Tysiąc i jeden

28 Sierpień 2016

– to wciąż tylko tysiąc (boć jedna notka gościnną jest).

Nie zapytam retorycznie „kiedy to minęło?”
Wszak upłynął szmat czasu, wiele się działo. A gdy mówię „wiele” – kontekst to bogate i barwne wcześniejsze życie (choć wciąż relatywnie młode, co dopiero dziewięć czy dziesięć lat temu); rozległe i ciekawe doświadczenia w kilku krajach; liczne i wielopłaszczyznowe działania w POL (niekoniecznie odnotowywane www); przedinternetowe przyjaźnie, w tym tej rangi i jakości, że od zawsze sprawą oczywistą jest nierozplakatowywanie ich detali, tym mniej w szerokiej formie wszechświatowej – byłaby to profanacja.

Nie mogę więc prostolinijnie napisać, że gdyby nie internetowe spotkania, moje życie byłoby znacznie uboższe, bla, bla.
Przeciwnie, od samego początku, jeszcze przed startem blogu – gdy szybko zdałam sobie sprawę, jak wciąga sieciowa wymiana poglądów, wrażeń, talentów, przechwałek… że nawet może modelować osobowość – zapytywałam się cyklicznie, czy najlepszą cząstkę obieram sobie. Czy warto, w imię czego warto (przeszłego i przyszłego).

A jednak.
Choć w sieci a potem w swoim własnym miejscu chciałam po pierwsze i po trzykroć dawać (jeśli czasem coś brać, to w dalszej kolejności, niejako przy okazji) — szybko zdałam sobie sprawę, że czerpię naprawdę i nadspodziewanie dużo, na tysiąc jeden sposobów, w odcieniach i aspektach, jakich na przełomie sierpnia i września 2006 czy „wówczas” nie tylko nie dało się logicznie przewidzieć, ale nawet przed-śnić!

Kusi, by napisać tysiąc jeden słów o prywatnej ścieżynie, rzekomo-szerokiej drodze Internetu, meandrach niektórych sieciowych społeczności, ostatnich wirtualno-realowych zapętleniach społeczeństw…
Ale…

Może lepiej ograniczyć się do pokorego ‚dziękuję’?
– Tak zrobię.

Dziękuję Ci, Internecie!
Dziękuję Wam, moi Współrozmówcy, Goście, Pochlebcy, Polemiści, Krytycy (i Intryganci, i Napastnicy zza węgła – stosunkowo niewielu, jednak zdarzyli się).
Bardzo Wam dziękuję!

Po Powiślu

26 Sierpień 2016

…i płaskich okolicach, które można trochę polubić.
cd, 15.8.2016

Dębno, Wierzchosławice, Zabawa, Wał Ruda, Żelichów, Zalipie, Gręboszów, Ujście Jezuickie

Zwłaszcza to ostatnie! – Wszak to tam górski Dunajec wpada do Wisły!
Wieloletnie zaległości nadrobione, Bitwa Warszawska uczczona przy pomocy czytaj w obejściu premiera czasów wojny… a później potraktowanego… jak, to wiemy, lecz to były skompikowane czasy, czy bardziej, niż inne, tego nie docieczemy nawet w Niecieczy, zatem nie wchodźmy w detale, przed nami skomplikowane zadanie powrotu z długiego weekendu, póki co zabawmy się lepiej na dożynkach w… nie, nie w Zabawie, Zabawa jest serio, i to też dziwne, albo i nie dziwne, żeśmy się dotąd nie pofatygowali, że nas, osobistych uczestników tarnowskiego wydarzenia z czerwca 1987 jakoś odpycha ten kult przemocy, takiej przemocy, nawet jeśli prowadzącej do glorii świętości… więc już lepiej ucieszmy się ludzie w Felicjowej budzie wśród zalipiańskiego kwiecia, co też nie oczywiste, bo o ile w latach 70. kwiecia te ponoć cieszyły oko na pierwszy rzut jego, wystarczyła Solidarność (albo inna zaraza), by jak ręką odjął malowanki zaczęły być w pewnych kręgach passe i to samo, co każda inna cepelia… więc znów trza się uzbroić w pokorę, sobie powiedzieć, że wybredność to jedno a sprawozdawczo-poznawcze podejście etnografa-antropologa (amatora) popłaca i ubogaca, że w sumie super-pogoda i ciekawa niedziela, już druga, czyli poniedziałek, w który to poniedziałek katastrofę łysogórską czcili liczni, my zaś niecałą dobę wcześniej w ciszy, śpiewie ptasząt a do pewnego kroku w luksusie niecałkowitej świadomości, gdzie to ten pomnik jest i czy na pewno aż tak głęboko w lesie… wszyscy jesteśmy.

[Zdjęcia: Pak4 oraz basia]

Wokół Biecza

24 Sierpień 2016

cd 11.8.-14.8.2016

Powrót do miasta Kromera po zaledwie roku, w dokładnie tym samym okresie, z perspektywami podobnego rytmu dnia (plus większe zmęczenie, dociążenie wydarzeniami, pokusami) rysował mi się od miesięcy problematycznie.

Bo co może przelicytować upały 2015? Pierwszą odsłonę festiwalu, który zrobił natychmiastową furorę? Nasze natchnione rajdy po okolicy, gdy w ograniczonym czasie (i skrajnej aurze) zdołaliśmy nie tylko pozaliczać rekordowo dużo, ale i wejść w klimaty, zanurzyć się, pobyć… A wieczorem muzyka najwyższej jakości: niezapomniany koncert inauguracyjny Peregriny, Capella Cracoviensis na środku Fary z Szamotulczykiem od historycznego pulpitu, Dominique Visse z pieśniami Dowlanda do wtóru wirtuoza lutni Erica Bellocq, który na trzecim koncercie renesansowego dnia przysiadł tuż obok nas, by posłuchać jeszcze większej wielkości – Paula O’Dette…
Czy to się da przelicytować?

Zwłaszcza, że upały (te nocne lody w Rynku… i jakże chłodziły amfiteatralne schody Domu Pod Basztą przed koncertem kontratenorowo-lutniowym!) mają być zastąpione mżawką i zimnymi nocami…
A program 2016 jest tego rodzaju, że nie sposób niczego odpuścić. Cudnie, ale jak tu wypocząć, kiedy?…
I nie ma ucieczki od wędrówki pagórskiej – pogoda idealna do chodzenia, cele czekają od lat.

Wysłuchaliśmy wszystkich dziesięciu koncertów. (W 2015 – pięciu). – Pomógł brak konkurencji (np. ze strony Lusławic – rok temu N. Goerner wygrał z bieckim barokiem; nie żałujemy: niesamowity koncert-nagranie, na wstrzymanych oddechach)…

Jak było do przewidzenia (dla piszącej te słowa – jeszcze przed przemówieniami Prof. Min. Omilanowskiej pod pomnikiem historyka-dyplomaty) — Kromer Festival szybko stał się ofiarą własnego sukcesu. Publiczność wystawała w kolejkach pod oboma kościołami, zwłaszcza mniejszym; jeśli nie usiadła – stała wytrwale (trzeci koncert startował o 23:00, bywało później)… Co jest na rękę organizatorom, politykom i krytykom, nie zawsze wykonawcom (propagacja fal akustycznych) a gorliwej publiczności mogło utrudniać odbiór wyrafinowanego repertuaru.

Vipowski „sektor zero” trochę irytował okolicznych (gdy się pracuje w gminie albo inaczej zna kogo trzeba); niekiedy wdzierali się doń przed czasem, podpuszczając do tego samego zamiejscowych, zajmowali miejsca bliższe i dalsze rodzinie i znajomym, wywnętrzali się w kwestii nieklaskania i niechrząkania pomiędzy. Liczni przyjezdni walczyli jak mogli. Zadziwiając się spotkaniami po latach, wieściami o dawno nie spotkanych… i że „Mały Kraków” (historyczny alias Biecza) iścił się także tu i teraz. Mogłeś np. swobodnie i kwadransami pogadać ze znajomymi artystami, którzy w Krakowie-Krakowie przebiegają od zajęcia do zajęcia i dobrze, gdy zdążą „cześć, co u ciebie”.

Pogadać oczywiście pod warunkiem, że ktoś ci trzyma kolejkę do koncertu, bo wcześniej wy na trasie w promieniu stu kilometrów i więcej, a artyści – w swoim busiku (Rezydent Festiwalu dojeżdżał z dużego do małego Krk codziennie, wracał nocą do bazy a w południe miał próby…)

Z rozjazdów zapamiętam powrót do Bartnego: świetlistość cerkiewnego wnętrza po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, rozmowę z opiekunką obiektu. Kwiatoń i Skwirtne, Wołowiec w roku jubileuszu „Czarnego”, Nowy Sącz i jego skansenowe przedmieścia, Krużlową niedostępną, Szalową znów nawiedzoną – w drodze na niesamowity cmentarz z I wojny, ten nad Łużną. Obiad i sjestę nad Czyrną, wcześniej cudownie szybkie przedarcie się przez Krynicę w drodze powrotnej spod Jaworzyny Krynickiej. Upalne odwiedziny pomnika katastrofy łysogórskiej z 1944
I koncert finałowy, który, choć muzycznym sukcesem nie był – miał wiele innych smaków (na przykład możliwość pobuszowania w podświetlonym wnętrzu Kolegiaty po wybrzmieniu braw i bisów).

O meritum napisała Dorota Szwarcman: dzień I; dzień II; dzień III (i IV w komentarzu).

My zaś, ha… – jeśli w 2017 program będzie równie fortunnie zestawiony, pewnie przyjedziemy, znów będziemy walczyć, by koncentracja nie siadła na drugim koncercie (po czynnym dniu kryzys dopadał mnie około dziesiątej wieczór)… a wcześniej będziemy walczyć – najkulturalniej, jak zdołamy – by w ogóle wejść do Fary lub Franciszkanów. Gdyby zaś Burmistrz Wędrychowicz postanowił wybudować w Małym Krakowie w ciągu tego roku wypasioną salę koncertową na miarę NOSPR, ICE, NFM i Lusławic – doradzilibyśmy oczywiście, że też, jak najbardziej ;-/ ale wcześniej może jakie akomodejszyn, zanim muzycy Capelli podniosą bunt a co poniektóra publiczność dojdzie do wniosku, że… już wszystko zwiedziła i utrwaliła w okolicach.

Spoko, żartuję. Jeszcze nam wiele pozostało… entuzjazmu ;D

[Zdjęcia: Pak4 – N. Sącz, Jaworzyna K., Bartne, Finał …oraz basia – N. Sącz, Z Sącza na wschód, Wokół Biecza]

Magura Spiska i Jaworzyna Krynicka

23 Sierpień 2016

cd 9.8 i 12.8.2016

Podobieństwa?
Ależ proszę! – Sierpniowy wtorek i piątek, przedzielone mocnodeszczową środą pracowitą oraz czwartkową kontynuacją przemieszczeń w przestrzeni i czasie.
Pogoda podobna: dobry upałek górski – da się wędrować na niskościach, popołudnia mogą się dać wędrowcowi we znaki.
Obie wycieczki materlializowały długo odkładane plany/marzenia. Magura – by przy dobrej widoczności spojrzeć ku Tatrom od wschodniej strony. Jaworzyna – by powędrować tam jeszcze raz w optymalnej aurze, najchętniej z jakimś widokiem od wschodniej strony ku… Tatrom i Magurze.
Trwały po około dwie trzecie dnia (kilka naszych zdołało się przeciągnąć w okolice 130% dziennej normy ;D).
Okolice zarówno Jaworzyny Krynickiej, jak i Bachledovej oplecione są niestarą i mocno reklamowaną infrastrukturą narciarsko-wyciągową, co oznacza zwiększoną frekwencję także w sezonie letnim. Obie pełne jagód (z czego skwapliwie korzystaliśmy; termos borówek znad Bachledovej dojechał nawet do domowych lodów skonsumowanych w szerszym gronie), obie z kontekstami łemkowsko-rusińskimi u podnóży.

Różnica podstawowa jest taka, iż na Jaworzynie bywałam wielokrotnie, w tym w „czystych turystycznych” czasach, natomiast Bachledową widziałam po raz pierwszy.

Żmijowy urodzaj szybkouciekający zoczyliśmy (parę razy) tylko w MS, choć czuliśmy również w Paśmie Jaworzyny.
W Magurze Spiskiej dało się wyciąć pętelkę z końcowym odcinkiem przez atrakcyjną wioskę Jezersko – przy udziale doprzełęczowego autobusu powrotnego. Który był sporym udogodnieniem, lecz tylko od momentu, gdy okazało się, iż… rzeczywiście przyjechał o wykazanej w rozkładzie jazdy godzinie. Jako, iż wcześniej nie mieliśmy stuprocentowej pewności, czy kursuje podczas wakacji – przez prawie pół godziny stopowaliśmy zawzięcie i bez większych szans (przy prostej, szerokiej drodze).

Pętelka Jaworzyny dostała odbicie na Runek i nad Wierchomlę (to stamtąd dostaniemy klasyczny pogląd na Tatry i naszą dopiero co oswojoną część Magury S.), ale wracać trzeba tą samą ścieżką, my zaś mieliśmy nietypowe wyzwanie: obejść Czarnopotokowy szlak do piętnastej. Albowiem potem (i po powrotnym pokonaniu długoweekendowej Krynicy) planowaliśmy urządzić pełnowartościową sjestę na kocyku przed czekającymi nas trzema (tak, 3-ma ;-]) wieczornymi koncertami… jak wczoraj, jak jutro… bo pojutrze to już tylko jeden. Lecz o tym w kolejnym wpisie.

***** * *****

Porankowe Tatry, widziane z Magury Spiskiej (Magurske sedlo – Bachledowa)
DSC06444

DSC06447

Trzy Korony i Beskidy nie zawodzą też
DSC06451

…ani jagody, (ani żmije które nb nie chcą zapozować)
DSC06458

Bocznie dostrzegamy dalekie północności – Giewont, itp.
DSC06463

Bachledova!
DSC06466

…i Giewont z wieży widokowej
DSC06468

…i północności
DSC06471

…tudzież borówkowe pejzaże rodzinne tuż pod stopami
DSC06477

…”stadion” na wysokościach i z widokami…
DSC06481

…Trzy Korony wyraźniej (widoki wyraźnieją => idzie psota, pouczały Babcie)
DSC06480

Na Bachledovej
DSC06491

Akcenty łemkowskie w zabudowaniach Jezerska
DSC06511

*** * ***
Na Jaworzynę idziem z Czarnego Potoku, clockwise
DSC06799

Idziem i patrzym, wspominając jak tu było przed dewastacją klepiskową
DSC06804

Schronisko-hotel
DSC06807

…z kącikiem książkowym i sielskimi widokami z okien
DSC06817

Osławiona gondolka
DSC06826

Pogoda jest, turyści-wyciągowicze też…
DSC06831

DSC06834

Ku Bacówce nad Wierchomlą (to teraz kolejna „mekka „narciarzy””)
DSC06837

Tatry w oddali – spod Bacówki
DSC06844

bliżej ;-/
DSC06845

Bacówka pożegnalnie – bo czasu mało…
DSC06849

Sianosuszenie, Tatrami zdziwienie
DSC06852

Na powrót w masywie Jaworzyny. Zerkania ku Beskidowi Niskiemu skąd doskoczyliśmy tu o poranku, dokąd wracamy.
DSC06855

Jaworzyna Krynicka z zejściowej pętli do Czarnego Potoku
DSC06860

[Zdjęcia: Pak4 – Magura, Jaworzyna …i basia – Magura, Jaworzyna]

Národný výstup na Kriváň 2016

22 Sierpień 2016

Trzeba mieć szczęście. Lub pecha.
– Być trzy razy na Krywaniu, w tym dwa podczas narodowej masówki Słowaków.

Poprzednio „zapchałam się” na Národný výstup pierwszego września 2009. Czyli tak dawno, że niektórzy starzy górale (pieczętujący okolicznościowymi stemplami na Krywańskiej Przełączce… w zejściu… ;-/) nie pamiętali, iż kiedyś obowiązywała ta data. Obecnie jest to trzecia sobota sierpnia, względnie cały weekend – spotykaliśmy wielu schodzących z nocnych bądź wschodniosłonecznych czuwań), a jak znów kiedyś wyląduję u podnóży świętej góry południowych sąsiadów, może się okazać, że stuhrowcy i pozostali przenieśli zbie… wybiegowisko na lipiec.

Lecz na bok sarkazmy – niech przemówią proporce!
Dopadłszy okolic Trzech Studni w doskonałym czasie 7:22 (pobudka późna, 3:55, Krk), zastaliśmy na parkingu i w okolicach znacznie większą frekwencję, niż sugerowałaby piękna sobota w najdogodniejszym miesiącu. Podjeżdżały też liczne autobusy! Nad parkingiem, przy ruinach Chaty Ważeckiej kilkuset wyplastronowanych robiło wrażenie zdolnych do wszystkiego, z wbiegiem na Krywania włącznie.
Dodaliśmy gazu bo jeśliby mieli startować o równej w kierunku naszym (i moim zawsze dotąd) – clockwise – lepiej być potrącanym i potykanym gdy się już nieco rozciągną na ścieżce.
O ósmej, wysoko pod Gronikiem, odetchnęliśmy z ulgą: ludziki na dole wyraźnie odbiegały magistralową ścieżką na wschód – w najgorszym razie spotkamy ich gdzieś tam w górze, dobrze już razrzedzonych. (Jedynego biegnącego plastronowca zoczyliśmy jadąc powrotnie przez Żdiar, poza Tatrami Bielskimi.)

Aliści liczba wchodzących bezplastronowców też skłaniała do zadania pytań, co pewna dociekliwa natychmiast uczyniła. I odtąd nie miała złudzeń: jeśli Team BP popędził pod Krywań, by uniknąć przeludnienia Palenicy, Piątki czy Szpiglasowej – zapchał się z deszczu pod rynnę! I to taką, której części nie nazwiemy rynsztokiem tylko dlatego, iż południowi sąsiedzi nawet nacjonalistami bywają w nieco milszy, łagodniejszy sposób, niż rodzimi łysonie i paramilitaryści.
A może to góry łagodzą ludzi? A może wysiłek fizyczny, konieczność pokonania tysiąca trzystu metrów w pionie, największej w Tatrach wysokości względnej, wniesienia tam sztandaru… – wymuszają pokorę? A na skalnych poziomach nie można się zachowywać względem bliźniego inaczej niż poprawnie?
Może zaś „naszych” nie znamy bezpośrednio, jedynie ze słyszenia/czytania… Na żywo daliby się znakomicie oswoić, umilić?

Tak czy owak ze słowackimi egzemplarzami czuliśmy się optymalnie, flagi fociliśmy z antropologicznym zacięciem, nie zamyślając się zbytnio nad epidemią (z 2009 nie pamiętam ani jednej!) – w końcu jesteśmy w trybie i sytuacji relaksowej, za własne pieniądze, wśród wielu Czechów, Węgrów, Niemców, Polaków i przeważająco nieoflagowanych Gospodarzy terenu.
Nade wszystko uważaliśmy na siebie, bo w tłumie gnającym w góry akcyjnie (choć młodo, szczupło, sprawnie) o nieszczęście nietrudno nawet na mniej wymagających dróżkach.

Poza tym klasyka – superrozległe widoki, z jakich słynie ta góra, przepiękna niezatłoczona jazda powrotna, w niedzielę mięśnie nieco zakwaszone… – W Bochni, na malinach i Bachu Jakowicza w juneskowym Kościele św. Leonarda (Lipnica), gdy ekipa koncertowa zjechała się tuż przed nawałnicą a wracała do późna w niezmordowanej ulewie… – ot, jeszcze jeden szczęśliwy niezapomniany weekend.

***** * *****

Ona też pędzi na Krywań!
DSC07533

Na Prehybąch czyli wysoko, ale sporo jeszcze zostało (trudniejszego)
DSC07538

Idą świeccy, idą duchowni
DSC07541

Oflagowani
DSC07546

Na grzędzie pod Małym Krywaniem
DSC07550

Krywań ze swym żlebem eponimicznym patrzy na to wszystko (wyrozumiale?)
DSC07554

Schodzą… O wschodzie było ich tam ponoć czterysta sztuk…
DSC07555

Pięęękna góra!
DSC07557

Ponad Małym Krywaniem i pieczątkownikami
DSC07559

Auć…
DSC07560

Podszczytowo
DSC07564

DSC07566

DSC07567

Zwoływać masówkę na skalnym szczycie mogą tylko mieszkańcy niegęstozaludnionego państwa
DSC07570

DSC07571

DSC07574

DSC07575

Chmurna czapa nachodzi – schodzimy. Koprowa z ulubionym potokiem kusi (kilometr w pionie)
DSC07596

Ważecki…
DSC07601

Dramatyzmy
DSC07604

DSC07619

A z kolorów to ja wolę wrzosy…
DSC07628

…albo akwarelki! (W niemieckim wykonywaniu)
DSC07635

[Zdjęcia: Pak4 + nd oraz basia + nd]

Na rajskim płaskowyżu, w Dedinkach, i…

19 Sierpień 2016

8.8.2016, cd

DSC06328

Roklinami Słowackiego Raju idzie się na ogół jednokierunkowo. Zatem schodzimy „górą” – płaskowyżem od Glackej cesty, zaglądając przepaściom w gardła a gardziołka swoje zwilżając wodą (oszczędnie bo zostało mało)… Albowiem pogody wyklarowały się iście cesarskie.

Rajska roślinność, jak to na wapieniach bywa, cieszy oczy nawet tą zaawansowaną porą
DSC06333

DSC06344

DSC06347

…fauna dołącza chętnie
DSC06337

DSC06357

DSC06342

DSC06380

…Lecz w końcu wyswobodzeni z motylej niewoli odchodzimy lekko nad przepaści sokole
DSC06368

DSC06375

…gdzie co prawda nic nie widać, ale za to ile czuć!

Bezpiecznie lądujemy u stóp rajskiego płaskowyża
DSC06391

Lecz to wszystko wydaje się Dowódcy nie dość atrakcyjne. Dla wzmożenia egzystencji wysyła Team i Siebie drogą pełną dziur i zakrętów, za to widokową (umiarkowanie – listowie) i emocjonującą (wielce). Oraz z siodłem, które dosiadamy, bo altanka jest. Tudzież przestrzenie
DSC06392 Miejsce zwie się Kopanec Grasslands ;-/

Później już wyłącznie datum. Dedinky znamy i one nas znają. Lecz nigdy w taką lampę, jak niniejsza
DSC06397

Zjechaliśmy więc i dodołu
DSC06400

DSC06407

Po czym strzeliło nam do główek, iż najcudniej zabiwakować w punkcie zwanym Magurske sedlo… Oż motyla noga, to ile jeszcze tych przełęczy do pokonania?
Pod jedną z nich znów ludowi swemu ukazuje się Kralova
DSC06411

A potem mamy Tatry, cudne „z jeszcze innej strony”
DSC06412

Jakiś zachód słońca zasugerować trzeba w tych wszystkich rozlicznych zatrudnieniach wieczornych (niecenie ognia, podsłuchiwanie świerszczy, podglądanie światełka na Łomnicy i w Skalnatym plesie, melodia tropikowego łopotu…)
DSC06413

Jutro też będzie niezapomniany dzień!

[Zdjęcia: Pak4 i basia]

Veľký Sokol w Słowackim Raju

19 Sierpień 2016

8.8.2016
Kanionem Wielkiego Sokoła mieliśmy pójść „samego” szóstego sierpnia. Bo ma on reputację… pewnej takiej notoryczności. Może ze względu na długość tej rokliny, może z powodu konieczności wędrówki dnem strumienia, po oślizgłych głazach, kamieniach, butwiejących pniach, przeskakując setki razy z brzegu na brzeg.

Prawdopodobnie hardkorowcy poczekają na warunki specjalne: lodowe albo bodaj szadziowe, tuż po opadach, gdy wodospady, banie i kaskady huczą nadmiarem wody a do obejść potoku przyda się ekstra-zwinność. My optowaliśmy raczej za lśnieniami, opalizacjami, brylantowością, głębiami wysokości ponad i kontrastową klaustrofobią wąskości wokół. Wszystko to poddaje się fotoujęciom z większą trudnością, niż zwykłe, przestrzenno-górskie landszafty. Ot, w roklinie trzeba pobyć – tam i wtedy. Poczuć ją w sekwencji czasu, w długim ogłuszeniu hukiem wody, w ciemnościach naprzemiennych z oślepieniami, w wychodzeniu po w miarę pewnie umocowanych drabinach (o, a tu się zaraz wyrywie…) i zmurszałych drewnianych stopniach… w wyłanianiu się na powierzchnię i w próbach dostrzeżenia z góry dna, gdzie byliśmy kilka kwadransów temu.

W sumie nie jest trudno. Zaskoczyła mnie mała liczba metalowych drabin. I duża – wędrujących dzieciaków młodszych, w tym polskich. Polecam, choć kto liczy na zmultiplikowanie gimnastycznych wrażeń Sokolej, Suchej Białej czy Przełomu Hornadu – znajdzie coś innego: dzikość, konieczność radzenia sobie bez metalowych protez. A potem znajdzie piękne zejście powrotne do Doliny Wielkiej Białej Wody.

*** * ***

Poranek z kryształowym widokiem ku Tatrom. Lecz zaraz ruszamy na Spiski Czwartek, Hrabuszyce i ku Leśniczówce Sokół
DSC06269

Najpierw jest sielsko
DSC06274

Wkrótce co i raz trzeba pokonać zwaliska drzew i rumoszu
DSC06284

…Nie narzekamy…
DSC06289

DSC06294

DSC06297

DSC06299

DSC06301

DSC06302

DSC06305

DSC06307

DSC06308

DSC06309

Samo się nie naprawi! (Im wolno w dół, my nie mamy odwrotu – i słusznie ;-/)
DSC06311

Przydały się dziecięce ćwiczenia na równoważni
DSC06313

DSC06316

DSC06319

DSC06320

DSC06322

DSC06324

DSC06327

I to już wszystko?! Tak szybko?!! Szkooooodaaa…
Choć czeka nas powrót w leśnym upałku. Oraz rajski deser.

[Zdjęcia: Pak4 i basia]

Na niżnotatrzański Chabenec

18 Sierpień 2016

7.8.2016

Na Przełęczy nad Żeleznem* (Prievalec) wita nas słońce podświetlające liczne jeszcze mgiełkowe obłoki. I konstatacja nas wita, że nie biwakowaliśmy sami – cichy biały van na czeskich numerach ma jednak większych lokatorów, niż tylko grzyby suszące się pod przednią szybą.

Jako, iż jest późnawo, kurtuazyjnych wizyt krótkosąsiedzkich nie składamy. Sprawnie jemy śniadanie i wracamy po wyboistym asfalcie w dół do odbicia w sąsiednią dolinę, w górnych okolicach której umościła się zacisznie wioska Magurka, osada o górniczych tradycjach, zupełnie jak ta o rzut kamieniem (za dwiema czy trzema górkami) – odwiedzona w maju Szpania Dolina.

DSC06094

Pozostawiwszy auto pod pomnikiem partyzanckim i ławeczką (przydadzą się może w kolacyjnej porze ;-/), pokonujemy do-Magurkowy odcinek pieszo. Zachwycając się typowymi zjawiskami poranka, ale też wynalazkami, na przykład takim:
DSC06096

– lepsza to forma rozlokowywania zimowej posypki, niż wykiprowanie kupy piachu czy żużlu na pobocze i liczenie, że tym razem sypkość nie pójdzie w potok z pierwszymi większymi opadami a najpóźniej przy roztopach.
Gęste rozmieszczenie „żwirkownic” sugerowałoby, iż ukryta wysoko w gęstym lesie i daleko w dzikiej dolinie Magurka okazalsza jest, niż by to wynikało z mapy.
I rzeczywiście letnisko przeurocze i z dołu i z gór(y)…
O, nawet kościółek mają!
DSC06110

Nawa doliny rozszerza się i wynosi gładko na Sedlo Latiborskej hole.
Pogoda klaruje się dokładnie tak, jak miała, zatem perspektywa najdłuższego wariantu realnieje z każdym kwadransem wędrówki. Widoki – wszechogarniają, borówki – dystrakcjonują. Klasyka. Grzybów chyba mało, ale na wszelki wypadek nie rozglądamy się zbyt gorliwie

DSC06128

Na grani zaskakuje nas chłód wiatru (choć to i owo wiemy o zwyczajach i przeciągach niżnotatrzańskich). W tej sekundzie wyciągamy docieplacze. Inni turyści, wędrujący, o dziwo, bardzo licznie (lecz jak nie teraz, to kiedy, jak nie po tych okolicach Niżnych Tatr, to którędy) walczą z wichrem opatuleni równie stosownie.

To towarzystwo zaskakuje bardziej
DSC06145

DSC06144

DSC06146

…choć wielkie obory widzieliśmy wczoraj w dolinie. Lecz żeby gnać aż tu, na grań, kilkaset metrów w pionie? Tyle paszy wszędzie niżej… komu się chce… a może Unia dopłaca? ;-]

Masyw Chabenca ma swój klimat, zimny
DSC06152

A widać, jako się rzekło, perfekcyjnie wszystko, w tym naszych nowych przyjaciół, na południe od Niżnych Tatr. (Co pokaże dowodnie Ten, Który Dzierży Wielki Aparat)…

Widać też czasem Stworzenia Małe
DSC06162

W wędrowaniu na sam szczyt Chabenca ukazuje się nam znajoma sprzed dwóch lat – Skałka
DSC06190

Jeszcze trochę – i wyłania się on sam. Władca tej części Niżnych Tatr
DSC06191

Z Chabenca widoki są raczej szerokie
DSC06197 Ku Chopokowi i Dziumbirowi

DSC06198 Na południe, ku Pol’anie

DSC06199 Skąd przychodzimy – masyw Chochuli, w dali Wielka Fatra

DSC06200Wielki Chocz

DSC06202i Tatry, dziś lepsze, niż się nam tu zazwyczaj udawało

Gdy dozumować w kierunku Chopoka – matryca odbije i Kralową Holę. Oczy dojrzały królową natychmiast i bez problemu
DSC06204

Jest jeszcze Jezioro Mikulaskie i znajomi choczańscy
DSC06206

Kręcąc się po masywie, oswajając przeeeświetloną choć wietrznie-zimną (i hałaśliwą) rozległość widoków, zerkamy także na Kotliska i różne szczególiki naszych eksploracji AD 2014.
Najwyższy punkt wygląda od wschodu tak
DSC06216

Lecz ambitna wycieczka dzisiejsza wymaga dyscypliny. Czas odtrąbić odwrót. Z zahaczeniem o utulnię albo chatę pod Chabencem. (Chatar jest, czyli chata; za utulnią przemawiałyby rozmiar i dość podstawowe warunki bytowania.)

DSC06220

O, tam, na dole
DSC06222

DSC06223

Z widokiem na Skałkę, cośmy ją kiedyś bohatersko zdobyli
DSC06225

Wszystko fajne, pieski kudłate itepe, tylko czemu palą butelkami PET (zaraz po tym, jak odszedł na odległość zabójczego zapachu strażnik ochrony parku albo innej przyrody…)
DSC06226

Wspiąwszy się powrotnie na grań – schodzimy szeroką pętlą do naszej Magurki
DSC06241

Za się
DSC06244

DSC06245

W dole Magurka, wokół której zatoczyliśmy miłą pętelkę
DSC06248

Zszedłszy bezpiecznie
DSC06257

W drodze ku jutrzejszym celom odhaczamy punkt estradowo-widokowy, który nas korcił od dawna
DSC06265

A nocleg będzie nie tylko przesmaczny, ale też z widokiem ku Kralovej
DSC06268

…I ku gwiazdom, i ku rożkowi księżyca. Klasyka.

[Zdjęcia: Pak4 i basia]

Veličná, Žilina, Budatínsky zámok, Hrad Strečno, Martin

17 Sierpień 2016

6.8.2016.
Niedospany ranek sprzyja melancholii. Lecz jazda po drogach zapłakanych deszczem i ruchliwych wakacjami, atrakcje, historie miejsc, aktywne powroty do przeszłości – one zbyt zajmują uwagę, by się zatrzymywać na bzdurkach.

DSC05801

Na pierwszy postój zatrzymaliśmy się za Dolnym Kubinem.
Wieś Wieliczna, stara i ważna orawska Magna Villa, od wieków wyzyskiwała swe dogodne położenie do dobrego czyli handlu z Polską. Lokalizacja zaszkodziła jej w gorszych czasach – podczas przejścia (czytaj łupiestw) posiłków wojsk Sobieskiego w drodze na Wiedeń.
Na miejscu XIV-wiecznego kościoła spalonego w 1683 zdołano jednak wznieść niezłą barokową świątynię (Św. Michała Archanioła).
DSC05820

DSC05807

Na schodach w Żylinie wysiadywałam ostatnio we wrześniu 1990. Z przyjaciółką, w drodze tam, dokąd wówczas wszyscy się wyrywaliśmy. Schody są jak były, miasto wypiękniało, wybiło się w wielu aspektach na nowoczesność… I tylko Katedra św. Trójcy jak była zamknięta wówczas, tak i dziś. Bywa. Tak czy owak, kto odskoczy z niecierpiącego zwłoki tranzytu do centrum „Miasta Kii i Hyundaia”, znajdzie coś zajmującego.
DSC05850

DSC05845

DSC05903

DSC05946

DSC05956

W Zamku Budatin otwarto w tych dniach odnowioną kaplicę. Doceniliśmy – także wkład Europy w dzieło (Islandii, Lichtensteinu, Norwegii). Parę razy natknęliśmy się tu ostatnio na slogany w stylu „Słowacja w Europie, Europa w Słowacji”.
Położony na przedmieściach Żyliny, przy ujściu Kysucy do Wagu, zamek od XII wieku spełniał funkcje obronno-administracyjne. Park w widłach rzek kusi nawet chłodną porą i nie wyłącznie celebrujących okołoślubnie.
DSC05985

DSC05992

DSC06001

Streczno zdobyłam ostatnio w marcu ’92. Piękny przedwiośniany dzień się wówczas udał, idealny na półdniowy odskok od niezapomnianych nart małofatrzańskich. Słynny przełom Wagu, strategiczne położenie zamku, ćwierć wieku temu ruinki, teraz potężnej twierdzy z imponującym podzamczem – były i są magnesem, zwłaszcza, iż sobota pogodnieje.
DSC06006

DSC06017

DSC06030

DSC06034

Do Martina zwabił nas (nie po raz pierwszy) melanż słowacko-narodowej doniosłości, pamiątek wcześniejszej ważności w centrum Kotliny Turczańskiej (z romańsko-gotyckim Kościołem św. Marcina na czele), mocne piętno komunistycznej industrializacji, obecne karaskanie się z niej (z różnymi efektami). I góry wysokie wokół, w tym „nasze” Martinske hole i Velka luka, rysujące się pięknie w świetle słonka, które pod koniec dnia wzięło się wreszcie do roboty.
DSC06048

DSC06073

DSC06055

DSC06078

DSC06067

DSC06068

DSC06071

Tego pana z kwiatuszkiem spotkaliśmy już w tym roku. W Bańskiej Szczawnicy. A spoczywa on na martinskim Cmentarzu Narodowym, o tam, gdzie te drzewa okazałe a Mała Fatra nad nimi lśni w zorzach zachodu.

My kierujemy się na wschód z lekka południowy, w długą ciemną dolinę górską.

[Zdjęcia: Pak4 i basia 1 oraz 2]

Nie doszło

16 Sierpień 2016

Środa 10. 08 i czwartek 11.08.
W Tatrach lało i grzmiało. W takich warunkach prawie ustał ruch turystyczny i nie doszło do wypadków.

Z Kroniki TOPR, 14.08.2016

Oczywiste.
I jakże podnoszące na duchu!
Choć raczej nie powiemy, że podbudował nas dzień niepogody czy innej urlopowej stagnacji.
Tak, jak nie podniesie morale żony klasyczna fraza autora Kroniki w ostatnich latach (cokolwiek miałaby znaczyć): „turysta. którego tak zmogły trudy wycieczki iż nie był w stanie sam kontynuować…” – większości z nas nie dane jest na szczęście przekonać się, ile ta wersja zdarzeń jest korzystniejsza od spadania z Orlej Baszty do Dolinki Buczynowej w ten sam piękny sierpniowy poniedziałek, gdy pozostali śmigali po rajskich Wielkich Sokołach… i wszędzie indziej.


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.