Bad Radkersburg

22 listopada 2017

Jak wszystkim wiadomo (nie, spoko, stonujmy – jak wiadomo obytym, czytaj wypodróżowanym) – wrzesień w Austrii, Bawarii i miejscach ościennych dyniami się zaczyna. Świętami plonów. Dekoracjami wielce fikuśnymi na rogach i w centrach, pod kościołami i prywatnymi domami… Zupami…
I krajobrazami pól: dynie dojrzałe w dyniowej łętowinie leżące, dynie zgromadzone w gęsto-pomarańczowych pasach, dynie rozłupane, dynie zmiażdżone na trociny, czekające na dognicie i przyoranie…

Ten ostatni aspekt nieco przygnębia. Zwłaszcza, gdy ktoś – nie od dziecka nauczony wszelkich odmian dyniowego curry, zup, placków lekuchnych z dodatkiem wędzonki łososiowej czy cziorizowej, … – pokochawszy one i inne miłością neofity – teraz widzi dyniowy pogrom. Na cóż ta utrata?! – chce zakrzyknąć za Ewangelistą w języku Schuetza i Bacha.
Ale świat nie dość, że zmienny, to jeszcze zimny i bezlitosny jest – aktualnie od dość dawna pragnie oleju z dynii styryjskiej… a od niedawna pestek dynii styryjskiej, jeszcze więcej pestek łuskanych, prażonych, dobrych na wszystko, w tym na złożenia, zestawienia i zrosty (jeśli pochłoniesz tonę tego zielonkawego dobra jeszcze zanim do Styrii wrócisz – wówczas żaden frazeologizm ci nie podskoczy!)

…Skoro więc zimno-wybredny konsument chce pestek i oleju z pestek dużo a zup i placków tylko trochę… – gorąco poruszony turysta ma widoki węgierskie (okołostyryjskie), słoweńskie (dolno-styryjskie) i austriacko-styryjskie takie, a nie inne.

I (mimo dyniowego bólu serca) rajcuje go nieprzeciętnie, że mu te kraje tak płynnie przechodzą jedne w drugie. Płynnie w pogodę i w deszcz, choć gdy mokre leci z nieba, jakoś łatwiej się czasem zacukać i pozwolić Pani SatNav powieść się i powieźć a to ze Słowenii do Słowenii przez Austrię, a to z Austrii do Austrii przez Słowenię (tu mogła wmieszać się magnetyzersko Drawa – ciążenie ku niej, zaplanowane i mniej, było jednym z kluczowych wektorów wypadziku).

Deszczowe klimaty zaleca się rozumieć incydentalnie; na ogół albowiem i generalnie odwiecznie-przygraniczne miasteczko, które przedwczoraj musnęli nieświadomie a dziś celowo, po drodze do styryjskości najcentralniejszej… toż miasteczko ma cechę taką oto, iż najdłużej w Austrii świeci mu słońce – dobre to dla dyń i turystów. Dla tych, co do spa bardzo specjalnie i z fasonem zajeżdżają (ci inni z równym fasonem na drugą stronę; w drogiej Słowenii jednak nieco taniej jest)… i dla tych, co wykroczeniowo-przekroczeniowo, na razie, może chwilowo (bez)granicznie, notorycznie, niby-omyłkowo, ślepo-dżipiesowo, z premedytacją, z bezracji racją…
– cudną chwilę historii mają, z niej ile sił korzystają!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[12.9.2017: Bad Radkersburg. …]

(Pak4):

(Pak4):

(basia):

(basia):

(basia):

(basia):

(basia):

Reklamy

Keszthely

21 listopada 2017

Polskie portale zbiorczo-wycieczkowe uwielbiają raczyć potencjalnych klientów frazami typu „serce Balatonu bije w Keszthely”.
– Że niby stolyca okolycy i w ogóle wyruszajcie, przyjeżdżajcie.
I to nie to, byśmy podejrzewali używalność klisz, banałów turystycznych, ulizań, podrasowań tylko w ojczystym języku naszym… — Wszędy ich pełno, niekiedy rażą bardziej, co nie przeszkodzi zajść do jednego więcej punktu IT sprawdzić, czy i co mają w ofercie językowej polskiej, jak nas kuszą (bośmy wszak rynek jeśli nie duży, to co najmniej średni, klasę średnią też mamy pokaźną, na co zwrócił uwagę landlord z Opatiji… z zazdrością, że u nich inaczej się uklasowiło).

Do IT prawie zawsze, do kolejnego muzeum marcepanu niekoniecznie. Tak, czas pędzi nieubłagalnie ku świętom, (ehej, jak gwałtem obrotne obłoki…), lecz nie popędzajmy go… jeszcze przez chwilę popercypujmy mody ulicznego wystroju: jak falowo-szałowo następują – prócz ewidentnej ery kłódek gdzieniebądź, mamy fazę kolorowych parasoli rozwieszonych nad reprezentacyjnymi ulicami.

(Pierwsze bawiły, mile zatrudniały umysły i zmysły.)

Team ma rzecz jasna wszystko zatrudnione zawsze. W dniu, gdy spacerował po K, powodów do satysfakcji miał mnóstwo, więc i odbiór był znakomity (zarówno dziedzictwa, jak i infantylizmów, a zwłaszcza pałacowych fontann i gazonów kwiatowych tudzież jeziora-bajora w przedmżawkowej poświacie).
Znakomity z jednym zastrzeżeniem: początek drugiego tygodnia oznacza jużnaprawdę, iżeśmy po połowie wyraju. Dotąd można było stosować księgowościowe sztuczki.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.9.2017 : Hévíz i Egregy. Kis-Balaton. Keszthely]

Ilustracje – Pak4

Sprechen Sie Hungarn

20 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zatrzymuje mnie węgierski policjant. Zastanawiam się, czy nie jechałem za szybko, ale nie, dopiero co ruszyłem po fotografowaniu zbierających się do lotu na południe czapli, nawet nie zdążyłem się rozpędzić wjeżdżając na obszar zabudowany. Zastanawiam się, otwieram okno. I słyszę:

— Sprechen Sie Hungarn oder Deutsch.

Nie, nie szprechuję po węgiersku.

***

Cóż, niemiecki lokalnie króluje*. Nie tylko na Węgrzech, także Słowenia jest nastawiona na niemieckojęzycznych (Niemcy i Austria) turystów. Ale faktycznie ze znajomością angielskiego nie jest zbyt dobrze na Węgrzech…

Wrażenia są nawet gorsze od statystyk. Owszem, Węgry wypadają w nich gorzej od Polski (różnica niemal trzech punktów procentowych) lokując się w dolnej sferze stanów średnich w Europie (18 miejsce, dla porównania Polska jest 10-ta), ale na ulicach wydaje się, że jest gorzej. W ubiegłym roku, w ratuszu Kecskemét nie mogliśmy znaleźć nikogo mówiącego po angielsku. Owszem, Budapeszt to inna sprawa, tam nawet żebracy mówią ładną angielszczyzną, ale prowincjonalne Węgry wydają się językowo odcięte od świata.

Czy tak musiało być? Węgry, te wielkie, historyczne Węgry, Korona Św. Stefana, mówiły oficjalnie po łacinie. W Polsce też mówiło się długo po łacinie, ale jednak nie aż tak długo i szeroko. Korona Świętego Stefana była z zasady wielonarodowa, a język łaciński był językiem politycznym. Prywatnie ludzie mówili po swojemu, czyli zależnie od regionu i miejsca. Na przykład w miastach po niemiecku. Właściwie węgierski byłby domeną szlachty (głównie dzisiejszych) Węgier i części chłopstwa, a i to nie całych — sama arystokracja się mocno zniemczała.

Język węgierski był elementem odrodzenia narodowego. Mówi się, że przemówienie hrabiego Istvána Széchenyiego przed parlamentem w roku 1825 było szokiem dla obecnych, bo było po… węgiersku, który to język był językiem wyboru politycznego. Zresztą Széchenyi uczył się węgierskiego przez całe życie**, a i tak, gdy miał coś powiedzieć swobodnie to przechodził na niemczyznę.

Język węgierski się uwspółcześnił (notuje się tu wielki wkład György Bessenyeia w końcu XVIII wieku), unarodowił (swoją drogą, trochę podobny proces przerabiali Czesi) i zaistniał. Ale są i tego koszty. Jeden język, jeden kraj… A gdyby tak zostało, że jest język polityczny i język na co dzień? Czy łatwiej byłoby się dogadać, a Węgrzy byliby bardziej otwarci na języki obce? O tym, jak inaczej mogłaby się rozwinąć kultura węgierska, fantazjował Ziemowit Szczerek***, bo przecież Węgry ponadnarodowe wcale nie musiały się rozpaść i poddać traktatowi z Trianon…

PS.
Gwoli sprawiedliwości, jest i taka wersja, że właśnie logiczna prostota węgierskiego umożliwiła taki wysyp talentów matematycznych w tym kraju… Więc z łaciną nie byłoby, na przykład, bomby wodorowej; a my nie mielibyśmy komputerów do pisania i komunikacji.

http://businessinsider.com.pl/lifestyle/podroze/english-proficiency-index-2016-znajomosc-jezyka-angielskiego/7xl74v8
*) Na tablicach sporo jeszcze, na przykład, rosyjskiego. Polski bywa (O! W Jak nas pan przywitał głośnym „dzień dobry!”), choć mógłbym się patriotycznie wyżalić, że więcej go słychać na ulicach, niż widać w owych napisach.
**) Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016
***) Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Czarne 2017
https://pl.wikipedia.org/wiki/John_von_Neumann
https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Teller

Zdjęcia: basia i Pak4

[11.9.2017: Hévíz i Egregy. Kis-Balaton. …]

Ilustracje – Pak4

Mnikowska z Bobasem

19 listopada 2017

…piękna niedziela listopadowa

Zdjęcia: Pak4 i basia

[19.11.2017: Krakówx2. Pętla Doliny Mnikowskiej (jak 13.11.2016)]


Ilustracja – Pak4

Objazd 79-tki

18 listopada 2017

– To co było hitem? – Bejsce czy ten pałacyk staro-nowy w?… a, w Śmiłowicach!…
– Nie-no, kładka przez Rabę też była super!
– A ten kościółek norbertańsko-pijarski z hotelem, restauracją, dancingiem „Święty Norbert” to nie?…

Fajnie, gdy po kilkugodzinnym wypadzie w najbliższe okolice masz problemy dobrodziejstwa nadobfitości… …Samych premier i świeżynek.

A może też powinno być trochę wstyd człowiekowi, że do miejsca urodzin Adama Chmielowskiego (i kilku innych miejsc) dorarł dopiero teraz?

Zdjęcia Pak4 i basia

[18.11.2017: Igołomia (Kościoł z 1385). Wawrzeńczyce (kościół na kościele z 1223). Hebdów (kościół i klasztor ponorbertański — od XIII do XVIII w., obecnie pijarzy). Śmiłowice (pałac z 1805/XXI wieku). Witów (kościół z I poł. XV wieku). Rachwałowice (drewniany kościół z 1614 i… gorzelnia obok). Bejsce (kościół z XIV w., kaplica Firlejów z XVI w., pałac Badeniego z 1802). Opatowiec (kościół z XV w., prom z XX wieku). Przemyków (kościół z XV w.). Mikluszowice (kościół z XIX w., grodzisko wczesnośredniowieczne, kładka z XX w.)]

Wawrzeńczyce:

Śmiłowice:

Rachwałowice:

Bejsce:

Opatowiec (druga strona):

Ilustracje – Pak4

Hévíz i Egregy

17 listopada 2017

Różne są wskaźniki, kryteria i papierki lakmusowe potwierdzające, żeśmy słusznie do słusznie-sławnego miejsca pofatygowali się. Tym razem – do madziarskiego, co może zdziwi obserwatorów peregrynacyj naszych, bośmy wszak tak niedawno o bratankową krainę się ocierali

…Jednak

Jak nie możesz śmigać po triglavach (pono śnieg tam już był, a sporo nowego spadnie że-ino) – śmignij bodaj tam, gdzie cię jeszcze nie było, jakieś symetryjki porównawcze wytnij, wiosnę z jesienią zepnij w stylu „i mam je, mam je, mam tych skrzydeł dwoje”. – Nad Balatonami skrzydła dojrzysz nawet bez Szefowego superobiektywu.

Pytają jednak, co z tymi papiórkami lakmu. No, są one na przykład takie, że jak jedzie pociąg dzieciowy dorosłymi spaślakami przeładowany (nie pisalibyśmy aż tak brutalnie gdyby nie jeden Ekspert od Madziarów, co nas uczulił a nawet prze- na punkcie miejscowej nostalgii, depresji i objadania się tubylców wszystkim, co mięsne, tłuste i przeobfite)… jak więc jedzie rzeczony pociąg kolorowy – jest git. O!:

A jak na dodatek do kompletu pociągowego dołączy się-rozleganie naszej własnej ojczystej mowy – znaczy, iżeśmy naprawdę dobrze trafili, warto było. (Że Polacy zawsze porównują głośno, co i za ile warto, analizują promocje i dywagują, że w tamtym spa, co przedwczoraj, było bardziej warto – to żeśmy onegdaj z podziwem niekłamanem zasygnalizowali. Więc tylko potwierdzamy, nic się przez te osiem dni nie zmieniło, drożyzny wszyscy unikamy, ale jak widzimy atrakcję, to spijamy co się da. Jak wiele się da, to nawet za pieniądz).

Co było w menu tym razem?
1. Samoczynne jeziorko termalne, absolutny unikat („największe naturalne w Europie”), wykorzystany rzecz jasna jako kąpielisko. Amatorom bajorkowego taplania się wśród lotosów moda albo konieczność każą obnosić zabawne piankowe pętle ratunkowe – na ramię bądź pod ramię, jedną albo kilka:

2. Romański kościółek cmentarny wielkiej urody (otwarty… cud czy co?!), z widokiem ku Balatonowi też wielkiej urody dziś przymglonym, na winnych wzgórzach wielkiej sławy & urody i z winobraniem w fulsłingu:

…oraz największej urody dzieciarnią zbiegającą ze wzgórza onego z wiaderkami prawie-pełnymi winnych gron. Ciekawe, czy mają prasę w tym ich kindergartenie, czy będą ręcznie czytaj nożnie? O koncesję się nie lękamy, bo może można pójść i załatwić zanim się zacznie ferment.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.9.2017: Hévíz i Egregy. …]

Ilustracje – basia

Maribor

16 listopada 2017

Gdzie one były, te klimaty? Dokładnie te!
U Stasiuka? Gdzieś indziej chyba…
Notatek raczej nie ma, to było luźne czytanie, do poduszki.
Zresztą sprawdzi się po powrocie.

Wszystko się sprawdzi i doczyta – lecz póki co jest tu i teraz.
Dopiero na miejscu – gdy dojedziesz, dojdziesz, wsiąkniesz w klimat, powąchasz, podsłuchasz, przyjrzysz się drugiemu czy trzeciemu bohomazowi (buńczucznemu lub przyjezdnemu), popatrzysz, jakie mają multipleksy, czi i jak szkło najnowsze tudzież chrom stowarzyszają się (albo warczą) ręka w rękę i za pan brat łata ze wschodnio-cygańską ruiną… sprawiającą wrażenie odwiecznej, choć my-turysta wiemy, że dłużej-wieczne były tu żywioły z przeciwległego bieguna cywilizacyjnego (niemiecki, żydowski)…
— Pośród sprzeczności, kontrastów, bezlogiki wiele się zaczyna układać… intuicyjnie, podprogowo.

A źródła, kwity, cytaty? – Potem.
Choć może i niepotrzebne już one.

Szef tymczasem komunikuje (rzeczowo acz romantycznie), iż właśnie wyszybowali słoweńskie trzy diamenty, trójgwiazdę, trójkoronę, co odtąd nie tylko na słoweńskiej fladze, Triglavie i u hrabiów Celje, ale i im samym się należy — trzy największe słoweńskie miasta w jednym dniu jak po sznurku choć spontanicznie.
Team doda (romantycznie acz rzeczowo), iż TAMem z miejscowej fabryki autobusów ruszył był (1984) w pierwszą podróż ku Śródziemnomorzu; pod koniec onej w jego fotel oddołowo upychał książki nielegalne (z słusznej obawy przed czeskimi celnikami)… byli czasy, byli!

Teraz zaś jest teraz i za chwilę lub dwie „Dobrodoszli!” powiedzą im cieplice – Toplice. Morawske choć w słoweńskiej… Styrii i blisko Madziarów – jak znalazł na aurę co prawda suchą (stolycę zapomniano już), ale daleką od wszechpowalającej ciepłoty.


Najstarszą winorośl świata trzeba pokontemplować dłużej. Było. Będzie. – Niech wie i ma motywację do pożycia jeszcze tych paru lat aż do kolejnej bytności Teamu w celu sprawdzenia, czy miasto bardziej na wschód od zachodu się kieruje, czy odwrotnie.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[10.9.2017: Ljubljana. Celje. Maribor. (Szosowy ślad sb i nd)]

Ilustracje – Pak4

Celje

15 listopada 2017


Wikipedia

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Władysław Jagiełło był żonaty cztery razy. To w zasadzie tak samo jak Kazimierz Wielki. Tyle, że Kazimierz Wielki był żonaty jednocześnie z trzema kobietami: Adelajdą Heską, Krystyną Rokiczanką i Jadwigą Żagańską.

Panie wymieniam, bo ostatnia z nich dała Kazimierzowi córki. Najstarsza z nich, Anna, została wydana za mąż za hrabiego Celje, Wilhelma.

Na pierwszy rzut oka degradacja — córka wielkiego króla żoną hrabiego. Ale trzeba pamiętać, że z jednej strony Jadwiga Żagańska została poślubiona przez Kazimierza, gdy ten już był bigamistą (i niewielu ten ślub uznawało), z drugiej zaś strony, hrabiowie Celje rośli w znaczenie, ciesząc się wsparciem cesarskim. W XV wieku mieli zjednoczyć pod swoją władzą prawie całe terytorium dzisiejszej Słowenii (za co ich Słowenia uczciła, włączywszy ich gwiazdy do swego herbu*)… Z trzeciej zaś strony, nie było wówczas jakiejś żelaznej reguły, że pozycja ojca przekłada się bezpośrednio na pozycję męża.

Historia ta ma wzloty i upadki. Hrabia zmarł, Anna Kazimierzówna wyszła po raz drugi za mąż (za hrabiego Teck). Mała Anna została prawdopodobnie w Celje, jako dziedziczka. Kolejny hrabia nie dbał jednak o wychowanie (i szerzej — o opiekę) dorastającej Anny. Po śmierci Jadwigi przypomniano sobie o niej w Polsce. Jagielle brakowało legitymacji do polskiego tronu (był tylko mężem króla-Jadwigi). Małżeństwo zaaranżowano. Przetrwało kilkanaście lat, wydając jedną potomkinię — Jadwigę Jagiellonkę**. Anna była polską królową w czasie bitwy pod Grunwaldem, następy tronu nie zostawiła, odszedłszy z tego świata w roku 1416.

***

Docierając dziś do Celje szukamy śladów Anny. Samo Celje to trzecie, co do wielkości, miasto Słowenii. Cieszy się trzema zamkami, z których za najcenniejszy uważany jest… najnowszy, czyli Stara Grofija (znaczący renesansowymi krużgankami z pocz. XVII wieku, niczym druga Sucha Beskidzka). Drugi, starszy, Dolny Zamek (Spodnij Grad) znajduje się także w pobliżu starego miasta (aktualnie rewitalizowany), ale zamkiem, w którym mieszkały Anna Kazimierzówna i Anna Cylejska, jest Stary Zamek (Stari Grad, Zgornji Celjski) na wzgórzu nad miastem. Zamek, który widzieliśmy z daleka, znad przepływającej przez Celje Savinji.


*) Po zamordowaniu Ulryka III (przez Władysława Hunyadego, syna Jana) w 1456, ziemie hrabiów przejąć mieli Habsburgowie.
**) Jadwiga Jagiellonka nie dożyła proponowanego wydania za następcę tronu… Cypru. Szkoda, byłoby kolejne miejsce do patriotycznego nawiedzenia 😉

Zdjęcia: basia i Pak4

[10.9.2017: Ljubljana. Celje. …]

Stara Grofija, czyli pałac hrabiowski (1580-1603) rodziny Thurn-Valssasina. Krużganki z XVII w.

Kościół św. Cecylii i klasztor Kapucynów (1609-15) + 96 schodów

Savinja w dole, a Stari grad (Zgornji grad) w górze

Ilustracje – Pak4

Ljubljana

14 listopada 2017

Ooo, proszę-proszę, nasz znajomy ze Świętego Daniela, projektant Ogrodu Ferrarich, Max Fabiani, zaznaczył się znacząco w Ljubljanie!… (Choć nie jest tu najbardziej celebrowanym architektem.)
Więcej, ma też wiedeńskie osiągi – Uranię wszak zna każdy
Ba, palce miał maczać i w Bielsku – naszym, choć nie wówczas.
Aż do II wojny burmistrzem w San Daniele del Carso był…

Ale-ale… również członkiem partii nazistowskiej (nie wiadomo dlaczego – duma anglojęzyczna wikipedia), Casa del Fascio wzniósł w rzeczonym Štanjel
— czy więc nada się do bycia w pewnym blogu przesławnym twarzą (niech i rozmytą)… hmmm, takiego Tarnowa mniejszo-większego – bez gotyku i renesansu tarnowskiego, za to z ambasadami, parlamentem i ponad drugim tylem ludności… nno, ktoś musi w botszaftach sprzątać względnie sekretarzować.

Nie… nie nadymamy się nadmiernie swojskimi wątłymi gotykami i renesansami. – Gdyby nas dopadły (tfu, tfu!) dwa lublańskie trzęsienia ziemi, to… (tfu, tfu, nawet gdyśmy asejsmiczne i w ogóle spokojne ludzie).
Pierwsze miało miejsce w 1511, drugie w 1895; właśnie po tym ostatnim Fabianiemu i innym umożliwiono wykazanie się projektami, porządkami i pomnikami. Starsze zaś rzeczy, jeśli stoją – jak choćby farni Franciszkanie, dokąd na sumę zajść można gdy poranny deszcz zbrzydnie – docenić należy znacznie wdzięczniej, niż normalny wczesny barok (bo już farne freski sklepienne poległy, niestety…)

A w ogóle to Team wcale nie planował tej Ljubljany, jednak skoro Pani SatNav łaskawie wiedzie przez miasto – zawszeć to stolica. Plus do symetrii jak znalazł, o czym pojutrze.
Zaparkowali łatwo pod austryjackim botszaftem (ona wszak cała Austrią, ta Słowenia, na razie zero dysonansu); ot przejść się, Trójmost i Most Smoczy zobaczyć, wznieść oczy ku zamkowym górom.
Deszcz umył gładkie chodniki na czysto, kwiatków sporo, secesja i modernstylowość cieszą oko, w kościele parasole parują, ludzie śpiewają czysto i jakoś miękko, ze Słowacją się kojarzy, ale przecież wszyscy mylą Słowenię ze Słowacją, jaka szkoda, że pierwsza żona Trumpa pochodziła z Czech… aaa, to się wówczas Czechosłowacją zwało, ergo jak na razie zero zaskoczeń.

Ale-ale… ta twarz, już nieco znajoma, co pomnnik miejscowemu wieszczowi współsprawiła (tuż pod kościołem, na placu autorstwa własnego) nie daje spokoju. Sprawdzamy zatem, czy cokolwiek o Fabianim wie polskojęzyczna Wikipedia
…a tu siurpryza i szok: „W 1935 przyjął nominację na burmistrza Štanjel, będąc jednym z niewielu włoskich burmistrzów nie należących do Narodowej Partii Faszystowskiej. Na stanowisku pozostawał w czasie II wojny światowej, współpracując z jugosłowiańską partyzantką komunistyczną”. [wszystkie dostępy 12.11.2017]

Coś pięknego! Przez nas-Polaków tak skrupulatnie i pozytywnie zlustrowany – skazy mieć nie może! Tylko dobre secesje i scysje popełniał, projektował i porządkował, domy ludzi z ruin tremorów ziemnych i wojennych podnosił!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[10.9.2017: Ljubljana. …]

Lublański zamek (Pak4):

Franciszkanie, pocz. XVII wieku (basia):

Trójmost, projekt konkurenta i młodszego kolegi Fabianiego – Jože Plečnika (Pak4):

Na Moście Smoczym – niektórzy bają, iż kruczo-smoczy sztafaż Krakowa i Ljubljany oznacza (wspólną) celtycką przeszłość… (basia):

Nad Ljubljanicą pięknie jest nawet gdy dżdżysto (Pak4):

Pałac Mladika projektu Fabianiego – dziś ministerstwo spraw zagranicznych (basia):

Zaopiekujemy się! (basia):

Cividale del Friuli

13 listopada 2017

Longobardzi – okej, bardzo piękna sprawa ;-/ przepiękna, nawet junesko doceniło a my musimy płacić, czekać piętnastoosobową grupą w teorii a w praktyce liczniejszą, zwiedzać zatem w gęstości niejakiej i szybko (focić możemy też, allle niespodziewanka!)

Celtowie – okej, piękna sprawa, w dodatku za darmo do tych jaskiń-grot czy innych jam, prosto z ulicy, nawet Nietoperek by docenił (gdyby był ludziem) ;-/

Diabelski most – okej, diabelnie piękna sprawa, powiedzmy wężykiem, bo to niebezpieczne, zwłaszcza w czasach, gdy egzorcyści prosperują, a imiona diabelskie przyzywane są przez pobłąkane duszyczki zarówno jak i nadaremno, także mostowo

Ale że, zszedłszy pod ów most, natkną się na dziko rosnące pomidory?! — Ki diabeł?! – Taż typowszego italskiego o-menu nie sposób sobie wymarzyć w tych Włoszech nie za bardzo włoskich, rubieżnych i wielowpływowych szalenie (choć one na pewno zaripostują, iż wpływały to zawsze one a nie na nich, apage!)…

(basia)

…Rzeczka nie wpływa na mini-lagunę, dzień udany szalenie wpływa na nastroje wieczorne, pomidory cieszą oko o słońca zachodzie, wpływając troszkę na jutrzejsze menu… posiedźmy jeszcze w tej czeluści – chwilo, trwaj!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[9.9.2017: Trieste. Grado. Aquileia. Palmanova. Cividale del Friuli]

Ilustracje – Pak4