Dzień dziecka?

8 czerwca 2017

— tato, zadzwoń dla mnie do TOPR!

Czwartek 1.06.
[…]
O godz. 18.22 do TOPR zadzwonił zaniepokojony ojciec informując, że jego córka jest gdzieś w Tatrach, w miejscu gdzie jest dużo śniegu, jest bardzo stromo i ona stamtąd nie zejdzie. Ponieważ podał nr telefonu córki udało się nawiązać kontakt. Z rozmowy wynikło, że turystka wraz z kolegą znajdują się gdzieś w masywie Granatów. Wystartował śmigłowiec. Z jego pokładu dostrzeżono turystów na Zadnim Granacie. Tam desantowali się ratownicy. Po założeniu uprzęży ewakuacyjnych turyści wraz z ratownikami zostali wciągnięci windą na pokład będącego w zawisie śmigłowca i przetransportowani do Zakopanego

Kronika TOPR 05.06.2017

Silniejsze

7 czerwca 2017

[Pan Hrabal] dostał od żony nową maszynę do pisania. I musiał ją wypróbować. I my wypróbowalibyśmy ją banalnie, a pan Hrabal – zachwycająco. Bo żeby tę nową wypróbować, starą maszynę przykrył pierzyną, aby nie była zazdrosna, że jest jej niewierny.

Patrzenie na księżyc. Nikt oczytany, naoglądany nie powie, że patrzenie na księżyc jest piękne. (Od razu wyjdzie na jaw, że człowiek ten nie posiada kultury literackiej i jest wielbicielem Paula Coelho. Właściwie to go tak dyskwalifikuje towarzysko, że na przyjęciach mogą mu za karę wlewać rumuńskie wino półsłodkie zamiast burgunda, a „Elle Decoration” nigdy nie wydrukuje zdjęć jego mieszkania). A pan Hrabal by się tym nie przejął. On widzi rzeczy w zachwycie.

„Wszystko, co spotykam, jest silniejsze niż ja. Muszę potem dojść do siebie, oprzytomnieć. Nie tylko ludzie tak na mnie działają, ale choćby i księżyc w pełni, nie jestem w stanie na niego spojrzeć, najpierw muszę popatrzeć w lewo, potem w prawo, i dopiero wtedy, przejęty do głębi, spoglądam mu w oczy, i za chwilę przymykam powieki, tak jakby spojrzała na mnie piękna kobieta, o której wiem na pewno, że gdyby tylko mnie zagadnęła, zaraz zacząłbym mówić od rzeczy. Z trudem dochodzę potem do siebie”.

(Różnica między nami a panem Hrabalem polega na tym, że wszystko, co spotykamy, przeważnie jest słabsze niż my).
[…]
Raz powiedziałem młodej kelnerce, że w centrum mogą do rachunku w knajpie dopisać nawet datę urodzenia.
– Ja widzę to tak, że po komunizmie mamy wreszcie wolność – odparła młoda Czeszka, jeszcze studentka.
– I jak pani tę wolność rozumie? – spytałem oszołomiony.
– No, jak nas oszukają w jednej knajpie, mamy wolny wybór, możemy sobie pójść do innej.
Uważam, że aby poznać tę dialektykę, warto było dać się oszukać. (Tak się pocieszam pod nieobecność pana Hrabala).

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj. Czarne 2010

Tężnie

6 czerwca 2017

– I co, znów byliście w jakiejś tężni?
– Nie, dlaczego?

To w sobotę.
W niedzielę natomiast przed Muzeum Narodowym zagradza im drogę rusztowanie ciechocinkopodobne…

Tężnia – rzeźba/instalacja Roberta Kuśmirowskiego (czynna do 29.10.2017, wstęp wolny). Dla włóczykijów nie tylko perfekcyjne domknięcie przypadkowego wiosennego tryptyku (RabkaWieliczkaKraków), ale i rzecz inspirująca mocarnie: paralelne tężenie solanki i sztuki w punkcie miasta jednocześnie zdrowym (Błonia, parki, bulwary), jak i zanieczyszczonym (Aleje, gęsta zabudowa)… muzealnie-skostniałym, ale i odświeżająco-studenckim. (W leczniczej tężni solanka ściekająca po tarninie wchłania-pochłania wszelkie brudy, działa jak filtr powietrza).
Kontemplacja obiektów dobranych do bycia podłożem artystycznego obcieku to oddzielna frajda

Patrzy na to wszystko patetyczny Wyspiański* Nieopodal zaś, w Parku Jordana alejki i obejścia pełne wielkich-małych główek… Od zawsze – w 1914 stało ich prawie pół setki (inspirując, jak i samą ideą parku jordanowskiego, wiele miast).
Ostatnio biustów przybyło znacznie… i przybyło w pewnym, określonym kierunku ideolo: „Inka”, „Łupaszko”, bp. Małysiak – tak; Lem, Szymborska, Giedroyć – nie.

Zatem żarty (bitter-sweet), kogo by tu jeszcze (dodać, nie ująć)… Bezpodstawne nadzieje-mrzonki, że kiedyś-ktoś-gdzieś ustawi gigantyczny filtr ogólno-atmosferyczny, a wyleczone metaforyczne płuca społeczne wydadzą ton…
A tym czasem… spacer po sielsko-anielskim parku w perfekcyjnych okolicznościach majowych konkluduje się tak oto, iż, gdy podchodzą do Niedźwiedzia Wojtka, ona słyszy ubolewanie, że to nie zwyczajny misio, a znów zaangażowany politycznie.

Nie-no! — Wszak to jest też prywatny niedźwiedź, opiekowany i rozsławiany przez prywatnego, kochanego Znajomego! Będziemy go, ich bronić nawet gdyby stężeli wśród wyklętych!

Lis w wielkim mieście

5 czerwca 2017

● Zgłoszenia o chodzących po mieście lisach, nawet w centrum Głogowa, mieliśmy także od innych osób. Lisy można spotkać koło dużego ronda w centrum.
Widziałam tam tego lisa już kilka razy – opowiedziała nam głogowianka. – Spokojnie sobie szedł i na mnie patrzył, nawet się za mną oglądał gdy przystanęłam. Chciałam mu zrobić zdjęcie, ale wtedy uciekł. Poszedł w stronę ul. Keplera. Na początku myślałam, że to pies, bo miał taką ciemną sierść, ale potem patrzę, a on ma kitę zamiast ogona.

Gazeta Lubuska

● To, że lisy zadomowiły się na terenie Lublina, wiadomo od dawna. Jednak w ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do przypadków, że zwierzęta te, praktycznie wchodzą do mieszkań.
Widok lisów na lubelskich osiedlach nikogo już nie dziwi. Zwierzęta skuszone łatwym dostępem do pożywienia, przestały się obawiać ludzi. Co więcej, mieszkańcy także zaczynają się do nich przyzwyczajać i przestają zwracać uwagę na ich obecność.
Były już przypadki, że lisia rodzina bawiła się na jednym z placów zabaw, w innym miejscu zamieszkała w ogródku, czy też regularnie odwiedzała balkon wykradając pożywienie. Tym razem nasi czytelnicy zauważyli lisa spacerującego po dachu przy ulicy Jantarowej jak też żyjącego w dobrej komitywie ze sroką, przy jednym z bloków na ul. Wallenroda.

Lublin112

● Błąkający się po piętrach budowanego przy ulicy Grzybowskiej wieżowca lis wzbudził spore zainteresowanie internautów tvnwarszawa.pl. Dostaliśmy zdjęcie kolejnego, który zadomowił się na Żoliborzu. Straż miejska informuje, że w tym roku odłowiła już 30 tych rudowłosych zwierząt.
„Na Żoliborzu, na garażu, na terenie klubu sportowego przy Potockiej też mieszka lisek. Straż Miejsca powiedziała, że to normalne i nie będzie interweniować. Lisy na stałe zadomowiły się w mieście. Ten na zdjęciu nie boi się ludzi” – poinformował użytkownik tvnwarszawa.pl

TVN Warszawa

● Lisy buszują w mieście. Łódzkie kury w zagrożeniu. Do Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w Łagiewnikach trafił młody lis, który… wpadł do grobu na cmentarzu przy ul. Szczecińskiej. W Łodzi jest coraz więcej lisów. Coraz częściej są widywane nie tylko w okolicach kompleksów leśnych, ale nawet w centrum.

Express Ilustrowany

● (NIE)pożądani mieszkańcy – lisy. Podobnie jak kuna domowa, stały się konkurencją dla… kotów, gdyż polują na szczury i myszy, zdarza się też, że zgodnie z lisią naturą podchodzą również do domostw, aby zapolować na kury.

Zwierzęta w Radomiu

3.6.2017 (basia):

Z dziczą przebiegle podchodzącą cywilizację aktywny ludź ma do czynienia od dekad i nawet repetytywnie. Na początku daje wyraz co poniektórym olśnieniom, potem się (mu to) znudza.
Lecz przedwczorajszy close encounter… — nie to, że oko w bliskie oko: zwierz nie tylko jest, stoi, gapi się bezczelnie i szyderczo po drugiej stronie nieszerokiej szosy, lecz i bawi się w chowanego gdy ludź chce zapolować (ma do tego święte prawo, poza tym bezkrwawo – niewygórowana wszak satysfakcja za wszystkie kury porwane mamie i sąsiadom!)… A jeszcze – o perfidio wysublimowana! – podbiega toto na mniej niż dwa metry gdy spotkaniu przyglądają się po dwa (rozbawione) auta z każdego kierunku, nie licząc rowerzystów mknących w dół po tyniecko-skawińskich serpentynach.
I – szczyty wszystkiego! – tyle czasu, a i tak ujęcia będą nieostre.

Wredota! — Zapozować jak PB przykazał! Nie spoufalać się! A kysz!

W Nagyvárad

4 czerwca 2017

Oradea – Nagyvárad. Pomnik pisarzy 17.9.2014 (basia):

Znad‌ rzeki Mureş pojechaliśmy nad rzekę Crişul Repede, do Oradei, a więc Nagyváradu nad rzeką Sebes-Körös, a po polsku Wielkiego Waradyna, co brzmi jak nazwa jakiegoś mitologicznego gada. Na Piaţa Unirii, największym i najdostojniejszym placu miasta, stał pomnik Michała Walecznego, hospodara Mołdawii i Wołoszczyzny, księcia Siedmiogrodu, który walczył z Turkami, Węgrami i Polakami, a nawet chciał zostać – z sułtańskim albo rosyjskim błogosławieństwem – królem Polski, ale w 1600 roku dostał łomot od Jana Zamoyskiego w bitwie pod Bukowem na Wołoszczyźnie. Stał pośród wykopów, bo cały ten większy chyba niż boisko piłkarskie plac był w zaciekłym remoncie; remontowano, aż furczało, jakby ścigano się z czasem, co zresztą mogło mieć miejsce. Widać było, że gdy ów remont się skończy, plac oślepi wspaniałością, a piszę to bez ironii, bo nie wydaje mi się, abym w jakimkolwiek polskim mieście widział plac tak imponujący jak Piaţa Unirii, choć oczywiście ani na moment nie zapominam, że zbudowano go, podobnie jak wszystkie te oszałamiające, wielkie niczym transatlantyki budowle, za węgierskiego panowania. Już teraz większość secesyjnych kamienic, a przynajmniej ich fasad była wypiękniona i wyciumkana, tak że od razu przypomniałem sobie Sybin, wylizany na wysoki połysk przez niemieckiego burmistrza, który dziś jest prezydentem Rumunii. Zaparkowałem przy bocznej uliczce i wszedłem do małego sklepiku z langoszami, by wymienić papierowe leje na miedziane banie konieczne do zapłacenia w parkomacie. Kobieta za ladą, gdy tylko odezwałem się po angielsku, natychmiast z rumuńskiego przeszła na węgierski, uważając widocznie, że jeśli pojawia się tu jakiś obcokrajowiec, to musi być Węgrem, i serdecznie, z entuzjazmem rodaczki zasypała mnie garścią drobnych monet.‍ Z ratusza rozbrzmiewał hejnał przypominający katarynkową wersję Pieśni‍ Filaretów, a przy głównym deptaku czekał pomnik przedstawiający czterech węgierskich poetów: przy kawiarnianym stoliku siedzieli wyrzeźbieni w brązie Endre Ady, Gyula Juhász i Tamás Emőd, pomiędzy nimi stał zaś z fajką Ákos Dutka. Cała czwórka, która na początku XX wieku‌ przesiadywała w kawiarniach Nagyváradu, przeszła do historii literatury węgierskiej dzięki antologii poetyckiej A Holnap, ale‍ przede wszystkim stworzyła własną legendę, albowiem lata poprzedzające wybuch I wojny‍ światowej to był świetny czas na rodzenie się legend, na bohemę i przechodzenie do legendy. Zawsze w pewien sposób zazdrościłem pisarzom tamtych czasów, wierzącym – jak sądzę – w epokowość tego, co robią, w nadzwyczajność swoich gestów i projektów, no i zazdrościłem Węgrom pamięci o owych poetach i pisarzach, bo czy istnieje w Warszawie pomnik przedstawiający stolik w Ziemiańskiej, przy którym siedzą Lechoń, Słonimski, Wierzyński i Tuwim? Jeśli rzeźbi się jakieś grupy ludzi, to nieodmiennie są to powstańcy, żołnierze albo pokonani bohaterowie. A dlaczegóż nie mógłby powstać pomnik Brunona Schulza przymilającego się uniżenie do Nałkowskiej w pozycji, którą znamy z jego masochistycznych grafik, a czemuż nie można by wyrzeźbić w brązie siedzących wspólnie (nawet jeśli w istocie nie siedzieli) Schulza, Witkacego i Gombrowicza? Węgierska pamięć o pisarzach jest silna i głęboka, polska pamięć płytka i wstydliwa: wyrzeźbić nieżywych żołnierzy – zawsze chętnie, wyrzeźbić nieżywych pisarzy – zbędna fanaberia.

K. Varga, Langosz w jurcie

Oradea – Nagyvárad. Pisarze plus blogerka 17.9.2014 (Pak4):

+

3 czerwca 2017

Pińset+… Koryto+… Owca+…

Nie wierzą państwo, że Program Owca Plus wspiera tradycyjne pasterstwo w Beskidach?
– My też za bardzo nie wierzymy, gdyż na szlakach owych w majową niedzielę niezapomnianą ze zwierzęcości udomowionej to widzieliśmy ranczo fulwypas oraz nadliczne mnóstwo sapiących homo (hom?) owczym pędem pędzących albo wciąganych na fulwypas słoneczno-wiosenno-przestrzenny.

Ale my nie o tym. I nawet nie o tym, że już tak długo mamy suwerenność plus (choć inni powiedzą, że minus, zaprzańskie minus!), iż nam się do szczętu i imentu znudziła.

My otóż o tym, że od osiemnastu lat plus (kilka dni) jesteśmy stelefonizowani mobilnie, lecz nie w wiadomej sieci (to byłoby zbyt bezczelnie banalne), a w konkurencyjnej (wciąż tej samej – zmienić wreszcie trza, a choćby i dla samej zmiany!). Ergo w przypadku naszym program telefon plus oznaczał stacjonarny do komórkowego, nie odwrotnie (po to, aby po paru latach z hukiem wyrejestrować landlajna?!…)

Było, nie było

1 czerwca 2017

Jakże inaczej jechało się w góry i chodziło po górach ćwierć wieku temu!

Podczas redakcji ostatniej notki górskiej wspominki i porównania szczegółów osiągnęły poziom natręctw.
Może dlatego, iż są – chcąc nie chcąc – częścią szerszego problemu: wraz z postęp(k)ami „polityki histerycznej” niejednemu przychodzi żartobliwie egzaminować patryjotów z podstawowych dat-faktów, od koronacji Chrobrego przez unię brzeską po upadek powstania warszawskiego, od upowszechnienia cukru, ziemniaka, truskawek, po rajstopy, dżins, goreteks.

– Czy wiesz, że gdy ciocia ruszała w pagórki – nie było dżipiesa turystycznego, ba jakiegokolwiek?…
– Napraaaaawdę? A Mieszka Pierwszego też ciociu znałaś?
…A sarenki biegały po autostradach, czy były mądrzejsze?

Dziecięciolatkom wolno.

Koziarz

31 maja 2017

…czyli zaległość z 1990

27 lat temu B z Przyjaciółkami wyruszyły na inaugurację wiosny i ostatnią przed sesją wycieczkę weekendową plus. Pierwszego dnia – wędrując Małymi Pieninami przez Obidzę do chaty studenckiej na Niemcowej – B złapała pierwsze i bez porównania najostrzejsze zapalenie więzadeł podkolanowych, co ją unieruchomiło, gdy w kolejny poranek dziewczyny pobiegły do Kosarzysk, Piwnicznej, kościoła. Ach, pamiętna niedziela: lampa-cud, pustki (nikt nie zawitał do schroniska przed powrotem prawowitej jego gospodyni…) – i przymusowa długa lektura Dzienników Gombro w błogiej trawie z średnio-błogimi myślami, co byłoby gdyby wczoraj dżinsy nie zostały zmienione na szorty.

W poniedziałkowych planach była wyrypa przez Radziejową, Prehybę, Dzwonkówkę do Łącka, czyli trasą, która w weekend odpadała (autobusów mało, nieporęcznie; chętnych do zabrania się ku cywilizacji – przeciwnie) – zatem jedyna okazja, prognozy murowane, szlak ponoć przecudnej urody… — B dokuśtykała jakoś do Rytra, skąd pociąg zawiózł ją ślimaczo do Krk. Po kilku godzinach w pokoju pojawiła się roommate – oczywiście na endorfinowym superhaju!

Pasemko ciągnące się wzdłuż Zielonego Przełomu Dunajca poczekało więc trochę. Kusząc za każdym przejazdem szosą Zabrzeż – Krościenko. Mijały wiosny, lata, jesienie, zimy…

I wreszcie, w ostatnią niedzielę – troszkę jako opcja Be, lecz nie wchodźmy w szczegóły.
Nie tylko nie zawiodło – przerosło o kilkaset procent wyobrażenia!
Nieźle, że wciąż, mimo schodzenia okolicznych pagórów w tę i wewtę, możesz odkryć takie perły…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[28.5.2017: Łącko (łódką przez Dunajec) – Cebulówka – Koziarz (wieża widokowa) – Dzwonkówka – Krościenko nad Dunajcem]

Zielony Przełom Dunajca (Pak4):

Z wieży widokowej na Koziarzu ku Tatrom (basia):

Wędrując ku Dzwonkówce – Prehyba i towarzystwo (basia):

Dolina Będkowska, Grodzisko

29 maja 2017

Gdy się ma w obiecujący majowy poranek tylko kilka godzin a nawet parę – nikt nie będzie wchodził – sorki Nietoperku – do kretowiska, nawet tak atrakcyjnego, jak Jaskinia Nietoperzowa.
Co innego Łabajowa: nie tylko bezpłatna (ergo już-czynna ;-/), to jeszcze prywatny dysponent zaprasza, jak najbardziej.

Skała Grodzisko – drugi najwyższy punkt Jury – superefektownie zwieńczy spacer. Pogoda wyklarowana, nastroje przed dalszą częścią dnia szampańskie i antycypacyjne szalenie…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[27.5.2017: Jerzmanowice (Jaskinia Nietoperzowa – parking) – górna część Doliny Będkowskiej (Jaskinia Łabajowa) – Łazy – Grodzisko (Skała, 512) – parking przed/nad Nietoperzową]

Jaskinia Łabajowa (Pak4):

Zerkając za siebie – Grodzisko 512 m npm (basia):

Pstrokaciźnie…

24 maja 2017

Pied beauty
Gerard Manley Hopkins

Glory be to God for dappled things –
For skies of couple-colour as a brinded cow;
For rose-moles all in stipple upon trout that swim;
Fresh-firecoal chestnut-falls; finches’ wings;
Landscape plotted and pieced – fold, fallow, and plough;
And áll trádes, their gear and tackle and trim.

All things counter, original, spare, strange;
Whatever is fickle, freckled (who knows how?)
With swift, slow; sweet, sour; adazzle, dim;
He fathers-forth whose beauty is past change:
Praise him.*

*** * ***

Pstre piękno
Stanisław Barańczak

Za wszystko, co pstrokate, chwała niech będzie Panu —
Za niebo wielobarwne jak łaciate cielę;
Za grzbiety pstrągów, różem nakrapiane w cętki;
Za skrzydła zięb; żar szkarłatny rozłupanych kasztanów;
Za ziemię w działkach, w kawałkach — za ugór i za zieleń;
I za rzemiosło wszelkie, jego narzędzia i sprzęty.
Wszystkiemu, co nadmierne, osobliwe, sprzeczne,
Rzeczom pstrym i pierzchliwym (któż wie, jak to się dzieje?),
Wartkim i wolnym, słodkim i słonym, mocnym i miękkim,
On wciąż początek daje, Ten, czyje piękno jest wieczne:
Jemu niech będą dzięki.