Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

1000-latka

27 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wszystko próbuje przypominać stulecie odzyskania niepodległości: pociągi, bilboardy, History Channel, Zespół KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości… Wśród przypominających jest i miasto Kraków, które mówi co dało tej niepodległości wzdłuż plant.
W poprzek plant owo upamiętnienie przecięła w sobotę grupa rekonstruująca tysiąclecie odebrania niepodległości Rusi przez Bolesława Chrobrego. A właściwie jego powrót z owego wydarzenia.

Jako dziecko chętnie chadzałem na osiedle Tysiąclecia, więc i tysiąclatki wolę od pięcio-, dziesięcio-, czy stulatek. No i na Tysiącleciu jest do dziś ulica Chrobrego. Dlatego ów powrót wojów z pochodniami (chyba nie chcą powiedzieć, że Drang nach Osten wymaga pochodni? nawet powrót z Osten…) zafrapował mnie bardziej od pomyłek w plantacjach tablic „Kraków dla Niepodległości”.

Znane nam Grody Czerwieńskie (i to w najbardziej znanym nam sensie, czyli całego ruchu, który się rozwinął wokół znalezisk w Czermnie) zorganizowały bowiem w tym roku rekonstrukcję bitwy nad Bugiem (tej, z której dzięki niemieckim mediom wiemy, że Bolesław Chrobry był bardzo „hop do przodu” i już zapowiadał swą osobą epidemię otyłości, ale też że był na tym punkcie bardzo wrażliwy i znerwicowany, i rzucił swoją armię by Jarosław Mądry (Mądry, bo to książę kijowski sprzed tysiąca lat, współcześne byłoby trudniej) więcej z jego brzucha rozdętego od piwa i innych dóbr, nie kpił. I Bolesław, hop, przez Bug i zwyciężył Jarosława, a potem doszedł do Kijowa.

Wiadomo, że Światopełka Przeklętego na tron wprowadził, wiemy, że siostrę swego zięcia Światopełka i pokonanego Jarosława — Przedsławę — zgwałcił wcale publicznie. A potem niemieckie media wróciły do Niemiec, czy jak się wówczas cesarstwo unioeuropejskie nazywało i więcej nic nie wiemy. Bo lokalne media jakieś fakenewsy przekazywały, że wyszczerbił Szczerbiec, którego jeszcze nie było, w Złotej Bramie, której jeszcze nie było.

Dedukcja każe wnosić jednak, że Bolesław Chrobry z wyprawy wrócił, skoro potem panował w Polsce (#MeToo jeszcze nie było i nikt nie bojkotował Chrobrego przez gwałt na Przedsławie; ba nie zablokowało mu to drogi do korony*). I tę dedukcję upamiętniali rekonstruktorzy. Choć oczywiście, nie szedł Bolesław Chrobry do Barbakanu, bo ten to dopiero wyraz lęku przed Mołdawianami pod Wawelem, czyli dużo późniejsze czasy.

Wojowie wracali wśród pochodni i turystów. Mimo stukotu włóczni o tarcze, wyglądało to jak robienie sobie publicity po przegranej wojnie — wojów nie było wielu, a późna pora sugerowała, że ktoś chce ukryć, jak wyglądają i że wracają. No cóż, jest i taka wersja, że po łatwym zwycięstwie, znienawidzony Bolesław i niemieniej znienawidzeni wojowie, musieli się salwować ucieczką z Kijowa — jak wcześniej z Pragi — podgryzani przez partyzantkę i szerzące się bunty.

A jeśli tak, to w porządku. Bo to znaczy, że rekonstrukcja ilustrowała tyleż odebranie Rusi niepodległości, co jej zwrot (odsetki odebrała sobie później, za Mieszka II), tak więc okrągłe niepodległości się skrzyżowały tego wieczoru pod Barbakanem, dając miły przykład braterstwa narodów. Czego to narodom życzymy!

Zdjęcia sobotnie: Pak4.

Niestety, ciemno jest, więc zupełnie rozmyte te sztandary, włócznie i pochodnie:

Nie. Nie kupiśmy biletu, stąd tylko z dala widoczni bohaterowie, którzy zasłaniają twarze**, bo za takie numery, jakie Chrobry z wojami zrobił, to można by dzisiaj trafić przed Trybunał w Strasburgu.

Ilustracje – Pak4

—-
*) Choć są tacy, co twierdzą, że odebrało mu ewentualne przyszłe odore sanctitatis, że już grób sobie w katedrze poznańskiej wyszykował, żeby świętym Bolesławem być pochowanym, bo w końcu św. Włodzimierz, św. Stefan, a tu w Polsce nic… Polska nie-święta, a świecka, a nawet wyklęta przez arcybiskupa. Ani Bolesław, ani Mieszko świętości nie doświadczyli. Choć za co Mieszko jej nie doświadczył to nie wiem.
**) Wyrosłem na ilustracjach wojów piastowskich z lat 70-tych. Ale ilustracjach robionych przez kompetentnych bronioznawców. I wówczas twarzy nie zasłaniano, co najwyżej nosal skapywał na twarz. Nie wiem, czy to nowe badania, czy nowa moda, bo zdecydowanie przysłonięta twarz wygląda bardziej netfliksowo, gdy odsłonięta pachnie kinem PRLu. Cóż, każda teraźniejszość widzi przeszłość po swojemu.

Reklamy

Pozdrowienia z roku 2068…

20 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Nasza wystawa w muzeum poświęcona pieszej turystyce górskiej przyciągnęła tłumy. Ludzie z rozrzewnieniem wspominali młode lata i obrazy, które przeminęły.

Organizacja wystawy narzucała się sama. Przy wejściu umieszczono tablicę, pochodzącą z dawnego schroniska z Krawców Wierchu, przypominającą o niewnoszeniu błota do schroniska. Niegdyś schroniska górskie posiadały zamknięte, restauracyjne jakby pomieszczenia — nie tylko dystrybutor do benzyny i automat do kawy.

Następnie zaprezentowaliśmy zdjęcia z wędrówek, dostarczone przez byłych turystów, których całkiem wielu się zgłosiło do naszego muzeum. Widać wędrujące pary, rodziny, ale też większe grupy. Widać też psy — osobną gablotkę poświęciliśmy wędrówkom z nimi, które budziły kiedyś kontrowersje, bo pies potrafi pogonić dzikie zwierzęta, które mają prawo czuć się w lesie gospodarzami. Ale bywają przecież i takie wycieczki, gdy jedynym spotkanym dzikim zwierzęciem jest potrącony śmiertelnie dzik. Zdjęcia ilustrujące ten aspekt wędrówek górskich ukazują lato, gdzie trójka wspinaczy idzie dzielnie — najpierw język psa, potem pies, a na końcu pieszy turysta.

Pomiędzy zdjęciami przedstawiono zachowane elementy ekwipunku turysty górskiego: buty, kijki, czapeczki, mapy, koszulki, skarpety wędrówkowe, termosy, plecaki…

Dalszy ciąg wystawy ilustruje wzrost i upadek pieszej turystyki górskiej, począwszy od pierwszych towarzystw, które się zawiązały dla zwiedzania gór. Oglądamy zdjęcia pierwszych schronisk, a jedna z tablic informuje też o zawirowaniach w okresie II wojny światowej i totalitarnego PRL, oraz łabędziego śpiewu górskich wędrówek pieszych w drugiej dekadzie XXI wieku.

Symboliczne jest tu zdjęcie pierwszego dystrybutora paliwa zainstalowanego w roku 2025 przy schronisku na Lipowskiej.

Początkowo turyści piesi nie docenili niebezpieczeństwa. Kolejne potrącenia na szlaku zdarzały się jednak coraz częściej. Część pieszych wędrowców zaczęła egzekwować to, co postrzegała jako swoje prawa, strzelając (po uwolnieniu dostępu do broni przez II rząd premiera Kukiza) do zbyt szybkich turystów zmotoryzowanych. Sytuacja stała się paląca — rząd w specjalnej ustawie, pochylając się nad bezpieczeństwem zacofanych pieszych turystów górskich, którzy wiedzeni resentymentem próbują wymuszać prawo do znajdowania się na górskich drogach, zabronił im wstępu na górskie drogi (nieco wcześniej zlikwidowano system szlaków turystycznych) pod karą więzienia do lat trzech.

W ten sposób Polska znalazła się w awangardzie przemian. Niedobitki turystów (bo i zmotoryzowani się ostrzeliwali), przeniosły się na szlaki Czech, Słowacji, czy Ukrainy — zwłaszcza po wejściu tej ostatniej do strefy Schengen, w których to państwach wciąż uprawia się tę archaiczną formę turystyki.

Jedynym zgrzytem przy organizacji wystawy była konieczność likwidacji książki pamiątkowej, gdyż znalazło się tam wiele wulgaryzmów pod adresem nowych panów gór.

Autorstwo: Głupawka Górska zainspirowana
– relacją Antoniego Kroha o wystawie poświęconej Łemkom z 1983 roku,
– zakazem wnoszenia broni do Zbójnickiej Baszty w Starej Bystricy
– i zmotoryzowanymi „turystami” radykalnie wjeżdżającymi na Redykalny Wierch.
Jako medium dla Głupawki Górskiej wystąpił Pak4…

Zdjęcia: basia i Pak4

[18.8.2018: Złatna – Straceniec – Krawców Wierch – Gruba Buczyna – Wielki Groń – przeł. Bory Orawskie – Magurka – Trzy Kopce – Hala Rysianka – Hala Lipowska – Redykalny Wierch – Zapolanka – Sułki – Złatna. Ślad GPS]

Krawców Wierch

Gentiana asclepiadea

Na Rysiance mądre szuka cienia

Ilustracje – Pak4

Przyjaźnie narodowe

12 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W ubiegły weekend wpadliśmy na akcję słowackiego Lidla, który robił „tydzień czeski”. Albo nawet więcej niż tydzień. Generalnie czeskość była promowana na Słowacji ze ścian każdego unijno-niemieckiego Lidla. Z polskiego Lidla promowania czeskości nie pamiętam… Owszem, Polacy mają słabość do czeskiego piwa, a w internecie i realności zdrowo funkcjonuje sklep z czeską żywnością. A raczej czechosłowacką — bo to jest pewna różnica. Ale „czeski tydzień” w Lidlu, a tym bardziej reklama, że skoro czeskie to dobre, jakoś mało polska mi się wydaje.

Dla Słowaków wyraźnie „czeskość” jest reklamą. I to o rzut beretem od mauzoleum ks. Hlinki, słowackiego budziciela, ale też przywódcy ruchu, który chętnie od Czechosłowacji Słowację odłączył. W końcu ks. Tiso to jego współpracownik i niejako następca…

Dla Słowaków-politycznych zadrą było (i może pozostało) to, że w braterskich uczuciach Czechów do Słowacji, Czesi czuli się zawsze tym „starszym bratem” — mądrzejszym, ważniejszym, pouczającym… Ale popularność czeskości świadczy o tym, że wciąż bratem. I wciąż na ulicach można spotkać koszuli z przypomnieniem tego braterstwa.

***

Lidl w Rużomberku lansował czeskość, a przechodząc przez kiermasz na krakowskim rynku nie da się uniknąć podobnego lansowania węgierskości. Tym razem było jej nawet więcej niż zwykle, bo oprócz tradycyjnych potraw ze zdrowym tłuszczem mangalicy, reklamowała się Nyíregyháza, podciągając jakoś pod swą reklamę na gościnnej estradzie rynku także młodzież z Debreczyna.

Związki te, pełne sympatii między narodami, są jednak bardzo różne. Owszem, Czesi pokochali Słowaków z post-romantycznych legend, ale jednak związek scementowało wspólne państwo i podobieństwo języków. Polacy i Węgrzy nie mają nawet podobnych języków, wspólne państwo mieli przez chwilę i to nie o nim pamięć ma budować sympatię, a oparcie jakie konfederaci barscy znajdowali po „węgierskiej” stronie granicy. Zresztą Franciszek Rakoczy (taki węgierski Kościuszko, ale kilkadziesiąt lat przed Kościuszką) miał znajdować wcześniej oparcie u Polaków…

Polsko-Węgierską przyjaźń budowałyby więc wspólne bunty (choć Czechy mają bardzo dużo związków z Polską, a ich historia ma wiele analogii do polskiej; to jednak jakoś wydają się być „nie w fazie” — oba narody spotykają problemy niby podobne, ale mierzą się z nimi w innym czasie). Tu przypomina mi się wizyta Węgrów w Bieszczadach, gdzieś w połowie lat 80-tych. Polski gospodarz wizyty, partyjny i w ogóle, przypomniał hasło o „bratankach”, dodając że jeśli chodzi o szablę i szklankę, to tę pierwszą lepiej sobie odpuścić. Jakoś mnie to uderzyło wówczas, jako wielkiego wroga alkoholu; dopiero z czasem dostrzegłem polityczność wezwania, kogoś, kto nie chciał powtórki „Budapesztu ’56” nad Sanem.

***

Jednak jest to trochę dziwne. W końcu bliżej jest Słowacja, a nie pamiętam podobnej promocji żywności słowackiej. Owszem, Węgry są niemal dwa razy ludniejsze (choć, w przeliczeniu na mieszkańca, biedniejsze…), są jednak dalej — promowanie Słowacji wydaje się oczywistsze. A go nie ma…

Wygląda więc na to, że związki polsko-węgierskie, przynajmniej w Krakowie, przetrwały powstanie najpierw Czechosłowacji, a potem Słowacji. I nie są czysto deklaratywne, czy polityczne, ale wiążą w części kultury, która najsilniej tworzy jej bebechy — w tradycyjnej żywności. Związki te trwają nawet ponad wspólnotą języka… angielskiego (cóż, podejrzewam, że Polacy i Węgrzy XVIII czy XIX wieku, też nie rozmawiali po polsku, czy węgiersku, ale raczej po niemiecku…). I my im dobrze życzymy, choć Słowaków, Czechów, Litwinów (bywają, bywają…), Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, czy Niemców (by wymienić tylko sąsiadów) też chętnie zaprosilibyśmy na krakowski rynek, nie tylko w roli turystów — niech się pochwalą tym co mają i krakowskie tradycje miasta hanzeatyckiego kultywują.

Zdjęcia: basia i Pak4

Ilustracje – Pak4

Kanikuła 2018

8 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wyruszyliśmy wcześnie. Dopiero w drodze przysiedli na śniadanie. Podbiegł zaciekawiony kotek, ale niedospani nie pobiegliśmy za nim.

Ruszyliśmy dalej — wzdłuż potoku, gdzie domu strzegły psy strategicznie rozstawione w kluczowych punktach obejścia. Staraliśmy się nie zostawiać żadnych śladów, choć my nie-wrogi, my-przyjaciele, bez złych intencji, ot, iść cicho, bezwonnie i dać psom pospać. Pies też człowiek… A sobota to sobota. Ale one i tak szczekają. Biedaczki… Powinny dostać nadgodziny.

Potem ścieżką, drogą, w górę. Sarenki uciekły bez oszczeku z naszej strony. Nawet bez strzelania aparatem.

Potem grzbietem, wijącym się jak grzbiet węża. Wąż zresztą też był. Żmija wygrzewała się na ścieżce i przerażona uciekła. Czym?! My nie jesteśmy jadowici… A tak wyszło, że znowu jakiejś koleżance nie daliśmy spać, choć po prawdzie, to o tej porze nawet w sobotę żmije nie powinny się lenić.

A potem już owieczki, baca i owczarek liptowski. Nie odmerdaliśmy, bo nie mieliśmy czym. I podejście na Kirżną. Kriżna to taki Turbacz, tylko na Słowacji. Stąd owieczki, baca i owczarek liptowski, ale nie podhalański.

Potem poszliśmy na Ostredok dwojga szczytów. Dziwne szczyty. To znaczy wyższy jest niższy. Albo odwrotnie. Nie na nasz to rozum. My jesteśmy małe, zwykłe człowieczki…

Potem Suchy Vrch. Taki Turbacz, tylko na Słowacji, z szałasem i wodą dla owieczek.

A na sąsiednich Koniarkach owieczki, owczarki liptowskie i pasterze.

I pod Ploską też. Znaczy się Ploska to też taki Turbacz, tylko na Słowacji i owczarki tam mają liptowskie, a nie podhalańskie.

A potem zeszliśmy z Ploski i się ochlapali trochę w strumyku. Jak małe pieski. A co!

Zdjęcia: basia i Pak4

[4.8.2018: Liptovské Revúce (Vyšná Revúca) – (żółtym) Veterný vrch – (czerwonym) Rybovské sedloKrížnaOstredokPloská – Vyšná Revúca. Po czterech latach. Ślad GPS. (hiking.sk)]

Cenzura

28 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W piątek byliśmy świadkami niezwykłego wydarzenia. Facebook (14 l.) został strollowany przez Ziemię (4.5 mld l.), która wzorując się na muzeum Dom Rubensa (72+337 l.) dokonała demonstracyjnego aktu cenzury: Ziemia przesłoniła nagość Księżyca (4.5 mld l.), w trakcie niemal dwugodzinnego performance. Prawnicy FB złożyli odpowiednie skargi do właściwego Sądu (+∞ l.), uzasadniając to faktem spadku notowań akcji na giełdzie (201 l.) wywołanym zapowiedzią działań Ziemi.

Zdjęcia: Pak

Ilustracje – Pak4

Być hop do przodu

25 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wiele lat później Orville usłyszał od przyjaciela, że on i Wilbur zawsze będą stanowić przykład tego, jak daleko mogą zajść w świecie Amerykanie bez szczególnie uprzywilejowanej pozycji. „Ale to nieprawda, że nie mieliśmy szczególnej pozycji” — odparł stanowczo Orville. „Naszym największym przywilejem było to, że dorastaliśmy w rodzinie, w której stale zachęcano dzieci do intelektualnych dociekań.”

David McCullough, Bracia Wright, tłum. Agnieszka Wilga, Czarne, 2018

Gdy sięgnąłem po książkę, to niemal pierwszą myślą było: „o braciach Wright trzeba napisać”.

Bo braci Wright się banalizuje. Może dlatego, że karierę od zera do milionera zrobiły współcześnie zera? Ale nie popadajmy w szyderstwo — dzisiejsi miliarderzy „technologiczni” nie umywają się do braci Wright — i zaczynali jako dziedziczni milionerzy; i sami niczego nie wymyślili, co najwyżej ukradli właściwe patenty. Właściwie, to bracia Writght, którzy na samolocie zarobili coś koło miliona — dzisiaj byłoby to z dziesięc milionów, biorąc pod uwagę inflację — nie zrobili jakiegoś super majątku, patrząc na to z tej perspektywy.

Dziwne, że bracia Wright mają wyjątkowo wielu „przeciwników”. Tzn. poza internetowymi trollami, którzy mówią, że albo pierwszy był Gustave Whithead, albo Alberto Santos-Dumont, czy może jeszcze bardziej niedorzeczne* kandydatury motywowane tylko nacjonalizmem owych trolli; jest masę takiego lekceważenia, które można streścić: „no tak, wszystkie elementy mieli na tacy i dla zabawy, zamiast skręcić kolejny rower zrobili samolot i jakoś im wyszło; może dzięki rowerowi, może dzięki lżejszemu silnikowi… cóż, przypadek i stało się.”

A to nie tak. Albo niezupełnie.

Owszem, używano wcześniej szybowców. Właściwie „używano” to nadużycie — eksperymentowano z nimi, często — jak w przypadku bezpośredniego inspiratora Wrightów — Lilienthala — śmiertelnie. Ale nie było teorii, a i doświadczenia było mało. Jednym z pierwszych „odkryć” Wrightów był właśnie ten fakt — przeliczyli sobie minuty spędzone przez Lilienthala w powietrzu na naukę jazdy na rowerze i wyszło im, że nie miał prawa nauczyć się latać. A potem im jeszcze wyszło, że zdecydowanie przeceniał siłę nośną skrzydła. I że to go zabiło. Żeby do tego ostatniego dojść, bracia Wright zbudowali własnym sumptem tunel aerodynamiczny i pracowicie całą zimę badali, jaka powinna być powierzchnia skrzydła.

Czy inni więc mogli? Cóż, podłączywszy silnik do skrzydeł mogli wykonać skok, ale nie więcej. Za Wrightami stała nie tylko pomysłowość, poczucie misji, ale i systematyczna praca.

Kolejna rzecz. Dziwna w sumie sprawa, ale przed Wrightami nikt nie wpadł na to, że przyszłym aeroplanem trzeba jakoś sterować. Wcześni im szybownicy sterowali, owszem, ciężarem swojego ciała. Na mały, lekki szybowiec wystarczało. I znowu, bracia Wright sumiennie zaczęli obserwować ptaki, oglądać jak zginają skrzydła by zastosować i opatentować system sterowania. Akurat… niezbyt im on wyszedł z punktu widzenia historii — to zakładali analogie z rowerem, to jednak lekkość i skrętność konstrukcji. Ale zawsze lepiej modyfikować mając do tego podstawy, niż zaczynać od zera. Zresztą to robiło wrażenie na fachowych obserwatorach pierwszych lotów pokazowych Wrightów — panowanie nad samolotem, który wykręcał zakręty jak tylko pilot tego chciał. Cóż, wcześniej ćwiczyli w ukryciu.

I znowu — ćwiczyli… Pionierzy awiacji występowali w dwóch typach. Jedni wynajmowali pilotów do prób, inni latali sami ryzykując życiem… Wrightowie robili to tak jak trzeba — uważali osobiste loty za konieczne dla zdobycia wiedzy i wypadki traktowali jako skalkulowane ryzyko. Ale też nigdy, ale to nigdy, nie ulegli presji by zrobić coś, co ten poziom ryzyka niebezpiecznie podniesie. I owszem, mieli wypadki — pasażer próbnego lotu Orville’a był pierwszą ofiarą śmiertelną katastrofy samolotowej — ale minimalizowali ryzyko, jak tylko mogli.

Ale… Ale to tylko dowód na to, że to byli inteligentni, pracowici i odważni ludzie. I w sumie bardzo ciekawy przykład współpracy, gdzie nikt nie mówi, że wynalazcą był Wilbur… A tytuł jest o czymś innym. Skoro Czytelnik już docenił, że ich wkład to więcej niż przypadkowy sukces rowerowych mechaników, można do tego przejść.

***

Zacząłem od cytatu z Orville’a, że dom był dla nich ważny. Autor — David McCullough — chętnie przeciwstawia tych drobnych przedsiębiorców z Dayton z bogatymi europejskimi konstruktorami pierwszych samolotów. Może upraszcza**, ale generalnie kapitałem Wrightów nie były wielkie pieniądze. Bracia byli synami biskupa jednego z protestanckich kościółków, z wielodzietnej rodziny — dwaj starsi bracia założyli własne rodziny i ledwo wiązali koniec z końcem; młodsza siostra im pomagała i niemal była trzecią, honorową „bracią” Wright. Ojciec dorobił się w końcu domu, mieli z czego zrobić warsztacik, zresztą trafili w dziesiątkę z biznesem rowerowym i trochę się rozwinęli. Ale to wszystko pod względem finansowym.

Pod względem intelektualnym było jednak inaczej. Nie szli na uczelnię — ukończyła ją tylko siostra — bo domyślnym wyborem życiowym było założenie firmy. Swoją drogą, u Davida McCullougha pięknie pokazane jest to kulturowe „rusztowanie” amerykańskiego kapitalizmu, który zrobił taką karierę — ludzie nie tylko na tyle zamożni by móc pracować na swoim, ale też uważający ową drobną przedsiębiorczość za istotę ludzkiego powołania. Tak, wiem, po 1989 wielu nas do tego namawiało, ale brzmiało to sztucznie, bo chyba i świat nie był tak prostolinijny jak na przełomie wieków. U Wrightów jest to wszystko naturalne.

To jednak, że się nie kształcili na uczelni nie znaczy, że się nie kształcili w domu. Pastor miał bogatą i różnorodną biblioteczkę. Autor wymienia Darwina wśród autorów znajdujących się na półce. Przeczytanego. To przy okazji kolejna sprawa — głęboka wiara pastora nie była obskurancka. Rygoryzm moralny łączył się z poczuciem praw człowieka i praw jego do używania rozumu.

Bracia tego dowodzą. Wilbur jako młody chłopak zmontował sobie maszynę drukarską i wydawał gazetę. To był jego pierwszy pomysł na biznes. Niezbyt udany… Ale zanim przerzucił się na rowery, zaczął wydawać także gazetę dla… Afroamerykanów. Pastor Martin Luter King się jeszcze nie urodził, a Wilbur już uważał to za zupełnie normalne. To było przed samolotem. Po samolocie Orville i Katherine zdążyli jeszcze uczestniczyć w wiecach sufrażystek. Taki to był rygoryzm, moralność i powołanie.

No i ten rower. Rower brzmi dzisiaj normalnie, ale bracia byli pierwsi. Nie na świecie, a w swoim rodzinnym mieście. Ledwo rowery zrobiły się popularne, tzn. straciły przednie wielkie koła i stały się „bezpieczne” — jak miano wtedy mówić — bracia zainwestowali najpierw w sprzedaż, potem także w produkcję. I nie dość, że okazali się sprawnymi, zdolnymi mechanikami; to jeszcze czerpali z tego pierwszeństwa — dzięki niemu zarobili tyle, że mogli po trochu inwestować w dzieło swojego życia — samolot.

Niby to wszystko normalne, ale jeszcze raz przypomnę ten czas — to jest przełom XIX i XX wieku. Samochód to dopiero rodzący się i szybko popularyzujący wynalazek. Do Europy pływa się transatlantykami, listy pisze odręcznie — co nie przeszkadzało braciom w częstości ich wymiany. Na pokazy przychodzą królowie, którzy nie są tylko od prezentowania broszek. Nie ma funduszy venture capital. Powszechne prawo wyborcze to wciąż przyszłość. Tak jak i równouprawnienie Afroamerykanów. A oni już tym żyją. Cóż, w tej przyszłości są też samoloty — było im więc blisko.


* Bo te aż tak bardzo niedorzeczne nie są. Santos-Dumont wzleciał swoim dziwactwem, tyle że później od Wrightów — krytycy pierwszeństwa Wrightów udają, że nie ma dowodów na ich loty w 1903. Co nie jest prawdą; choć w pewnym momencie ten aspekt przedsiębiorczości Wrightom przeszkadzał wyraźnie — tracili czas i zdrowie na zdobywanie kontraktów, zamiast udoskonalać swój wynalazek i zabiegać o jego popularyzację. Co do Whitheada to mówilo się, że brak dowodów, teraz niektórzy, choćby i wiki, podają, że odnaleziono zdjęcie, że jednak. Choć z tego co widzę, to zdjęcie pokazuje, że zdbudował szybowiec z silnikiem, a nie że poleciał. Ale nawet jeśli, to czy potrafił sterować?

** David McCullough lubi podejmować tematy z historii Stanów, które niejako budują ich tożsamość. Nie czytałem jego innych książek, ale jakoś dobór tematów wygląda na ubrązawiający historię USA. Powinno się więc jego tezy obserwować z dystansem, bo odmalowując braci Wright jako pewne spełnienie model idealnego Amerykanina, może naciągać ich życiorys pod te swoje potrzeby ideowe.

Kopiec Kraka i niewiedza

9 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W sielskiej atmosferze pikniku Gospodyni pyta o kopiec Kraka, a ja się migam. No bo ile razy można mówić „wiem, że nic nie wiem”? I to pod czujnym okiem prof. Legutki błyskającym z małopolskich bilboardów, gotowym przeegzaminować każdego z Sokratesa…

Tym bardziej, że moja niewiedza rośnie. Najbardziej kompetentny byłem około 1980 roku, po lekturze komiksu „O smoku wawelskim i królewnie Wandzie”. Wiedziałem wtedy dobrze, że to po śmierci Kraka, wzruszony i płaczący lud wzniósł kopiec w Krakowie. I to mi wystarczyło. Nawet nie przyszło do głowy zapytanie: „Wow?! I to dalej stoi? I świadczy?!” I wcale nie ochodziło o to, że nie znałem jeszcze angielskiego…

Chodziło mi o to, że jakoś zupełnie nie ruszało mnie, że coś może tyle czasu wciąż istnieć; nawet jeśli już łapałem, że ten Krak to jednak długo przed Kościuszką był.

Zresztą, czy „tysiącletni Kopiec Kraka istnieje”? Mój sceptycyzm prowadzi o do niewiedzy w tej sprawie.

Bo tak, owszem, wiadomo że przed najazdem Brzetysława, czyli 1038, czy 1039, kopiec istniał. Wiadomo, bo moneta z jego czasów znalazła się pod szczytem, tak płytko, że musiała tam się dostać po zbudowaniu.

Kopiec rozkopano w latach 30-tych XX wieku, prowadząc poważne prace archeologiczne. Sądząc po zdjęciach, po pracach musiano go usypać na nowo. Przynajmniej w górnej części. Stał więc 1000 lat, co najmniej, ale najpewniejszy jest sam czas przeszły w tym zdaniu. (Jak ktoś bardzo chce, to podobno w Krakuszowicach stoi Kopiec Kraka II, albo Kraka Młodszego, również naruszony zębem archeologii, ale mniej.) Kwestia filozoficzna, czy tak wierną rekonstrukcję, tak silnie nawiązującą do oryginału, można z oryginałem utożsamić… Nie wiem.

Ale wróćmy do wieku. Wiadomo, że nie młodszy niż, ale nie wiadomo o ile starszy. Najczęściej datuje się gdzieś na VII/VIII wiek. Przesłanki są dwie. Pierwsza, to skuwka awarska w dolnej części kopca, czy wręcz pod. To znaczy nie wiadomo, czy na pewno awarska… Ale w sumie argumenty za są słabe, ale przeciw — żadne… „Awarskość” wskazywałaby, że kopiec powstał po pojawieniu się Awarów, czyli nie wcześniej niż w VI-VII wieku. Druga przesłanka, to ślady po 300-letnim drzewie na szczycie. Jeśli — hipoteza — drzewo było obiektem pogańskiego kultu, a stało trzysta lat, to można od wprowadzenia chrześcijaństwa odjąć 300 lat i otrzymamy datę powstania kopca — i voilà! (Nie, żeby i to było proste, bo kiedy zawitało chrześcijaństwo i jak bardzo było skonfliktowane z pogaństwem na początku, to też pewne nie jest. Ale tu zakres niewiedzy jest względnie mały, więc można przyjąć, że to równanie z jedną niewiadomą, a nie setką…)

Ale są tacy, co twierdzą, że nie Awarowie, tylko Celtowie, i że w ogóle to było Carrodunum.

Wróćmy do czasów pogańskich, bo tyle już wiemy. No, ale co dalej? To znaczy, czemu to służyło? I znowu nic nie wiemy.

Ciekawy znajdzie i koncepcje astronomiczne, tak modne od czasów powiązania z Stonehenge z ciałami niebieskimi. Ale powiedzmy sobie otwarcie, że można śmiało założyć, iż wczasach przedpiastowskich nakłady na badania i naukę były jeszcze mniejsze niż obecnie. Lepsza już jest legenda, ta zaś mówi o grobie władcy.

Grób by wiele rozstrzygał i wyjaśniał. Tyle, że grobu nie znaleziono. Przynajmniej nie taki. Stare mapy mówią o wielu innych kopczykach wokół, a nazwę lokalnego święta — Rękawka — łączy się grobami, cmentarzami i dziadami. Ale czy ten konkretny kopiec też? Może samo miejsce kultu? Kult w końcu często ze zmarłymi się łączy; a budowa raczej na sam tylko kult wskazuje. Jednak jakiego kultu? Bo przecież i są tacy, co w ogóle istnienie religii przed chrześcijaństwem na tych ziemiach negują…

Tak więc nic nie wiemy. Nawet stojąc na szczycie nie wiemy, gdzie się schował dach Kolegiaty św. Anny, jakoś dziwnie nieobecny w panoramie Krakowa z kopca.

Zdjęcia: Pak4.

[8.7.2018: Podgórze – Kopiec Kraka – Fort i Kościół św. Benedykta. Ślad GPS.]

Ilustracje – Pak4

Gesty pianistki

8 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Usiąść.

Poprawić fotel.

Wtulić się weń pupą wiercąco.

Poprawić fotel.

Sprawdzić odległość od pedałów.

Poprawić fotel.

Pomedytować.

Poprawić fotel.

Kontrolne wciśnięcia pedału. Raz.

Kontrolne wciśnięcie pedału. Dwa.

Kontrolne wciśnięcie pedału. Trzy.

Poprawić włosy.

Testowe zdjęcie nogi z pedału.

Poprawić pupę. Wiercić się.

Testowe zdjęcie nogi z pedału.

Kontrola poślizgu szpilki z buta.

Palcem sprawdzona czystość fortepianu.

Włosy na stanowisko.

Można grać.

Noale… pianistka siedzi jednak na stanowisku tę godzinę. Ktoś powie, że lżejsza praca niż kilometry, które w tym samym czasie w Soczi wybiegiwali Chorwaci i Rosjanie. Ale jednak. Owszem, jakiś oklask zerwany ku delikatnemu niezadowoleniu pianistki — widać grymas — zmusza ja do powstania na chwilkę. Ale jednak stara się ciągiem. Nokturn za nokturnem. Sportowy zegarek przypomniałby, że pozycja niezdrowa i dla serca, i żył oraz tętnic; warto się ruszyć, wstać i ukłonić. Ale gdzie sportowy zegarek na scenę? Więc pianistka musi mieć komfortową pozycję.

Noale… pisał Charles Rosen, że praca pianisty chyba tylko pracy dyrygenta ustępuje jeśli chodzi o znaczenie mowy ciała na odbiór muzyki u słuchaczy. Więc gdy widzę, słabo ale widzę, kiedy pianistka się rusza, kiedy przygryza języczek, kiedy poddaje się śpiewności muzyki, a kiedy gra z niezgłębionym skupieniem, to wciąż myślę — ile w tym natury przeżywania muzyki, a ile gry na efekt wizualny, by dać satysfakcję zebranej publice. Więc i mnie. W końcu gdyby chciała, by efekty wizualne nie grały roli, to mogłaby ubrać burkini, albo przynajmniej suknię zasłaniającą skurcz nogi w wyjątkowo porywających pianistkę momentach.

A w Lusławicach grała malowniczo Ingrid Fliter.

Zdjęcia: Pak4.

[7.7.2018: Lusławice (inauguracja 6. Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Emanacje 2018)]

Ingrid Fliter w Lusławicach (pak4)

Powtórzenie, utrwalenie materiału

2 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Historia wciąż funduje nam powtórzenie i utrwalenie materiału. Historia magistra vitae est. To znaczy, czy życia to trudno powiedzieć, bo człowiek często jest tylko trybikiem i trudno coś zmienić w historii, ale nauczycielką jest na pewno znającą dobrze metodykę pracy.

Weźmy taki Tyniec.

Zamieszkały od najdalszych czasów. Choć nieco bliższych (według śladów znanych badaczom) niż pobliskie Piekary. W każdym razie początki nikną w pomroce dziejów. Pomroka, czy pomroczoność to wygodne wymówki, ale faktycznie niewiadomych jest dużo, warto więc od razu ostrzec odbiorcę. To w końcu nie podręcznik, gdzie wszystko musi być jasne i klarowne, nawet jeśli kosztem kłamstwa, byle tylko uczeń nie zadawał głupich pytań.

O czasach „prehistorycznych” (tu prehistorycznych, a tam gdzieś toczyła się historia państw greckich, czy innego Rzymu) powiemy tylko jedno: tu byli Celtowie. Przeszłość Polski zasadniczo nie jest celtycka*, ale na Śląsku i w Małopolsce ich ślady się znajdują.

W historię też wkracza Tyniec wśród domysłów i niepewności. Najczęściej cytuje się datę 1044, jako czas sprowadzenia benedyktynów i założenia opactwa, czego miał dokonać Kazimierz Odnowiciel. Ale data to późna i niepewna. Wiele łączy Tyniec z Bolesławem Śmiałym — to jakaś alternatywa dla kandydata na założyciela opactwa.

Obie wersje pozwalają snuć różne ciekawe przypuszczenia. W końcu Tyniec istniał przed sprowadzeniem benedyktynów, może więc Kazimierz Odnowiciel odebrał go dawnym właścicielom, a dał nowym? Są przesłanki, by twierdzić, że ówczesne wojny domowe całkowicie wymieniły polskie elity. Ale kto, kogo, jak, a nawet dlaczego — nie wiemy.

A jeśli Bolesław Śmiały? Ma swoją ulicę w Tyńcu. Skłaniam się do przypuszczenia, że wiele sukcesów z czasów jego rządów przypisuje się innym, bo narwanemu Śmiałemu nie bardzo wypada wykuować historię. Mogło to i Tyńca dotyczyć.

W każdym razie zaczęło się świetnie. Bliskość władzy, wyżyny intelektualne. (Przeskok z opata na biskupa nie był trudny. Wielu też się doszukuje wśród miejscowych mnichów Galla Anonima…) Ale, jak ze wszystkim, z czasem mogło być tylko gorzej.

Upadek trwał długo i następował względnie wolno. Inne klasztory i inne zakony weszły w modę**. W czasach nowożytnych Tyniec owszem, działał, ale „opat tyniecki” znaczyło tyle, co pan dóbr z królewskiej łaski. Albo by powiedzieć bardziej współcześniej — coś jak prezes spółki skarbu państwa, powoływany na stanowisko ze względu na znajomości w kręgach rządowych. Opaci mało dbali o dobra tynieckie, a o poziom intelektualny i moralny mnichów jeszcze mniej…

Z kryzysu są zwykle dwa wyjścia — upadek lub odnowa. W Tyńcu miały miejsce oba, poprzedzone jeszcze sławetną obroną w czasie konfederacji barskiej.

Najpierw był upadek. W czasie zaborów Tyniec dostał się w ręce Habsburgów i padł ofiarą procederu „prywatyzacji” dóbr klasztornych, które zdaniem Józefa II, nie dość pracowały na rzecz państwa i jego obywateli. W 1816 opactwo więc zlikwidowano. Sam Tyniec miał jeszcze epizodzik powołania biskupstwa, ale szybko przeniesiono je do Tarnowa.

Benedyktyni wrócili do Tyńca w 1939, ale że było to niespełna dwa miesiące przed wybuchem wojny, to odbudowę opactwa rozpoczęto dopiero w 1947, samo zaś opactwo przywrócono w 1968. Historia akurat w tych datach nieco kpi, jak dobra nauczycielka wplata takie żarty do swoich lekcji.

Po wszystkich wzlotach i upadkach Tyniec odnalazł współczesność w medialnej karierze ojca Leona czy też w Biblii Tysiąclecia, najoficjalniejszym ze współczesnych przekładów Biblii na język polski***. Na miejscu można się przekonać, że nie chodzi tylko o przekaz duchowy, bo w opactwie można kupić też chleb**** czy lody. Taka jest Polska XXI wieku, takie jest też opactwo.

____________
*) Zainteresowanych odsyłam do „Starożytnej Polski” Andrzeja Kokowskiego, który trochę zmniejsza rozdźwięk między językiem archeologii mówiącej o kulturach (np. kulturze przeworskiej), a historii operującej takimi nazwami jak Celtowie, Wandalowie, Goci, Słowianie. Można więc próbować jakiś obraz sobie z tego złożyć, choć wciąż z zastrzeżeniem, że te języki nie są różne z przypadku.
**) Upraszczam z tą modą niemal jakbym podręcznik pisał… To jest raczej tak, że w ludziach jest ogromny pierwiastek ziemskiej wygody, która sprowadza wszystkie poszukiwania duchowe do bezproduktywnego schematu, względnie zysku ekonomicznego. Dotyczyło to także zakonników. Nowe zakony i nowe klasztory były często właśnie odpowiedzią na ten problem, próbą odnowy, odwołania się na nowo do sensu myśli monastycznej albo bezpośrednio Ewangelii. Benedyktyni też dla siebie znaleźli takie poletko odnowy, zarówno jako strażnicy przeszłości pielęgnujący dawne tradycji kościelne i zakonne, jak i pracowici intelektualiści. Ale to dość nowe dzieje…
***) Ciągle słyszę jakieś uwagi krytyczne pod jego adresem, ale też widzę, że jest bardzo często wskazywany jako „przekład numer dwa”, po ulubionym danego biblisty. Więc należy go chyba bardziej na plus niż minus Tyńcowi przypisywać.
****) Wypiekają go benedyktynki w Staniątkach.

Zdjęcia: basia, Pak4.

[1.7.2018: Opactwo. Bogucianka – Góra Kowadza – Rezerwat Skołczanka – Ostra Góra – Kozobica – Guminek – Stępnica – Grodzisko. Ślad GPS.]

Ilustracje – Pak4

Trzy pory roku, albo Kudłacze

1 lipca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

I znowu na Kudłacze…
Liczyłem, że nazwę ten wpis cztery pory roku, nawiążę do Vivaldiego i Piazzolii; ale wyszło mi, że trzy. Byliśmy na Kudłaczach wiosną, byliśmy zimą. Jest lato — byliśmy. Jesienią? Jeszcze nie… A jesienne Kudłacze mogą być wyjątkowo piękne…

Zdjęcia: basia, Pak4

[30.6.2018: Poręba – Działek – Kudłacze – Łysina – Lubomir – Łysina – Sucha Polana – Kamiennik – Poręba. Ślad GPS.]

(Pak4)