Gdy prognozy nie chcą kooperować

18 lipca 2017

— łuki palcem po mapie zataczają się nadspodziewanie szerokie. Obejmując też a nawet-nawet tereny odwiedzane często… jednak dawno, dekady temu.

Przez bory i lasy (na przykład Janowskie), przez deszcze, słoty, objazdy wokół dróg wybudowanych a nieotwartych, przez dziury w innych traktach tudzież własnej pamięci… – przedarli się wystarczająco na północ, by mieć nadzieję na pogodny powrót do przeszłości (jedni) i zupełnie nowe olśnienia przypadkowe bądź z grubsza zaplanowane (jedni i drudzy).

Zdjęcia: Pak4 i basia

[15.7.2017: Radecznica. SąsiadkaSutiejsk. Szczebrzeszyn]

Tarnowskie Góry UNESCO!

13 lipca 2017

W Krakowie, ba w bezpośrednich okolicach B zakończyło się wreszcie oblężenie (co tam robiła wczoraj policja celna i skarbowa?) związane z dziesięciodniówką 41. sesji UNESCO. — Ach znów organizacyjno-promocyjny sukces miasta, och jedno z największych przedsięwzięć ICE

Wśród nowych miejsc na Liście Światowego Dziedzictwa znalazły się Tarnowskie Góry. – Gdyby ktoś jeszcze nie słyszał o Sztolni Czarnego Pstrąga, Kopalni Srebra i pozostałych 26 obiektach (położonych też w Bytomiu, gminie Zbrosławice) – teraz się dowie za większe pieniądze, być może też poczeka w kolejkach.
Pierwsze junesko dla województwa śląskiego – „godne to i sprawiedliwe”, wreszcie!

Radość B w takich razach wielką jest gdyż podziw dla inżynierów, inżynierii, poli-techniki, komplikacji-rzeczowości-ścisłości, fachu i rzemiosła przechodzących w artyzm, dziedzictwa w tej mierze… miała od zawsze… od czasu do czasu w formie wzmożonej.
Ostatnim wzmożeniem było uczestnictwo w śląskiej Industriadzie 2017.
— Plan, organizacja, pomysły, dowcip, dostosowanie atrakcji i zabaw do każdego wieku… przy jednoczesnym trzymaniu się ziemi, realiów, praw przyrody, przy autentycznym szacunku dla dorobku pokoleń, pokorze wobec pracy ludzkiej, nieprzegadaniu… —

— Ślązacy z pewnością będą umieli „sprzedać” światu skarby Tarnowskich Gór… ech, co za niestylowa, nieśląska konkluzja!

Traktory

12 lipca 2017

zdobędą Chelsea

Za górami, za lasami, za sied… jednym kanałem, daaaawno temu B napisała tekścik Chelsea tractors.
Minęło 13 lat…

Much used by the Armed Forces, this workhorse vehicle climbs every mountain and fords every stream — but at the moment its sad destiny seems to be as the Chelsea tractor that puts all the other Chelsea tractors to shame.

It is frequently sighted in West London, driven by men in pale blue suede loafers or women on their way to a hot yoga class or a date with a mindful cup of matcha tea.

This mighty, lovely rugged vehicle deserves so much more than to end up as the plaything of rich dopes who care little for their carbon footprint or hogging city roads. Don’t hate me, but I really want one.

Źródło

Nieprzekonani

11 lipca 2017

Gratulacje dla Kerber, to tez Polka, chociaż nie do końca przekonana.
— Napisał ktoś po trzeciej rundzie Wimbledonu pod Przeglądem Sportowym. Natychmiast sobie wyobraziłam, jak wielkodusznie-przyzwalająco poczuł się po klepnięciu takiego komcia.

A potem zwizualizowałam, jak przetrząsa wzrokiem listy meczowe i artykuły prasowe, zwłaszcza tabloidowe (a co dziś NIE JEST tabloidem?! – zakrzykną chórem czytelnicy), wyłuskując nieprzekonanych, zagubionych, niewłaściwych wiekiem, rodzicielami, nazwiskiem, miejscem zamieszkania, partnerem w deblu czy mikście… i oczywiście wrażą, inną niż jedynie słuszna, chorągiewką przy godności…

38 godzin

10 lipca 2017

door2door – a ileż wrażeń: objętości, różnorodności, mocy!

Deser to cerkiew UNESCO na końcu świata – dosłownie (tuż przy granicy) tudzież metaforycznie.
Spontanicznie dołączona do objazdu wraz z kolejną, po „naszej” stronie przejścia w Korczowej, a mającą pod skrzydłami mauzoleum twórcy „ich” hymnu narodowego.
Słuchamy o dziedzictwie i bieżących potyczkach: oni dotacji nie dali… oni postawili pomnik UPA, oczywiście nielegalnie… oni przyjechali i rozebrali… oni zastosowali retorsje w postaci… oni teraz będą…
Podziwiamy skarb… diabełka z wydłubanymi oczkami… roztrząsamy pata konserwatorskiego przybudówki (okropnej)… Zdumiewamy się, że, jakim cudem, tak blisko tak równoległe światy.
Po czym odfruwamy do siebie. Lądem, a niczym samolotem z Monachium, Londka bądź innego Lyonu…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.7.2017: Pruchnik. Przemyśl. Krasiczyn. Chotyniec i Młyny]

Baszty

9 lipca 2017

Że w Krasiczynie urodził się książę, późniejszy kardynał Adam Stefan Stanisław Bonifacy Józef Sapieha (ufff, imion więcej, niż w brytyjskiej rodzinie królewskiej, ale nosiciel godny!), przez jakiś czas panoszyła się FSO (dla popularyzacji miejsca nie ma to jak znany ex-mecenas… w braku aktualnych sławnych dobrodziejów i innych rozgłosów), że aleja dębów i lip (phi, Tata miał tak samo, bez tabliczek co prawda), że w 1940 Sowieci kręcili tu antypolski film „Wiatr ze Wschodu”… i kilka innych rze-czy — to wie nawet raczkujący krajoznawca. Wie, ziewa, ale jak już przyjechał, odhacza, nawet kosztem pobieżniejszego potraktowania Przemyśla.

Wchodzi więc do słynnego parku, siada na ławce, deczko się zniesmacza kiepsko utrzymanym stawem, ale lunchu mu to nie obrzydza – okoliczności ogólno-szczególne są wysmakowane w idealnych proporcjach. Jedząc spoziera ponownie na tonący w buszach i szuwarach manieryzm… i wyrokuje bezsłownie, iż zakochał się od drugiego wejrzenia (tego nasyconego) w czterech basztach odmiennych kształtami, o nazwach wpadających w ucho i pamięć… Poza wszystkim – tak pasujących do stolic i okolic: Boska, Papieska, Królewska, Szlachecka…

Po czem, wzmocniony i pełen pewności, że dobrze zrobił, wybierając na niedzielne popołudnie to a nie coś innego (selekcja była nieprosta), zaczyna buszować jeszcze dociekliwiej.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.7.2017: Pruchnik. Przemyśl. Krasiczyn. …]

Dzwony…

7 lipca 2017

— Przemyśl eklezjalnie-bezwizowy

Wszystkie srebrne dzwony (nie tylko dwóch archikatedr) roznoszą swe tony po okolicznych wzgórzach i podnóżach dokładnie w momencie, gdy oni, wjechawszy pod najważniejszą przemyską górkę, podziwiają pełną wież panoramę miasta najbogatszego w zabytki na Podkarpaciu; w skali kraju wypadającego też nieźle (w tej kategorii).
Do kościołów zjeżdżają się i schodzą wierni, służba liturgiczna zbiega w garniturkach i innych elegancjach; na przedramionach starannie zawieszone bielusieńko wyprasowane alby (albo im podobne chóralno-ministrancko-diakońskie przyodziewki). W Soborze chór śpiewa niebiańsko, archikatedra rzymska daje kilka minut na przedmszalne rozejrzenie się. Na Wzgórzu Zamkowym spacerowicze wyglądający na studentów – z małymi plecakami (bądź średnimi, z przytroczoną karimatą)… – mieszanką polsko-ukraińską upewniają się u towarzyszy, co tu jest najważniejsze i czy coś jeszcze. Na dole, w okolicach kawiarnianych, ukraiński momentami częstszy, niż polski… najczęstsze są lodziarnie, a ludzi jedzących lody wprost na ulicy tak dużo, że przypomina się lwowski deptak marcowy 1990 (obfitość lodów i ich amatorów zauważono już wczoraj – w deszczowo-zimnym Łańcucie).

Stereotypy to do siebie mają, że niektóre się potwierdzają.
Nawet podczas pobieżnych powrotów.
Inne nie.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.7.2017: Próchnik. Przemyśl]

Mieć kotka

6 lipca 2017

…przez kilka kwadransów

Do tej pory chętnie a w porywach uporczywie do naszych wycieczek dołączały się psy. Na ogół było to na wschód od zachodu, ale i w Zachodnich Beskidach się zdarzało, zwłaszcza zimą.
— Cóż, skoro nie dają się odpędzić (łagodną groźbą, mało udatnie grożącą perswazją) – to niech idą. Dostaną wody z kubka jeśli będą wyglądały na bardzo spragnione.

Tymczasem w Pruchniku na Pogórzu Dynowskim z samego rana – kotek. Młoda chudzina drepcze i skacze zgrabnie i wytrwale, pogonić się nie daje, baraszkuje, wydrapuje się na każdą wypasioną tablicę ścieżki dydaktycznej, a przy wiacie w Korzeniach – gdy w rozdokazywaniu nie zauważa naszego odejścia dalej – podnosi lament tak wokalnie-żałosny, że nie ma wyjścia, tylko wrócić. Ach jakże się cieszy!

Od zabudowań, przy których się do nas przyplątał, już parę kilometrów; nawet gdyby zawrócił, to czy trafi z powrotem? (My się na kotach nie znamy, na psach też nie za bardzo, więc dlaczego one aż tak dobrze znają się na nas? O_O)… — Ha, opieka będzie raczej z gatunku zimnego wychowu: ty idziesz dzielnie, my cię ewentualnie pocieszamy werbalnie…
Asfaltem gorącym, leśną drogą, nad wąwozami, ostrym podejściem. Przez błota straszliwe też – wczoraj był tu jakiś wyścig rowerowo-górsko-deszczowy i strasznie zniszczył ścieżki („prysznic na stadionie” – nie rozumieliśmy na początku, osochci licznym laminowanym napisom).

Opieka jest zatem z gatunku zimnego wychowu… aż do momentu, gdy z lasu wychodzimy (ubłoceni jak nieboskie stworzenia) na otwarty teren wysokiego przysiółka sąsiedniej wioski. W pierwszym obejściu pies zaczyna szczekać tak zajadle, że dzielnego malca trzeba wziąć na ręce (brzuszek cały ubłocony, przydaje się chusteczka higieniczna)…
Przenoszę go przez strefę największego hałasu, kładę na cztery łapy… Szkopuł, że dokładnie w tym momencie przed posesję zajeżdżają właściciele… „Niech mi tu pani nie podrzuca kota, nie potrzebuję, będzie mi tu!…” — Starsza kobieta, dopiero co niedzielnie uświęcona, podnosi taki jazgot, jakby jej rozum odjęło (nie widzi, że choć kot na asfalcie, to zachęcany nie do pozostania, a przeciwnie… bo że on nie nasz, w takich sytuacjach nie ma sensu tłumaczyć – albo się znasz na ludziach i wiesz, kto (gdzie i kiedy) wygląda na rasowego podrzucacza zwierząt, albo nie). Kotek zatem szybko dostaje się z powrotem w chusteczkowo-higieniczne objęcia, a my jeszcze raz objaśniamy (tym razem sąsiadce jazgotki), jak to się z nami zabrał na poranną wycieczkę. Sąsiadka wygląda na cichszą i pokorniejszego serca.

Dalsze przygody są w zasadzie czysto-wędrówkowe: od kolejnych groźno-psich rewirów (i przenoszeń przez nie) aż po strachliwe, ale jednak w pełni samodzielne wspięcie się na sam szczyt wygwizdanej wiatrem wieży widokowej.

…Tylko jedna pani jeszcze: niepytana-nieproszona deklaruje wszem i wobec w poziomkowych okolicznościach przyrody, że ona absolutnie „go tu nie chce”. A czy on chce z panią zostać? – Mam ochotę słabo zażartować, jednak powstrzymuję się, bo wcześniej ironizowałam w obrębie Teamu, czy aby tutejsza kociość nie wyewoluowała w kierunku uchodźczej przylepności do przyjezdnych… do kogokolwiek, kto emanuje choćby cieniem nadziei nieco lepszego podejścia do.

Domykamy pętlę (w sumie ok. 14 przeliczeniowych kilometrów) nie prowadząc już konwersacji reasekuracyjnych z młodziakiem – przeżył przygodę, zmężniał, niech nie ma złudzeń.
On idzie dzielnie, od jakiegoś czasu wcale nie pomiaukuje.

I oto na horyzoncie domniemany dom naszego parugodzinnego znajomego… Kilka kotów młodszych i starszych wyleguje się pod przyczepą, na jezdnię zbiega ostre, ratlerkopodobne czupiradło, krzyczy na przygodowego malca, ten sroży się, kociogrzbieci
Na nas ani spojrzy.
Odchodzimy.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[2.7.2017: Pruchnik – pętla edukacyjna z wieżą obserwacyjną]

Rozeznania galicyjskie

5 lipca 2017

Do oczywistości i wspomnień sprzed lat-dekad doszlusowały świeżynki, podważenia, przesunięcia, przemieszczenia, przeakcentowania.
Bo że w Leżajsku znajdziemy cenne Bazylikę i Klasztor oo. Bernardynów z absolutnie bezcennymi organami oraz grób Cadyka Elimelecha (akurat trzechsetlecie urodzin jego) – to wie każdy krajoznawca… Ale że akurat tu natkniemy się na klimatyzowany kościół (zresztą wartościowy historycznie, o grubych murach…) – drobne zaskoczenie, choć i szoczków kulturowych w „oczekiwaną stronę” nie brakło.

Stare centra odwiedzonych miasteczek pokazały swe uporządkowane, ukwiecone oblicza (wysyp róż ozdobił cały wypadzik!), plansze o unijnym wsparciu niekiedy „ornamentowano” domniemaniami narodowościowymi, jednak całkiem zdewastowanych nie spotkaliśmy. Zgodnie z oczekiwaniami, tablic akowskich, katyńskich, smoleńskich, wyklętych, itp. patryjotysu w bród, brud też się znajdzie… A rozrywkę masową znajdzie wielkomieszczuch musowo dokładnie tam, gdzie „akuracik” kojarzył elitarny festiwal.

Zaś pogoda wyklarowała się, sprawiając, iż nawet natręctwa tablicowo-drogowe Jarosław Przemyśl wyluzowały ku zrelaksowanej beztrosce…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[1.7.2017: Łańcut. Leżajsk. Przeworsk. Jarosław]

Dwa muzea

4 lipca 2017

Pierwsze sławne-huczne na Polskę i poza; „ma” parę filmów kultowych, w erze których każdy czuł, że musiał przeszurać papciami parkiety celebrowane, zajrzeć w lustra za Stefcią R i Hrabiną C, oszacować, ile więcej westchnień by wydał, gdyby nie te 11 wagonów (a może pociągów?) wywiezionych pod koniec wojny do Lichtensztajnu za zgodą okupanta.

Po trzydziestu latach zwiedzanie to jeszcze gorsza masówka, niż drzewiej bywało. Kapcie trwają, przewodniczki komenderują grupami w stylu dziarskich babć zamierzchłych. Niektóre ważne pomieszczenia przynależne trasie „reprezentacyjnej” w sobotę wyłączono (II piętro zwiedza się osobno). Delektować się i chłonąć radośnie wciąż można – pod warunkiem dyspozycji wybaczającej i szukającej pozytywów a nie tych drugich. Inaczej widzisz imprezę na pograniczu sensowności – lepiej-taniej wyjdzie tu
Chyba, że chcesz koniecznie wąchać zmokłe róże – są darmo i robią wrażenie nawet w pogodę „dla opcji be”.
We wnętrzach wolno fotografować bez flesza, pań pilnujących i oprowadzających; tych drugich nie wolno też nagrywać.

Drugie muzeum… nowoczesne, przestronne, jasne, przyzwalające? – Co za kiczowate pomysły!
Ale.
Z tłumów kłębiących się pomiędzy pałacem a wozownią przeskakujesz pod pomieszczenia (w skrzydle stajni) tak ciche, off the beaten path, że masz wątpliwości, czy naciskać klamkę (może to nie tu?). Wewnątrz żywego ducha (prócz obsługi, która zachęca do „domowego” powieszenia mokrych okryć i parasoli). Placówka, choć słynąca z bogactw, okazuje się magazynem: wyeksponowano procent albo mniej, reszta wisi na wielkich-gęstych stalowych ramach. Gorzej, opisano tylko niektóre obiekty dostępne oczom (najcenniejsze? najstarsze?)
Cóż pozostaje? – Ano pogawędzić z muzealnikiem o tym i innych zainteresowaniach. Nieśpiesznie, wchodząc w klimat i logikę okolic…

Zdjęcia: Pak4 i basia

[1.7.2017: Łańcut – Park, Zamek, Oranżeria, …; Muzeum Ikon; rynek]