Archive for the ‘a cappella’ Category

Pannonhalma

12 grudnia 2018

czyli figa z makiem

Dojechali o 17:02, a tu cenność bezcennie-juneskowa czynna do 17:00!…
O zgrozo, o boleści, o ironio!

Nic to, pogoda tryumfalna, widoki rozległe, spacery balsamiczne (tłumy odjechały już).
A na tym świętym wzgórzu – gdzie być może święty Marcin się urodził (jeśli nie w Savarii;-/) i skąd chrześcijaństwo Madziarom zaszczepiano – atrakcyjnych obiektów towarzyszących Opactwu mamy multum…
Lawenda pachnie, figi owocują.

Figę z makiem przełknąć ostatecznie można.
Zabrać kilka tuzinów do domu…

Czy już powiedzieli, że i chcieli i nie chcieli do dom wrócić nocą sb/nd?
Bo niby pogodne prognozy argumentowały, iżby się kopsnąć niedzielnie w kratery masywu Pol’ana.
Bo wśród różnorakich sekretnych znaków i kodów, symetrii tudzież odpowiedniości trasy (czyńcie sobie z życia dzieło sztuki, a jeśli nie potraficie, to choć enigmę) jest tym razem i taka prawidłowość poćciwa, iż na wędrówki chadzają we wtorki, piątki oraz niedziele.
Z drugiej jednak strony przejść się można i w Krk, wyspawszy się w łóżku własnym.

Tak uczynili. Wyruszywszy około dziewiętnastej – polnymi drożynkami, ba, nawet z okołozwoleńskim zwodem pani Satnav – do dom na pierwszą w nocy dotarli, o drugiej horyzontalizację błogą osiągnęli. W niedzielę zaś – leśnowolsko – ponad 200% wysiłkowej normy wykręcili.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[29.9.2018: Pécs. Siófok. Pannonhalma*. 30.9.2018]

Ilustracje – Pak4

Reklamy

Pécs

9 grudnia 2018

Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?
…Aż tak, jak by się chciało… oczekiwało… książkowe podstawy miało (np. nasz Ekspert KV zalicza Pécs do swoich ulubionych)… drogi znacznie naddało… biwak chłodny z gracją przetrzymało…

Koniec włóczęgi się zbliża, adrenalinka siada?
To byłaby teza Szefa, potwierdzana przez wielu nomadów incydentalnych:
– Pod koniec byłam naprawdę zmęczona – powiedziała znajoma o swoim trzytygodniowym eksplorowaniu Ameryki Południowej, w tym gór. – Choć gdybym nastawiła się na pięć tygodni, zmęczenie przyszłoby prawdopodobnie później.

Oni się nastawili na szesnaście dni. Pogoda wciąż jak marzenie (ha, nocki chłodniejsze, kto by przypuścił?!)… Węgry osiągnęli, czyli jak w domu (choć południowe, co i raz Serbią czy Chorwacją zalatujące).

Energicznie więc starówkę okrążyli; prawdopodobnie szerzej, niż studenci celebrujący od rana swój tradycyjny bieg alkoholizowany.

I jak, wart odskoku, czy nie?
…Hmmm, na zdjęciach ładny bardzo… choć… rzeka i większa zwartość centrumka by nie zaszkodziły.

(A jako cel główny pięciodniowego wypadu będzie przepysznościowy!)

Zdjęcia: Pak4 i basia

[29.9.2018: Pécs*. … ]

Okolice teatru

Ratusz z dachówkami Zsolnay

Pécs, UNESCO

Plac Széchenyi’ego i największy zabytek turecki na Węgrzech

Ilustracje – Pak4

Snežnik

6 grudnia 2018

…krętą, wąską, wyboistą, przepaścistą,
niekiedy nie-o-ba-rier-ko-wa-ną

O bałkańskiej specyfice drogowej można bardzo dużo lub wcale.
Chcąc sobie prawo porościć do tego pierwszego – dobrze pobyć w okolicy minimum kilka miesięcy, doświadczyć zimy, regularności dojazdowej, itd.
Inaczej wyjdzie (jak co poniektórym): „hej, to jednak nie busz!”, albo tanie kpinkowanie wyższościowe (cudne zwłaszcza u obywateli kraju, którego drogi były przez stulecia postrzegane… nieszczególnie).
Względnie banały wyjdą: że Chorwacja bogatsza niż Czarnogóra, a Czarnogóra – niż Bośnia… co widać, słychać, czuć na traktach.
Że w krajach górzystych barierkowe dzidziuśkowanie nie przystoi – też oczywistość przecie!

Tak czy owak, kurz dojazdowy Kruszedolu wspomnisz z łezką w oku, zapamiętasz przepaści i serpentyny nadkanionowe, pewną ekscytację podjazdu do monasteru Ostrog, kiedyś-przysłowiowo-złe drogi na Hvarze (nno, w Basina było takie miejsce… przypominające dwubiegową klatkę schodową i niewiele szersze… ale kto komu każe się pchać nad samą plażę?) …wygwizdów Magistrali Adriatyckiej…

***

Specyfika słoweńska jednakowoż… odrębnie-pysznościowa jest.
— Najwyraźniej zachwyty tym kraikiem (2017) musiała zrównoważyć korekta kursu-sentymentu.
Bo otóż po Serbii złowieszczej… po Chorwacji raz świetlistej, raz czarniawej… po Albanii meteorytowej, Bośni nieszczęsnej… (A myPolacy nie tylko że tajemniczy tragizm docenić potrafimy, oj potrafimy, to jeszcze, w ostatnich trzech latach niektóre osobniki tutejsze uświadomiły sobie dość dobitnie, jak blisko od fejk do medialnej, od medialnej do zimnej, od zimnej do gorętszej… wojenki. Nawet bez plemion wyraziście wyodrębnionych, skonfliktowanych wspólnot wyznaniowych, tradycji rozlicznych odwetu… siedmiopokoleniowego też)…

— Po tych wszystkich mocach i momentach Słowenia z jej austryjackim gadaniem o najbogatszości, schludności, inklinacjach od zawsze procywilizacyjnych… o wojnie wyzwoleńczej krótkiej i niekosztownej… z jej reklamami natrętnymi wszędzie gdzie się da (na plaży w Opatiji w prze-prze-cudownościowy dzionek żeby jakąś jamę promować?!… lecz gdy jest kasa…)
— Cały ten słoweński smug-factor wydał się, wydać się może na tyle irytujący, że ludź o umyśle ruchliwym i parze ócz bystrych zaczyna tropić słabe punkty.

— Wcale zresztą nie musi nic obsesyjnie szpiegować, bo pewnego piątkowego poranka dostaje wszystko na talerzu: pod górkę niewysoką ale sławną podjechać chcąc – widzi jednego bana-szlabana za drugim, czym niezrażony rusza do objazdu-podjazdu trzeciego, który okaże się dziesięciokilometrową drogą gruntową górsko-leśną, już od rana uatrakcyjnioną mijankami z tirami wyładowanymi drewnem.

***

Sam Snežnik?… — Ostatni masyw Gór Dynarskich i szczyt (najwyższy niealpejski w Słowenii) to – zgodnie z przewidywaniami – ekstrakt przyjemności. Trochę ekscytacji, że mapy brak. W zeszłym roku był wydruk… i od-Vojakakowe widoki pokuśne… Niezapomniane (z wyjątkiem wydruku, ma się rozumieć… lecz tak to jest, gdy Szef się weźmie do sprzątania radykalnego).

Upojnie jest, rozlegle jest (Marmolady, o Triglavach, itp. nie wspominając… Kvarner, Północny Velebit, Vojak z dworem…)
Jest też tłumnie, zwłaszcza jak na powszedni dzień końcowowrześniowy. Lecz w tych szerokościach geograficznych koniec września to optimum górołażenia, nie żaden dramat.

Wielce dramatyczny moment następuje natomiast podczas schodzenia. – Najostatniejszy kontakt wzrokowy z Adriatykiem!
Łza się w oku, ale z drugiej strony uciekać trzeba, skwar doskwiera.
A potem znów wyboiście, kręto, leśnie. Następnie szerzej i też kręto-malowniczo. Po czym piątkowy korek w Ljubljanie. Dalej – w słonecznej glorii trasa znana z kapryśnych ujawnień zeszłorocznych. Celje. Ptuj. Znów Chorwacja (któryż to już raz dziś?… – jedna z wersji opiewa na dwukrotne przekroczenie granicy podczas wędrówki)…
I Węgry. I smutek. Wielki jak Wielki Śnieżnik.

Zdjęcia: Pak4 (Snežnik i dalsza jazda) oraz basia

[28.9.2018: Sviščaki – Veliki Snežnik – powrót. Ślad GPS. I dalej.]

Przyjemniaczek o poranku

…I weszliśmy

Alpejskie widoki

Pożegnania z Adriatykiem

Morza Gór Dynarskich

Upalne zejście

Klimatyyyy…

Ilustracje – Pak4

Pula

3 grudnia 2018

czyli tacy mali

Co takiego jest w amfiteatrach antycznych
– że jakoś bardziej, niż inne imponujące antyczności zachowane (np. mozaiki) przykuwają uwagę?

Czytelnik zareaguje tu łacno w stylu
„kpisz czy o drogę pytasz, autorko!”

Lecz przecież w czasach, gdy od dawna less is more nie poprzestaniemy na odpowiedzi: bo duże są, do zbudowania trudne, bo przetrwały, choć na pewno znakiem sprzeciwu były. A jak nie sprzeciwem, to źródłem materiałów budowlanych bądź pospolitej erozji.

Taka na przykład mozaika w Puli mogła snadnie zostać przysypaną i przespać-przetrwać, nie kłując ócz niczyich.

Amfiteatr solidny – czy to w Atenach, Epidauros, czy w Puli, Rzymie, Vienne, Weronie ma też to do siebie, że prowokuje do wyplatania ogólnopodróżniczych, ba, uniwersalnie-egzystencjalnych bzdurek, banałów, klisz, kalk kalekich i koszmarnych kser.

B, wyplótłszy pierwszy szkic, na matrycy nowożytnej go (po)rzuciwszy, (odleżeć dawszy) – sama poszła podumać, co o tym wielbłądzie, słoniu, hipopotamie da się orzec oryginalnego.

Nie wydumawszy – doczytać poszła.
O, inni tyle wyplatają, tak cudnie – do reszty ochota przechodzi na zdania posiadanie.

Za to nachodzą wspomnienia, jak – dzieckiem będąc – się błogo i bezzastrzeżeniowo wierzyło, bezwiednie powtarzało opinie, frazy całe z „Rzymu-Watykanu” (około siedem dolców z dziesięciodolarowej gaży książeczkowo-walutowej — tu musi być słuszność i trafność stuprocentowa!)
Pierwszy starożytny przewodnik po Italii – „Włochy” Romana Szałasa – już mniej katechizmowo traktowano. Lecz wciąż – nasza własna ona, ta książczyna, wreszcie! (Stroniczek wąskich 150 włącznie ze Słowniczkiem Terminów Plastycznych, klejonych dokładnie tak, jak data wydania sugeruje – KAW 1988, paperback…)
Czy było tam coś o arcywłoskich skarbach poza Włochami? – Bez sprawdzania ośmielimy się wątpić.

Wyrośli z jednego (braku), wrośli bezszmerowo w erę informacji…
(Jak?!… Kiedy to się stało?…)
— Jeśli się nie przygotujesz, bo nie masz czasu czy innego atłasu, to – przez półwysep największy na Adriatyku przejechawszy (za kółkiem wreszcie TY!), autko zaparkowawszy darmowo i luksusowo (pod cmentarzem w cieniu i niedaleczko) – siądziesz se też w cieniu i wszystko doczytasz jak nie z jednego bądź kilku przewodników papierowych i tabletkowych (częściej wyłącznie to ostatnie), to z internetu wprost.

Gdyby akurat nie było względnie przyzwoitych opracowań encyklopedycznych – system wypluje ci bezlik wynurzeń popodróżnych. Nie żeby między nimi nie trafiały się porządne. Ale odsiać trza. Odsiew tym łatwiejszy i trudniejszy zarazem, że jedni przeklejają z drugich, drudzy z trzecich…

A w domu serce pęka, gdy po kilku latach wspólnego wędrowania dociśnie konieczność wyrzucenia dziesięciu kilo doskonałych folderów, ulotek, map darmowych.
Mimo całego ich błysku, dopracowania… mimo, iż rozsypane „Włochy” ocalały. Jeszcze tym razem.

Tacy mali znów się stali w powodzi informacji, w mieście największym półwyspu na Adriatyku największego (już dobrze poznanego w zeszłym roku), wobec amfiteatru rzymskiego?… Wracając-doszukując bramy Herkulesa, mozaik słynnych, stoczni równie sławetnej i czego tam jeszcze się doszukać trzeba, żeby był komplet.

Troszkę mali.

Bo naprawdę mali, a jednocześnie piejący z zachwytu pod nieustannie-niebieskie-niebiosa – to w amfiteatrze natury, nad tym fiordo-niepodobieństwem, co go wreszcie pokontemplowali do woli!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[27.9.2018: (znów) dwa kultowe przejazdy wybrzeżowe – do Puli* największej na Istrii i z powrotem. …]

Ilustracje – Pak4

500% normy

30 listopada 2018

Poważne kuny zainwestowali? – Zainwestowali.
Do schroniska kanionem Velika Paklenica dowędrowali? – Dowędrowali.
Mimo wichru dującego, w porywach podcinającego, na górkę tysiącmetrową weszli? – I bezpiecznie zeszli.
Pogoda dopisała? – Że niemożliwością było lepiej. (Zwłaszcza uwzględniwszy wczorajsze wyczynki jej).

W samozadowoleniu wielkim równiejszą ścieżkę osiągają, na biwakowisku-ogniskowisku ucztują do woli (bajerancki zegarek Kompana właśnie zameldował 300% wysiłkowej normy), dowcipkują nt rejestracji wypasionych aut zaparkowanych w wyasfaltowanej części kanionu… (bo musisz wiedzieć, drogi czytelniku nasz, że kanion ów tak drogocenny nie tylko z powodu filmów Winnetou, ale i popularności wśród skałkowców z całego kontynentu).

Maszerują. Dnia jeszcze sporo, słońce i oświetlenia obłędne…
O, esemesy wreszcie przymaszerowały.
Dzyń, dzyń… Plum, plum.
On zwolnił, czytajęcy, ona dalej podczytuje blachy monachijskie, norymberskie, wiedeńskie…

…J pisze przed południem, że Basia zostawiła dokumenty i pieniądze w schronisku w górach…

— słowa bliskiej osoby nie mogą dobiec z dalszej i abstrakcyjniejszej oddali…

W pierwszej sekundzie, bo w kolejnej robisz plecakowi takie łaps, że najbardziej przyśpieszony slapstik by się zawstydził… Jeszcze szybciej zaczynasz przetrząsać przednią komorę jego…

— …Rzeczywiście…

Prawdopodobnie czarny portfel pozostał na ciemnej ławie w rogu schroniskowej jadalni (wyjęty wraz z książką pieczątek).

Czemu wieści akurat od Brata? — Przez przypadek w „okienku” portmonety (co w niej – nawet nie będziesz wspominać pokąd nie dostaniesz na powrót do ręki!)… — Przez przypadek lub zrządzenie losu w „okienku” tuż przed wyjazdem umieszczono osiem numerów telefonów. Na wypadek utraty komórki.
Numer J wpisał się pierwszy z tego banalnego bezmyślenia, iż używany jest od czasów, gdy najpotrzebniejsze siedziały w pamięci. Dalej imię Męża, Mama…

Piąta pm. Śmigają międzypaństwowo podziękowania i prośby o poinformowanie schroniska o natychmiastowym wymarszu; zasięg tam kiepski, najlepiej via Skype.

Podejść przychodzi więc dziarsko trasą dopiero-co zdescendowaną luzacko… Podziwiając spektakularny kanion przedzmierzchowo. Przed siódmą w progach schroniska: na powitanie słyszą od Chatarki, że zostali niniejszym pasowani na lokalsów; ciepła rozmowa* i żarty z prowadzącą obiekt rodzinką towarzyszą herbatce, jarzębinopodobnym owockom… ot, 20 minut na odsapkę.

Pod samochód docierają kwadrans po dziewiątej. Jak co noc podczas tego wyraju, księżyc cudnie uzupełnił blask czołówek…

A na pro-aktywnościowym zegarku wyświetla się 500+ procent normy. Zgodnie z przewidywaniami.

____________________________
*poza plecami wędrowców porozumieli się ~rówieśnicy (on – miłośnik Chorwacji od półtorej dekady) mający dzieci w podobnym wieku (z dokładnością do kwartału, apostolskiej dwuwersji imienia pierwszych i płci – drugich potomków) – tematów było więc multum!

Zdjęcia: Pak4 i basia

[25.9.2018: Starigrad – Velika Paklenica* – schronisko Parku Narodowego w tę i wewtę dwukrotnie, Crni vrh tylko raz tam i z powrotem. Ślad GPS (…się urwał, bateria wyczerpała;-/)]

Kończy się infrastruktura asfaltowa

Klimaty iście baśniowe

Większe góry na horyzoncie

TO SCHRONISKO…

Tymczasem idziemy na wygwizdaną wichrem górkę niewielką

Widoki obłędne

Pierwszorzędne…

Detaliczne…

Ilustracje – Pak4

Trogir, Šibenik

28 listopada 2018

Trzem hitom juneskowym daninę poniedziałkową składają.
A może raczej – erudycji swojej, systematyczności legendarnej, takimże wyobrażeniom o sobie…
Reputacji niby miłej, a ciążącej niekiedy…
Nawykowi wyjazdowego wysokooktanowego, turbodoładowanego szuflowania wiedzy i stymulacji kulturalno-estetycznych…

W kulturowych hotspotach znależć się, siebie-odnaleźć… gdy trzeba… gdzie trzeba… trzeba, czy nie.

Trzeba.
Poszukać dobrze parkingu. Jeden taki wycwanił się w błyskawicznym konsultowaniu polskich popodróżnych list dyskusyjnych…
(Opowiedzą za kilka(naście) dni!)

Potem zejść, dojść. Nie przejmować się, bo – choć o juneski dbali – nie niewolnicy wszak tego znaczka magicznego (a „musisz” rezerwują dla „zejść bezpiecznie” bądź „powrócić, wejść i znów zejść bezpiecznie”… opowiedzą za kilka(naście) dni).
Gdy zaś pogoda wciąż kooperuje cudownie i wbrew wszelakim przepowiedniom (że dziś w obszar przybyć ma pandemonium) — wówczas w miejsce drobiażdżkowania można bez wyrzutów sumienia niuchnąć dżeneral imydżu, feel-and-touch w loggiach i zaułkach pozyskać niezobowiązująco, szwendając się tu i ówdzie jak wolni ludzie w wolnej Europie, pewni (ha!), że na długo takową pozostanie, a oni kiedyś na emeryturze w wiatr-pluchę-i-zawieruchę wejdą do jednego, drugiego, trzeciego środka, pokontemplują…

Teraz zaś palmy grubonogie oblepione lazurowym upałem ustępują obfitości granatów pod hazy sunshine, wreszcie chmurom i pierwszym kroplom dżdżu (Trogir). Na efektownym wyniesieniu wyjazdowym poleje jak z cebra, można się zatrzymać, polekturować, podrzemać w strugach (nawet nie wiesz, iżeś w zatoczce autobusowo-przystankowej). Po kilku kwadransach przejaśni się a nawet wyjrzy słońce… Pozwoli na Šibenik (już w kurtkach). I cudnie oświetli zeszłorocznie zaznajomione okolice Zadaru.

A, boreasz przybieży. Nasilając się raczej efektownie w okolicach kolejnej dobrej znajomej – Maslenicy.

Zdjęcia: Pak4 (Trogir i Šibenik) oraz basia

[24.9.2018: Nocno-porankowy rejs promowy z wyspy Hvar. Split. Trogir*. Šibenik*]

Trogir – odgórnie

Šibenik = Katedra

Ilustracje – Pak4

Od świtu do Splitu

27 listopada 2018

Budzik na czwartą czy którą tam?!
Po taaakim wieczorze… weekendzie?!

Lecz skoro szczury lądowe chcą przywitać jutrzenkę na peeełnym morzu (hi hi), dać świtowi szansę na uber-kicz zanim załamanie pogody (wieszczone od miesiąca nieodmiennie na ten dzień) przyjdzie, zabierze, odetnie upał od… lata… Skoro chcą – niech mają.

Powiedzmy bez zbędnych suspensów, że kolejny dzionek ziścił się bosko-cesarsko: zaokrętowanie, morski słońca wschód, widok przesławny lądu, o którym zaraz zajawka będzie od pana Rady; więcej o dioklecjanowo-juneskowym mieście byle przewodnik da radę – niedospani tudzież pod wieczór borą wywiani nieswoimi wolą słowami…

Miasto zwrócone ku morzu
Kiedy statek zbliża się do Splitu, oczom ukazuje się sceneria, którą rzadko można spotkać nad Adriatykiem. Miasto szeroko otwiera ramiona przed morzem i odwiedzającymi. Z lewej strony wznosi się wzgórze Marjan z wkomponowaną u jego stóp dzielnicą Varoš. Po prawej rozciąga się port wyposażony w przystanie. Pomiędzy nimi a pobliskimi wyspami co pół godziny kursują promy. Na środku natomiast prezentuje się dumnie biegnąca wzdłuż brzegu promenada Riva, której prawy odcinek przechodzi w fasadę dawnego pałacu cesarza. Z kolei w kierunku zachodnim deptak został przedłużony przez Austriaków. Po wyburzeniu bastionów i murów obronnych pochodzących z czasów Republiki Weneckiej z ich gruzów powstał wychodzący w morze dodatkowy kawałek lądu. Wiedeń chciał mieć na swojej riwierze miasto otwarte na świat, które – inaczej, niż w średniowieczu – nie byłoby już obiektem podstępnych działań.

Riva, która dziś na mapach figuruje jako Wybrzeże Chorwackiego Odrodzenia Narodowego, została zatem wyłożona wapieniem przypominającym marmur i pochodzącym z wyspy Brač. Zasadzono wówczas również palmy. W ich cieniu drzemią niebieskie ptaki, gdy tymczasem w kawiarniach już od rana biznesmeni piją espresso, przeglądając bieżącą prasę. Jak to dobrze, że fotografia cyfrowa zastąpiła analogową. W przeciwnym razie turysta wpływający do portu w Splicie wypstrykałby od razu wszystkie rolki filmu, z których każda ma tylko trzydzieści sześć klatek.

W istocie jednak wiedeńscy architekci jedynie dokończyli to, co Gaius Aurelius Valerius Diocletianus zaczął niemal tysiąc sześćset lat wcześniej. Pałac rzymskiego cesarza, wzniesiony na jego polecenie w latach 295-305, był skierowany frontem do morza. Od strony połudnowej na głównej kondygnacji budowli znajdowała się kolumnada, skąd rozpościerał się widok na Adriatyk i położone naprzeciwko pałacu wyspy środkowej Dalmacji.

Pod tym względem Split bardzo różni się od innych portów w basenie Morza Adriatyckiego. Budva i Kotor, które leżą na południe od tego miasta, w obawie przed Turkami otoczyły się murami o imponującej grubości. Dubrownik może się poszczycić jeszcze bardziej wytrzymałymi umocnieniami. W miastach Apulii historyczna część znajduje się na wystającej skale. Takie usytuowanie służyło powstrzymywaniu wrogich okrętów przed zbliżeniem się do brzegu. Wenecja nie ma wprawdzie murów ani występów skalnych, ale mierzeje oddzielające Lagunę od Adriatyku stanowią barierę, która powoduje, ze zawijanie do brzegu dawnej republiki nie dostarcza tylu przyjemności, co widok Splitu i cudownego otoczenia tego dalmatyńskiego miasta. Podobnie otwarte od strony morza okazują się jedynie porty na półwyspie Istria: Rovinj, Poreč czy Piran. Turcy byli daleko stąd, a Wenecja dostatecznie blisko, by w trudnej sytuacji udzielić oczekiwanego wsparcia.

Zdjęcia: Pak4 i basia (prom; Split)

[24.9.2018: Stari Grad na Hvarze – Split*. …]

Ilustracje – basia

Jedynie

25 listopada 2018

…siedem i pół kilometra

Choć pora i pogoda raczej koneserskie, niż powalające,
nieźle wykorzystane przedpołudnie aproposowe
podkręca nastroje przed deszczem
i dalszymi działaniami dnia.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[24.11.2018: Tyniec – pod Grodziskiem – wały Wisły i Skawinki – staw karpiowy (Janasówka)… spuszczony – powrót drogą skawińską. Ślad GPS]

Wędrowcy wędrują, bobry pracują! (Pak4)

Basina, Vrboska

24 listopada 2018

Basina ochota na dłuższe plażowanie wreszcie zaspokojona

Ogólnie nie wyobraża sobie niewyobrażania sobie czegokolwiek.
– Gdy słyszy podobne deklaracje, miałaby ochotę skonkludować:
to macie problem – ty i twoja wyobraźnia…
(Na ogół siedzi cichutko jak myszka… ;D)

Poza jednym – tłumną plażą.
Nobo jaki to relaks?
Kontemplacja?
Rozrywka?
Reset?

Wie, wie, są wieśniaki wiecznie wścibskie wobec drugiego sapiącego.
Wie, wie – człek ogólnie istotą społeczną jest.
Ale pszesz wielkomieszczuch ma tyyyyle okazji w życiu, pracy, w innych działaniach, w podróży.
Po co skazywać się na dodatkową kaźń w twoim czasie
woooolnyyymmm?

Wie, wie – jak już koniecznie musi (przejść, zajść, wejść) – umie się przez chwilę znaleźć w tym tłumie, tłoku, targowisku próżności, w tym… nie wiadomo czym.
Dowiedzieć się czegoś o bliźnim, skorygować rozeznania. Poobserwować, poprzedrzeźniać nawet, ubawić się po pachy…

Ludzkie zdolności adaptacyjne wielkie są. Gdy muszą.
Lecz nie z wyboru, za drogocennie światu wydarte pieniądze moje (lub nawet niemoje).

— Basina plaża to musi być dzika i pusta plaża. Jeśli niemożliwe – mała, przytulna, ustronna. Oczywiście czysta, malownicza, idiotycznymi biznesami spożywczymi nieskażona.

Do znalezienia nad chorwackim Adriatykiem.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[23.9.2018: Sveti Nikola. Basina – Vrboska]

basina…

Sveti Nikola

23 listopada 2018

Pracowici

Mikołajowa niedziela (z od-szczytowym widokiem miejscowości Sveta Nedjelja… własną świętą niedzielę już wczoraj odprawiono – rzutem na taśmę) w lepkim upale adriatyckiego września, na górze największej na wyspowym lądzie…
– Stachanowcy czy co?!

Sytuacja ta przywiodła kwestię pracowitości gruntow(n)ej ;-/

Gdy ktoś dorastał wśród rolników strefy klimatu umiarkowanego, ba, na polach żyznych (ooo, każdy by chciał czarnoziem, co dekadami bez nawożenia rodzi… chyba, że go kołchoz ukatrupi)… bezkamiennych, równych w miarę, a jeśli spadzistych, to w dobrym kierunku…
Uczestnicząc w pracowitości, że aż furczy (i nerwicuje wszystkich wokoło), a jednocześnie nie raz, nie dwa wysłuchując biadań na dolę chłopa polskiego krzywdzonego przez klimat, komunę, ogólnie na przestrzeni dziejów…

— Dziecięciem uwierzył.
Choć nawet wtedy przemyśliwał czasem, czy nie można inaczej.
Pracować. Myśleć. Pracować myślą.

Później…
Wystarczyło ruszyć się: na południe, w góry prawdziwsze, kamieniste; na północ w piaski nieurodzajne; na zachód dalszy, gdzie winnice w skale bezglebowej utwierdzone; na południe dalekie, gdzie skwar, pożary… kamole; na północ brytyjską, gdzie wszechobecne murki najdobitniejszymi są świadkami, ile „tego” wyniesiono… koszykami cięższymi, niż z perzem.

Można podumać podczas wędrówki skwarnej (choć nie nadspodziewanie), męczącej (w miarę, z perspektywą już-tylko-plażowania)… Okraszonej poruszającymi egzemplami krajobrazu kulturowego, co 24 stulecia potrzebował, by się wykultyw(ator)ować… I przetrwał niewzruszony, dając świadectwo proporcjom prawdy o trudzie i znoju…
Proporcjom ciernie i osty rodzić ci będzie, w pocie czoła pracować będziesz

A jak nie chcesz w tym pocie czoła – spróbuj w innym.

Uciekaj — zostań kędy cię los posadowił
Pomagaj — nie pomagaj tym, co znacznie gorszy los wyciągnęli
Rozwiń — zakop talenty

Ale nie truj! Nawet jeśliś Słowianin… Zwłaszcza jeśliś.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[23.9.2018: Dol – Sveti Nikola – powrót. Ślad GPS. …]

Krajobraz UNESCO-wy, wielce kulturowy – o poranku

Zagospodarować glebowy kamień…

Nasz cel

Wierzchołek celu

Wierzchołek sam

Widoki

Z „archipelagiem” ulubionym

Nie można się im oprzeć… tym igloo-podobnym domkom…

Ilustracje – Pak4