Dorosła

19 czerwca 2018

– …a propos, ta pani w butach turystycznych-inaczej to też z państwa grupy?

Tuż po dowiedzeniu się, flagę jakiegoż to miasta gromadka tak dumnie zaprezentowała społeczności turystycznej i fotografowi na szczycie Królowej Beskidów, B zagadnęła sympatyczne nosicielki sztandaru także o ten szczególik:
*

– Tak idzie z nami, ale ona nie jest z X, a z miejscowości YZ, zresztą pierwszy raz na wycieczce z naszą grupą. Też zauważyłam te buty, ale nie chciałam komentować. A najgorsze, że my idziemy daleko, aż na Glinne

Podczas schodzenia z Babiej nosicielka „butów górskich” wyraźnie zostawała z tyłu, na co jedyną reakcją przewodnika był apel, by na Przełęczy Brona poczekać na całość składu. B zagadnęła więc jedną z uczestniczek:

– A czy państwa lider ma uprawnienia przewodnickie, beskidzkie lub tatrzańskie? Bo ja, choć takowych nie posiadam, powiedziałabym rano (dowolnie kurtuazyjnie, raczej baaardzo, niż mało): >>kochana pani (moja droga), w tył zwrot; oczywiście najserdeczniej zapraszamy na kolejną wędrówkę naszego klubu górskiego w butach podobnych do obuwia tej pani, tamtego pana względnie owej dziewczynki…<<
– Lecz wie pani, każdy jest dorosły, odpowiada sam za siebie…
– Lecz wie pani, w praktyce odpowiada tylko na tyle, na ile zdaje sobie sprawę z zagrożeń. Być może takie było wyobrażenie tej pani o wygodnym obuwiu turystycznym, a przewodnik czy osoby doświadczone powinny były górskiemu debiutantowi, takiemu przedszkolakowi na poziomie wędrownictwa, uświadomić, że naraża swoje zdrowie, czasem też tempo grupy, czyli jej komfort, bezpieczeństwo…
– Skąd pani wie, że tej pani nie idzie się wygodnie w tych butach?
– Nie wiem, oczywiście. Jednak wyraźnie zostaje z tyłu, za chwilę się bardziej zmęczy, jeśli dojdzie na Glinne bez kontuzji, będzie wycięta. Kwalifikowany przewodnik jest od tego, by uprzedzająco przewidzieć nawet mniej oczywiste trudności… Chyba, że i on nie ma teoretycznego pojęcia – jak wielu facetów widujących w mieście dziewczyny i kobiety śmigające pozornie lekko na obcasach – jakie to niebezpieczne na dłuższą metę, ile wymaga wysiłku, jak z upływem dnia i kilometrów daje się we znaki.
– Ta pani jest dorosła; sama zdecydowała.
– Zapewne, ale mogła sobie nie zdawać sprawy, jaki wysiłek i przeszkody ją czekają, co to znaczy iść w górę lub w dół po skałach cały dzień. Gdy przyszliśmy zamówić przewodnika na Gierlach, ten pierwsze sprawdził, w jakich butach byliśmy i upewnił się, że pojutrze rano zjawimy się na spotkaniu z nim w takich samych…
– Lecz to jest luźna grupa przyjaciół, a nie płatny przewodnik… [z uprawnieniami, przyp. BM]
– Kogokolwiek biorę w góry jako mniej doświadczonego, odpowiadam za niego… może nie prawnie, ale moralnie z pewnością… W zeszłym roku widzieliśmy tu pana w cienkiej koszuli i z teczuszką, bez termosa i wiktuałów (za to z porządnym dżipiesem turystycznym), lecz on najwyraźniej wyrwał się sam jak filip z konopi, nie miał mu kto na dole uświadomić niewiedzy, nieadekwatności ekwipunku…
– Ta pani jest dorosła
– Najłatwiej tak zamknąć sprawę…

Na ogół rodacy mają w podobnych przypadkach opinię wścibskich, nadopiekuńczych, wyrywających się z nieproszonymi radami i pouczeniami – ba, z besztaniem.
— Ileż to razy słuchało się, czytało, o zachodnich Europejkach – pracujących tu i mieszkających z rodzinami – generalnie bardzo na plus do Polski, lecz zmęczonych jednym: „piaskownicowymi” pouczeniami mam, babć i niań, jak to rzekomo maluch za lekko ubrany, niepodmuchany po upadku, nieprzytulany co dwie minutki.

Unwanted, unasked for, unsolicited advice…

Lecz czy także w sobotnim przypadku?
(Jakkolwiek mocną (hipotetyczną ;-/) niechęcią nie byłyby przepełnione panie doświadczone w stosunku do „kokietki”-debiutantki na szlaku…)

Pogmatwana sprawa, ten górski etos a nawet etykieta!

Reklamy

Musicalowy mieszaniec

18 czerwca 2018

Najkrótsza recenzja?
6/10.

Rozczarowanie melodramatycznym zakończeniem.
Po wyjściu z kina pytanie, czy wystarczy wrzucić film w czerń-i-biel, by stał się artystycznym.
Prawdopodobnie po twórcy Idy ktoś spodziewał się znacznie więcej.

Jednak warto.
Tu i ówdzie nawet najbardziej wymagający mogą się zaskoczyć na plus.
Intelektualnie i emocjonalnie.

Trochę…

[13.6.2018, 20:30, Cinema City na krakowskim Kazimierzu, sala nr 2 Chupa-Chups ;p – Zimna wojna]

Witkowe Skały

17 czerwca 2018

w północnej części Doliny Szklarki

…którą to dolinkę mamy przechodzoną – nawet w najostatniejszym czasie – w tę, wewtę i jeszcze w poprzek (ach zrobić wreszcie ten indeks dolinkowo-podkrakowski!)
Dodatkowo – byliśmy tu dokładnie rok temu.

Jednak co i rusz okazuje się, jak bardzo są wędrowniczą dziurą bez dna te jurajskie zakątki. O Witkowych Skałach wspomina co drugi skałkowiec-szkółkowiec. Imię adeptów wspinaczki to obecnie legion; gdzieś muszą ćwiczyć, zatem czemu nie tu… niech nawet we wczesny niedzielny ranek, gdy bardziej, niż pokrzykiwań i asekuranckiej terminologii oczekujesz saren, lisów i myszołowów.

…A Witkowe Skały przypominają nieco rumuńskie Skały Księżniczki pod czyli nad Kimpulungiem Mołdawskim…
Co w pewnych kręgach skojarzeniem wyśmienitym jest.

Dosmaczą krótki wypadzik maliny (wczoraj pod Babią skonsumowano pierwsze dzikie borówki sezonu 2018), czereśnie wszelkich perwazji… i nawet wiśnie (2 kilo dojechało do Krakowa) — plus jeszcze to, owo… i tamto.

Czegóż chcieć więcej przed pewnymi drugimi urodzinami?!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[17.6.2018: Jerzmanowice, okresowe źródło Pióro – Witkowe Skały – „Kalwaria Jerzmanowicka” – ok. źr. Pióro. Ślad GPS]

Witkowe Skały spod przeciwległych skałek. Pozostałe obrazki to wszystko, tylko nie one ;D

I już wgląd we fragment Doliny Szklarki z dobrze nam znaną Skałą Brodło

Ilustracje – Pak4

Odszczekiwanie

16 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Przelotny Gość nas namawiał, żeby odwiedzać Polskę i poznawać zamek w Suchej Beskidzkiej.

Przelotny Gość nas zapraszał bliżej Babiej.

I co niejaki Pak4, podpisany wyżej, twierdził?

Że Babia może sobie od nas odpocząć. Tak twierdził.

A gdy przyszło wymyślać, gdzie się wybrać, by wybić się ponad ciepło sobotniego poranka, to co zrobił? Wyszukał mapę i zaproponował wyjście na Małą Babią, choć byli dopiero rok temu.

W eskalacji dążeń turystycznych, co zrobili? Na Babią (Diablak) też weszli. Percią Akademików (co akurat Basia zaproponowała, za co mój ROI jest jej wielce wdzięczny…).

Czyli Pak4 musi odszczekać swoje odkładanie Babiej na później, bo owszem, Tatry, czy Fatry kuszą, a Chocze się rysują na horyzoncie, ale jednak Babia jest bliżej, mając trzymając wiele atutów w garści. Na tym też polega swojskość. A w odszczekaniu jest tylko jeden problem. Otóż dzisiaj psy nas do szczekania nie wytresowały, jakoś dziwnie spokojne były… No i mijany zamek w Suchej Beskidzkiej był w remoncie…

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.6.2018: Zawoja-Czatoża – (niebieski, potem zielony) – Markowe Szczawiny – żółtym (Perć Akademików) – Babia Góra – Przełęcz Brona – Mała Babia Góra – Jałowcowy Garb – Przełęcz Jałowcowa Północna – Zawoja-Czatoża. Ślad GPS.]

(basia)

(Pak4)

Čertovy kameny

15 czerwca 2018

Czarcie Skały, Diabelskie Kamienie w Jesionikach nad Jesionikiem to na tyle atrakcyjna formacja skalna, iż… zaliczyć ją może nawet ten… ta, który/a wzrastała z Ciężkowicami za pan brat.

Miłośnikom Ciężkowic (i to zblazowanym licznymi dalszymi podbojami z tego gatunku) Czarcie Skały mogą dać satysfakcję a wręcz radochę, w porywach złośliwą, przez fakt nieprzytomnego ołańcuchowania. I zachowań ludzkich na widok ubezpieczeń (gdy pod samą formację dostaniesz się samochodem – potencjalnej klienteli służb ratowniczych nie brakuje).

Radocha bezpodtekstowa ogarnia cię z powodu widoków i jednak sporych rozmiarów skały, okienka w niej, piękna przyrody wokoło, zwłaszcza tak sprzyjającą roku porą, jak obecna.

Foldery zmówiły się, by polecać włażenie pomiędzy żelaziwo o zachodzie słońca.
Niemal spełniliśmy.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.6.2018: Zlate Hory. Rejviz. Jesenik. Čertovy kameny]

U Pana Prysznica

14 czerwca 2018

…niemal

In situ zetnęliśmy się z Vincenzem Priessnitzem (1799-1851) na przykład w Głuchołazach (2013).
Tu jest miejsce urodzin, działalności i śmierci niebanalnego analfabety-samouka, chłopca poszkodowanego podczas upadku z konia i samo-się-uleczającego… potem sąsiadów kurującego metodami zaobserwowanymi u dzikich zwierząt, formalnie oskarżonego o znachorstwo, jako „lekarz wodny” w kwiecie lat 26 z sukcesem rozkręcającego pionierski zakład wodoleczniczy na zboczach rodzinnego wzgórza Gräfenberg, majątek dziesięciu milionów guldenów po sobie pozostawiającego, z laurów-nieśmiertelności „okradzionego” przez niejakiego dra Kneippa…

W Prysznicolandzie nie będziemy relatywizować, mitów i legend obalać, przyczynkarstw pedantycznych i uściśleń niezdrowych popełniać (jak to z tym pionierstwem było, etc.) — poddamy się za to magii miejsca – zadbanej senności, sennemu zadbaniu. Po czym… nie pójdziemy na spacer po kurorcie, a z przeciwgórki zerkniemy. Bo punktów widokowych, w okolicy mnóstwo, żywiołów nastrojowych rozmaitość spora. Co pozwala na niemal-obiektywizujący ogląd natury, ludzi, ich spraw, sprawek, sprawunków…

Bo że Polacy (od stuleci licznie odwiedzający kurort) przywieźli z ówczesnego Freiwaldau a dzisiejszego Jesenika słowo i obiekt niezbędny nam co dnia, jest faktem niezbitym… i nie będziemy drobiażdżkować na temat przekłamań i upiększeń w folderach (chyba, żebyśmy bardzo chcieli…)

* . ** . *** . **** . ***** . ****** .

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.6.2018: Zlaté Hory. Rejvíz. Jesenik. …]

Widok odgórnie-dojazdowy miasteczka

Wodolecznictwo optyczne ;-/

Jesenicki ratusz

Słynne sanatorium – my już w drodze do kolejnej superatrakcji

Ilustracje – Pak4

Rejvíz

13 czerwca 2018

Wczorajsze uwagi Jankory o między-słowiańskich opalizacjach znaczeniowych studánki (że to nie tylko „na wójtowej roli studzieneczka stoi”!) skłaniają do pokontemplowania rodzajów, gatunków i odcieni studzenia, jakich dostąpi wędrowiec po wyższych (choć nie naj-) i niższych górkach Centralnej Europy.

Oczywiście zakładamy, że chłodzenie przydatne-potrzebne-pożądane jest, ergo, że wędrowiec przyjmie z wdzięcznością (bez)lik jakości wspomnianych. A przynajmniej, że zdolny jest wczuć się w sytuację potrzeb i tęsknot, jakie występują i nasilają się u bliźniego jego.

Rodzaje orzeźwień przełomu maja i czerwca 2018? – Wymieńmy niektóre:

– samochodowa klima
– często-oziębła prezeska
kaskada pod Hradcem
Vodní nádrž Slezská Harta – nawet gdy dopiekająca koło południa
– kaniony Białej Opavy ziejące chłodem, huczące lodowatymi strumieniami, bryzgające odwodospadową mgiełką
– …tudzież wspomnienia lodu w nich (3 maja 2012)
– powiewy ogólnogórskie i groźnie-choć-oddalnie-przedburzowe pomruki Wysokiego Jesionika
– ogólne moce, jonizujące burze, zamrażarkowy lód, leniwe choć skupione oglądanie „Gottlandów”, łazienkowe pingwiny śródgórskiego pensjonatu tudzież zimna woda (spokojniejsza i biczująca) basenu, wokół którego parzą kamienie i rzeźwią dojrzałe poziomki
– dreszczyk emocji, jaki zawsze towarzyszy sprawdzaniu, czy borowik ceglastopory to aby nie grzyb szatan (dwustuprocentową pewność muszą mieć nie tylko wszyscy konsumenci, ale nawet świadkowie – wedle tej to logiki we wrześniu 2014, na widok bojaźni pani gospodyni w koszu wylądowały bez dalszych dociekań dwa słowacko-bieszczadzkie egzemplarze)
– przepyszna woda Karlovej Studánki (czymkolwiek by nie zalatywała panu z GW), uzdrowiskowe wodospady i kaskady (nawet gdy sztuczne), ogólna balsamiczność i wyżej-górska poburzowość kurortu
– fontanny i deszczyki Zlatych Hor, lasu sanktuaryjnego czary, w tym studzienki, które cudem uniknęły wysadzenia w powietrze

– …i rzęsiście chłodem emanujące moczary czyli studzenie na torfowiskach Narodowego rezerwatu przyrody Rejvíz tudzież w okolicach słynnych widokowych łąk owego plateau

Mżawkowa wędrówka ścieżką dydaktyczną do Wielkiego Jeziorka torfowego, po oślizgłych pomostach, z wglądami w omszałe oczka wodne… dalej co krok czyhają niby wilcze doły małe jeziorka trawą zarosłe na poły… sam unikat ów… woda tych studni sklni się, plamista rdzą krwawą, a z wnętrza ciągle dymi zionąc woń plugawą
— taka wędrówka spełnia wszelkie znamiona luksusu, gdy z dalsza i bliższa płyną smsy o trzydziestu celsjuszach o poranku i innych radykalizacjach klimatu.

Doszedłszy do celebrowanego akwenu czas zabawić się w uzupełnianie torfowiskowej erudycji, gdy nagle…
…zionąc woń plugawą
od której drzewa wkoło tracą liść i korę
łyse, skarłowaciałe, robaczliwe chore…

Sosna hakowata!

Doprawdy? Czy to torfowisko musi też opowiadać o polityce?! Podnosić ciśnienie?! Wytrącać z kulingowo-błogostanowego relaksu?! Rozgrzewać w trzy sekundy do setki czyli białości?!

Widać musi. Bo po pierwsze czytelnik zobaczy wpis niniejszy (po co się chodzi na nudne torfowiska, jak nie dla przyszłych autorsko-czytelniczych pogrywek?) — gdy także do Małopolski zawita ochłodzenie (nie mówiąc o innych tam-strasznie-zimnych rejvirach).

Po drugie będzie czwartek, kiedy nawet w obrębie TeamuBP (jednomyślnie-sterylnego na punkcie higieny psychicznej) pewne tematy są niezbanowane.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.6.2018: Zlaté Hory. Rejvíz. …]

Ilustracje – Pak4

Zburzyć i odbudować

12 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zgłębiając historię mijanych miejsc wciąż czytamy, że ktoś burzył, a ktoś odbudowywał. Często tylko burzył. Rzadziej tylko odbudowywał.

Na pobliskiej Jurze wciąż widać rany po potopie szwedzkim. W Czechach (i Dolnym Śląsku) po wojnie trzydziestoletniej. Na Słowacji po antyhabsburskich powstaniach. A tu i ówdzie jeszcze fronty czy bomby obu wojen, albo nawet nie wojen w sensie karabin, armata, krew i żołdactwo, ale wojen ideologicznych. Owszem, bywała winna i natura z powodzią, czy czasem (który fugit), ale zwykle jednak wina była po stronie homo sapiens.

Zasadniczo, gdy kończy się wojna, a ludzi nie zginęło zbyt wielu, to zaczyna się koniunktura, na fali której się buduje – piękniej, wyżej, porzucając dawne ograniczenia.

Ale czasami koniunktury nie ma. Albo są inne potrzeby. Albo przeciwne wiatry wieją zbyt długo.

Nie będzie listy, bo byłaby za długa. Będzie odbudowa. Nie. Nie zamku. Kościoła.

Początki kościoła też były wojenne. Rok 1718. Jedna z zapomnianych już wojen. Żona rzeźnika z miasteczka Zuckmantel uciekła na górę za miasto i szczęśliwie urodziła, mimo tych leśnych, niesprzyjających okoliczności. Było lato, miała więc szczęście. Ale i tak nie było lekko. To, że skończyło się szczęśliwie przypisała pomocy Matce Boskiej i zamówiła (koniunktura) obraz. Powstała drewniana kaplica. Potem murowany kościół.

Wojny chwilowo oszczędzały Zuckmantel. Przynajmniej bezpośrednio, bo pośrednio zmieniły mu nazwę – Zuckmantel stał się Cukmantlem – i zapewne na polach bitew pozostawiły szczątki wielu jego mieszkańców. Ale jednak lokalnie trwał spokój. Do czasu… II wojna światowa przyniosła wiele nowego. Wypędziła Niemców, czyli niemal wszystkich i przyniosła kościołowi za miasteczkiem dewastację.

Tym razem na powojennej koniunkturze zyskała tylko nazwa miejscowości – Cukmantl stał się Zlatymi Horami, co brzmi dumnie. Liczba mieszkańców spadła o połowę, mimo wsparcia przez władzę napływu ludności skąd się tylko dało.

A kościół pod miastem tym bardziej nie zyskał. Przeciwnie – w 1955 roku zakazano odwiedzania go ze względu na możliwe szkody górnicze. A w 1973 wysadzono w powietrze*.

Zmienił się system. Budowę na nowo zainicjowano w roku 1990, a dokończono w 1995. Nie „odbudowywano” w sensie historycznej wierności. Zbudowano na nowo, z prywatnej inicjatywy**.

I ośrodek pielgrzymkowy funkcjonuje. Posiada nawet klasycznie czeską nazwę Maria Hilf. Chwali się też zdjęciami dzieci poczętych i urodzonych dzięki wstawiennictwu. Tylko asfalt trochę zdeteriorował. Cóż, znowu ktoś będzie musiał odbudować…

______________
*) W jednej z etiud filmowych „Gottland”, przygotowanych przez studentów praskiej filmówki, a oczywiście inspirowanych Mariuszem Szczygłem, wdowa po wysadzaczu praskiego pomnika Stalina wspomina wybuchową pracę męża jako służebną i wartościową dla kraju. Zastanowiło nas, co jeszcze wysadzał. Choć chyba nie ten kościół…

**) Odbudowany kościół wraz z całym tak zgromadzonym majątkiem (?) przekazano Kościołowi w 1999. Miasto dołożyło się, owszem, ale terenem, czyli raczej w słuszności niż hojności.

PS.
Gospodyni zamówiła inny temat: „dlaczego Zlate Hory tak bardzo różnią się in minus od Bańskiej Szczawnicy czy Kutnej Hory w liczbie i zachowaniu zabytków”. Cóż, trudno o tym ciekawie pisać, skoro odpowiedź jest dość banalna – otóż one nigdy nie były tak bogate, piękne i wielkie. W Zlatych Horach wydobywano góra kilkanaście kilogramów złota rocznie, kosztem utrzymania nie tylko górników (zakładam, że było ich odpowiednio mniej), ale też strażniczych zamków, czyli przy podobnych kosztach stałych. Wydobycie samego tylko złota w Bańskiej Szczawnicy było przy tym dziesięciokrotnie wyższe, a oprócz tego w Bańskiej wydobywano srebro w sporych ilościach (w Zuckmantlu – miedź). W Kutnej Horze w najlepszym dla niej czasie wybijano dziennie 2000 groszy praskich. Czyli srebro, ale też przetwórstwo masowe, gdy Zlate Hory działały w skali mini, w skali nieźle oddającej różnice między Księstwem Nyskim, a Węgrami króla Ludwika, czy Czechami Wacława II. Do tego zapewne dochodzi i fakt, że Zlate Hory wymieniły po wojnie niemal całą ludność, gdy jednak w Kutnej Horze i Bańskiej Szczawnicy proces był dłuższy i bardziej stopniowy. A to przecież też sprzyja trwałości tradycji i dbałości o zabytki.

Zdjęcia: basia i Pak4

[2.6.2018: Zlaté Hory. …]

(Pak4)

Karlova Studánka

11 czerwca 2018

Choć zdarza nam się linkować i cytować polskojęzyczne teksty trawelrajterskie – niemal nigdy nie jest to gest bezzastrzeżeniowy. Najczęściej zaś gazetowe i portalowe publikacje sprawiają wrażenie (może zgodne ze stanami faktycznymi?), jakby pisali je wyłącznie mało rozgarnięci stażyści.

Na pierwszy rzut oka obiecujący wydał się onegdaj tekst Leszka Frelicha z 4 lipca 2014 o Karlovej Studance.
Lecz po przeczytaniu… normalka:

W Jeseniki wystarczy się wybrać tylko raz, by potem wracać do nich stale.
Jeseniki są przy Karkonoszach niemalże nieznane, ale ze wszech miar zasługują na docenienie.

Powtórzenia rażą, lecz widywało się już mniej kontentujące tonacje i kontenty ekspozycyjne.

Za to w następnym zdaniu…

O ile zimą na parkingach pod Pradziadem, w Ramzovej czy Karlovie parkują auta z wrocławskimi tablicami, o tyle gdy wyciągi narciarskie się zatrzymują na międzysezonową przerwę, to w tej najbardziej na wschód wysuniętej części Sudetów samochodów z Polski ze świecą szukać.

Bzdura. Na podstawie sześcioletnich obserwacji tranzytowo-pobytowych oraz przeglądów polskojęzycznej działalności blogowo-forumowo-wędrowniczej oświadczamy, iż na parkingach jesionikowych polska frekwencja a w porywach tłok bywa także wiosną, latem i jesienią. Nawet w tygodniu. Prawdziwego wędrowca to rzecz jasna nie zraża – on przybywa przed innymi, biorąc miejsce z prognozami największego ocienienia i najwygodniejszego wyjazdu z placu (właściciel wróci wszak z wycieczki wczesnawo; burza grozi, basen hotelowy kusi, kurortowe podboje czekają!)

Tymczasem w Jesenikach wciąż nie ma tego, co odstrasza od popularnych górskich rejonów: wszechobecnej komercji, drożyzny i tłumów. Są za to niezwykle urozmaicone krajobrazy, urzekające widoki i mnóstwo ciekawych zabytków – wszak ogromna większość Jeseników to dawne ziemie księstwa biskupów wrocławskich.

— Ten akapit można przyjąć za prawdziwy

Tymczasem w pierwszoczerwcowe popołudnie jesteśmy (sami ale i z państwem, przyszłemi czytelnikami naszemi) w kurorcie tytułowym:

Wyjątkowość swą zawdzięcza [ów kurort, przyp. BM] zabytkowym drewnianym, acz okazałym domom zdrojowym, hotelom, pensjonatom, pijalniom. Wprawdzie pedantycznie położone kostki brukowe na drogach i chodnikach oraz niczym od linijki skoszone trawniki mogą wywołać wrażenie, że mieścinka została wycięta z folderu reklamowego i przeniesiona w zalesione góry, ale ten sznyt na wysoki połysk najwyraźniej ma świadczyć, że to kurort pełną gębą.

No, z tym folderem to albo celowo przesadził, albo nic z tej bajki jeszcze w świecie nie widział.
Lecz cóż to za dziwo w kolejnym zdaniu? —

Faktem jest, że tutejsza woda mineralna, choć nieco czymś zalatująca, fantastycznie gasi pragnienie po zejściu ze szlaku.

A czymżeż ona zalatuje ta woda? Kto jak kto, ale reporter największej polskiej gazety powinien był wykazać się większą dociekliwością! A potem poinformować Polskę i Dolny Śląsk, czy spotkał wodę mineralną, która by nie zalatywała niczym!

Team pobrał i skosztował – woda jest pyszna także w trybie spacerkowo-leniwym. A że przy okazji jej poboru z uroczego ujęcia spotka się życzliwego choć i ogólnie-bezrobotną goryczą przepełnionego lokalsa? — Ha, może go zwolnili, bo wcześniej pisał takie rewelacje po czesku?

Historia Karlovej Studanki zaczęła się po klęsce Czechów pod Białą Górą w 1620 r., gdy dostała się w ręce zakonu krzyżackiego (w herbie Karlovej Studanki zachował się czarny krzyż na białym tle).

Krzyżacy przebadali miejscową wodę, a kiedy znaleźli w jej składzie minerały i związki chemiczne, postawili pierwsze domy zdrojowe i pijalnie istniejące do dnia dzisiejszego. Długo by wymieniać rody i postacie, jakie przez wieki do tutejszych wód przybywały. Warto natomiast wspomnieć, że podczas swojej prezydentury bywał tu rok w rok Vaclav Havel.

…Studanka, klęska czy Biała Góra?

Kto ciekaw, kiedy Zakon utracił ów zdrój – przeczyta (jednak) dalsze akapity tekstu. Nie przejmując się zaskakującymi modulacjami tudzież innymi lapsusami, a przyjmując od nas na wiarę ustną, pisemną i zdjęciową, że w porze rododendronów, nawet w poburzowej szarówce wieczornej, cudnie się tam posnuć w sennym chłodzie po podbojach poranka. A nawet bezzdobyczowo.

Auto postawią państwo tak (po 18:00 wiele parkingów za darmo!), by polskie blachy rzucały się na oczy redaktorom, blogerom i innym trawelrajterom. Polska i Polacy są godni dumnego podróżniczego imienia swego.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[1.6.2018: Praděd. Karlova Studánka]

W cieniu

10 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Fala upałów przechodzi nad Polską. Nad Małopolską też. Trzeba jakoś się schować. Na przykład nad wodą i w cieniu.

Dobrym przykładem połączenia wody i cienia okazała się Dolina Sąspowska. Bo tak:

1) woda jest, gdyż:

1.a) coś dolinę wyrzeźbiło;

1.b) coś w niej ciurkoli;

1.c) co chwilę bije źródło;

1.d) no i zabraliśmy zapas do plecaków w butelkach;

2) cień jest, albowiem:

2.a.) idzemy w dolinie, czyli ocieniają nas chwilami sąsiednie wzgórza (a przynajmniej rano, a wystartowaliśmy przed 6-tą);

2.b) idziemy przeważnie w lesie, więc ocieniają nas korony (hoho!) drzew nad głowami;

2.c) Dolina Sąspowska znajduje się w cieniu bardziej znanej i odwiedzanej Doliny Prądnika, do którego to Prądnika zresztą Sąspówka w Ojcowie wpada;

2.d) poranek jest pochmurny, więc i chmury rzucają cień;

2.e) a jakby co, to mamy w plecaku… czapeczki!

Zdjęcia: basia i Pak4

[10.6.2018: Sąspów (szkoła) – Obserwatorium Sejsmologiczne PANDolina Sąspowska (źr. Filipowskiego, źr. Harcerza) – Dolina Prądnika/Ojców – Jonaszówka – ruiny zamku – Wola Kalinowska – koło Diablego Młyna – Obs. Sejsmologiczne PAN – Sąspów (szkoła). Sąspów (kościół, XVIII wiek). Ślad GPS]