Ukarać celebrytę

16 kwietnia 2018

W UK sąd wymierzył właśnie kolejną historycznie najwyższą grzywnę za kolizję na podwójnym gazie.

Na biednego co prawda nie trafiło.

Lecz na nielubianego – także nie.

Ant McPartlin said he is ‚ashamed and mortified’ at having smashed into two family cars while twice the legal alcohol limit as he was handed a record £86,000 fine for drink driving today. The 42-year-old also said crash could have been much worse and he knows he should set a positive example. (Całość)

Reklamy

Tomaszowice

15 kwietnia 2018

— to byłby w zasadzie sikłelek do „Sharp-cze”/”Hash-cze”. Wdzięczny swą malutkością, post-post modernistycznymi mrugnięciami opalizacyjnymi i prawie-autoironicznymi na kanwie (względnie pod kanwą), jak to ze spacerku minimalistycznego – ale koniecznego dla resetu i odstresu – wyszedł jeszcze mniejszy (bo gps nie od razu zaczął zliczać)… jak to biżutkowo-urokliwe i bliziutko-niezliczone wędróweczki w Podkrakowskich Dolinkach są… jak można się zgubić pomiędzy dwoma drzewami i jednym potoczkiem na krzyż.

Ale nie, my w tę niedzielę, w taką niedzielę nie popełnimy niczego malutkiego. W dniu, gdy o nas ocierają się (a my tego nawet nie zauważamy) wielcy, więksi i najwięksi, wydźwięk notki może być tylko tryumfalnie-fanfaralny.
Czyli o potędze wiosny i zagadnień pokrewnych, wielkim widoku Krakowa z Łysej Góry, największych oszczędnościach czasowo-paliwowych w historii wycieczek Teamu.

Niektóre typy narracji przyjmą wszystko. Synchronicznie, diachroniczne, anachronicznie i na długo przed MaBeNą.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[15.4.2018: Tomaszowice (Centrum Konferencyjne Ziyada Raoofa) – Podskalany – Jaskinia Borsucza – Wąwozem Podskalańskim – Łysa Góra – Tomaszowice – spacer po Parku Dworkowym (niepełny ślad gps)]

#cze

7 kwietnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czasem droga wiedzie w chaszcze. Wiedzie i tyle.

Historia znajomości Teamu i chaszczy jest długa. Już na pierwszej wycieczce się poznaliśmy. Ruszaliśmy z Łopusznej, niebieskim przez Bukowinę Waksmundzką na Turbacz. Mieliśmy przejść na Kiczorę i zejść czarnym do Łopusznej. Ale czarnego nie było. W miejscu podejrzewanym o skrywanie czarnego szlaku leżały bez ruchu martwe drzewa. Z trudem pokonaliśmy pierwsze dwa, czy trzy, po czym nastąpiła decyzja o odwrocie. Wspięliśmy się więc znowu na Turbacz (choć zaprawdę, wystarczy że się wchodzi na Turbacz raz dziennie, dwa razy dziennie to już lekka przesada) i tym samym, niebieskim szlakiem wrócili do Łopusznej.

***

Ponad rok później przyszła Mała Fatra. Piękny wrzesień, piękna wycieczka. Ale najpierw szlak na Snilovske Sedlo nieczytelny (cóż, wszyscy jeżdżą kolejką, takich oryginałów jak my, by wchodzić na nogach wielu nie ma), ale jakoś doszliśmy. Potem pięknie weszliśmy na Krywań (fatrzański), przeszli grzbietem przez Chleb, zeszli ślizgając się w błocie na Gruń. A potem drogę do samochodu zagrodziła tabliczka z napisem, że przejścia nie ma bo jest ścinka drzew. Ale padła decyzja: „Co?! Polski turysta nie przejdzie?!” I tak, niosąc dumną tradycję zwycięstw husarii (ze szczególnym uwzględnieniem wiedeńskich szarży wśród chaszczy) zeszliśmy szlakiem zawalonym drzewami.

***

Początki są najbardziej pamiętne, ale każdy rok coś nowego przynosił. Wyjątkowo dużo przyniósł 2017, a każdy przypadek był inny.

Na Fabovej Holi, którą wspomnieliśmy w sobotę, las iglasty padł pod ciosami szkodników. Szlak co prawda poprzecinano, niemniej szło się dość uciążliwie. GPS pokazywał, że już tuż, tuż, że 100 metrów do szczytu, że płasko. I było płasko, ale wśród powalonych drzew szło się ciężko, niczym w labiryncie, wciąż zmieniając kierunek by ominąć pnie. To było długie 100 metrów.

Na Fabovej Holi myśmy byli OK, opiekunowie szlaku byli OK (no prawie…), mapa była OK, GPS był OK, tylko taki mieliśmy klimat. Na Stebnickiej Magurze i my byliśmy winni, i zarządcy szlaku, i GPS, i mapa. Zgubiły nas pycha i lenistwo. Zamiast skręcić we właściwą drogę (dobrze rozpoznaną, ale straszliwie błotnistą), postanowiliśmy pójść skrótem wykazywanym przez mapę i GPS, bo skrót prowadził drogą lepszą niż szlak. Tak to wówczas widzieliśmy. Droga jednak robiła się coraz gorsza i wkrótce znaleźliśmy się w chaszczach, wyszukując jakichś sarnich ścieżek. GPS pokazywał, że szlak blisko, ale szlak szedł równolegle, więc nie chciał się przybliżyć. I szedł niżej i za głębszymi chaszczami niż te przed nami, więc brnęliśmy przez „łatwiejsze”, licząc że prędzej, czy później linie równoległe się spotkają, bo to góry a nie euklidesowska geometria. I mieliśmy rację… Ale trochę to trwało, a trochę w chaszczach to całkiem dużo.

Przypadek z Szilvasvarad był dość podobny, choć jednocześnie różny. Nie szliśmy na żadne skróty, mapa i GPS były OK. Z tego miejsca wciąż czuję się zobowiązany by przesłać im podziękowania. Ale jakoś nie przetłumaczyliśmy z węgierskiego napisu, który mówił, że szlak zamknięty. (Choć czy nas by to powstrzymało? Mala Fatra przesyła swoje wątpliwości.) Niby nawet „z terenu” mogliśmy dostrzec, że na szlaku trwa ścinka drzewa. A mimo to szliśmy, bo odwrót byłby jakiś taki niehonorowy… I doszliśmy, choć czasem chaszcze wypuszczały nas w trudniejszy teren. I potem zachwycaliśmy się, bo to piękna sobota była, choć pierwszy odcinek kazał nam zwątpić w przekonanie o łatwości węgierskich gór.

***

Sobotnie chaszcze to coś jeszcze innego. Postanowiliśmy wyciąć pętle tam, gdzie nie ma pętli szlakowej. Ale ogląd mapy pokazał, że jeśli tu pójść trochę asfaltem, a tam podpiąć się na chwilę pod szlak rowerowy, to już domknie się pętlę i to trochę nową dla nas, choć bliską.

Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Co prawda nadzieje na łatwe podążanie drogą, jako szlakiem rowerowym szybko się rozwiały, bo choć charakterystyczne elementy krajobrazu kultury (pomnik pacyfikacji z 1944 i kapliczka z 1813) łatwo się znalazły, tam gdzie miały być, to znaków szlaku rowerowego brakowało. Cóż, poszliśmy wg mapy i GPSa, co się nawet przez kilkaset metrów, a może kilometr, sprawdzało, bo droga była wyrażna i wygodna. Ale potem przyszło rozejście się dróg. I co dalej?

W prawo po błocie, trawersem? Czy w lewo, grzbietem? Mapa podpowiadała, że jedno i drugie, bo tak wieść miała droga — najpierw grzbietem, potem trawersem na przełęcz. Ale gdzie byliśmy? Jeszcze na odcinku „grzbietem”, czy już odcinku „trawersem”?

Pomógł GPS Pomógł i zgubił. Pomógł, bo pokazał, że w zasadzie wszystko jedno. Że to rzeczywiście rozejście się dróg, ale obie nas prowadzą do celu. Że w lewo dojdziemy na Patryję, a w prawo na Weszkówkę — przez obie przechodził żółty szlak, który był dalszym etapem. Poszliśmy więc wygodniejszą drogą. I to był błąd. I trzeba było słuchać napomnień, by nie iść przetartym szlakiem*. Bo to co było łatwe i przyjemne na początku, szybko zmieniło się w diretissimę. Najpierw nawet fajną, bo suchą (a baliśmy się błota w ten weekend), na której szybko nabieraliśmy wysokości, ale potem zachaszczoną przez powalone drzewa.

Pierwsze można przejść. Drugie też. Ale po trzecim łatwiej nie jest. A po piątym, już się nie wie, czy łatwiej jest zawrócić, czy pchać się do celu. Tymczasem GPS mówił, że blisko. Że gdyby tak na wprost to może z 200 metrów? No… 300, może. Ale jak iść na wprost przez powalone pnie, skłębione gałęzie i kolczastości? Wśród nich zadawała się wieść to tu, to tam ścieżka. Ścieżka wciąż zwodząca w bok, pozornie tylko przybliżająca do celu, bo po zerknięciu do GPSa wciąż wychodziło 200 metrów.

Dłużyło się te 200 metrów. Ale wciąż znajdując kompromisy między mylnymi ścieżkami i naszym kierunkiem, trafiliśmy powoli w teren mniej zachaszczony, choć wciąż napakowany igłami ostrężyn. Potem… odnaleźliśmy właściwą ścieżkę nawet, tzn. tę „diretissimę”, którą przegrodziły nam drzewa. Długo nią jednak nie szliśmy, bo oto pojawiła się droga jeszcze właściwsza — żółty szlak, którym mogliśmy już kroczyć na legalu i w pewnym komforcie dobrych oznaczeń.

Potem… potem było 3/4 wycieczki. Może 4/5, ale bez chaszczy, co znaczy. że i bez przygód. Może dlatego, że każde chaszcze są inne, a szczęśliwe drogi podobne do siebie? Na tych dobrych drogach były kartki z podpisami na drzewach szczytowych, było tłumne schronisko, było obserwatorium astronomiczne i schodzenie wśród tablic o sławnych polskich astronomach, albo co najmniej pulsarach. Nawet pokazały się Tatry i Babia, o wyspowej meneżerii ze Śnieżnicą, Ćwilinem, czy Luboniem nie wspominając. Wszystko fajne, przyjemne, ale gdzie tu przygoda bez chaszczy?

Zdjęcia: basia i Pak4

[7.4.2018: Węglówka (nowy kościół) – Patryja – Przeł. Weska – Łysina – Kudłacze (zejście czarnym) – Łysina (czerwonym) – Lubomir – przeł. Jaworzyce – Węglówka. (ślad GPS)]

_________
*)

Frrru!

3 kwietnia 2018

Jeśli wfruniesz między wrony…

Kiedyś bawiła ją (w sensie… powiedzmy… angielskim) ptasio-foto-polowawcza aktywność Paka4.
Nobo wróble, sroki, sikorki wszelkich umaszczeń, a niech i kowaliki, raniuszki… – drobnica, banał, pospolitość (skrzeczy).
Nobo gdyby jeszcze jakie kormorany, czaple białe i siwe, flemingi i lemingi, marabuty, kruki, orły sokoły… niech okej, byle nie za często.

I co to w ogóle za obserwator, co ptaszka wypatrzy na dwa kilometry, a spośród pięknych krokusów pod nogami widzi tylko fioletowe, bo białe to już nie?!

Upłynęło latek parę… i ona dostrzega już prawie każdą szpaczość i sroczość. A wróble nawet na dachu.
Nie żeby musiała na to wszystko już-natychmiast polować.
Niech sobie Kompan będzie tym arcymistrzem wypatrywawczym i szybkostrzelnym.
Stać nas, na biedną nie trafiło.

Krrraaa!

Zdjęcia1: Pak4 (Kr. oraz Małop.) i basia

Zdjęcia2: Pak4 i basia

[Wielkanoc 2018:
1) Kraków – Małopolska – Kraków
2) Śląsk czyli głównie Chorzów z okolicami]

Znów

29 marca 2018

pogoda jak marzenie.

Znów czasu nie więcej, niż trzy, trzy i pół godzinki.

Znów dolinka mała, znana…
choć inaczej i cała.

Znów wzmożony ruch na Balicach – Niedziela Palmowa, idą Święta, idą…

…Na które to Święta
– perfekcyjnego melanżu materialnego z idealnym*
– idealnej trójwymiarowości wszędzie, a zwłaszcza w realu**
– realowych kontaktów z naturą, kulturą i oczywiście ludźmi***

życzę Państwu przenajserdeczniej.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[25.3.2018: Aleksandrowice – Burów – Kleszczów – Dolinką Aleksandrowicką – Aleksandrowice. (Ślad gps)]

Nie znam się i tyle

26 marca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Nie znam się na rzeźbie. Niby czytałem o historii sztuki, niby rzeźba jest jej częścią; niby wiem, kto to Myron, Michał Anioł i Dunikowski, a nawet niby poznałem pamiętnik Benvenutto Celliniego… Niby na oko odróżniłbym rzeźbę hellenistyczną od archaicznej. Ale wciąż nie mam poczucia bym się „znał”. I nie chodzi tu o „nieznanie się” w sensie głębokim, bynajmniej, o żaden doktorat z historii sztuki, praktykę krytyka, czy tym bardziej filozofię sztuki. Oczywiście na te sposoby też się nie znam, ale tak oczywistej niewiedzy bym nie wspominał na początku notki. Chodzi mi o to, że o architekturze, czy malarstwie jestem w stanie powiedzieć o wiele więcej niż o rzeźbie. Ba! O rocket science też mogę powiedzieć więcej.

Może dlatego, że rzeźby jest mniej? Obrazy są tak powszechne, że nauczyliśmy się płasko patrzeć na świat. A rzeźby? Niby zdobią ten i ów skwer. Niby spotykamy je w kościołach i czasem w przydrożnych kapliczkach. Ba! Są nawet ludzie, którzy byli w galeriach z rzeźbami. I bynajmniej nie chodzi o handel ogrodowymi krasnalami, choć to są rzeźby… Ba!!! Nawet narzekamy w Polsce często, że za dużo się stawia pomników*, ale w tym jest chyba więcej niechęci do politycznego czy ideologicznego zacięcia pomników, niż wrogości wobec przestrzennych dzieł artystycznych jako takich. Chyba, bo w innych krajach, gdzie rzeźb bywa więcej, głosów się takich nie słyszy.

Ale dość już mówienia ciągłego „nie” w tym wpisie. Bądźmy afirmatywni wobec namacalnej rzeczywistości. Cieszmy się wiosną. I tak w ramach praktykowania tej radości udaliśmy się w sobotę do Willi Decjusza i spotkali galerię rzeźby Bronisława Chromego. Spotkali chętnie, pozytywnie, afirmatywnie — była anonsowana na mapie, a myśmy bez żadnego omijania, czy czmychania podeszli z szacunkiem. I nawet rzucili pytanie o „krakowską szkołę rzeźby”. I się poczuli zakłopotani pustkami w pamięci. Aż chciałoby się znaleźć kogoś, kto wytłumaczy. Co prawda w pobliżu szkolono nauczycieli i animatorów, by szerzyli kulturę i sztukę, ale traf chciał, że zabrakło ich pod ręką. Gdzie diabeł nie może, tam internet pośle, więc pozostało zapytać Sieci. Ona zaś przemówiła profesorskim głosem: „rzeźbiarska sztuka Krakowa, od czasów późnego średniowiecza, dysponowała niezgłębionym źródłem twórczej inspiracji, jakim było niewątpliwie dzieło Wita Stwosza wyznaczające wysoki poziom artystycznych dążeń dla całych pokoleń rzeźbiarzy (…)”**.

Wysłuchałem Sieci z czcią i pozostałem tak samo głupi jak przedtem. Z głupotą swą, ale i afirmatywnie przyjętym dobrym słowem profesorskim porównałem „Pomnik Piwnicy pod Baranami”, któryśmy przeszli w jedną i drugą stronę, do ołtarza mariackiego. Tu i tu wiele uwzniaślających postaci, tu i tu ekspresja. Dzieło Chromego mniejsze, bliżej 4 metrów wysokości, gdzież mu do kilkunastu Wita Stwosza. Cóż, na UNESCO trzeba się było bardziej starać.

Ale jakiś chochlik kazał mi pomyśleć, że mijane po drodze drzewo z karmnikami dla ptaków na Sikorniku w sumie też spełnia to kryterium: wiele postaci, które uwznioślają skrzydełka, ekspresja treli i ćwierków między skubaniem ziarenek; nawet wymiary by może wyszły podobnie. Inna rzecz, że ołtarz Wita Stwosza, czy Pomnik Piwnicy pod Baranami są czynne cały rok, a karmniki tylko zimą…

A może Wit Stwosz to za mało? Może należałoby profesorskim tonem dodać uwagę, że „już od prehistorii postać smoka wawelskiego rozpalała wyobraźnię rzeźbiarzy krakowskich”. Inne dzieło Bronisława Chromego dowodzi, że owszem, że rozpala. Tylko w dzisiejszych czasach potrzebny jeszcze SMS.

Chociaż proces utleniania jest tak potrzebny do życia, pozostaje niebezpieczny. Smok wawelski najlepszym dowodem. Bo wszyscy wiemy, że ta jego hulaszcza egzotermiczność, co się powabnie dziewicami zaczęła, skończyła się baraniną z siarką.

Afirmatywnie przyjmuję dzieła Chromego. Czym mniejsze, tym bardziej afirmatywnie. Bo wolę iskierkę od Gotterdammerungu. A te duże dzieła? Że Chopina przewiało? Łatwo potem zrozumieć, że tak wyziębionemu zabrakło sił na walkę z chorobą. Czy dzieło więc przekonsultowano z NFZ?

Afirmacja dla małych dzieł Chromego, afirmacją dla małych dzieł Chromego, ale jedna z dużych rzeźb też mnie zafascynowała. Nie wiem, jak się nazywała, ale sądząc po kształcie była naśladownictwem gagarinowskiego Wostoku. Nawet odpowiedni właz awaryjny miała na miejscu. Na tym przynajmniej się znam, nie to co na rzeźbie. Znam się, bo lepiłem model jako dziecko. Jestem więc ekspertem i można mnie zatrudnić w komisji.


*) A propos pomnikomanii, nie potrafię się oprzeć chęci przypomnienia pewnego epizodu z dziejów Budapesztu: „W 1897 roku w towarzystwie Franciszka Józefa Budapeszt odwiedził Wilhelm II. Kwitnące miasto zrobiło na nim doskonałe wrażenie, ale uwagę tego gadatliwego monarchy zwrócił to, że w mieście jest niewiele posągów, Denkmäler. Cesarską sugestię podchwyciła prasa i Franciszek Józef wysupłał ze swojej prywatnej sakiewki 400 tysięcy koron dla miasta, żeby zamówić dziesięć posągów o historycznym znaczeniu. Zaczęło się zaludnianie wszystkich placów i skwerów posągami i pomnikami węgierskich postaci historycznych (a także cudzoziemców: Eugeniusza Sabaudzkiego i Jerzego Waszyngtona). W czterdziestopięcioletnim okresie przed 1896 rokiem w Budzie i Peszcie powstało dwadzieścia sześć pomników, z czego ponad połowa skromnych rozmiarów, a w latach 1896-1910 przybyło ich aż trzydzieści siedem.”
John Lukacs, „Budapeszt 1900. Portret miasta i jego kultury”, tłum. Tomasz Bieroń, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016
**) Prof. Franciszek Chmielowski cytowany w http://szydlowiecki.eu/ps-50653-artystyczny-fenomen/.

Zdjęcia: basia i Pak4

[24.3.2018: Dębniki – Kopiec Kościuszki – Sikornik – Wola Justowska – powrót. (Ślad gps)]

w Parku Decjusza znajdziemy nie tylko renesansową Willę Decjusza, ale i dostylizowaną stosownie współczesną siedzibę instytucji kulturalnej…

otoczenie Willi Decjusza ozdobione rzeźbami znanego krakowskiego twórcy

Wola Justowska straciła swój drugi drewniany kościół w pożarze 2002 (pierwszy spłonął w 1978) – nie dziwimy się więc zbytnio, że odbudowa jest… drewniano-murowana…

rzeźby niedawno zmarłego Prof. Bronisława Chromego – twórcy Smoka W. – w Parku Decjusza

Ilustracje – Pak4

Zwroty

23 marca 2018

Kariera artystyczna i finansowa Sienkiewicza najdoskonalej w jego pokoleniu zintegrowała ideowy i ekonomiczny aspekt tworzenia literatury, a wykluczające się z pozoru wypowiedzi pisarza o roli własnej twórczości doskonale ilustrują tę podwójność. Oto dwa reprezentatywne fragmenty z wielu rozsianych w korespondencji pisarza. Zasmakowawszy sukcesu, wyznaje bez skrupułów Witkiewiczowi w liście z października 1881 roku, po co pisze:

Chcę zrobić majątek. Na Boga! Na lato wyjedziemy gdzieś, a ja kuję monetę. Zacząłem również nowelkę pt. Latarnik. Podła!

Za to wiele lat później, w liście do Konstantego Górskiego z 14 lipca 1895 roku, opowie inną historię tego czasu, akcentując idealizm swojego pisarstwa. Warto zatrzymać się przy tym często omawianym liście. Był on rodzajem podstępu, który miał sprawić, aby Górski napisał omówienie Rodziny‌ Połanieckich. Niby mimochodem pisarz dostarcza krytykowi gotowego ujęcia całości swego pisarstwa, którego dominującą cechą ma być prekursorstwo w zakresie tendencji idealistycznych:

Ja tu chodząc po lesie myślę o rozmaitych rzeczach, a czasem nawet o sobie. Kiedyś „w dżdżu” przyszło mi na myśl, jak ja jednak porządnie przyczyniłem się do zwrócenia ludzi w kierunku idealnym. (LI I/1 292, 293)

Przewrotność podstępu polegała na tym, że Sienkiewiczowi nie zależało tak bardzo na recenzji Rodziny Połanieckich, chciał za to użyć Górskiego do próby manipulacji recepcją własnej twórczości, to znaczy – jak się wydaje – pragnął ulokować ją w obrębie głównego nurtu modnego już modernizmu, którego czynił się po części prekursorem, jeśli idzie o zwrot antypozytywistyczny. Sugerowana Górskiemu lektura miała prowadzić do rozpoznania w twórczości Sienkiewicza istotnego ogniwa rozwoju literatury nowoczesnej w Polsce, ponieważ jego utwory – zgodnie z sugestią autora – począwszy od Starego‍ sługi i Hani po‍ Quo‌ vadis, „przyczyniły się ogromnie do zwrotu nie tylko idealnego, lecz wprost religijnego” (LI I/1 292, 293). Jest to zatem próba użycia krytyki literackiej do wymiany kontekstu lektury, aby nowe pokolenie zobaczyło w jego dziele odbicia własnych idei.

Ryszard Koziołek, Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy. Czarne 2018

Treningowiczka

20 marca 2018

Z Nowym Rokiem zapisała się na Endomondo. Nie wie doprawdy po co, przypuszczalnie dla całościowego ogarnięcia przebogatej (acz w dużej mierze aproposowej) aktywności fizycznej swej.
— Albowiem dobrze wiedzieć, samąświadomość mieć, poza tym przykład bezprzykładnego w statystycznym ogarnianiu Maestra trwa wszak już ponad dekadę, zainspirować się najwyższy czas!

Liczniki przy rowerach są, ale wciąż zdarzy się wiele kilometrów nieprzemierzonych. Liczniki w smartfonach a może i tabletach też są, ale i tak po trzech miesiącach system gratuluje trzech nędznych treningów… treninżątek… — Wstyd, hańba, groteska, wodewil!

No, dość tej nonszalancji – nauczyć się wreszcie pamiętać o włączaniu i wyłączaniu!…
Z drugiej strony obciach przed samą sobą niemożebny – takie ścibolenie do kajecika tudzież sztambucha gdy zamierzasz z pięć-sześć kilometrów (że czasem więcej wyjdzie(sz) i wyjedzie(sz) – to insza inszość).

Porobiło się, że każdy przed osiemdziesiątym ósmym rokiem życia trenuje. Znajomych i kibiców siecowych pozyskuje. Wykresy, deniwelacje, kalorie i ekstrema czasowo-pogodowe uwiecznia, wykazuje, eksponuje.
A ci, co aktywność fizyczną mają we krwi od zawsze, zaś jej notowania i publikowania nie mają (arystokratycznie-politowawczo i wszelako inako – na przykład zapominawczo) — ci otóż wychodzą na tym interesie najgorzej. Wizerunkowo, tylko wizerunkowo ma się rozumieć – lecz w dobie, gdy wizerunek wszystkim, zaś istota rzeczy niczym jest…

…Lepiej nie pokazywać tego endomonda jakiemukolwiek Treningowiczowi Ostatniego Dnia.
Nikomu.
Wykasować, wymeldować się, zaorać.
Chodzić, biegać, nartować, rowerować jak za dawnych lat.

Ech, to se ne vrati!

Wokół Niedźwiedziej Góry

17 marca 2018

– czyli kopalń: starej Krystyna I i czynnej diabazu

Mrozem znów powiało, wczorajszy opad deszczu przechodzącego nocną porą w śnieg sprawił, iż na drogach osadziła się gołoledź popudrowana uroczo tym białym, co to za nim przepadamy do szaleństwa – cóż lepszego, niż przetestować odporność kierowniczą, nożną i ręczną (zwłaszcza palczastą gdy kto zmarzluch) na niedługiej pętelce w świeżo-zimowych okolicznościach puszczańskiej przyrody!
Poranek w bliższej czyli nieścisłej Puszczy Dulowskiej okazał się bajkowy.

…Pewnie był najnormalniej normalny a percepcję polukrowały endorfinki, wstrętne paskudniczki jedne…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[17.3.2018: Leśniczówka Kopce – Pod Czerwieńcem – Dawna Kopalnia „Krystyna I” – Czarny Staw – powrót Krakowską Drogą (ślad gps)]

Niezapominajka

14 marca 2018

Z najciekawszym incydentem turystycznym od czasu Jak to się robi na Leskowcu było tak:

Na drugą marcową niedzielę – w kontraście do pierwszo-niedzielno-marcowych mrozów trzaskających – prognozy wieściły aurę kielo cud, mnjut i malyna.

Co prawda w sobotni wieczór rezydentka pewnej beskidzkiej daczy ostrzegła Team lojalnie choć telefonicznie, że błoto wszędzie sakramenckie
Lecz – gdy cała pętla zaplanowana elegandzko asfalcikami na południe od Jeziora Dobczyckiego – najbardziej sakramenckie błociara i inne marasy nikomu niestraszne.

Nawet tym, którzy… zapomnieli… butów turystycznych. No, zdarza się raz na 30 lat, a jak się już zdarzy, można zawrócić (nie więcej, niż 700 metrów samochodem o niedzielnym poranku) albo zbagatelizować sprawę, bo cały spacer powiedzie wszak owym wy(ob)rażonym, mapowo i gugl-strit-wjusowo sprawdzonym leśnym asfalcikiem.

Asfalciki może i istnieją, lecz nie okazują się pod warstwami błota (pozysk drewna z lasów trwa w najlepsze a mrozu nima), topniejących skorup śnieżnych, strumyczkujących skorup śnieżnych… Za chwilę Team dostanie się na drogi i bezdroża całkowicie gruntowe, choć znaczone uroczo-kwiatową nazwą.
— Ścieżka Niezapominajka – brzmi super-sielsko, ale może w imię zaoszczędzenia delikatnych butów skrócić ją sobie? Znaczy pętelkę przyciąć przez miejscowość Kornatka… o, tu za balami drewna będzie ze czterysta metrów wątpliwej (acz zaznaczonej na mapie jako ścieżka) przeprawy pograniczem lasu i zaoranego pola. Gdy to pokonamy – wyjdziemy na lepsze, by wreszcie kontynuować i domknąć tę zmniejszoną pętelkę prawdziwym asfaltem.

Przez zarośla leśne się przedarłszy (lepiej, niż po miękkim ornym), wychynęli przed posesję, w obejściu której czeka komitet powitalny czteroosobowy. Wrzeszczący na nich niemiłosiernie, gdzie się zapędzili, czy nie widzieli że ścieżka idzie inaczej, tu prywatne, brzeżkiem obok płotu też absolutnie nie wolno bo pszenica i jak by tak wszyscy chcieli, wracać mi skąd przyszli co żywo, skoro tam z sąsiadką gadali, podjudzić się dali… Rzeczywiście, na horyzoncie ktoś akurat stoi, ale tłumaczenia, że z nikim nie nawiązywali kontaktu wywołują tylko dalszy, coraz bardziej rozwścieczony jazgot.

Team wycofuje się więc po śladach, wraca na Niezapominajkę czarowną, rusza w las…
Pupy sarenek migną, wody, lody i błota migocą w zdumiewająco gorącym słonku…

Przez leśne jary i wądoły przedziera się też istota dwunożna. Na skróty, wyraźnie ku nim. Kobieta. Zagaduje-informuje, iż gdy psy zaczęły szczekać (ktoś idzie w tamtym kierunku) wyszła i nagrała kolejny incydent z udziałem turystów i mieszkańców posesji 37, bo rejestrować trzeba w obliczu wcześniejszych zajść, od których włos się jeży, skóra cierpnie.
I czemu nie poszli prosto (obranym skrótowym azymutem) – od sąsiedniej parceli byli wszak kilkadziesiąt metrów.

Niezapominajkowy dzień nie-będzie-zapomniany także przez pogodę i urodę kolejnych spacerów (po „pętli incydentalnej” wycięli mniejszą – zamkowo-skansenowo-dobczycką, następnie dwa kilometry w okolicach zapory; dzień zwieńczyło drewniane rokoko sakralne Zakliczyna).

A incydencik? – Ha, wszak nie spadły na nich inne dociski i pociski, niż słowne.
Ani kamienne, ani butne, ani kłonicowe, ani…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.3.2018: jak w poprzednim wpisie]