Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Czy ta zima tak na serio?

1 kwietnia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Koniec marca. Powiew wiosny tak rozleniwia, że nawet się kurtki nie wkłada.
Lecz, co to? Szron.
Lecz, co to? Śnieg.
Lecz, co to? Lód.
Ale to tak na serio? Lód skuwa kałuże, niczym pluszowe kajdanki.
Śnieg leży, jak sen w chwili przebudzenia — dotknąć, a ucieka i się zapada.
Tylko martwe drzewa leżą na serio…

Zdjęcia: basia i Pak4
[30.3.2019: Las – Grota Komonieckiego – Polana Suwory – Smerkowica – Na Beskidzie – Potrójna – Leskowiec – Potrójna – Na Beskidzie – Smerkowica – Łamana Skała – Mlada Hora – Pietrasowa – Gałasiówka – Kocoń – Las. Ślad GPS]

Ilustracje – Pak4

Reklamy

Jak odżegnać się od polityki…

12 marca 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W wersji krótkiej: nie da się.

W wersji dłuższej: można próbować.

Zacząć należy od miejsca naznaczonego polityką. Bo okolice Czernichowa wyglądają jak sen pijanego kartografa-politykiera. Dość powiedzieć, że królują tam Przeginie: Duchowna i Narodowa. Słowem: Retoryjka, Na Bagnie, Pod Lasem…

Widoki ponad Wisłą wcale nie są lepsze, choć dalekie. A może właśnie dlatego. Że Babia Góra brzmi feministycznie, to oczywiste, ale kto nazwał jej wierzchołek Diablakiem? Jakąś wojnę ideową karografów tu widzę… Zimną…

Wkraczamy w las, a tam nie dość, że kapliczka, to jeszcze obok biseksualne przylaszczki… Więc nawet już pod nogi nie można patrzeć, by nie natykać się na politykę?

Tu przylaszczka, tam przylaszczka, spadłe z buków liście… Rejestrator polityki i aluzji się przepełnia i… resetuje.

I już nie widzę nigdzie polityki…

Zdjęcia: basia i Pak4

[10.3.2019: Kamień – Sokola – Kamień. Ślad GPS]

Babia z otoczeniem – Pak4

Na opak

9 marca 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Szliśmy już Doliną Mnikowską. Więcej niż raz. Zawsze gdy zbliżała się zima.

A teraz na opak, bo zbliża się wiosna.

Przeszliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a poprzednie razy odwrotnie.

Zresztą wiele rzeczy jest na opak. Z pozoru. Choć w sumie wywożenie śmieci do lasu? To nie jest z pozoru na opak, to jest na opak z wszystkim co dobre.

Idąc wyszliśmy pooddychać świeżym powietrzem nad autostradą A4 — znowu coś na opak. Dobrze, że przynajmniej Kraków było widać.

Ale dalej — Dolina Mnikowska i Wąwóz Półrzeczki (dopiero teraz, wiosennie, pokazuje się w pełnej krasie) to tereny na przedłużeniu pasa startowego Balic. A że wiatr wiał, jak wiał, czyli z Zachodu (znaleźliby się tacy, którym i to przeszkadza, i powiedzą, że na opak, bo wiatr powinien być nasz, a nie jakiś tam zachodni…) to wciąż nad nami przelatywały startujące samoloty.

W tym turbośmigłowiec. Od razu słychać, że i śmigło i odrzut. Niby nic niezwykłego, choć jednak mniej popularnego niż odrzutowe airbusy, czy boeningi na Balicach*. A czy napędzanie silnikiem odrzutowym śmigła nie jest „na opak”? W końcu pierwsi odrzucili śmigła z rozkoszą, świadkiem mijany w drodze do dolinek Jak-23, pierwszy czy coś koło, odrzutowiec w lotnictwie polskim. A jednak wróciło. I ma się raz lepiej, raz gorzej. Bo zmiany nie są liniowe, tylko bardziej pokręcone od naszych wykresów GPS…

I czy nie jest czymś na opak, rozważanie zawiłych dróg rozwoju silników odrzutowych po pieszej wycieczce w urokliwej dolinie i urokliwym wąwozie?

*) Choć na Balicach stacjonują polskie Casy.

Zdjęcia: basia i Pak4

[9.3.2019: Mników Skałki – Wąwóz Półrzeczki – Mników – Dolina Mnikowska – Mników Skałki. Ślad GPS.]

Kowalik – jedyny ptaszek, który potrafi biegać główką w dół. Fot. Pak4

Dlaczego złoto jest złote

14 lutego 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Otóż wszystko przez Einsteina. Co ciekawe, i przed Einsteinem było złote, a nie szaro-bure. Bo i jaką atrakcją byłaby szaroburość w walentynki?

Ze złotością złota chodzi o to, że te orbitale… Ale po kolei.

Rozkładając „złotość” na elementy możemy powiedzieć, że składają się na nią dwie rzeczy: metaliczność powierzchni i jej żółta barwa. Żółta, czyli absolutnie nie fioletowa, czy granatowa.

Metaliczność załatwia fakt, że mówimy o metalu. I to w postaci siatki krystalicznej stworzonej z pierwiastków danego metalu (umożliwiają to własności metali jako takich), bo przecież krew, albo ochra mają sporo żelaza, a nie są metaliczne.

Przeciwieństwo żółtości ma zaś to znaczenie, że aby kolor zaistniał, to materiał, który go ma, musi odbijać pewne częstotliwości, a pochłaniać inne z zakresu światła widzialnego. A nawet przede wszystkim pochłaniać, bo czego nie pochłania, to odbija.

Konkretnie, złoto musi pochłaniać składowe przeciwne do żółtego: fioletową i niebieską. Pochłonięte i odbite składowe oznaczają reakcję na pewne fotony, które się odbijają, lub nie. Od czego odbić się mogą fotony, można zapytać? Otóż mogą się odbić od elektronów z zewnętrznych powłok. Od nich zależy więc kolor.

W przypadku złota na ostatniej powłoce, 6s, „krąży” tylko jeden elektron. To umożliwia wpadanie sąsiadów z 5d. Wpadanie pod warunkiem, że sąsiad dostatnie odpowiednio silnego „kuksańca” od fotonu. Bo jeśli kuksaniec będzie za słaby lub za silny, to zostanie odbity foton, a nie sąsiad, pochłaniający foton. Siła kuksańca zaś zależy od jego energii, czyli też długości fali, czyli… barwy. Jeśli elektron złota z 5d wpadnie na 6s, to foton zostanie pochłonięty. Jeśli nie… cóż, odbije się.

Czyli cała rzecz sprowadza się do różnicy energetycznej między orbitalami 6s i 5d, bo to ona decyduje o tym, na jakie fotony wrażliwe są elektrony z 5d.

Ale ta okazała się bardziej złożona. A to właśnie przez pana Einsteina. Bo czym bardziej na zewnątrz atomu „znajduje” się elektron, tym szybciej musi „krążyć”. I w dużych atomach, takich jak złota, jego prędkość jest dostatecznie duża, by teoria względności przydała elektronom masy, a więc zbliżyła je do „krążących” niżej.

W efekcie między 5d a 6s przeskok energetyczny jest mniejszy niżby się wydawało. I dlatego w ogóle wpada w zakres światła widzialnego, gdyż bez Einsteina złoto byłoby jak gawron (podobno barwny w ultrafiolecie, w świetle widzialnym jednak nudno czarny), złoto by się pyszniło się barwami w ultrafiolecie, ludzkim oczom ukazując się jednak szaro-metalicznie, jak żelazo na przykład…

_________
Korzystałem z bardziej fachowego wpisu… Ale dłuższego.

Spektakl polityczny

23 stycznia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Narzekamy często na spektakl polityczny, który toczy się w mediach, urzędach i ogólnie polskim życiu politycznym. Dla złapania więc oddechu udaliśmy się na spektakl polityczny toczący się w polskim teatrze. Są różnice?

Są!

W spektaklu toczącym się w „życiu” można odnieść wrażenie, że walczą ze sobą karne armie partyjne prowadzone przez przebiegłych wodzów. Że owszem, czasem partia ma centrum i skrzydła, ma kolejne rzuty, odwody itp., ale mimo wszystko to jeden mechanizm.

A magią teatru jest to, że każdy głos, na który rozpisano sztukę jest indywidualny. Prowadzi swoją własną grę. No dobrze, prawie każdy, bo Ibsen nie przechodzi testu Bechdel. Ale jednak każdy gra i żadna gra nie jest czysta, żadna też nie jest absurdalna i obca.

Nie będę twierdził, że teatr jest szlachetniejszy. Raczej to połączenie jego magii, bo w teatrze częściej niż w kinie czy telewizji dostrzegam to rozpisanie dogłębne ról, gdzie postacie dalekiego planu nie są tylko planem; z medialną urawniłowką — bo politykę mamy przefiltrowaną przez jej redakcyjnych kibiców, gdy teatr polega na próbie bezpośredniego kontaktu aktora z widzem.

Zdjęcia: Pak4

[22.1.2018: Narodowy Teatr Stary, Wróg ludu w/g Ibsena.
Reżyseria – Jan Klata*]

Pod znakiem Trianon

10 stycznia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Była Hungaria, ostało się Magyarország. I weź tu człowieku tłumacz.

Pan historyk-dyplomata tłumaczy to i owo, tłumaczy, że w sumie pierwsza niepodległość od czasów Mohacza. Ale tragedia jednak jest tragedią; nawet jeśli z prób odzyskania utraconych ziem sobie trochę pokpiwa.

Pan słuchacz-inżynier nawet na tyle nie wchodzi w psychologię onych, tylko zadaje pytanie z tezą, że nasi to na pewno nie, ale że tamci-oni nam ukradli.

A przecież kto powiedział, że rodzenie się nowoczesnego państwa narodowego ma być bezbolesne? Polska i Węgry stały się takimi państwami prawie równocześnie; ale Polska metodą scalania i zlepiania; Węgry zaś metodą obłupywania.

W zwycięskim scalaniu, łatwiej przychodzi przejść nad daniną krwi i okrucieństwem wojny. Przegrani zamiast dumy z sukcesu mają tylko pole minowe znaczeń.

No i ta przelana krew… Spływała wtedy krwią cała nasza część Europy — od Karelii po Izmir — budując na fundamencie krwi nowe granice. Jedne przetrwały kilkanaście lat, inne ze dwadzieścia, a inne trwają do dziś. Tak samo jak ówczesne traumy…

Zdjęcia: Pak4

[10.01.2019: MCK, Gábor Lagzi „Węgry” (1918-1939)]

Spotkać Rodaka w 2018

31 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Literatura science fiction ma kilka schematów, które kolejne powieści, czy opowiadania rozwijają. Jednym z nich jest spotkanie obcych. Że my i oni. Że w ruch idą czułki, macki i mózgi, by wybadać tego drugiego, zrozumieć, pojąć. A przede wszystkim określić, czy przychodzi z pokojem, czy przeciwnie, niesie wojnę.

Jakoś łatwiej taki schemat fabularny przychodzi, gdy można bez wstydu przeciwstawić nas — im. Gdy taki pisarz pisze w imieniu Ludzkości, która spotyka niespotykane… Nie widziałem jednak takiej powieści, czy opowiadania, które mówi o spotkaniu Rodaka.

A przecież jest podobnie, na to stulecie niepodległości. Spotyka się Rodaka, gawędzi o pogodzie, albo pobliskim wypadku na drodze. Aż nagle jakieś nieostrożne słowo wkroczy w kosmiczną otchłań polityki. I pada pytanie: nasz ci on? A może ich? Ucieszymy się odkryciem nieoczekiwanego sojusznika, czy odwrotnie, napotykamy umysł obcy, odrębny, a nawet może wizualizujący nasze lęki, niczym lemowskie Solaris?

Jak wiemy z science fiction, nie musi to być od razu spotkanie trzeciego stopnia. To czasem może być jakiś artefakt. Choćby mijany na Grodzkiej biało-czerwony szalik „Stop Targowicy”. Kto jest tą Targowicą? My dla nich, czy oni dla nas? Trudne te kosmiczne języki.

Albo taki „ZNIEWOLONY SUWEREN” z Salonu Bożonarodzeniowego w Pałacu Sztuki: pudełko z napisem „Demokracja”, obwiązane wstążką, z kokardą w postaci skrzydeł (husarskich?). Kto kogo niewoli? Jaka demokracja? Czy ze słowem na „L”, czy bez. Zresztą czy słowo to brzydkie, czy piękne? A Suweren z dużej, czy suweren z małej? A w ogóle, to ten suweren to my, czy oni? Słowem: dokona na nas inwazji i nas zniewoli ten kosmita, czy też wspólnie posepulimy?


(Józef Sękowski, Zniewolony suweren)

Weźmy taką „Moskwę”. Niby każdy wie, co to Moskwa w pierwszym, podstawowym znaczeniu — stolica Rosji. Ale tu Moskwa jest naznaczona w Belgii. Żart? Krytyka? Krytyka krytyki? Krytyka krytyki krytyki? Czyli „troll Putina”, albo „leming” — wszystko zależy od tego, czy krytykę pomnożymy parzystą, czy nieparzystą liczbę razy. Nie znam, nie mam co czego przyłożyć macki, gdzie nachylić czułku, a mózg wyświetla komunikat: „Error: Za mało danych.”


(Maciej Zabawa, Moskwa)

Ale tamci dwaj Rodacy chcieli powiedzieć. Mówili głośno i wyraźnie, choć pozostawili niedopowiedziane. Nie wszyscy tak chcą. Niektórzy chcą się ukryć i nie pozwolić zbadać. Ostrzega n+1 zmysł, że to może być pułapka, a z ukrycia nastąpi atak.

Weźmy takie dwie twarze, biel i czerwień. Zapewne więc nawiązanie do Polski, że rok jubileuszowy to może do niepodległości. Twarze skierowane nosem w nos. Nie dość, że nie wiem, czy autor jest przeciwko mnie, czy ze mną; to nawet nie wiem, czy twarze są zwrócone przeciwko, czy ku sobie. A może mają się za chwilę posmyrać po eskimosku? Niby jedna z lewej a druga z prawej, ale jak obejdę z drugiej strony to będzie na opak. Że jedna biała a druga czerwona, to połączenie w polskość, czy przeciwstawienie w politykę? Bo czy twarze trwają w dialogu, czy konfrontacji. I czy są tylko dwulicowe, czy mają tych lic więcej?


(Józef Stanisław Stec)

Bezpiecznie-niebezpieczne jest też „sąsiednie” dzieło. Trzy prawie całkiem białe plansze, tylko wypukłości papieru (?). Na ostatnim mała biało-czerwona po środku. Czyli ojczyzna, czyli wielka idea. Tylko trochę jak podręcznik wyższej matematyki dla analfabety. Bo te to orbitują wokół Moskwy, Brukseli, czy Torunia? Może powinienem znaleźć jakiś nowy słownik polsko-polski by to zrozumieć?


(Marek K. Pieniążek)

***

Ale w Pałacu Sztuki te spotkania są bezpieczne. Żaden Rodak nie sięgał po bat’leth. Nawet flagą nikt nie zamachał przed nosem. Można się poczuć jak sonda w przestrzeni międzygwiezdnej — tu fotka, tam fotka, rejestrowane dane, nawet jakieś analizy, a ziemska codzienność daleko. Jeszcze dalej od żywego i niebezpiecznego Rodaka. A potem wraca człowiek z tego kosmosu i musi żyć, w niepewności, kim jest ten, któremu spogląda prosto w oczy na ulicy.

I marzy się świat i Polska, gdzie można spotkać Rodaka i wybadać się nieniszcząco. Ale zostawmy może już to science fiction.

Zdjęcia: basia i Pak4

[29.12.2018: Krakowski Pałac Sztuki, IV Bożonarodzeniowy Salon ZPAP OK. „Portal Próżności” Małgorzaty Karp-Soi]

Budują się zamki po polskiej krainie

30 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czasem słyszę takie narzekania i zazdrości, że Francuzi mają, Niemcy mają, Włosi mają, nawet Austriacy mają zamki, a nawet Czechom się trafia, a u nas bida z nędzą. Jeśli to ruina. Tu czasem przychodzi nawet fachowe uzupełnienie, że przecież oni też odbudowywali, bo od średniowiecza to się taki zamek w całości nie ustoi, że trzeba wciąż na nowo go wznosić, przerabiać, stylistycznie oczyszczać.
Tyle, że Francuzi, Włosi, Niemcy… zrobili to w porę, gdy żadnemu Napoleonowi I, czy III nawet, nie śnił się konserwator zabytków, jak Pan Samochodzik[1], goniący nadgorliwych budowniczych gdzie pieprz rośnie. My mieliśmy to zabory, to odzyskiwanie niepodległości, to komunę i dopiero teraz stać nas by z tej ruiny wyjść i w każdym powiecie zbudować zamek, jak się da to kazimierzowski, a jeśli się na „Koronę królów”[2] nie załapie to trudno, lepszy nawet nędzny kasztel niż nic.

W powiecie może powinienem zrozumieć. Ale w gminie? A dwie rekonstrukcje w jednej gminie? Bo w takiej gminie Czchów do rekonstrukcji pt. „Tropsztyn”, dołącza teraz rekonstrukcja pt. „Czchów”, jakby sama autentyczna baszta nie wystarczyła. „Wzrost atrakcyjności turystycznej”? Ja bym raczej kazał to finansować pobliskim marketom budowlanym — w końcu to bardziej ich reklama, niż średniowiecze. Niech się OBI, Castorama i Leroy Merlin już zrzucą, jak muszą się tak pokazywać; nie mieszajmy w to niewinnych turystów…


1) W jednej z książek cyklu, Pan Samochodzik przyjeżdża pod ruiny zamku i idzie jako człowiek z ministerstwa do miejscowego dyrektora przedsiębiorstwa, który opowiada mu, że ten zamek to tak dla picu się niby odbuduje, ale w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby przedsiębiorstwo zbudowało sobie ośrodek wypoczynkowy. Na co Pan Samochodzik mówi, że owszem, jest z ministerstwa, ale Kultury i Sztuki, że musi zawiadomić kogo trzeba. A dyrektor wylewa swoje żale na sekretarce, że nie sprawdziła z jakiego ministerstwa. Czy jakoś tak. Czytałem jako uczeń podstawówki, więc już słabo pamiętam, a okoliczności mogą się dzisiaj wydać bardziej egzotyczne niż „mój ci jest” Jurandówny…
2) Bobolice, inna „rekonstrukcja”, się załapały. Może Czchów też chce?

To coś

18 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Gdy czytałem Pomykalskich, albo Hildebrandta (Andrzej Hildebrandt, Węgry. Przewodnik historyczny, Bellona, 2016) od razu rzucało mi się na myśl: „dzieło amatorskie”, bo profesjonalistów coś odróżniało. Ale trudno mi było uchwycić „to coś” — bo ani Pomykalskich, ani Hidlebrandta nie czyta się źle, nie są też bałamutni, przynajmniej nie bardziej niż przeciętny „profesjonalista”.

Pytanie o to, czym jest „to coś” pojawiło się ze zdwojoną siłą po wizycie w Muzeum Etnograficznym im. Seweryna Udzieli (wizycie przypadkowej, jak blogerowi-amatorowi wypada). W muzeum wiele, wiele dzieł zaskakująco dobrych, a przy tym amatorskich…

Nie chodzi przecież o sposób zarabiania. Nikifor-Drowniak żył z obrazów. Ale był „amatorem”. Poziom „artystyczny”? Nie wiem, jak go zmierzyć, ale jeśli tym, że dzieło porusza, że „zaklęty w nim jest duch”, to również można odpowiedzieć negatywnie, nawet powołując się na ten sam przykład Nikifora. Więc?

***

W filmie Jesienna sonata Ingmara Bergmana zapadła mi w pamięć taka scena. Córka, w tej roli Liv Ullman, gra na fortepianie jeden z utworów Chopina. Gra szkolnie – nie poszła w ślady matki-artystki, została skromną żoną pastora, a nie wielką artystką. Matka, w tej roli Ingrid Bergman, siada do fortepianu i pokazuje, jak ten utwór może brzmieć, tłumacząc jednocześnie:

– Chopin jest czuły, ale nie czułostkowy.

***

Mam wrażenie, że w profesjonalnej sztuce jest dużo takich „ale”: wpojonej w czasie edukacji świadomości, że przelewając nasze emocje i myśli w dzieło, wciąż ocieramy się o kicz, a ten jest zbrodnią. Amator* nie miał się jak tego nauczyć. Łatwo więc wpada w pułapki kiczu. Ale z drugiej strony, jeśli jakimś szóstym zmysłem wiedziony je ominie, to szczerość i bezpośredniość dzieła, mogą zawstydzić profesjonalistów.

W Muzeum Etnograficznym właściwie trudno mi było znaleźć dzieła złe. Bywały jakoś karykaturalnie zabawne, gdy Jezus i Bóg-Ojciec obejmowali się, jak dwaj pijaczkowie; albo pingwin miał w swoim dziobie cały zastęp żółtych zębów. Ale ta karykaturalność nie była odpychająca… prędzej rozczulająca. Tak jak rozczulająca bywa sztuka naiwna.

*) Dotyczy to też odbiorców. Przynajmniej jak się słucha różnych opinii…

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.12.2018: Krakowskie Etmomuzeum (Kazimierz, Plac Wolnica)]

Przewodnik po naszych lekturach bałkańskich

13 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Liczba dróg na Bałkanach wcale nie jest taka mała, nawet jeśli na drogi czasem ktoś tu narzeka.
(Jest taki śmiałek/śmiałkini?). Pytanie skąd i dokąd.

Powiedzmy, że jesteś, Czytelniku/Czytelniczko spragniony wakacji w byłej Jugosławii.

Tu należy polecić „Jugosławię. Rozsypaną układankę” Pomykalskich — rzecz najbliższą przewodnika, bo w gruncie rzeczy to zbiór obrazków z podróży. Obrazków, które łączą uroki architektury, atmosferę miejsc, historię, ciekawostki i kulturę. Z książki można wynieść sporo inspiracji do organizacji wyjazdu. No chyba, że ktoś chce zdobywać szczyty, albo odwiedzać plażę — tu autorzy nie dają rekomendacji… Ale to można doczytać.

● Beata i Paweł Pomykalscy, Jugosławia. Rozsypana układanka, Bezdroża, 2017

Pewną alternatywą, czy uzupełnieniem może być „Adriatyk” Uwe Rady. Owszem, tu mniej o kulturze, czy ciekawostkach, a zupełnie już nie przypominam sobie dyskusji o kulinariach. Za to więcej i głębiej o historii — Pomykalscy podróżują jako zafascynowani turyści (choć nie są im obce poważniejsze spostrzeżenia), Uwe Rada tworzy eseje historyczne.

● Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, tłum. Andrzej Robak, Wydawnictwo UJ, 2016

***

Oprócz tego oczywiście istnieje wiele przewodników. Zerkaliśmy, doczytywali… Każdy ma swoje wady i zalety, wszystkie jednak bardziej służą do doinformowania niż do lektury w długie zimowe wieczory.

***

Nad Bałkanami wisi jednak widmo niedawnych wojen. Gdzieniegdzie zupełnie namacalne, jak w zrujnowanych domach w Bośni i Hercegowinie. Jeśli zaś czytać o konfliktach to wybór jest duży.

Dla nas pierwszą lekturą i to lekturą bardzo ważną i mocną były „Bałkańskie upiory” Roberta D. Kaplana. Wizja Bałkanów sprzed wojen (ostatnich), wizja mroczna — krain przesiąkniętych nacjonalizmem i upadkiem. Że Kaplan jeździł w latach 80-tych to potraktowano go jako proroka zwiastującego późniejsze zbrodnie — na co sam chętnie przystał…

● Robert D. Kaplan, Bałkańskie upiory. Podróż przez historię, tłum. Janusz Ruszkowski, Czarne, 1993

Jeśli ktoś sięgnie po gruby tom Kaplana, to zalecałbym także zerknięcie do Todorovej. O ile Kaplan pisze o Bałkanach z wyższością „człowieka Zachodu”, to Todorova tropi takie poczucie wyższości u gości. Bardziej zresztą tym tropieniem jest zajęta niż samymi Bałkanami… To dobra odtrutka i ciekawe wyjaśnienie bałkańskich historii. Należy jednak przestrzec czytelnika: to odtrutka na poczucie własnej wyższości i potępianie barbarzyńskości mieszkańców Bałkanów, ale dla pragnących je poznać nie wnosi zbyt wiele.

● Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Magdalena Budzińska, Jan Dzierzgowski i Piotr Szymor, Czarne, 2014

Czymś pomiędzy mogą być eseje Ivana Čolovića. To głosy serbskiego intelektualisty, który sprzeciwia się szerzącemu się wokół nacjonalizmowi. (Dodajmy: po-jugosłowiańskiemu, bo nie tylko serbskiemu.) Tropi go
w kulturze, dostrzegając że wbrew obiegowej opinii, to nie „barbarzyńskość”, ale właśnie „kultura”
nakładają przymus mordowania wrogów.

Wśród narzekań autora na wszechobecność nacjonalizmu (także po klęsce) i na toksyczność wezwań do serbskiego (czy chorwackiego) ducha, Čolović w zasadzie uczłowiecza mieszkańców Serbii. Zwłaszcza z polskiej perspektywy, bo nasz język polityczny, albo związki polityki z religią, tak bardzo się nie różnią…

● Ivan Čolović, Bałkany. Terror kultury, tłum. Magdalena Petryńska, Czarne, 2007

Kontynuując ścieżkę intelektualnych rozważań nad źródłami przemocy i czystek etnicznych muszę tu przywołać Davida Rieffa, choć on pisze już z australijskiej perspektywy, nawet jeśli zainspirowany przeżyciami z wojny w Bośni (o samej książce dowiedziałem się od Vulliamy’ego, którym dalej).

David Rieff poświęcił swój esej problematyczności pamięci historycznej. Aż się waham, gdzie postawić cudzysłów, bo po lekturze Rieffa tu „problematyczne” jest wszystko. Nie pamiętamy bowiem „historii”, a tylko pewne mity na jej temat, które nas kształtują. A skoro to nie przeszłość, to trudno mówić o pamięci.

Rieff daje do myślenia.

Mnie, na przykład, skłania do stwierdzenia, że wszystko co jest tak bardzo ludzką cechą „po coś jest”. Także pamięć fałszywych wydarzeń z przeszłości. Że sztuką nie jest więc jej odrzucenie, co znalezienie właściwych proporcji – tak by budować wspólnotę, a nie burzyć; by znajdować wsparcie dla innych, a nie wrogość; by wreszcie odstraszać napastników, ale nie mścić się na nikim…

● David Rieff, Against Remembrance, Melbourne University Press, 2011

***

Ścieżka od „Bałkańskich upiorów” zaprowadziła do kwestii pamięci historycznej. Czyli oddaliła się daleko od Bałkanów geograficznie, choć pozostała blisko tematycznie. A wracając na grunt lokalny to przychodzi czas na wspomnianego Vulliamy’ego.

Ed Vullliamy był dziennikarzem Guardiana; redakcja wysłała go, by „rzucił okiem” na niepokoje w Jugosławii — i tak się zaczęło…

Vulliamy należał do najważniejszych dziennikarzy piszących reportaże o wojnie w Bośni i Hercegowinie, to on „odkrył” obozy koncentracyjne, w których Serbowie więzili Boszniaków — z tego powodu był świadkiem w procesach zbrodniarzy wojennych i przedmiotem pytań, o to jak daleko sięga zawód dziennikarza. Książka „Umarła wojna, niech żyje wojna” to niejako dalszy ciąg — autor śledzi los poznanych wówczas Boszniaków, ich życie na emigracji, ich powroty, wreszcie ich niesłabnącą żądzę zemsty…

To ponura lektura, choć można znaleźć wiele smaczków dla siebie — np. w opisie życia muzułmańskich imigrantów w Wielkiej Brytanii.

● Ed Vulliamy, Umarła wojna, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, tłum. Janusz Ochab, Czarne, 2016

Wymieniłem tu na pierwszym miejscu Vulliamy’ego, choć po podobny temat bośniackich rozliczeń sięgnął też Wojciech Tochman, który ze względu na węższe zakreślenie tematu (interesuje go głównie odnajdywanie śladów zbrodni, tak by rodziny mogły pochować swoich zmarłych) i mniejszą objętość powinien być bardziej przystępny dla czytelnika.

● Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Literackie, 2003; audiobook czyta Ksawery Jasieński

***

Vulliamy i Tochman piszą o wojnie z lat 90-tych. Nas ciekawiła także historia z czasów komunizmu.

Z tego punktu widzenia, szczęśliwie się złożyło, że w tym roku ukazało się „Błoto słodsze niż miód” Małgorzaty Rejmer, która postanowiła zgłębić komunizm w wydaniu albańskim, zbierając opowieści przeciwników (głównie) systemu.

Po co czytać Rejmer, skoro każdy wiele już na ten temat przeczytał? Dam dwie odpowiedzi:

Po pierwsze, Rejmer znakomicie pisze (za książkę „Bukareszt. Kurz i krew” nominowano ją do nagrody Nike, a teraz „Błogo i krew” przyniosło jej nominację do Paszportów Polityki); po drugie komunizm albański był specyficzny: Albania zerwała z ZSRR po śmierci Stalina, wciąż utrzymując związki z Chinami. Chiny jednak też stały się z czasem zbyt liberalne, a pogrążony w osamotnieniu kraj pogrążył się w wielkim kryzysie, aż przywódca umarł… Potem, co prawda, też się działo ciekawie, ale to już nie jest tematem książki pani Małgorzaty Rejemer.

● Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii, Czarne, 2018

Inna pozycja o latach komunizmu, też o czymś specyficznym z polskiej perspektywy to „Naga Wyspa” Božidara Jezernika.

Tytułowa „Naga Wyspa” to jedna z wysp Dlamacji, położona w sąsiedztwie Krk, która stała się miejscem odosobnienia dla przeciwników Tity. Swoisty paradoks: jeden z najgorszych stalinowskich gułagów został stworzony dla izolacji i reedukacji zwolenników… Stalina.

Božidar Jezernik wgłębia się w psychologię więźniów, pokazując szczegółowo, jak destrukcyjnie działało to więzienie. A z punktu widzenia turysty, pokazuje jak złowrogie dzieje mogą mieć pozornie urocze wysepki na Adriatyku.

● Božidar Jezernik, Naga Wyspa. Gułag Tity, tłum. Joanna Pomorska, Joanna Sławińska, Czarne, 2013

***

Wciąż chodziło za nami pytanie o źródła bałkańskich nienawiści. Wojna z lat 90-tych miała się zacząć od zaburzeń w Kosowie, które z kolei wywołały serbski nacjonalizm, który z kolei zintensyfikował przemoc w sporach graniczno-niepodległościowych…

Trzeba było więc sięgnąć po historię bitwy na Kosowym Polu. Tu bym polecił zbiór artykułów wydany pod patronatem Histmag.org: Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych. O bitwie co prawda dowiemy się tu niewiele, ale właściwie wszystko to, co jest potrzebne dla zrozumienia miejsca Kosowa w pamięci narodowej Serboów. Bo od bitwy ważniejszy jest kulturalny kontekst sprawia, że dla Serba Kosowe Pole to dużo więcej niż jakakolwiek bitwa — to istota kultury narodowej.

Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych (praca zbiorowa), Histmag, 2009

Spragnieni bardziej szczegółowej wiedzy mogą sięgnąć też po Bitwę na Kosowym Polu Ilony Czarmnańskiej, która dokończyła książkę nieżyjącego już Jana Leśnego. W porównaniu do artykułów ze „Źródeł nienawiści” nie wnosi ona wiele do wiedzy o bitwie na Kosowym Polu, jako czynniku nacjonalizmu, ale lepiej ilustruje okoliczności i znaczenie — choćby rolę takiego Dubrownika w jej czasach.

● Ilona Czarmańska, Jan Leśny, Bitwa na Kosowym Polu 1389, Wydawnictwo Poznańskie, 2015

***

Z przeglądu wynika mi, że nie napisałem jeszcze o czterech książkach. Dwóch z nich jeszcze nie przeczytałem, stąd i brak zrozumiały. O dwóch mogę jednak wspomnieć, tylko trudno je gdzieś podpiąć.

Bo takie „Międzymorze”? Ziemowit Szczerek napisał książkę o Europie Środkowej, niejako badając istotę „Międzymorza” wydumanego przez polską dyplomację. Notuje więc czasem lokalne osobliwości i style, ale wszystko to z pamięcią o Polsce — trudno więc polecać go, jako przewodnik po byłej Jugosławii i jej historii. Chyba, że ktoś chce wiedzieć akurat tyle, ile mu potrzeba do krytykowania polskiej dyplomacji…

● Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Agora S.A., Czarne, 2017

O Ivo Andriciu pisałem już raz, trudno mi więc się powtarzać. Dodam tylko, że również na podstawie innych lektur most w Visegradzie staje się niejako punktem centralnym Bałkanów. Piszą o nim: Vulliamy, Pomykalscy,
Szczerek, oraz niewymieniony wyżej Christopher Hitchens we wstępie do „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West.

● Ivo Adrić, Most na Drinie, tłum. Halina Kalita, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1985

***

Dwie wciąż nieprzeczytane książki, leżące w pamięci czytnika, to: „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West, oraz „The war in Eastern Europe” Johna Reeda. Może przyjdzie jeszcze na nie czas?