Ferlach

26 listopada 2017

Stali czytelnicy wypowiedzi a cappella zauważyli w nich pewnie (i nie jeden raz) sentymenty austriacko-szwajcarskie. Zwłaszcza austriackie dały się zbudować przez dekady regularnych przejazdów i pobytów: ten alpejski mini-raj pokochano miłością dziecięcia za czystość-ekologię, nieostentacyjną wygodę z szacunkiem dla wiary ojców, dziedzictwa kultury, pokory-pietyzmu wobec piękna i spektaklu natury…

Gdzieś na przełomie lat 80. i 90. to Karyntia* objawiła się jako Austria modelowa – przytulna, że tylko wejść w dekoracje w dopasowanym kolorystycznie dirndlu… (bardzo popularnym, choć gdy w kontekście europejskim padnie hasło „strój ludowy zwyczajnie” – myśl leci w kierunku Rumunii, Bułgarii…)

Zatem Gemütlichkeit, swojskość, ciągłość. Lecz i ten typ schludności, który nawet w wersji zubożałej, lekko zaniedbanej zachowuje godność, wrażenie harmonii, dostatku. Ot, gdy ludzie nie zagracają obejść, maszyny rolnicze wolą schować, niż rozstawiać po ogrodzie na żer rdzy, płyty chodnikowe pozamiatać i umyć nawet gdy stare, poszczerbione, spękane…

Lecz ostatnimi laty nie sposób nie zauważyć, że spękań więcej, coraz więcej. Dwa lata temu B została niemile uderzona stanem przestrzeni publicznej bogatego winnicowo-juneskowego, od zawsze wymuskanego Krems… Zamiast wyrywać się do łatwych konkluzji, zadawała sobie wówczas pytania – nie przede wszystkim o ciężary nowo-unijne, raczej o swą wcześniejszą percepcję. I ile w ongisiejsiejszych wrażeniach było obiektywnego szacowania materialnych, empirycznych stanów rzeczy, a ile młodzieńczego upojenia wędrowną przygodą w kraju bez wątpienia wyżej cywilizowanym, niż ówczesna Polska.

Teraz, jeżdżąc nie-autostradami, w aurze nie zawsze arkadyjskiej (gdy nawet różowe okulary B dają swym filtrom odpocząć) – odnotowywali dziury, patchworki, liszaje… podupadłe i (wyglądające na) porzucone zakłady przemysłowe i nieruchomości mieszkalne, niezbyt zadbane osiedla miejskie, marnotrawstwo…

Ludzi też odnotowywali. Zbiorowiska wielkomieszczuchów na ogół ciążą ku anonimatowi. Dotąd jednak we wsiach i miasteczkach Austrii czy południowych Niemiec dawało się wyczuć życzliwość i pewne zaliczkowe zaufanie mieszkańców – taki Gefühl w powietrzu: wkraczasz i nastrajasz się, iż za moment ktoś do cię przyjaźnie zagada. Na spacerze, w piekarni, gospodzie.

Tym razem też zagadano… lecz podejrzliwie, co tu robią, czego szukają. Niezbyt grzeczna dociekliwość mogła być najzwyklejszym przypadkiem, ucieleśnionym w starszej pani, która akurat wyjrzała przez okno z bagażem wieku, obaw, niestabilnej pogody… Jednak jej persona zestroiła się im symboliczno-metonimicznie ze społecznością i społeczeństwem ogólnie coraz mniej spoistym, tu zaś bombardowanym od tygodni takimi i podobnymi leitmotivami przyśpieszonych wyborów.

Przebiegli się więc po pustym miasteczku (najbardziej „południowym” w Austrii, z wielowiekową tradycją rusznikarską przy kopalniach rud żelaza), wróciwszy postanowili zrobić użytek z wyposażenia pensjonatu (tyle niewłączonych telewizorów na trasie!) i obejrzeli… spory kęs debaty wyborczej w kraju ościennym, z samą Bundeskanzlerin w akcji.

— A dzień był tak sielski, boski i beztroski!…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[13.9.2017: Bled; Planica; Tarvisio. Unterbergen – Ferlach]

z okna – zamek Hollenburg (Pak4):

na lokalnym spacerze (basia):

umpah-umpah z gospody szybko cichnie (basia):

w Ferlach (basia):

historyczny młyn (Pak4):

zmierzch zachodu – the decline of the west (1918)? ;p (basia):

Reklamy

Katarzyna

25 listopada 2017

…krakowska

Bled… Planica… Tarvisio…

24 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Z czym się kojarzy Słowenia? Po wakacjach odpowiedź jest inna niż przed — pojawia się tu w kolejnych porcjach zdjęć. A przed niby łykałem pastylki marki Krka[1], niby widziałem o Gorenje[2], niby przewodnik zaczyna się od Ljubljany[3], niby pamiętamy Planicę i skoki Małysza, Stocha i konkurs w czasie prac Komisji ds. Afery Rywina[4]… Ale… ale od paru lat Słowenia to było dla mnie głównie Jezioro Bled, którego zdjęcia bombardowały mnie przez facebookowe strony miłośników gór… Bled wiosną. Bled latem. Bled jesienią. Bled zimą… Ech, być tam, nad Bledem, to może na Triglav by się nawet śmignęło… Ech, być tam, u podnóża Alp słoweńskich, więc jako jakoś bardziej przystępnych dla słowiańskich nóg… Ech, pobyć, pochodzić, pofotografować, podzielić się tym pięknem…

I odwiedziliśmy Bled. Turystyczna mekka okazała się posiadać drogie parkingi i ruch jak do Morskiego Oka (choć, jak do Morskiego Oka poza sezonem, dobre i to). Nawet nie wysiadłem z samochodu, licząc na zdjęcia Prezeski Podróży.

Bo piękne to niby było… świeżo ośnieżone Karawanki w tle, zamek na szczycie, kościół na wyspie, błękitna woda. Ale cóż, tłoczek, droga tuż nad jeziorem (a z góry byłoby piękniej — wiem, bo tam robili zdjęcia macherzy od fotek na facebooku), no i jednak Morskie Oko to to nie jest… Zresztą Palenica Białczańska daje Morskiemu Oku ten bufor od czeskich autobusów, którego Bled nie ma.

Odhaczyłem więc Bled, zachwyty pozostawiając dla innych okras, którymi natura pokryła Ziemię. Choćby dla Planicy, czy Kościoła św. Ducha nad Jeziorem Bohinjsko, by daleko nie sięgać. Bo jest po co wracać do Słowenii, ma ona te swoje cudy natury, jeszcze niezdobyte (przez nas), choćby dlatego, że pogoda odgrodziła nas od samego pana Triglava.

PS.
Pisząc ten tekst, chciałem sobie przypomnieć, czy tradycyjna polska Vegeta była słoweńska, czy chorwacka. Była chorwacka, ale przy okazji dowiedziałem się, że w słoweńskiej części Jugosławii robiono kiedyś na licencji Renault 4. To by wyjaśniało względnie częste spotykanie tego modelu na drogach chorwackich i słoweńskich, które mnie dziwiło przy okazji wyspy Krk.
_______________
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Krka_(company) Swoją drogą, nie pamiętałem w jakim kraju się mieszczą…
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Gorenje
[3] Przewodniki kochają stolice.
[4] Znajomy geolog jednym tchem wymienia jaskinie szkocjańskie, Podstojną, kopalnie w Idrii. Też tak można.

Zdjęcia: basia i Pak4

[13.9.2017: Pyramidenkogel; Viktring; Loiblpass (tunel graniczny); Trzic; Lesce; Bled; Bohinjska Bistrica; Jezioro Bohinjskie; Bled; Lesce; Zirovnica; Jesenice; Podkoren; Planica (dol.); Podkoren; Ratece; Tarvisio; Stossau; Finkenstein am Faaker See; Maria Elend. …]

domniemany Triglav z drogi:

Jezioro Bohinjskie (a nad nim najwyższości julijskie w chmurach):

Kościół św. Ducha nad Jez. Bohinjskim:

Triglav po prawej w głębi:

Planica – Velikanka i towarzyszki:

Alpy Julijskie widziane spod planickiej skoczni:

dalsza trasa alpejska słoweńsko-włoska:

wezbrana zapora na Drawie:

Ilustracje – Pak4

Graz

23 listopada 2017


Wikipedia

Wizytówka-symbol Graz czyli Uhrturm na Schlossbergu w renowacyjnym kokonie… na dodatek do deszczu i konieczności zaparkowania nieblisko, lecz i tak nie za darmo?! —
— Ha, na pytanie, ile można zobaczyć-doświadczyć w dwie godziny (120 minut, 7200 sekund) gdy w grę wchodzi duże miasto z historią i nieruchomościami godnymi zgrabnego znaczka UNESCO – odpowiedź brzmi – sporo! Bywało, iż niewiarygodnie sporo!

Dżdżysty czas ospale-osowiały nie sprzyja wspominkarskiemu rozwinięciu skrzydeł do barwnej opowieści, dla jakichże to licznych przyczyn i skutków miewało się tak mało minutek i sekundek.
Kto przemieszcza się, ten wie, co w drodze-na-szlaku zdarzy się.
…Że inaczej solo i w duecie, inaczej grupą (a jeszcze z chórem, co to syćkie artysty delikatniusie, wyspać się muszą… w końcu jesteśmy na wakacjach… nawet gdy z Castel Gandolfo dzwonią, czy msza z papieżem o 7:00 czy 6:30… we środę, mili państwo, we środę gdy potem audiencja na San Pietro a pogadać z Ojcem Świętym każdy by chciał minimum pięć minut… po tej mszy o siódmej zamiast 6:30).

Inaczej w grupie kopciuszków (niech nawet jeden się trafi), inaczej w normalnej… Inaczej autostopem (czasem musi wystarczyć nastrojowo-zmierzchowa pora – niezapomniana podczas pierwszego wejścia B na Schlossberg w sierpniu 1990; Graz wtedy jeszcze nie był UNESCO a tylko przepięknym must see; Przyjaciółka zdążyła mu machnąć akwarelkę).

Inaczej upalnym latem, inaczej mroźną zimą po drodze na narty względnie z nart. Inaczej w deszczu, gdy może się okazać, iż przymus obrócenia tam i nazad z dwugodzinnego parkingu doda spacerowi prężności, skupionej samoorganizacji…

Za to później miło zatrzymać się wielokrotnie na styryjsko-karynckie posiady przydrożne, uczty cielesne i duchowe. Na zatrzęsienie międzymżawkowych widoków górskich. Wreszcie, po nieplanowanym epizodzie słoweńskim (na co idą zaoszczędzone minuty?! ;D) spektakularny zachód słońca rozświetli nowe śniegi karawankowe, alpejsko-julijskie, wezbraną Drawę i przeuroczo przyczajone karynckie jeziora, austriackie morza.

Tu powstaje kolejne pytanie: jak wiele kwadransów może się okazać niewystarczające na znalezienie noclegu w superturystycznej okolicy, początkiem względnego posezonia, w tygodniu. – Większość przybytków gościnnościowych ciemna i głucha, inne nieprzyzwoicie drogie, nieadekwatne. W poszukiwaniu inspiracji wędrowcy wjeżdżają stromą i wąską nocą na jeszcze jedną widokową górkę, tym razem w kierunku zlekceważonego (któryż to już raz?!) Klagenfurtu… I tam, pod wieżą świetliście-kolorową oświeca ich, że… tu zanocują (cicho będzie, ta turma nie ma bijącego zegara) a jutro w śniadaniowej porze przydybią na pewno jakichś decyzyjnych hotelarzy.

Było znakomicie. Odtamtąd z jeszcze milszymi uśmiechami zauważają amatorów spania na wysokościach.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[12.9.2017: Bad Radkersburg. Graz, okolice Klagenfurtu.]

(Pak4):

(basia):

(basia):

(basia):

(Pak4):

(Pak4):

Bad Radkersburg

22 listopada 2017

Jak wszystkim wiadomo (nie, spoko, stonujmy – jak wiadomo obytym, czytaj wypodróżowanym) – wrzesień w Austrii, Bawarii i rewirach ościennych dyniami się zaczyna. Świętami plonów. Dekoracjami wielce fikuśnymi na rogach i w centrach, pod kościołami i prywatnymi domami… Zupami…
I krajobrazami pól: dynie dojrzałe w dyniowej łętowinie leżące, dynie zgromadzone w gęsto-pomarańczowych pasach, dynie rozłupane, dynie zmiażdżone na trociny, czekające na dognicie i przyoranie…

Ten ostatni aspekt nieco przygnębia. Zwłaszcza, gdy ktoś – nie od dziecka nauczony wszelkich odmian dyniowego curry, zup, placków lekuchnych z dodatkiem wędzonki łososiowej czy cziorizowej, … – pokochawszy one i inne miłością neofity – teraz widzi dyniowy pogrom. Na cóż ta utrata?! – chce zakrzyknąć za Ewangelistą w języku Schuetza i Bacha.
Ale świat nie dość, że zmienny, to jeszcze zimny i bezlitosny jest – aktualnie od dość dawna pragnie oleju z dynii styryjskiej… a od niedawna pestek dynii styryjskiej, jeszcze więcej pestek łuskanych, prażonych, dobrych na wszystko, w tym na złożenia, zestawienia i zrosty (jeśli pochłoniesz tonę tego zielonkawego dobra jeszcze zanim do Styrii wrócisz – wówczas żaden frazeologizm ci nie podskoczy!)

…Skoro więc zimno-wybredny konsument chce pestek i oleju z pestek dużo a zup i placków tylko trochę… – gorąco poruszony turysta ma widoki węgierskie (okołostyryjskie), słoweńskie (dolno-styryjskie) i austriacko-styryjskie takie, a nie inne.

I (mimo dyniowego bólu serca) rajcuje go nieprzeciętnie, że mu te kraje tak płynnie przechodzą jedne w drugie. Płynnie w pogodę i w deszcz, choć gdy mokre leci z nieba, jakoś łatwiej się czasem zacukać i pozwolić Pani SatNav powieść się i powieźć a to ze Słowenii do Słowenii przez Austrię, a to z Austrii do Austrii przez Słowenię (tu mogła wmieszać się magnetyzersko Drawa – ciążenie ku niej, zaplanowane i mniej, było jednym z kluczowych wektorów wypadziku).

Deszczowe klimaty zaleca się rozumieć incydentalnie; na ogół albowiem i generalnie odwiecznie-przygraniczne miasteczko, które przedwczoraj musnęli nieświadomie a dziś celowo, po drodze do styryjskości najcentralniejszej… toż miasteczko ma cechę taką oto, iż najdłużej w Austrii świeci mu słońce – dobre to dla dyń i turystów. Dla tych, co do spa bardzo specjalnie i z fasonem zajeżdżają (ci inni z równym fasonem na drugą stronę; w drogiej Słowenii jednak nieco taniej jest)… i dla tych, co wykroczeniowo-przekroczeniowo, na razie, może chwilowo (bez)granicznie, notorycznie, niby-omyłkowo, ślepo-dżipiesowo, z premedytacją, z bezracji racją…
– cudną chwilę historii mają, z niej ile sił korzystają!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[12.9.2017: Bad Radkersburg. …]

(Pak4):

(Pak4):

(basia):

(basia):

(basia):

(basia):

(basia):

Keszthely

21 listopada 2017

Polskie portale zbiorczo-wycieczkowe uwielbiają raczyć potencjalnych klientów frazami typu „serce Balatonu bije w Keszthely”.
– Że niby stolyca okolycy i w ogóle wyruszajcie, przyjeżdżajcie.
I to nie to, byśmy podejrzewali używalność klisz, banałów turystycznych, ulizań, podrasowań tylko w ojczystym języku naszym… — Wszędy ich pełno, niekiedy rażą bardziej, co nie przeszkodzi zajść do jednego więcej punktu IT sprawdzić, czy i co mają w ofercie językowej polskiej, jak nas kuszą (bośmy wszak rynek jeśli nie duży, to co najmniej średni, klasę średnią też mamy pokaźną, na co zwrócił uwagę landlord z Opatiji… z zazdrością, że u nich inaczej się uklasowiło).

Do IT prawie zawsze, do kolejnego muzeum marcepanu niekoniecznie. Tak, czas pędzi nieubłagalnie ku świętom, (ehej, jak gwałtem obrotne obłoki…), lecz nie popędzajmy go… jeszcze przez chwilę popercypujmy mody ulicznego wystroju: jak falowo-szałowo następują – prócz ewidentnej ery kłódek gdzieniebądź, mamy fazę kolorowych parasoli rozwieszonych nad reprezentacyjnymi ulicami.

(Pierwsze bawiły, mile zatrudniały umysły i zmysły.)

Team ma rzecz jasna wszystko zatrudnione zawsze. W dniu, gdy spacerował po K, powodów do satysfakcji miał mnóstwo, więc i odbiór był znakomity (zarówno dziedzictwa, jak i infantylizmów, a zwłaszcza pałacowych fontann i gazonów kwiatowych tudzież jeziora-bajora w przedmżawkowej poświacie).
Znakomity z jednym zastrzeżeniem: początek drugiego tygodnia oznacza jużnaprawdę, iżeśmy po połowie wyraju. Dotąd można było stosować księgowościowe sztuczki.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.9.2017 : Hévíz i Egregy. Kis-Balaton. Keszthely]

Ilustracje – Pak4

Sprechen Sie Hungarn

20 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zatrzymuje mnie węgierski policjant. Zastanawiam się, czy nie jechałem za szybko, ale nie, dopiero co ruszyłem po fotografowaniu zbierających się do lotu na południe czapli, nawet nie zdążyłem się rozpędzić wjeżdżając na obszar zabudowany. Zastanawiam się, otwieram okno. I słyszę:

— Sprechen Sie Hungarn oder Deutsch.

Nie, nie szprechuję po węgiersku.

***

Cóż, niemiecki lokalnie króluje*. Nie tylko na Węgrzech, także Słowenia jest nastawiona na niemieckojęzycznych (Niemcy i Austria) turystów. Ale faktycznie ze znajomością angielskiego nie jest zbyt dobrze na Węgrzech…

Wrażenia są nawet gorsze od statystyk. Owszem, Węgry wypadają w nich gorzej od Polski (różnica niemal trzech punktów procentowych) lokując się w dolnej sferze stanów średnich w Europie (18 miejsce, dla porównania Polska jest 10-ta), ale na ulicach wydaje się, że jest gorzej. W ubiegłym roku, w ratuszu Kecskemét nie mogliśmy znaleźć nikogo mówiącego po angielsku. Owszem, Budapeszt to inna sprawa, tam nawet żebracy mówią ładną angielszczyzną, ale prowincjonalne Węgry wydają się językowo odcięte od świata.

Czy tak musiało być? Węgry, te wielkie, historyczne Węgry, Korona Św. Stefana, mówiły oficjalnie po łacinie. W Polsce też mówiło się długo po łacinie, ale jednak nie aż tak długo i szeroko. Korona Świętego Stefana była z zasady wielonarodowa, a język łaciński był językiem politycznym. Prywatnie ludzie mówili po swojemu, czyli zależnie od regionu i miejsca. Na przykład w miastach po niemiecku. Właściwie węgierski byłby domeną szlachty (głównie dzisiejszych) Węgier i części chłopstwa, a i to nie całych — sama arystokracja się mocno zniemczała.

Język węgierski był elementem odrodzenia narodowego. Mówi się, że przemówienie hrabiego Istvána Széchenyiego przed parlamentem w roku 1825 było szokiem dla obecnych, bo było po… węgiersku, który to język był językiem wyboru politycznego. Zresztą Széchenyi uczył się węgierskiego przez całe życie**, a i tak, gdy miał coś powiedzieć swobodnie to przechodził na niemczyznę.

Język węgierski się uwspółcześnił (notuje się tu wielki wkład György Bessenyeia w końcu XVIII wieku), unarodowił (swoją drogą, trochę podobny proces przerabiali Czesi) i zaistniał. Ale są i tego koszty. Jeden język, jeden kraj… A gdyby tak zostało, że jest język polityczny i język na co dzień? Czy łatwiej byłoby się dogadać, a Węgrzy byliby bardziej otwarci na języki obce? O tym, jak inaczej mogłaby się rozwinąć kultura węgierska, fantazjował Ziemowit Szczerek***, bo przecież Węgry ponadnarodowe wcale nie musiały się rozpaść i poddać traktatowi z Trianon…

PS.
Gwoli sprawiedliwości, jest i taka wersja, że właśnie logiczna prostota węgierskiego umożliwiła taki wysyp talentów matematycznych w tym kraju… Więc z łaciną nie byłoby, na przykład, bomby wodorowej; a my nie mielibyśmy komputerów do pisania i komunikacji.

http://businessinsider.com.pl/lifestyle/podroze/english-proficiency-index-2016-znajomosc-jezyka-angielskiego/7xl74v8
*) Na tablicach sporo jeszcze, na przykład, rosyjskiego. Polski bywa (O! W Jak nas pan przywitał głośnym „dzień dobry!”), choć mógłbym się patriotycznie wyżalić, że więcej go słychać na ulicach, niż widać w owych napisach.
**) Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016
***) Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Czarne 2017
https://pl.wikipedia.org/wiki/John_von_Neumann
https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Teller

Zdjęcia: basia i Pak4

[11.9.2017: Hévíz i Egregy. Kis-Balaton. …]

Ilustracje – Pak4

Mnikowska z Bobasem

19 listopada 2017

…piękna niedziela listopadowa

Zdjęcia: Pak4 i basia

[19.11.2017: Krakówx2. Pętla Doliny Mnikowskiej (jak 13.11.2016)]


Ilustracja – Pak4

Objazd 79-tki

18 listopada 2017

– To co było hitem? – Bejsce czy ten pałacyk staro-nowy w?… a, w Śmiłowicach!…
– Nie-no, kładka przez Rabę też była super!
– A ten kościółek norbertańsko-pijarski z hotelem, restauracją, dancingiem „Święty Norbert” to nie?…

Fajnie, gdy po kilkugodzinnym wypadzie w najbliższe okolice masz problemy dobrodziejstwa nadobfitości… …Samych premier i świeżynek.

A może też powinno być trochę wstyd człowiekowi, że do miejsca urodzin Adama Chmielowskiego (i kilku innych miejsc) dorarł dopiero teraz?

Zdjęcia Pak4 i basia

[18.11.2017: Igołomia (Kościoł z 1385). Wawrzeńczyce (kościół na kościele z 1223). Hebdów (kościół i klasztor ponorbertański — od XIII do XVIII w., obecnie pijarzy). Śmiłowice (pałac z 1805/XXI wieku). Witów (kościół z I poł. XV wieku). Rachwałowice (drewniany kościół z 1614 i… gorzelnia obok). Bejsce (kościół z XIV w., kaplica Firlejów z XVI w., pałac Badeniego z 1802). Opatowiec (kościół z XV w., prom z XX wieku). Przemyków (kościół z XV w.). Mikluszowice (kościół z XIX w., grodzisko wczesnośredniowieczne, kładka z XX w.)]

Wawrzeńczyce:

Śmiłowice:

Rachwałowice:

Bejsce:

Opatowiec (druga strona):

Ilustracje – Pak4

Hévíz i Egregy

17 listopada 2017

Różne są wskaźniki, kryteria i papierki lakmusowe potwierdzające, żeśmy słusznie do słusznie-sławnego miejsca pofatygowali się. Tym razem – do madziarskiego, co może zdziwi obserwatorów peregrynacyj naszych, bośmy wszak tak niedawno o bratankową krainę się ocierali

…Jednak

Jak nie możesz śmigać po triglavach (pono śnieg tam już był, a sporo nowego spadnie że-ino) – śmignij bodaj tam, gdzie cię jeszcze nie było, jakieś symetryjki porównawcze wytnij, wiosnę z jesienią zepnij w stylu „i mam je, mam je, mam tych skrzydeł dwoje”. – Nad Balatonami skrzydła dojrzysz nawet bez Szefowego superobiektywu.

Pytają jednak, co z tymi papiórkami lakmu. No, są one na przykład takie, że jak jedzie pociąg dzieciowy dorosłymi spaślakami przeładowany (nie pisalibyśmy aż tak brutalnie gdyby nie jeden Ekspert od Madziarów, co nas uczulił a nawet prze- na punkcie miejscowej nostalgii, depresji i objadania się tubylców wszystkim, co mięsne, tłuste i przeobfite)… jak więc jedzie rzeczony pociąg kolorowy – jest git. O!:

A jak na dodatek do kompletu pociągowego dołączy się-rozleganie naszej własnej ojczystej mowy – znaczy, iżeśmy naprawdę dobrze trafili, warto było. (Że Polacy zawsze porównują głośno, co i za ile warto, analizują promocje i dywagują, że w tamtym spa, co przedwczoraj, było bardziej warto – to żeśmy onegdaj z podziwem niekłamanem zasygnalizowali. Więc tylko potwierdzamy, nic się przez te osiem dni nie zmieniło, drożyzny wszyscy unikamy, ale jak widzimy atrakcję, to spijamy co się da. Jak wiele się da, to nawet za pieniądz).

Co było w menu tym razem?
1. Samoczynne jeziorko termalne, absolutny unikat („największe naturalne w Europie”), wykorzystany rzecz jasna jako kąpielisko. Amatorom bajorkowego taplania się wśród lotosów moda albo konieczność każą obnosić zabawne piankowe pętle ratunkowe – na ramię bądź pod ramię, jedną albo kilka:

2. Romański kościółek cmentarny wielkiej urody (otwarty… cud czy co?!), z widokiem ku Balatonowi też wielkiej urody dziś przymglonym, na winnych wzgórzach wielkiej sławy & urody i z winobraniem w fulsłingu:

…oraz największej urody dzieciarnią zbiegającą ze wzgórza onego z wiaderkami prawie-pełnymi winnych gron. Ciekawe, czy mają prasę w tym ich kindergartenie, czy będą ręcznie czytaj nożnie? O koncesję się nie lękamy, bo może można pójść i załatwić zanim się zacznie ferment.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.9.2017: Hévíz i Egregy. …]

Ilustracje – basia