Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Trójkąt

11 listopada 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wierzchołek 1: Nadieżda Krupska

Mówi się, że jest typ „kobiet-bluszcza”, które potrzebują silnego mężczyzny by się owinąć i ułożyć wokół niego swoje życie. Ale może jest też typ kobiet-rusztowania, które potrzebują silnego mężczyzny by się wokół niego owinąć i wspierać go we wszystkim, z całym poświęceniem i oddaniem. Nadieżda to ten przykład.

Ale… bylibyśmy równie niesprawiedliwi co choroby, które odebrały jej urodę i możliwość urodzenia dzieci. Nadieżda nie robiła tego dla mężczyzny. Nie tylko dla mężczyzny. Ona także to robiła dla idei, jako zwieńczenie pokolenia siłaczek.

***

Wierzchołek 2: Włodzimierz Ilicz Uljanow Lenin

Czy ten był szczerszym socjalistą, czy drobnomieszczaninem? Bo że wystukiwał tysiące, setki tysięcy liter pasuje do obu charakterystyk.

Na socjalizm miało go nawrócić stracenie ukochanego brata. Więc może to tylko narzędzie do walki z carem, w które nigdy nie wierzył?

W miłość też nie wiadomo, czy wierzył. Kobiety szanował. Szanował do tego stopnia, że tylko im pozwalał się z sobą niezgadzać. No i kochał i był kochany. I po drobnomieszczańsku cierpiał, że zdradza żonę. I ona mu wybaczała.

***

Wierzchołek 3: Inessa Armand

Kobieta wolna i wierząca w wolność. Gdzie tam jakieś drobnomieszczańskie przesądy jak małżeństwo? Można porzucić męża dla jego brata, a potem obu, a potem jeszcze… Mąż zawsze wybaczy…

Bo istnieje miłość. A nad miłością do człowieka jest miłość do ruchu i jego ideałów.

Ale, gdy ukochany zdobędzie władzę i z całą miłością postara się zmienić kochany kraj na lepsze; gdy wraz z całym krajem i z całą miłością postara się pomóc ukochanej w walce z chorobą, to ją w błędnej kalkulacji sam w ognisko zarazy pośle i zgubi.

Niewczesne będą żale na Placu Czerwonym…

PS.
Pisząc i napisawszy miałem wciąż wątpliwość, czy nie nazbyt życzliwie pokazałem pana Lenina…
Cóż, może nazbyt, ale…
po pierwsze, będąc niemoralnym cynikiem w polityce, w życiu prywatnym taki nie był, a wpis tego dotyczy;
po drugie, za końcowych dni caratu, każdy przyzwoity (i wielu nieprzyzwoitych) przyznawało się do socjalizmu, co oznaczało bardzo różne postawy — ten trójkąt miłosny, to także trzy różne postawy, nawet jeśli zawężone przez osobowość Lenina;
a tak w ogóle, to starałem się sprawy nie przegadać, a biografii Lenina (pióra Victora Sebesiyena) nie mam jeszcze na tyle przemyślanej i uleżanej, bo wyprowadzić z niej krótszą i lepszą syntezę.

Nagusy na Rabie

7 listopada 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W młodości, ech młodości, nudyzm był wywołującą dreszcz podniecenia ciekawostką. Ale tylko jako, że tu, czy tam. Żadnych lornetek i bez atencji, nawet takiej jak okazywana Leninowi w Poroninie. Ot, Chałupy welcome to.

Chorwacja słynie z nudystycznych plaż. Tak, wiemy, a jak wiemy to nie wbijamy tam, gdzie nagusy chcą być same. Plaż wystarczy dla wszystkich*. A dorosłość leczy z podniecenia ciekawostką.

Na Rab tradycje są jednak wyjątkowo duże. Sięgać mają lat trzydziestych ubiegłego wieku i Edwarda VIII sprzed abdykacji.

Nie wbijaliśmy nawet do historycznej Kandaroli, gdzie Edward VIII i Wallis Simpson, co przecież jakąś analogią do Lenina w Poroninie by było… ale w zatoczkach Kalifrontu rozróżnienie między plażą ogólną, a plażą nudystyczną się zaciera. Cóż, zatoczki tworzą intymną przestrzeń, o ile nie wpłynie do nich zbyt wiele żaglówek.

Ale, w zasadzie, mijani naturyści zaliczali się do jednej z dwóch grup: niemieckich emerytów, w których nie ma nic atrakcyjnego; oraz poszukujących ciszy i spokoju rowerzystów. A ci ostatni ze swoim poszukiwaniem ciszy na wyspie tak bardzo przypominali nasze poszukiwania, że na palcach przechodziło się mimo.

—-
* w paru miejscach widzieliśmy nawet rozpiskę: plaża ogólna, plaża dla nudystów, plaża dla turystów z psami…

Frankopanowie

24 października 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Za jedną z najważniejszych książek historycznych ostatnich lat uchodzą „Jedwabne szlaki” Petera Frankopana. Nie wiem. Przyjmuję na słowo, bo choć goszczą w moim czytniku, to jakoś czasu nie znalazłem. Ale… naszła mnie zbieżność nazwiska z tym, które pojawiało się często w Chorwacji, zwłaszcza na Krk. Bo tu „zamek Frankopanów”, tam „zamek Frankopanów”. Oniż?

I zerkam. I okazuje się, że i oniż, i nie.

Frankopanowie byli wielkim rodem, jednym z dwóch najważniejszych w Chorwacji. Panowali na Krk i w okolicach. Od XII wieku. Ostatni przedstawiciel rodu zmarł jednak w roku 1671.

Przypadkowa więc zbieżność nazwisk? Nie…

Otóż w 1951 roku z Jugosławii uciekł, po odebraniu mu majątku, szlachcic, Vjekoslav Nikola Antun, pochodzący ze starego ale drobnego rodu Doimi de Lupis z wyspy Vis. Nie wiem, co potem robił, niemniej jeśli chodzi o miejsce w społeczeństwie to mu się udało — żoną została znana szwedzka prawniczka, a przynajmniej niektóre dzieci zrobiły kariery matrymonialne — córka wyszła za księcia Windsor, a syn nie dość, że został znanym historykiem, to jeszcze ożenił się z Jessiką Sainsbury — tak, od tych supermarketów. Nazwisko na Frankopan zmienił oficjalnie w 1991 roku, zresztą na paradne Louis Doimi de Frankopan Šubić Zrinski, czyli w jednym nazwisku mamy trzy najważniejsze rody chorwackie. Co prawda Almanach de Gotha, chorwaccy arystokraci, a nawet kuzyn Mirko się odcięli, ale… na okładkach książek syna dumne „Frankopan” trwa.

***

Cóż, jedni odbudowują zamki, inni tworzą rody. Może nawet w tej udawanej ciągłości coś jest — nie dość, że jedni i drudzy służą papiestwu, to jeszcze średniowieczni Frankopanowie przypisywali sobie ciągłość ze starszymi rzymskimi arystokratami — Francipani — której też nikt nie uznawał poza zainteresowanymi.

Rex ambulans

22 października 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Głowa Szent Laszlo jest w Gyorze, choć zmarł w Nitrze, a pochowano go wpierw w Somogyvarze, potem Nagyvaradzie (Waradynie Wielkim = Oradei).

Może to prowadzić do wniosku, że pośmiertne jego wędrówki były jakoś niezwykłe, nietypowe. Tymczasem i w jego przypadku śmierć, w porównaniu do życia, raczej stanowiła kulę u nogi w wędrówkach. Unieruchomiła i uwiązała. Bo za życia…

Wynalazki służące podróżom uderzają do głowy. Wydaje nam się, że jesteśmy wielcy, bo tylko wsiąść w samochód i jest się w Berlinie, Wiedniu, Wenecji, czy innym Budapeszcie. Albo że w samolot i na wyciągnięcie portfela są Tokyo, Sydney, czy Buenos Aires. Że kiedyś człowiek był przywiązany do miejsca urodzenia z musu: złych dróg i wolnych, niewygodnych środków transportu.

Tymczasem to współcześni często mają na nagrobkach: urodzony w X, zmarły w X. Stacjonarnie z wyjątkiem tygodnia wakacji. Albo dwóch. A taki król ze średniowiecza był w ciągłej drodze. Żmudnej. Tak. Niewygodnej? Zapewne. Zwycięskiej? Czasem. Proszalnej? I tak bywało. Na czele wojsk? Też. Pielgrzymki? Również. Ale jednak zawsze w drodze.

Za życia Św. Władysław był ciągle w drodze — urodził się w Polsce, prosił o pomoc na Rusi, podbijał Chorwację, zjeździł oczywiście całe Węgry — ówczesne, czyli od Karpat Zachodnich po Południowe. Czy gdzieś zagrzał dłużej miejsce? Mówią, że lubił się modlić w Wielkim Waradynie. Ale żeby naprawdę zagrzać miejsce, to chyba tylko w podręcznikach historii. Węgierskich.

Tristan i Izolda

2 września 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Było wczesne średniowiecze. Czy coś koło tego. W każdym razie dawniej niż wczoraj. Trudno to więc przełożyć na dzisiejszy język. W skrócie: z Irlandii zwycięzcy płyną do Kornwalii. A konkretnie zwycięski Tristan płynie, wioząc Izoldę. Czy Izolda jest łupem, czy może zapłatą za wizytę polityczną — nie jest to zupełnie jasne, jasne jest jednak, że obwinia Tristana o śmierć swojego narzeczonego; że teraz dostała innego — króla Marka — oraz że tego innego nie chce.

W związku z niniejszym, Izolda postanawia dokonać zamachu terrorystycznego w wersji samobójczej: doprowadzić do śmierci Tristana, a przy okazji swojej. Co się jej nadspodziewanie udaje, ale nie od razu. I o tym „nie od razu” jest ta opera.

„Nie od razu”, bo służąca zamiast trucizny podaje napój miłosny. I wiadomo: u Izoldy rozwija się syndrom sztokholmski; u Tristana późny romantyzm, połączony z instynktem samobójczym — co zresztą na jedno wychodzi. Romantyczno-pseudoszekspirowskie trybiki śmierci najpierw ranią Tristana, potem Melota i Kurwenala, a na końcu łamią Izoldę. Dobrze, że orkiestra pozostaje żywa, bo ma kto grać do końca. A przynajmniej takiego jednego pastuszka na rożku angielskim byłoby nam żal…

Foto: basia i Pak4

[31.8.3019: prawie na zakończenie bogatego dnia i lusławickich Emanacji 2019Tristan i Izolda Wagnera w wykonaniu ostrawskich Janaczkowców, w tym Krakowianki z małopolskimi korzeniami i polsko-śląskim dyplomem]

Tramwaje

15 sierpnia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Tramwaj to specyficzny gatunek. Niby u wielu zwierząt się zdarza, że dostosowane do lokalnych warunków ekologicznych nie potrafią przekroczyć własnej niszy; ale jednak — nisza w niszę trwają. Świstaki nie przejdą z Tatr do Alp; a tramwaje z Bydgoszczy nie przejadą do Wrocławia.

Zgodnie z myślą Darwina, poszczególne nisze powinny rodzić specjalizowane, odrębne gatunki. Ale socjalizm i kapitalizm zwalczają tu zgodnie Darwina, kierując rozrodem tramwajów w sposób w biologii nietypowy, bo poza typowymi niszami; a raczej — w osobnej sieci takich nisz-gniazd.

Może nisze trwają, bo homo sapiens urbanus, na którym tramwaje żerują, jest zadziwiająco jednolitym gatunkiem? Kocha i nienawidzi swojego symbianta, wszędzie tak samo. Jednocześnie przekracza granice swego miasta, wkracza w inne i przywozi geny różnych idei.

By spotkać tramwaje krakowskie nie musimy udawać się do ZOO. Często można je spotkać na ulicach, miłośnikom bliskich widzeń można polecić też ich rezerwat przy ulicy Świętego Wawrzyńca, gdzie i my się udaliśmy na bezkrwawe łowy.

Foto: Pak4
[6.8.2019: Kraków – […] i Muzeum Inżynierii Miejskiej (przeważająco w remoncie;-/)]


©Pak4

Muzeum Lotnictwa Polskiego dla początkujących — kilka typów

13 sierpnia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Od czego zacząć? Tak po Bożemu, to od PZL P-11c. No chyba, że od papieskiego śmigłowca. Ale zacznijmy od P-11c. Jedyny zachowany egzemplarz z podstawowego myśliwca broniącego polskiego nieba w 1939 roku. Polska myśl techniczna, polskie wykonanie, polskie użycie, polska klęska i polski sukces. Sukces, bo nie dość, że P-11 znajdował odbiorców zagranicznych, to jeszcze na tym konkretnym egzemplarzu ppor. Wacław Król miał zestrzelić niemiecki samolot rozpoznawczy…


PZL P-11c.

Ale gdy pada pytanie, co jako małe… no maławe dziecko bym podziwiał najbardziej, to wracając pamięcią do dzieciństwa obstawiłbym Spitfire’a. W końcu to klasyk nad klasykami, z idealnie harmonijnymi liniami.


Supermarine Spitfire LF MKXVIE

Innym moim zachwytem kilkuletniego modelarza, był wówczas Saab J35 Draken. Samolot o przepięknej linii (akurat enerdowski VEB Plasticart miał go w swojej ofercie w skali 1:100…). Saaba ma krakowskie muzeum, choć jest słabo wyeksponowany, między paru innymi odrzutowcami z epoki… Dzisiejsi młodzi, mogą tak sie zachwycać Migiem-29 UB. To również piękny samolot, do którego urody wielu miłośników lotnictwa wzdycha. No i jest lepiej wyeksponowany…


Mig 29 UB

Jest klasyk z II wojny, jest odrzutowiec. Coś z pierwszej by się przydało… Gdybym coś miał wybierać, wskazywać, to takim „Spitfirem” tego okresu byłby Sopwith Camel. Był bardzo zwrotny, ale mała masa samolotu i duża śmigła z silnikiem, sprawiały, że był bardzo kapryśny w tych zwrotach. Mówiło się o nim, że zakręt o 90 stopni w prawo, opłaca się na nim wykonać, jako zwrot o 270 stopni w lewo… Doświadczeni piloci go kochali, młodzi mogli przypłacić znajomość z nim życiem.


Sopwith Camel

A na zakończenie, niech będzie ten papieski Mi-8, bo tylko ten Mi-8 się kwalifikuje jednocześnie jako relikwia II stopnia. Śmigłowiec był używany w czasie dwóch pielgrzymek — w 1983 i 1997. Powstał jako przeróbka Mi-8 — zmieniono okna i wyposażenie kabiny. Do śmigłowca można wejść, o określonych godzinach, ale na miejscu papieża nie można sobie usiąść. Cóż, i tak sporo.


Wnętrze papieskiego Mi-8

Miałem wybrać pięć eksponatów. Jest, w gruncie rzeczy, sześć. A muzeum oferuje jeszcze wiele innych ciekawostek. Może kiedyś będzie okazja by o nich opowiedzieć?

Foto: Basia, Pak4
[6.8.2019: Kraków – Muzeum Lotnictwa Polskiego, Muzeum Inżynierii Miejskiej]

Ilustracje – ©Pak4

Bunkry, burzowo

22 lipca 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Mijamy w Nielepicach poniemiecki bunkier. Odsłonięty, uławeczkowany. W tle głowy miga news ze Śląska: bunkry polskie są burzone.

Jak to rozumieć?
Antypatriotycznie: że dla Merkel się chroni, a polską przeszłość wymazuje?
Ideologicznie, że bliżej obecnie w Polsce do faszystów, niż antyfaszystów?
Geopolitycznie, że dbamy tylko o to, co chroni od inwazji ze wschodu, bo może jeszcze się przyda?

A może należy zrozumieć po krakowsku, gdzie jak wyburzono poaustriackie bunkry z twierdzy Kraków, to okazało się, że przez pomyłkę?

● Foto: Pak4 i basia
[20.7.2019: Na Kopiec Kościuszki wczesnym rankiem. Ślad GPS]

● Foto: brak – bo biegł sam Pak
[20.7.2019: dżogingowy five’o’clock. Ślad GPS]

● Foto: Pak4 i basia
[21.7.2019: Nielepice, Park Rotmistrza Pileckiego – Kmiecie – Bunkier z 1944 – Dulany – Bukowa Góra – pod/nad A4 – Dębowa Góra i Skała na Dębowej Górze – Skała z Krzyżem – Park Rotmistrza Pileckiego. Morawica. Ślad GPS.]


Nielepice jak Italia – ©Pak4

Aaa, kółka dwa

16 lipca 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Ludzie kombinują: jedno kółko. Dwa kółka, ale małeDwa kółka, ale w poprzek

Kombinują. A nawet śmigają. Nawet prawo pod to piszą.

A ja się upomnę o konserwatywną (mniej lub bardziej) klasykę: dwa koła, pedały, łańcuch… OK, co do łańcucha upierać się nie będę, ale siodełko i owszem, z uporem podkreślę. Bo w tej klasyce (z siodełkiem i pedałami) jest coś uniwersalnego: na miasto, na wieś, na drogę przez las, na pośpiech, wyścig i na niespieszną turystykę.

Rozbójczyni

7 lipca 2019

Katarzyna Skrzyńska albo gender

Legenda jest piękna. Rycerka-rozbójczyni, spalona na stosie, rozerwana końmi i zrzucona w nabijanej gwoździami beczce z zamku* (który się zapadł i ukrył zrabowane skarby). Rycerka rozbójczyni, która potrafiła ręcznie napiąć każdy łuk i kuszę (a dodajmy, że kusze w XV wieku miewały specjalne mechanizmy naciągowe na korbę — naciąg wystarczyć mógł do przebicia przez bełt zbroi, a to nie była byle jaka blaszka — więc i bez korby przeciętny mężczyzna naciągnąć kuszy nie potrafił). Czyli kobieta, matka (co najmniej dwóch synów), która przyjęła społeczną rolę męską — rycerza-rozbójnika.

Takie historie znamy z różnych stron świata. W naszej bohaterką była Katarzyna, która w możny ród Skrzyńskich się wżeniła. A ród był jeszcze możniejszy Mszczujem (ze Skrzynna), zwycięzcą Ulricha von Jungingena pod Grunwaldem, który potem rozbijał się w Polsce, Litwie i Węgrzech** na turniejach i wojnach. To od niego Włodek i Katarzyna otrzymali zamek Barwałd, w zamian za węgierskie czerwone złote (czyli produkcję mennicy w Kremnicy).

Może niedostateczna podaż wielkich mistrzów krzyżackich to sprawiła, że Skrzyńscy zamiast pozbawiać życia kolejnych, zajęli się pozbawianiem pieniędzy kupców. A czasem i życia. Cóż, raubritterstwo było popularnym hobby w XV wieku. Jednak to, że po śmierci męża, żona nie tylko nadal posiadała ziemie i zamek, ale także uprawiała mężowski rozbój — już nie było takie typowe, przeszło więc do kronik i legend.

Władza niby z Wawelu miała dość blisko, ale próbowała się wysługiwać innymi. A czasami… puszczać winy w niepamięć. Jakieś układy wawelskie, plecy? A może moralność epoki? Tak, czy inaczej, Katarzyna znika z historii bez fajerwerków i żyje już tylko w legendzie. Żeby władza wreszcie zrobiła porządek i zamek „zrównała z ziemią” (pozostałości wałów każą zapytać o sens tego sformułowania), trzeba było czegoś więcej niż rabunki i morderstwa — spiskowania z Węgrami. Ale to już za następców Katarzyny.

Foto: basia i Pak4.

[6.7.2019: Klasztor Kalwaria Zebrzydowska — grodzisko Bugaj — ruiny zamku Barwałd/góra Żar — Klasztor Kalwaria Zebrzydowska. Ślad GPS.]

*) Wołek, pod Kętami, nie Barwałd, „pod” Kalwarią.

**) Skrzyńscy zostali posiadaczami m.in. zamku Bytca w dzisiejszej Żylinie, który mijaliśmy równo tydzień temu.

— To był wpis gościnny. Autor: Pak4