysty, pokazuje jak złowrogie dzieje mogą mieć pozornie urocze wysepki na Adriatyku.

● Božidar Jezernik, Naga Wyspa. Gułag Tity, tłum. Joanna Pomorska, Joanna Sławińska, Czarne, 2013

***

Wciąż chodziło za nami pytanie o źródła bałkańskich nienawiści. Wojna z lat 90-tych miała się zacząć od zaburzeń w Kosowie, które z kolei wywołały serbski nacjonalizm, który z kolei zintensyfikował przemoc w sporach graniczno-niepodległościowych…

Trzeba było więc sięgnąć po historię bitwy na Kosowym Polu. Tu bym polecił zbiór artykułów wydany pod patronatem Histmag.org: Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych. O bitwie co prawda dowiemy się tu niewiele, ale właściwie wszystko to, co jest potrzebne dla zrozumienia miejsca Kosowa w pamięci narodowej Serboów. Bo od bitwy ważniejszy jest kulturalny kontekst sprawia, że dla Serba Kosowe Pole to dużo więcej niż jakakolwiek bitwa — to istota kultury narodowej.

Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych (praca zbiorowa), Histmag, 2009

Spragnieni bardziej szczegółowej wiedzy mogą sięgnąć też po Bitwę na Kosowym Polu Ilony Czarmnańskiej, która dokończyła książkę nieżyjącego już Jana Leśnego. W porównaniu do artykułów ze „Źródeł nienawiści” nie wnosi ona wiele do wiedzy o bitwie na Kosowym Polu, jako czynniku nacjonalizmu, ale lepiej ilustruje okoliczności i znaczenie — choćby rolę takiego Dubrownika w jej czasach.

● Ilona Czarmańska, Jan Leśny, Bitwa na Kosowym Polu 1389, Wydawnictwo Poznańskie, 2015

***

Z przeglądu wynika mi, że nie napisałem jeszcze o czterech książkach. Dwóch z nich jeszcze nie przeczytałem, stąd i brak zrozumiały. O dwóch mogę jednak wspomnieć, tylko trudno je gdzieś podpiąć.

Bo takie „Międzymorze”? Ziemowit Szczerek napisał książkę o Europie Środkowej, niejako badając istotę „Międzymorza” wydumanego przez polską dyplomację. Notuje więc czasem lokalne osobliwości i style, ale wszystko to z pamięcią o Polsce — trudno więc polecać go, jako przewodnik po byłej Jugosławii i jej historii. Chyba, że ktoś chce wiedzieć akurat tyle, ile mu potrzeba do krytykowania polskiej dyplomacji…

● Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Agora S.A., Czarne, 2017

O Ivo Andriciu pisałem już raz, trudno mi więc się powtarzać. Dodam tylko, że również na podstawie innych lektur most w Visegradzie staje się niejako punktem centralnym Bałkanów. Piszą o nim: Vulliamy, Pomykalscy,
Szczerek, oraz niewymieniony wyżej Christopher Hitchens we wstępie do „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West.

● Ivo Adrić, Most na Drinie, tłum. Halina Kalita, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1985

***

Dwie wciąż nieprzeczytane książki, leżące w pamięci czytnika, to: „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West, oraz „The war in Eastern Europe” Johna Reeda. Może przyjdzie jeszcze na nie czas?

Reklamy

Pannonhalma

12 grudnia 2018

czyli figa z makiem

Dojechali o 17:02, a tu cenność bezcennie-juneskowa czynna do 17:00!…
O zgrozo, o boleści, o ironio!

Nic to, pogoda tryumfalna, widoki rozległe, spacery balsamiczne (tłumy odjechały już).
A na tym świętym wzgórzu – gdzie być może święty Marcin się urodził (jeśli nie w Savarii;-/) i skąd chrześcijaństwo Madziarom zaszczepiano – atrakcyjnych obiektów towarzyszących Opactwu mamy multum…
Lawenda pachnie, figi owocują.

Figę z makiem przełknąć ostatecznie można.
Zabrać kilka tuzinów do domu…

Czy już powiedzieli, że i chcieli i nie chcieli do dom wrócić nocą sb/nd?
Bo niby pogodne prognozy argumentowały, iżby się kopsnąć niedzielnie w kratery masywu Pol’ana.
Bo wśród różnorakich sekretnych znaków i kodów, symetrii tudzież odpowiedniości trasy (czyńcie sobie z życia dzieło sztuki, a jeśli nie potraficie, to choć enigmę) jest tym razem i taka prawidłowość poćciwa, iż na wędrówki chadzają we wtorki, piątki oraz niedziele.
Z drugiej jednak strony przejść się można i w Krk, wyspawszy się w łóżku własnym.

Tak uczynili. Wyruszywszy około dziewiętnastej – polnymi drożynkami, ba, nawet z okołozwoleńskim zwodem pani Satnav – do dom na pierwszą w nocy dotarli, o drugiej horyzontalizację błogą osiągnęli. W niedzielę zaś – leśnowolsko – ponad 200% wysiłkowej normy wykręcili.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[29.9.2018: Pécs. Siófok. Pannonhalma*. 30.9.2018]

Ilustracje – Pak4

Siófok

11 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Przejeżdżając wokół Balatonu w ubiegłym roku, zapamiętaliśmy głównie północne wybrzeże. Tu jakaś ciekawa góra, tam jakiś półwysep, to znowu zmiana typu zabudowy i krajobrazu… Wrześniowy dodatek urlopowy pozwolił nam poznać zachodni kres Balatonu. Tymczasem południowy brzeg zapamiętał się, jako dość monotonny ciąg niskiej zabudowy urlopowej, bez wyraźnego rozróżnienia mijanych miejscowości.

Gdy więc w tym roku mapa i przewodnik skierowały nas do Siófok, było to dla nas odkrycie. Na południowym brzegu istnieje nie tylko niska zabudowa jedno- czy małorodzinna — istnieją też parki, secesyjne stacje kolejowe, wieże ciśnieniowo-widokowe, place i miejsca na koncerty. W samym Siófok stoi też kalwiński zbór projektowany przez Makovecza*.

Do naszych odkryć można dopisać, za przewodnikiem, że w Siófok noc nie zapada, że wciąż trwa zabawa i drenaż kieszeni. W tej sprawie musimy jednak wierzyć przewodnikowi na słowo, gdyż przybywszy we wczesne popołudnie widzieliśmy tylko piratów wyruszających na Balaton, mechaniczne byki szykujące się do zrzucania jeźdźców i grupę zabawowiczów, którzy znajdowali się między wybudzeniem ze snu a początkiem zabawy.


*) Nie widzę wielkości Makovecza, ale pewną oryginalność, która czyni z jego projektów warte odwiedzenia ciekawostki — owszem.

Zdjęcia: basia i Pak4

[29.9.2018: Pécs. Siófok*. …]

Ilustracje – Pak4

Pécs

9 grudnia 2018

Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?
…Aż tak, jak by się chciało… oczekiwało… książkowe podstawy miało (np. nasz Ekspert KV zalicza Pécs do swoich ulubionych)… drogi znacznie naddało… biwak chłodny z gracją przetrzymało…

Koniec włóczęgi się zbliża, adrenalinka siada?
To byłaby teza Szefa, potwierdzana przez wielu nomadów incydentalnych:
– Pod koniec byłam naprawdę zmęczona – powiedziała znajoma o swoim trzytygodniowym eksplorowaniu Ameryki Południowej, w tym gór. – Choć gdybym nastawiła się na pięć tygodni, zmęczenie przyszłoby prawdopodobnie później.

Oni się nastawili na szesnaście dni. Pogoda wciąż jak marzenie (ha, nocki chłodniejsze, kto by przypuścił?!)… Węgry osiągnęli, czyli jak w domu (choć południowe, co i raz Serbią czy Chorwacją zalatujące).

Energicznie więc starówkę okrążyli; prawdopodobnie szerzej, niż studenci celebrujący od rana swój tradycyjny bieg alkoholizowany.

I jak, wart odskoku, czy nie?
…Hmmm, na zdjęciach ładny bardzo… choć… rzeka i większa zwartość centrumka by nie zaszkodziły.

(A jako cel główny pięciodniowego wypadu będzie przepysznościowy!)

Zdjęcia: Pak4 i basia

[29.9.2018: Pécs*. … ]

Okolice teatru

Ratusz z dachówkami Zsolnay

Pécs, UNESCO

Plac Széchenyi’ego i największy zabytek turecki na Węgrzech

Ilustracje – Pak4

Bitwy podwójne

8 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czytaliśmy o Janie Hunyadim i Gospodynię zaintrygowała wzmianka o drugiej bitwie na Kosowym Polu, w 1448 roku. Zresztą sułtanem też był Murad, tyle że z numerem II — tak jak bitwa.

Jak to, dwie bitwy w tym samym miejscu? — padło pytanie. Bo niby z historii znamy dwie bitwy pod Chocimiem, ale wiadomo, twierdza, twierdzę oblegać można wielokrotnie. Co wiadomo chyba od czasów bitew pod Kadesz…

Ale Kosowe Pole to nie twierdza, którą można oblegać. Po cóż więc tyle krwi o nie przelewać?

***

Inny przypadek z historii, gdzie numeruje się bitwy — Guadalcanal. Przykład skrajny, bo niby nazwanych „pod Guadalcanalem” bitew znalazłyby się tylko dwie, ale że tylko dwie to dlatego, że pozostałych parę nazwano od jego przylądków, czy pobliskiej wyspy Savo.

Ale znowu to rzecz naturalna, bo wszystkie bitwy odbyły się w ramach jednej kampanii. Amerykanie zdobywając wyspę, musieli chronić swoje wojska i transportowce od kolejnych nocnych ataków japońskiej floty. Co prawda dzięki temu były bitwy i lądowe i morskie… Tymczasem na Kosowym Polu mamy ponad pół wieku różnicy. Nawet przeciwnicy nie ci sami. No, nie do końca ci sami.

***

Jeszcze inny jest przypadek Tannenbergu. A przynajmniej tego, co świat zna jako bitwy pod Tannebergiem, bo w Polsce mówimy o bitwie pod Grunwaldem, słowo Tannenberg rezerwując dla tej drugiej. Propaganda krzyżacka zrobiła swoje — „ich” Tannenberg sprzedano światu, nasz Grunwald, czy Żalgiris, pozostały regionalne. (No dobrze, polski, współczesny Stębark miałby jeszcze mniejsze szanse — jednak niemczyzna lepi się bardziej do języka globalnego odbiorcy mediów.)

W tym przypadku decydująca była propaganda. Drugi Tannenberg „sprzedano” propagandowo jako rewanż za pierwszy. Że niby tam Słowianie pokonali teutońskiego ducha, ale tylko chwilowo. Jak sobie przypomnieć, że Tannenberg zbudował pozycję takich nacjonalistów jak Hidnenburg i Ludendorff, to łatwo to zrozumieć.

W przypadku Kosowego Pola „rozgrywanie propagandowe” ma swoje znaczenie, bo miejsce otoczyła legenda, ale jednak kilkadziesiąt lat po pierwszej bitwie jeszcze nie była ona szeroka i głęboka — uczestnicy nie bardzo mogli do niej nawiązywać.

***

A Kosowe Pole, cóż, choć przez historię zbiedniałe, to geograficznie rzecz ujmując ma być żyzną kotliną, wśród gór. To już oznacza, że już samo w sobie jest cenne dla okolicznych ludów i ich władców. Ale też jako taka równina stanowi niezły korytarz dla wojsk. I trochę też stąd aż dwie bitwy na Kosowym Polu.

Errata, albo Kosowe Pole

7 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Muszę uderzyć się w piersi. Pisząc o Krušedolu napisałem:

„Klęska na Kosowym Polu była autentyczna […]”.

Muszę teraz przyznać, że po zapoznaniu się z książką Ilony Czarmańskiej i Jana Leśny pt. „Bitwa na Kosowym Polu 1389” (Wydawnictwo Poznańskie, 2015), stwierdzam iż napisałem nieprawdę. Przepraszam. Nie wiedziałem.

Otóż Serbowie nie przegrali bitwy na Kosowym Polu. Owszem, wykrwawili się. Ale Turcy też. Owszem, utracili wodza. Ale Turcy też. Owszem, wrócili do siebie. Ale Turcy też. A biorąc pod uwagę, że to Turcy chcieli zaatakować „Kosowo” i musieli wrócić niepyszni do domu, to nawet Serbowie byli tu bliżsi słowa „zwycięstwo”.

To skąd „klęska” rozpamiętywana do dziś? Cóż, nieczęsto się zdarza, że pan i władca ginie w trakcie sprawowania urzędu. Weźmy historię Polski — na polu bitwy giną Henryk Pobożny i Władysław Warneńczyk. Więcej takich klęsk nie pamietam. Owszem, skrócone życie tu i ówdzie by się znalazło, bo zamordowano Mieszka II, Leszka Białego, Henryka Probusa, Przemysła II i Narutowicza; a w drodze na delegację zginął Lech Kaczyński. Może jeszcze by się jakiś wypadek znalazł, może ktoś, ale jak na tysiącletnią historię jest tego mało; sąsiedzi zaś nie wypadają pod tym względem jakoś statystycznie gorzej.

Tak więc bitwa, w której giną wodzowie obu walczących stron to ewenement.

Turcy nie mieli okazji do takiej smuty. Władzę już na polu bitwy przejął syn — Bajazyt I, nazwany później Błyskawicą. Rzeczywiście, był błyskawiczny — jeszcze tego samego dnia kazał zamordować brata, by pozbyć się ewentualnego konkurenta do władzy.

Serbowie zaś wracali z bitwy podzieleni. Syn poległego księcia Lazara miał kilkanaście lat. Okazał się potem władcą również wcale wybitnym*, ale tuż po bitwie nie mógł przejąć osobiście władzy. Zresztą i władza była inna — Lazar nie przejął władzy po ojcu. Po zejściu ze świata niezwykle dla Serbii zasłużonej dynastii Nemaniczów żadna dynastia nie zdążyła utrwalić swojej pozycji. Pozycja Lazara była kwestią jego osobistych zdolności i ambicji — był jednym z wielu serbskich arystokratów, który wytrwale do władzy dążył. I akurat tym, któremu się udało. Jego pozycja wynikała często z osobistych powiązań. Na przykład „człowiek numer dwa”, Vuk Branković, pan kosowskich włości, uważał się jedynie za zięcia i sojusznika, a nie za poddanego Lazara. Wewnętrzny konflikt był tylko kwestią czasu…

Płynęły lata. Nie jakoś bardzo liczne, ale zawsze lata. Branković, którego włości atakowali Turcy idący na Kosowe Pole, zwrócił się o dalszą pomoc do Węgrów, czując potrzebę wsparcia i brak wyższej siły serbskiej. A skoro tak, to mający ambicję objęcia „schedy” po ojcu Stefan Lazarewicz (a raczej jego matka), poddał się pod opiekę Turków. Przeciw Brankoviciowi i Węgrom. To zresztą typowe — państewka bałkańskie wciąż wynajmowały turecką pomoc przeciwko sąsiadom, albo jak tu — przeciwko szwagrowi; by rozwiązywać konflikty lokalne albo wewnętrzne… Na krótką metę się to opłacało, ale na dłuższą widać, że tylko Turcy odnosili z tego korzyści.

To co pozostaje to tylko kulturalna nadbudowa. Bo kto był „zdrajcą”? Walczący nadal przeciw Turkom Vuk Braković, czy ubiegający się o ich pomoc Stefan Lazarewicz? Myślę, że już wiecie. Oczywiście, że walczący o Serbię z Turkami Branković, kto by w końcu oskarżał syna „męczennika” z Kosowego Pola? A syn zadbał o to, by władzę nad cerkwią przejęli swoi ludzie, ojca zaś kanonizowano…

Z turecką pomocą udało się wyrzucić Brankovicia z jego włości. Jego władza jednak niezupełnie upadła — Brankoviciowie pozostali przywódcami tej części Serbii, która oddała się w ręce węgierskie. To oni władali w Sremie, to potomek Vuka zbudował Krušedol. Nieumarła więc ta tradycja zupełnie, ale została zepchnięta na margines — w pamięci narodowej wygrał Stefan, męczeństwem ojca przesłaniając fakt oddania kraju w ręce wrogów.

***

Dodajmy jedno — to, że smucili się po stracie wodza Serbowie nie znaczy, że nie smucili się Turcy. A owszem, ale oni mieli Koran a nie Ewangelię, I energicznego Bajazyta, który zresztą zaprzestał wcześniejszej polityki ugrywania drobiazgów w wojnach z sąsiadami a zaczął ich systematycznie podbijać. W tym momencie dawna polityka kupowania na wolnym rynku pomocy tureckiej zaczęła przynosić najbardziej zatrute owoce.

Żeby przetrawić żal Turcy stworzyli legendę śmierci z rąk podstępnego zdrajcy. No bo wiadomo, że jak chrześcijanin to musi być podstępny, wrogi i nieuczciwy. No i kto po takim czymś dyskutowałby, czy aktualny sułtan zabił brata, czy nie… Komu by się chciało?

—-
*) To jego szarża miała przeważyć szalę turecko-węgierskiej bitwy pod Nikopolis. Oczywiście, walczył tam w armii tureckiej.

Snežnik

6 grudnia 2018

…krętą, wąską, wyboistą, przepaścistą,
niekiedy nie-o-ba-rier-ko-wa-ną

O bałkańskiej specyfice drogowej można bardzo dużo lub wcale.
Chcąc sobie prawo porościć do tego pierwszego – dobrze pobyć w okolicy minimum kilka miesięcy, doświadczyć zimy, regularności dojazdowej, itd.
Inaczej wyjdzie (jak co poniektórym): „hej, to jednak nie busz!”, albo tanie kpinkowanie wyższościowe (cudne zwłaszcza u obywateli kraju, którego drogi były przez stulecia postrzegane… nieszczególnie).
Względnie banały wyjdą: że Chorwacja bogatsza niż Czarnogóra, a Czarnogóra – niż Bośnia… co widać, słychać, czuć na traktach.
Że w krajach górzystych barierkowe dzidziuśkowanie nie przystoi – też oczywistość przecie!

Tak czy owak, kurz dojazdowy Kruszedolu wspomnisz z łezką w oku, zapamiętasz przepaści i serpentyny nadkanionowe, pewną ekscytację podjazdu do monasteru Ostrog, kiedyś-przysłowiowo-złe drogi na Hvarze (nno, w Basina było takie miejsce… przypominające dwubiegową klatkę schodową i niewiele szersze… ale kto komu każe się pchać nad samą plażę?) …wygwizdów Magistrali Adriatyckiej…

***

Specyfika słoweńska jednakowoż… odrębnie-pysznościowa jest.
— Najwyraźniej zachwyty tym kraikiem (2017) musiała zrównoważyć korekta kursu-sentymentu.
Bo otóż po Serbii złowieszczej… po Chorwacji raz świetlistej, raz czarniawej… po Albanii meteorytowej, Bośni nieszczęsnej… (A myPolacy nie tylko że tajemniczy tragizm docenić potrafimy, oj potrafimy, to jeszcze, w ostatnich trzech latach niektóre osobniki tutejsze uświadomiły sobie dość dobitnie, jak blisko od fejk do medialnej, od medialnej do zimnej, od zimnej do gorętszej… wojenki. Nawet bez plemion wyraziście wyodrębnionych, skonfliktowanych wspólnot wyznaniowych, tradycji rozlicznych odwetu… siedmiopokoleniowego też)…

— Po tych wszystkich mocach i momentach Słowenia z jej austryjackim gadaniem o najbogatszości, schludności, inklinacjach od zawsze procywilizacyjnych… o wojnie wyzwoleńczej krótkiej i niekosztownej… z jej reklamami natrętnymi wszędzie gdzie się da (na plaży w Opatiji w prze-prze-cudownościowy dzionek żeby jakąś jamę promować?!… lecz gdy jest kasa…)
— Cały ten słoweński smug-factor wydał się, wydać się może na tyle irytujący, że ludź o umyśle ruchliwym i parze ócz bystrych zaczyna tropić słabe punkty.

— Wcale zresztą nie musi nic obsesyjnie szpiegować, bo pewnego piątkowego poranka dostaje wszystko na talerzu: pod górkę niewysoką ale sławną podjechać chcąc – widzi jednego bana-szlabana za drugim, czym niezrażony rusza do objazdu-podjazdu trzeciego, który okaże się dziesięciokilometrową drogą gruntową górsko-leśną, już od rana uatrakcyjnioną mijankami z tirami wyładowanymi drewnem.

***

Sam Snežnik?… — Ostatni masyw Gór Dynarskich i szczyt (najwyższy niealpejski w Słowenii) to – zgodnie z przewidywaniami – ekstrakt przyjemności. Trochę ekscytacji, że mapy brak. W zeszłym roku był wydruk… i od-Vojakakowe widoki pokuśne… Niezapomniane (z wyjątkiem wydruku, ma się rozumieć… lecz tak to jest, gdy Szef się weźmie do sprzątania radykalnego).

Upojnie jest, rozlegle jest (Marmolady, o Triglavach, itp. nie wspominając… Kvarner, Północny Velebit, Vojak z dworem…)
Jest też tłumnie, zwłaszcza jak na powszedni dzień końcowowrześniowy. Lecz w tych szerokościach geograficznych koniec września to optimum górołażenia, nie żaden dramat.

Wielce dramatyczny moment następuje natomiast podczas schodzenia. – Najostatniejszy kontakt wzrokowy z Adriatykiem!
Łza się w oku, ale z drugiej strony uciekać trzeba, skwar doskwiera.
A potem znów wyboiście, kręto, leśnie. Następnie szerzej i też kręto-malowniczo. Po czym piątkowy korek w Ljubljanie. Dalej – w słonecznej glorii trasa znana z kapryśnych ujawnień zeszłorocznych. Celje. Ptuj. Znów Chorwacja (któryż to już raz dziś?… – jedna z wersji opiewa na dwukrotne przekroczenie granicy podczas wędrówki)…
I Węgry. I smutek. Wielki jak Wielki Śnieżnik.

Zdjęcia: Pak4 (Snežnik i dalsza jazda) oraz basia

[28.9.2018: Sviščaki – Veliki Snežnik – powrót. Ślad GPS. I dalej.]

Przyjemniaczek o poranku

…I weszliśmy

Alpejskie widoki

Pożegnania z Adriatykiem

Morza Gór Dynarskich

Upalne zejście

Klimatyyyy…

Ilustracje – Pak4

Wszyscy kochają pana Teslę

5 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wszyscy kochają Nikolę Teslę. Wygrywa w internety, choć od dawna nie żyje. Łączy byłych Jugosłowian — kochają go Chorwaci, bo w Chorwacji się urodził; kochają Serbowie, no bo Serb (a jakby ktoś nie wierzył, to syn popa). A na dodatek nie wypowiadał się ani antyserbsko, ani antychorwacko (czy antyboszniacko, antysłoweńsko, antyczarnogórsko, antyalbańsko…) i jest znany na całym świecie, a jego imieniem nazywano firmy.

Za co kochają? Cóż, Polacy też kochają (nawet jeśli mniej) Marie Skłodowską Curie, choć niekoniecznie przykładali się do chemii* i fizyki w szkole. Tesla jest więc w byłej Jugosławii swoim człowiekiem ponadnarodowego i szczerego sukcesu. Bo sukces finansowy może być dziełem szalbierstwa, sukces artystyczny bywa dyskutowany (choć blisko, blisko), za to sukces naukowca-wynalazcy jest obiektywny. Tym obiektywniejszy, im mniej się wie o jego kuchni.

Nie wystarcza to jednak do tego by wygrywać w internety. Dobrym przykładem może tu być Skłodowska Curie, która mimo niewątpliwego atutu pozostawania jedyną kobietą kojarzoną z wielkim wiekiem chemii i fizyki, jest w memach, czy filmikach reprezentowana tak sobie.

Otóż tym, co przyciąga do Tesli jest jego ekscentryczność. Tesla miał liczne fobie, bał się fizycznych kontaktów (co się wymienia jako jedną z przyczyn jego ścisłego celibatu), miał też mawiać takie bzdury jak:

„Być samotnym, to sekret wynalazczości; być samotnym, wtedy idee się rodzą”**

Tzn. owszem, samotność, skupienie to ważne rzeczy. Ale akurat nauka rodzi się zawsze w konfrontacji stanowisk. Dlatego też Tesla będąc genialnym wynalazcą czasami upierał się przy ideach błędnych. Z wiekiem podobno coraz bardziej***. I właśnie to, a nie skuteczne odkrycia, tak podoba się odbiorcom memów o Tesli…


*) Przyznaję, że ja do chemii w szkole miałem pecha. Przez pierwsze lata trafiałem na fatalnych nauczycieli, gdy w końcu trafiłem na dobrego, ten stwierdził, że zapóźnienie klasy jest tak beznadziejne, że nawet nie będzie próbował niczego naprawiać — wykorzysta cały czas na podciągnięcie tych, którym chemia jest potrzebna do egzaminów wstępnych. A ja, cóż, miałem na egzaminie matematykę i fizykę. Potem co prawda próbowałem się podciągnąć z lektur, ale to nie jest takie proste.
**) „Be alone, that is the secret of invention; be alone, that is when ideas are born.“ – zapamiętało mi się z jednego sklepu wyposażającego koszulki w napisy na poczekaniu. Bodaj chorwackiego, ale może jeszcze czarnogórskiego? Cytat ten nie występuje w zbiorach najpopularniejszych cytatów z Tesli, co daje możliwość powątpiewania w jego autentyczność. Z drugiej strony… był jedynym tak lubianym w sklepikach; a i sam Tesla pasuje do niego.
***) Tesla nigdy nie dostał Nobla, niemniej podciąga się jego przykład pod „chorobę noblowską”, czyli sytuację, gdy szanowany badacz obdarowany Noblem wchodzi w obce sobie dziedziny i zaczyna głosić tam szarlatańskie idee, podpierając się profesurą i Noblem. Pół biedy, gdy jak „nasza” Maria Skłodowska Curie, wierzą w media i duchy. Gorzej, gdy lansują panacea i zwodzą ludzi chorych, jak choćby Linus Pauling.

Zdjęcia: basia i Pak4

[27.9.2018: Przejazd do Puli i z powrotem. Rijeka* by night]

Pula

3 grudnia 2018

czyli tacy mali

Co takiego jest w amfiteatrach antycznych
– że jakoś bardziej, niż inne imponujące antyczności zachowane (np. mozaiki) przykuwają uwagę?

Czytelnik zareaguje tu łacno w stylu
„kpisz czy o drogę pytasz, autorko!”

Lecz przecież w czasach, gdy od dawna less is more nie poprzestaniemy na odpowiedzi: bo duże są, do zbudowania trudne, bo przetrwały, choć na pewno znakiem sprzeciwu były. A jak nie sprzeciwem, to źródłem materiałów budowlanych bądź pospolitej erozji.

Taka na przykład mozaika w Puli mogła snadnie zostać przysypaną i przespać-przetrwać, nie kłując ócz niczyich.

Amfiteatr solidny – czy to w Atenach, Epidauros, czy w Puli, Rzymie, Vienne, Weronie ma też to do siebie, że prowokuje do wyplatania ogólnopodróżniczych, ba, uniwersalnie-egzystencjalnych bzdurek, banałów, klisz, kalk kalekich i koszmarnych kser.

B, wyplótłszy pierwszy szkic, na matrycy nowożytnej go (po)rzuciwszy, (odleżeć dawszy) – sama poszła podumać, co o tym wielbłądzie, słoniu, hipopotamie da się orzec oryginalnego.

Nie wydumawszy – doczytać poszła.
O, inni tyle wyplatają, tak cudnie – do reszty ochota przechodzi na zdania posiadanie.

Za to nachodzą wspomnienia, jak – dzieckiem będąc – się błogo i bezzastrzeżeniowo wierzyło, bezwiednie powtarzało opinie, frazy całe z „Rzymu-Watykanu” (około siedem dolców z dziesięciodolarowej gaży książeczkowo-walutowej — tu musi być słuszność i trafność stuprocentowa!)
Pierwszy starożytny przewodnik po Italii – „Włochy” Romana Szałasa – już mniej katechizmowo traktowano. Lecz wciąż – nasza własna ona, ta książczyna, wreszcie! (Stroniczek wąskich 150 włącznie ze Słowniczkiem Terminów Plastycznych, klejonych dokładnie tak, jak data wydania sugeruje – KAW 1988, paperback…)
Czy było tam coś o arcywłoskich skarbach poza Włochami? – Bez sprawdzania ośmielimy się wątpić.

Wyrośli z jednego (braku), wrośli bezszmerowo w erę informacji…
(Jak?!… Kiedy to się stało?…)
— Jeśli się nie przygotujesz, bo nie masz czasu czy innego atłasu, to – przez półwysep największy na Adriatyku przejechawszy (za kółkiem wreszcie TY!), autko zaparkowawszy darmowo i luksusowo (pod cmentarzem w cieniu i niedaleczko) – siądziesz se też w cieniu i wszystko doczytasz jak nie z jednego bądź kilku przewodników papierowych i tabletkowych (częściej wyłącznie to ostatnie), to z internetu wprost.

Gdyby akurat nie było względnie przyzwoitych opracowań encyklopedycznych – system wypluje ci bezlik wynurzeń popodróżnych. Nie żeby między nimi nie trafiały się porządne. Ale odsiać trza. Odsiew tym łatwiejszy i trudniejszy zarazem, że jedni przeklejają z drugich, drudzy z trzecich…

A w domu serce pęka, gdy po kilku latach wspólnego wędrowania dociśnie konieczność wyrzucenia dziesięciu kilo doskonałych folderów, ulotek, map darmowych.
Mimo całego ich błysku, dopracowania… mimo, iż rozsypane „Włochy” ocalały. Jeszcze tym razem.

Tacy mali znów się stali w powodzi informacji, w mieście największym półwyspu na Adriatyku największego (już dobrze poznanego w zeszłym roku), wobec amfiteatru rzymskiego?… Wracając-doszukując bramy Herkulesa, mozaik słynnych, stoczni równie sławetnej i czego tam jeszcze się doszukać trzeba, żeby był komplet.

Troszkę mali.

Bo naprawdę mali, a jednocześnie piejący z zachwytu pod nieustannie-niebieskie-niebiosa – to w amfiteatrze natury, nad tym fiordo-niepodobieństwem, co go wreszcie pokontemplowali do woli!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[27.9.2018: (znów) dwa kultowe przejazdy wybrzeżowe – do Puli* największej na Istrii i z powrotem. …]

Ilustracje – Pak4

Stary Olkusz

2 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Trudno mi napisać o historii Starego Olkusza. Ołów miano tam wydobywać dawno, choć legendy, że zaczęli Fenicjanie są z pewnością tylko legendami. Fenicjanie w te rejony się nie zapuszczali. Celtowie to co innego. Inna legenda mówi, że tu rozbijał obóz Ibrahim ibn Jakub. Cóż, może rozbijał, ale zasadniczo z Pragi, gdzie miał się najdalej w kierunku ziem Mieszka posunąć, jest tu jednak kawałek drogi, więc go chyba też w legendzie należy zostawić.

Na pewno grodzisko istniało w XIII wieku. Idąc od drogi nr 94 (przy parkingu dla jadących od strony Śląska jest nawet odpowiednia tablica) wygląda ono niepozornie. Zginełoby zupełnie wśród traw, gdyby nie obelisk postawiony na ruinach kościoła, oraz tablica informacyjna.

(Tablica jest informacyjna, ale powie mniej niż tu piszę, choć może coś ważnego mi umknie.)

Na terenie grodziska znaleźć miano liczne zabytki z ołowiu i srebra, dokumentujące lokalne wydobycie. Ale też strzały, bełty, sztylety… Wygląda na to, że nie tyle dawni olkuszanie byli roztargnieni, co miasto zniszczyła wojna. Nie ma zapisków, więc tylko ze zbieżności czasowej sugeruje się, że były to walki Łokietka z Czechami o Kraków. Ale żeby wiedzieć, po której stronie był wtedy Olkusz…

Ołów i srebro były cenniejsze od domów, czy życia mieszkańców, więc Olkusz się wzniósł od nowa — 3 km dalej na wschód.

Niepozorne grodzisko od strony drogi nr 94, ciekawsze się wydaje z wałów, lub od południa. Od południowej strony wały stają się wyraźniejsze, a fosa głębsza. (Czyżby czas mniej dał się we znaki tym, które wykuwano w skale, a bardziej tym, które wykopano w ziemi? To by było logiczne… Ale też grodzisko chciano zasypać hałdami z pobliskiej kopalni. Może więc północną część zasypano?)

Tak, czy inaczej, najbardziej widoczne są ruiny kościoła, a tym bardziej obelisk z 1937 roku. Mówi się, że kościół jednak późniejszy, pierwotnie gotycki z XIV wieku, o charakterze cmentarnym. Potem przeróbki, przebudowy, degradacja do roli kaplicy… Stał do XVIII wieku, więc i pozostałości nieźle zachowane.

Tablica zachęca, że jeszcze Sztolnia Pilecka z XVI wieku ma być w pobliżu. Ale że ukryta w lesie, że tablica nie zapowiada dalszych tablic, mapa nie zna… Podsumowując: że nie chce mi się szukać czegoś, co nawet nie wiem jak wygląda dzisiaj (tablica pokazuje zdjęcie ale z 1896…), to sztolnię pozostawiam naturze. I wracam na drogę 94…

PS.
Z drogi widać nierówności terenu. Dziwne jakieś. Ale nie wiem, czy to warpie, czyli ślady działalności górniczej, czy też „skamieniałe” ślady wiatru… Użytek Ekologiczny „Sasanka” czeka nas jeszcze kiedyś…

Zdjęcia: pak4.

[2.12.2018: Stary Olkusz]

Tablica strzałkowa:

Ruiny kościoła i obelisk:

Wały z grodziska na północ:

Wały do strony nowego Olkusza — jakby ślad bramy, drogi czy coś?