Archive for the ‘a cappella’ Category

Lubogoszcz i Rabka

28 Marzec 2017

Przedwiosennie.
Czarownie.
Dzieciowo.
Perfekcyjnie.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[25.3.2017: Mszana Dolna – Lubogoszcz – Mszana D. (zielonym, powrót czerwonym). Rabka (nie tylko Park Zdrojowy).]

Blaszany gont

23 Marzec 2017

Podczas jednej z niedawnych jazd pod Tatry – w ogólnej niemożności wyprzedzania i szczególnych spowolnieniach pod Luboń Mały, przed mostem w Białym Dunajcu, itd. – był czas na kontemplowanie towarzystwa: pojazdu reklamującego i transportującego alternatywne pokrycia dachowe.
Plenią się tombaki, ersatze! Jak leylandii i inne czystopolskośródziemnomorskie szybkorosnące iglaki (zamiast wycinanych na potęgę lip i innego starodrzwewu okołokościelnego, lekceważonej leszczyny, skompromitowanej brzozy, wierzby płaczki lubianej tylko w pewnych kręgach). Albo okładziny podmurówkowe, udające coś-tam. Lub listwy okołopodłogowe, od których misterny „drzewny” deseń odkleja się już po roku.

Ma być ekonomicznie, wygodniej, bezpieczniej dla obiektu i ubezpieczających go… ale jednak honorowo wyglądać, nie goło i nie tanio tak całkiem. „Po naszemu, ale technologicznie” – usłyszałam niedawno.

Żal oryginału. Może najbardziej ząbka Turbaczowej werandy – aby uchwycić jako-tako Tatry (tak czy owak najczęściej pod światło), trzeba z cienia skadrować koronkę gór od dołu z piłą gontu od góry…
Trzeba było. – Podczas remontu dachu zmieniono gont na blaszany, który jeszcze się jak widać nie dorobił zębatych modułów, cięty jest z prosta (duza scęścia, małe kosta, powiedziałby wieszcz W).

A może w góralskich domach znajdziemy już stalowe sosręby? Plastikowe? Stalowe w plastikowej okładzinie?

Sosręb kojarzy się ceprowi z Kamilem Stochem a ten z… Chatką Stochatką oczywiście. Cokolwiek rzec o inwestycji pana Kamila – nie zakwestionujemy jakości-autentyczności materiałów i gontów jej, ręcznej roboty, ozdobności kielo cud. Jeszcze ozdobniej prezentuje się chatynka nieopodal czyli opowyżej, koło kościoła. Bale nie z Bali ani innych Chin ;p – a genetycznie góralskie… może nawet śtucnie niby-kornikiem porysowane?

— Tak przypomniał się styl is-it-real-is-it-fake. Nie słyszeli? – Ano, w grudniu 1996 przyleciała do Londka niejaka Madonna (Evitę promować). Niektórzy wypatrywali śladów ciąży, inni wpatrywali się w… futro. – Tym to sposobem jeszcze inni zatrybili, że jest taki trynd w dobrach luksusowych i jak (niezgrabnie) się nazywa.

Lecz gdy otula Madonnę – superfit nawet w ciąży – nazwać się może bądźjak, prawda?

Nie tylko polskie

22 Marzec 2017

…nie wyłącznie węgierskie

Na murach Suboticy nieraz widziałem datę 1389, dla przyjezdnych zapewne tajemniczą, jak jakieś sekrety średniowiecznych zakonów, ale to przecież data bitwy na Kosowym Polu, po której Serbia wpadła pod panowanie tureckie. Klęska, która stała się podwalinami serbskiej świadomości, klęska rozpamiętywana do dziś, klęska, która konstytuuje naród, zapewne gdyby Serbowie pokonali wtedy i wygnali Turków, dziś nikt by o tym nie pamiętał, jakże trudno budować masochizm narodowy na zwycięstwie. To jest właśnie typowo środkowoeuropejskie umiłowanie klęsk narodowych, największym nieszczęściem dla narodów Europy Środkowej są ich zwycięstwa, choć Serbowie, tak sobie myślę, wiodą tu prym wśród braci Środkowoeuropejczyków, ponieważ serbskie umiłowanie klęski jest większe niż węgierskie, a węgierskie większe niż polskie, a polskie jest ogromne.

Oczywiście ta data jest tak ważna, gdyż Kosowe Pole – to da się skojarzyć w mig – znajduje się w Kosowie, a Kosowo nie znajduje się już w Serbii, tylko właśnie jest Kosowem, dziwną państwowością, której Serbia nie uznaje, protektoratem ONZ, które nie umie zrozumieć Serbów. Nieszczęsna jest ta ukochana przez nacjonalistów Wielka Serbia – straciła prawie wszystko, co się dało stracić, może i wielka, ale jeśli idzie o powierzchnię to dość nieduża.

Krzysztof Varga, Czardasz z mangalicą (Cień Danilo Kiša). Czarne 2014.

W klubie

20 Marzec 2017

Nazajutrz‌ o siódmej rano – znaleźliśmy wcześniej nocleg w hotelu Fodor przy karczmie rybnej na Part utca – poszedłem do centrum miasta poszukać supermarketu, by nabyć kefiry i jogurty, niezbędne każdego poranka przy węgierskiej diecie, następnie wypić kawę oraz kupić w kiosku „Nemzeti Sport”. Starsze kobiety też szły po zakupy, ciągnąc ze sobą kraciaste wózki na kółeczkach, a starsi mężczyźni jechali w kierunku sklepu na motorowerach Tornado; market Spar był otwarty i gwarny, mimo że samo miasto jeszcze spało. Spali zapewne ci, którzy poprzedniego dnia bawili w klubie 27’s, otwartym do piątej rano. Jego nazwa zainspirowana jest sławnym „klubem 27”, czyli elitarną listą artystów, którzy na skutek rockandrollowego trybu życia zeszli z tego świata w wieku dokładnie lat dwudziestu siedmiu: Jimi Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain, Jim Morrison, Brian Jones, Amy Winehouse – ich wizerunki nad wejściem zachęcały mieszkańców Gyula do niepohamowanej zabawy. W markecie Spar kupiłem zatem trochę za dużo kefirów, do nich batonik túró rudi i przeglądając „Nemzeti Sport”, wypiłem kawę w barku oferującym także alkohole i wypieki. Zapewne stylowo byłoby do tej kawy o siódmej rano strzelić lufę palinki, ale na członkostwo w klubie 27 i tak nie miałem już szans.

[…]

Na ścianie domu obok różowej Varga Csárda w Mórahalom znajdowała się większa tablica z napisem: „Po agresji na Polskę w 1939 roku grupa internowanych żołnierzy polskich znalazła schronienie w mieszczącym się niegdyś tutaj ośrodku szkolenia junaków. Niech tablica ta upamiętnia los uchodźców polskich i szlachetność, humanizm narodu węgierskiego oraz tysiącletnią przyjaźń polsko-węgierską”. Nierzadko bowiem trafia się na Węgrzech na ślady polskiej wojennej tułaczki po wrześniowej klęsce, co jest oczywiście kolejnym z całej listy niepodważalnych dowodów na węgiersko-polską miłość. Ale czytając słowa wyryte na tych tablicach, nie mogłem uwolnić się od przekonania, że istnieje coś w rodzaju nieśmiertelnej polskiej płaczliwości, pragnienia namaszczania się własnym nieszczęściem, epatowania klęską i żałosnego zwracania się do Boga za każdym razem, gdy ktoś spierze nam tyłek. Kiedy wreszcie pojmą Polacy, myślałem, że skoro dostali po pupie, to widać im się należało? Gdyby Bóg nie chciał, żeby Polaków co chwila dotykało nieszczęście, toby im tych nieszczęść oszczędził. Bóg musi być tą płaczliwością doprawdy zniesmaczony i tylko jego wielkiej cierpliwości i miłosierdziu zawdzięczają‌ Polacy to, że jeszcze nie zdecydował się ich zmieść z powierzchni ziemi. Niezłomne przekonanie Polaków, iż modlitwą zbudują potęgę swego kraju, zdaje się jednak nieuleczalne: modlą się do Boga o zwycięstwo i modlą się po klęsce, na Boga zrzucają odpowiedzialność za swój los i od Boga domagają się tego losu naprawy, Boga błagają o pomyślność ojczyzny i Boga swoją polskością szantażują. Nawet kiedy w dalekiej przyszłości cały świat się zracjonalizuje i zlaicyzuje, Polacy wciąż będą żądali od Boga specjalnego traktowania. Historyczne lenie tak właśnie próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność.

Krzysztof Varga, Langosz w jurcie (Pijaństwo Attyli, Fioletowe facelie). Czarne 2016.
Upalnym latem 2015 i wiosną 2016 autor i dziennikarz o polsko-węgierskich korzeniach objeżdża Małe Węgry wzdłuż granic.
— Całkiem pożywne kęski dla miłośników Gulaszu z turula, Czardasza z mangalicą… i Węgier in situ.

…do kożucha

17 Marzec 2017


Cała relacja

Po pół-dekadzie zerknęło mi się do wspomień z londyńskiej Parady św. Patryka.
W 2012 zimno było jak diabli! I cudownie: ukontentowana publiczność starsza, młodsza, całkiem mała + trzymający fason paradowicze (pół biedy tańczyć, lecz tego typu posuwne szoły charakteryzują się i przestojami – czoło utknęło gdzieś tam pod Ritzem, ty też stój roznegliżowana tancerko szkoły samby… choćby uświerknąć przyszło).

Setki podobnych maskarad i innych procesji spotkasz w miastach i miasteczkach Europy. Dowolną porą, nie tylko w balsamicznych okolicznościach klimatycznych. – Przebrawszy, wystylizowawszy się, aktorzy grają swe role choćby grzmiało i strzelało. A publiczność łatwo łapie pozytywną, zdystansowaną konwencję… Od stuleci łapie, dołączając się chętnie do performansów micro, średnich i dużych.(Karlsbad 1 maja 2016; dzień wcześniej w Litomyślu też chłodnawo, itd., itp.)

…A potem przeczytałam wpis i rozmowę o smutnej Warszawie. Z mega-smutno rokującą ;-/ anegdotą: oto listopadową porą stołeczny hipster odważył się zadać nieco szyku (ze) swoim czerwonym jabłuszkiem, młodością, zarostem… głupotą.

Hmmm… dopóki częstą (przeważającą) reakcją na naddatek, zabawę, bufonadę, dowolne theatrum będzie, że to sztuczne (ha!), niestosowne, głupie, nowobogackie — potąd różni anderszewscy łatwo się ucieszą, iż nawiali z szarzyzny (i od poirytowanych nabzdyczeńców). A my będziemy – o beztroskich korowodach, pojedynkach na miny inne, niż wyklęte, uśmiechach czy spontanicznych skeczach obcych ludzi w metrze – jedni marzyć a inni relacjonować nieśmiałe przejawy w kategoriach incydentu, niemal-cudu.

Dopóki radość, spontaniczność, ekscentryczność, „chce-mi-się”, egzotyczna stylizacja, zapas środków materialnych, energii (a choćby i młodo-pozerskiej odporności na przenikliwy ziąb, deszcz, upał czy zawieruchę)… będą budzić w pierwszym odruchu niechęć czy zazdrość…

Oj, długo jeszcze!

Skarby Grodów Czerwieńskich

15 Marzec 2017

Nie, to nie wyprawa na wschód przedwiośnianą porą, a wystawa „drugiej transzy” archeologicznych pozysków: z Czermna i dwóch z Perespy, tych wykopanych w latach 2014-2015.
Już pierwsze znalezisko olśniewało (choć domagało się doczyszczenia, ot drobne osiemset i więcej lat)… zresztą zaprezentowane zostało i w Krakowie, miejscu dopieszczania. — Drugie jest jeszcze bogatsze, ważniejsze.

I fascynujące: srebrne ozdoby kobiece o wyrafinowanych kształtach i subtelnym pięknie. To różnego rodzaju zawieszki, naramienniki, elementy naszyjników, kolczyki i tzw. kabłączki skroniowe. W latach 2014-2015 wydobyto je z ziemi, w której pozostawały ukryte przez ponad tysiąc lat. […]
Grupy skarbów opisane jako Perespa I i Perespa II zostały ostrożnie, wstępnie datowane na koniec X – początek XI wieku, choć wiele wskazuje na to, że pochodzą sprzed końca pierwszego tysiąclecia. Należą więc do najstarszych i zarazem najciekawszych przykładów wczesnośredniowiecznej biżuterii odkrytych w granicach naszego kraju. Jeżeli przypomnimy sobie jak skromne przykłady tego typu zabytków zawarte zostały w podręczniku Teresy Mroczko pt. Sztuka przedromańska i romańska w Polsce, tym bardziej docenimy różnorodność i bogactwo tego zbioru.*

Lecz nie tylko wyrafinowanie (niektóre tak współczesne, aż do granic ;-/), nie tylko datowania. Także stylistyka – przenikanie się wpływów wschodnich i zachodnich, zresztą różnorodnych. Pod czyim panowaniem były wówczas Grody? I kiedy dokładniej ziemia ukryła tę lub ową „transzę”?

Ekspozycja na Kanoniczej 17 jest na tyle niewielkia objętościowo, że, pokontemplowawszy każdy bibelot do syta, zerknęliśmy do ulubieńców ze zbiorów dawnych Oddziału MNK… – Madonny z Krużlowej, różności z fary w Krośnie, gryfa z Czchowa, itd.

Zdjęcia: Pak4* i basia*

[12.3.2017: Skarby Grodów Czerwieńskich. Wystawa czasowa w MNK, Pałac Biskupa Erazma Ciołka, Kanonicza 17]

Lanckorona

12 Marzec 2017

Zdjęcia: Pak4 i basia

[11.3.2017: Przełęcz Sanguszki – Góra Groby (mogiły konfederatów barskich) – Palcza – powrót. Lanckorona. Objazd wypełniającego się wodą Zbiornika Świnna Poręba (Jezioro Mucharskie). Wadowice.]

Błyskotliwości

9 Marzec 2017

It is unhealthy to live. He who lives, dies.
Stanisław Jerzy Lec

Dawno aforyzmów nie było, prawda?
Niniejszy mnie skusił onegdaj, bo był w pozycji piątej na pierwszej stronie rozległego wyboru. – Niezły wynik, nawet jeśli podrasowany przez wyszukiwarkę dla potrzeb polskiej ziemi.
Więc pochowajmy się troszkę w/na/pod skrzydlatymi frazami. Niektórzy będą mieć o nas marne zdanie; wszystko marność, poza tym najwyraźniej żyli niezdrowo, skoro umarli…

Odwodnik

7 Marzec 2017

…od Tatr, Pienin i Szczawnic

Walery Eljasz Radzkowski ma w Polszcze ugruntowaną opinię jako pionier zwabiania zwiedzaczy w wertepy nasze najcudniejsze i najdroższe. Poloniści, kandydaci na przewodników, malarzy artystycznych itp. (a nawet krakowianie – na ulicy) potykają się co krok o jego imię.

Jednak po obwąchaniu dzieła… Zanęcić chciał autor (czym i kogo)? Czy zniechęcić?

O rozbójnictwie, zdzierstwie i lepkich rękach górali białczańskich już cytowaliśmy.
Lecz na letnika z przygodowym zacięciem czekają w Tatrach, Pieninach, Szczawnicach i inne atrakcje —
— Pijaństwo, rozpustna natarczywość, żebractwo, drożyzna, niekompetencja przewodnicka (ha!) i ryzykanctwo, paskudne drogi, zdzierstwo, złe maniery, pretensjnalne towarzystwa kurortowe (te z mniemaniem o sobie), brud uzdrowiskowych ulic (albo błoto, albo kurz)…
Same smakowitości!

Niektórzy podróżni puszczają się na czółnach Dunajcem już z Czorsztyna, gdzie się Pieniny już poczynają, to znów ze Sromowiec Wyżnich, lecz się to wcale nie opłaca z różnych względów. Najprzód brzegi Dunajca nie są malownicze w porównaniu z właściwemi Pieninami, woda toczy się często tak płytko po kamieniach, że czółna osiadają i dopiero przewoźnicy wchodzić muszą do wody, aby je popychać, a w końcu płaci się przewoźników przeszło dwa razy więcej, 5 guld. od pary razem związanych czółen, niż odbywając tę podróż od Czerwonego Klasztoru. Przybywszy pod Czerwony Klasztor czy od Spiża czy od Sromowiec, znajdziemy tam prawie zawsze kilka czółen do wynajęcia. Związują przewoźnicy po dwa razem, bo na pojedyńczém czółnie tylko dobry pływak odważyć się może puścić na Dunajcu. Za taką parę z dwoma przewoźnikami płaci się od przewiezienia z Czerwonego Klasztoru do Szczawnicy 2 guld. austr. Na takich dwóch związanych do siebie czółnach płynąć może najwięcej cztéry osoby oprócz przewoźników, więc jeżeli towarzystwo nie liczy 8 osób, aby potrzebować dwie pary czółen, to jest rada na to taka, aby kazać dowiązać trzecie czółno do pary, co dodaje wiele bezpieczeństwa i pomieści 6 osób oprócz przewoźników; kosztuje zaś tylko o 1 guld. więcej. Trzeba się o to jednak energicznie upominać, bo przewoźnicy dla większego zarobku wolą parami płynąć.

Gorliwie bardzo dopilnować trzeba powiązania czółen, bo rozejście się ich w czasie jazdy, a zwłaszcza na głębi, mogłoby smutny wypadek sprowadzić. — Goście ze Szczawnic dla tej przejażdżki udający się do Czerwonego Klasztoru zwykle zamawiają czółna u słynnego a poczciwego gospodarza z Niżniej Szczawnicy, Salomona, który się trudni przewoźnictwem po tych samych cenach, co się płaci przewoźnikom ze Sromowiec, a ma się o tyle więcej korzyści, że Salomon daje większą gwarancyą bezpieczeństwa swoją uczciwością, niż bezimienni przewoźnicy. Z wielką troskliwością strzedz trzeba zamówionych przewoźników, aby się nie popili w Czerwonym Klasztorze, bo już tyle było wypadków smutnych w Pieninach z powodu opilstwa przewoźników, że każdy, komu życie miłe, nie powinien się spuszczać na trzeźwość tych zręcznych ludzi, ale niepowściągliwych do trunków. Trzeba im udzielić trochę wódki lub wina, aby im dodać animuszu, ale albo z czółen nie wypuszczać, albo każdy krok ich od brzegu śledzić, szczególniej w karczmie. Na przyrzeczenia najsolenniejsze nie ma co zważać, ani zaręczania karczmarza, bo w razie wypadku następstw nie zdołają naprawić.

Jeżeli wezbrany Dunajec, nie radzę nikomu ryzykować życia swego w Pieninach, bo to nie przelewki żartować z burzliwą górską wodą pomiędzy wirami, ukrytemi skałami lub nagłemi skrętami, gdzie co krok wówczas zagraża niebezpieczeństwo, a ratunku znikąd nawet spodziewać się nie można.

Nie uchodzi tu przemilczeć oburzającego natręctwa i żebraniny ludu z okolic Pienin i Szczawnic. W Sromowcach nawet zamożne gospodynie widziałem jak wystawiały ręce po jałmużnę u gości, a dzieci i podrostki przyuczone są za nieproszone usługi wymagać zapłaty. Oto n. p. biegną za gośćmi z deskami, aby, gdzie się trafi struga lub kałuża, którą każdy zdolny przekroczyć bez pomocy, kładą tam owe kawałki desek, a jeżeli za tę narzuconą usługę łapówki nie dostaną, złorzeczą, przeklinają gości a nawet błotem obrzucają. Dziewczęta na patykach zatykają szmaty kolorowe, wchodzą z tém do wody, ustawiając się tak, aby utworzyć z tych pstrych strzępów niby bramę dla przejeżdżających czółnami. Stosownie do głębokości wody obnażają się coraz wyżej, nie zważając na wstyd i przyzwoitość, i za tę niedorzeczność żądają zapłaty, którą im niektórzy goście rzucają w wodę. Ludzi, których bawi ten bezwstyd u tutejszych dziewcząt, nie godzi się naśladować, ale iść za głosem sumienia, które zakazuje nagradzać objawy łakomstwa i demoralizacyi, ale owszem karcić, coby przecież wpłynęło na dobro ludu. — Takie hece powtarzają się w wielu miejscach, a zwłaszcza przy wyjściu na brzeg w Szczawnicy, gdzie przecież zdarzyło mi się z przyjemnością widzieć gości omijających z pogardą owe łuki powitalne i wyłżygroszów. Wiele innych podobnych przykładów ździerstwa i zepsucia ludu okolicznego dałoby się tu przytoczyć, gdyby miejsce pozwalało, wypada jednak zakończyć ubolewaniem nad demoralizacyą mieszkańców, zwłaszcza kobiet, za co wina spada na przybyszów kąpielnych.

Walery Eljasz Radzikowski, Ilustrowany Przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic, na podstawie wydania z 1870 roku.

Baterie

6 Marzec 2017

Środa 22.02.
Do TOPR zadzwonił turysta informując, że podczas zejścia z Ciemniaka na Zahradziska zgubił szlak. Dzięki aplikacji „Na Ratunek” udało się go namierzyć…. W Dol. Mułowej. Polecono mu by pozostał w miejscu , w którym jest, gdyż jest to skomplikowany, topograficznie teren, a dalsze poruszanie może doprowadzić do upadku progiem Doliny. Wystartował śmigłowiec. Ze względu na trudne warunki, silny wiatr i ograniczoną widoczność, nie udało się dolecieć do turysty. 3 ratownicy desantowali się na Polanie pod Piecem. Ze względu na zapadający zmrok, silny wiatr, wzrastające zagrożenie lawinowe (pękanie nawianego, niezwiązanego z podłożem śniegu) ratownicy poprosili o kolejną grupę wsparcia. Po nawiązaniu kontaktu telefonicznego z turystą, który poinformował, że ma śpiwór i jest w dobrej formie poproszono go by jak da radę wykopał jamę w śniegu i przeczekał tam do rana, oszczędzał baterię w telefonie, tak by była z nim łączność. Przed 22-gą ratownicy powrócili do Centrali.

Czwartek 23.02.
Na 4-tą rano zorganizowano 24-osobową grupę ratowników, którzy zaopatrzeni w odpowiedni sprzęt lawinowy, transportowy i asekuracyjny wyjechali do Dol. Koscieliskiej. Na wszelki wypadek powiadomiono oddział hipotermii. Na 6-tą rano wezwano załogę śmigłowca licząc, że z chwilą poprawy warunków uda się śmigłowcem dotrzeć do turysty. O godz. 6.32 wystartował śmigłowiec. Dzięki kunsztowi pilotów udało się dolecieć i przyziemić w pobliżu turysty. Po zabraniu go na pokład o godz. 6.48 śmigłowiec wylądował w bazie przy szpitalu. Okazało się, że turysta chłodną, wietrzną noc zniósł dość dobrze. Z chwilą dotarcia do niego ratowników jego temp. ciała wynosiła 35 stopni. Jak się okazało turysta miał ze sobą GPS, ale wyczerpały się w nim baterie i turysta pobłądził. Warto więc oprócz elektronicznych gadżetów mieć zawsze ze sobą kompas i mapę, co pozwoli samodzielnie wyjść z opresji.

Całość

Ileż to razy nawet najdoświadczeńsi, najprzezorniejsi z nas dziwią się, że – w górach, ciemności, na mrozie – zbyt wcześnie siadły baterie telefonu, tableta, radia, fotoaparatu, gps, odtwarzacza muzyki, latarki. Ileż to razy ludzie z żelazną kondycją, wolą, energią i apetytem do podbojów wszelakich zdumiewają się, że drobiazg, bzdet, błahostka może tak bardzo pokrzyżować plany, odjąć apetyt na życie, zdusić odwagę, przebojowość, wiarę w siebie. Ot czasami tylko dłużej nudzący ząb, przeciążony staw skokowy, poślizg pieszy lub kołowy…