Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Na wschód od Ojcowa

9 grudnia 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zadanie: zaplanować i zrealizować pętlę spacerowo-wędrówkową, która:
— poprowadzi nieznanymi nam częściami bliskiej Krakowa Jury,
— poprowadzi (w mokrym roku) w miarę możliwości po asfalcie,
— pokaże coś urokliwego,
— uniknie spaceru po drodze nr 94…
(Nie, żebyśmy wielu pięknych rzeczy nie zawdzięczali drodze nr 94, ale co dla jednych jest preferowanym szlakiem, dla innych jedynym możliwym. A nikt nie lubi wdychać spalin.)

Realizacja:
9.12.2017: Biały Kościół — Wierzchowie — Wąwóz Korytania — okolice Bramy Krakowskiej — Prądnik Czajowski — Prądnik Korzkiewski — Biały Kościół.

Uwagi:
— Trochę 94-ki (Wierzchowie) było jednak nasze, szczęśliwie z wyjątkiem może 40m, szliśmy chodnikiem.
— Droga prowadziła zwykle asfaltem, ale chwilowo brukiem, czasem lodem, czasem (krótkim i popołudniowym) czymś bito-twardym z dziurami. Nogi nie zamokły, chwilowo trzeba było uważać na śliskość.
— Atrakcje zapewnił Ojcowski Park Narodowy, przez swoich przedstawicieli: Prądnik, Bramę Krakowską, Źródło Miłości, skały Rękawica i Wapiennik, Górę Okopy (z westchnieniem nad historią Konrada Mazowieckiego, który grał tu o tron z Henrykiem Brodatym), liczne opadły igły modrzewiowe, oraz przejaśnienia i rozbłękitnienia grudniowe.

Wniosek:
Juro, do zobaczenia!

Zdjęcia: basia i Pak4

Ilustracje – Pak4

Ślad GPS

Reklamy

Mariazell

1 grudnia 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Do Mariazell musiał dojść mnich Magnus mniej więcej jak my [1] — od południa, wzdłuż rzeki Salzy. Zakładając, że droga w 2017 była podobnie ułożona, jak ta w 1157. Ale w sumie do tego zmuszała ją geografia. Bo już wojska napoleońskie szły inaczej [2], ewentualnie spieszyły w przeciwnym kierunku (z Mariazell na południe) ścigając Austriaków i Rosjan.

Bo Mariazell jest zaskakująco po drodze. Zaskakująco, jak na rodzaj gniazdka uwitego wśród gór.

Mnich Magnus miał napotkać kolejno zbójców, śnieg i głaz. Myśmy dotarli gładko, choć podeszczowo. Trochę nas nawigacja nie chciała wypuścić, ale to już jej problem. I zimno rano było, co jakoś ten grudzień mnicha Magnusa przypominało.

Mnich Magnus miał wymodlić pomoc Matki Boskiej — głaz się rozpękł. I całe szczęście, bo moje ironizowanie o wyższej inżynierskiej sprawności sił zła niż sił dobra znalazło wreszcie przeciwwagę [3]. A my znaleźliśmy czczoną figurę Matki Boskiej i zapewniającą odpoczynek od chłodu i wilgoci bazylikę. Też inżyniersko tak sprawnie wybudowaną, że aż w autentycznie gotycki charakter środkowej wieży trudno uwierzyć.

Chociaż, czy można w takie legendy wierzyć? Wersję opisaną w Przewodniku Katolickim [1] próbowałem zweryfikować, nie w sprawie Magnusa (tu nie ma kogo pytać), ale w sprawie margrabiego Henryka [4], zwycięstwa Ludwika Wielkiego nad Turkami [5], czy odbudowy przez kraje związkowe Austro-Węgier w 1827 [6]. I okazało się, że może i prawda, ale niezupełnie… Jeśli tak, to może nie było zbójców i kamienia, a tylko odpoczynek przy planowanej drodze, taki jaki i nasz?

Bo takie przystanki są potrzebne. W ziemskim pielgrzymowaniu pieszym i samochodowym.

_________________
[1] https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2011/Przewodnik-Katolicki-40-2011/Wiara-i-Kosciol/Mariazell-Matki-Narodow-Slowianskich

[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Battle_of_Mariazell

[3] https://basiaacappella.wordpress.com/2017/11/13/cividale/#comments

[4] Władysław III Henryk. Ale żona nie była Kunegundą a Hellwidą z chorwackiej Trnavy (nie mylić ze słowacką). W każdym razie, mogła mieć Mariazell na tyle „po drodze” między swoimi rodzinnymi stronami, a stronami męża, by zatrzymać się (jak my) i poznać.

[5] W 1365 Ludwik Wielki walczył z Wołochami, a właściwie to głównie z Bułgarami, którzy Wołochów podbechtywać mieli do opierania się Węgrom. Co prawda w późniejszej kampanii z tymi samymi wrogami pojawiają się Turcy jako ich sojusznicy, jednak nie ma tam mowy o zwycięstwie Ludwika, a jedynie o plądrowaniu Banatu (przez Turków). W ogóle, w życiorysie Ludwika Wielkiego/Węgierskiego to jedyna wzmianka jaką znalazłem o wojnie z Turkami; choć trzeba uczciwie przyznać, że chciał z nimi walczyć — w tym właśnie celu (poszukiwania wsparcia dla krucjaty i Piotra Cypryjskiego) jechał do Wierzynka, ale Kazimierz Wielki dał mu obietnicę dziedziczenia zamiast wojsk krucjatowych.

[6] Austro-Węgry powstały w 1867. Rozumiem skrót myślowy, ale przecież samo „Austria” zajęłoby mniej miejsca w tekście.

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.9.2017: Mariazell. …]

świt pod Mariazell

„austriacka Częstochowa”

nad miasteczkiem niebieskości

my na północ, niestety

przez górki

…i lasy

Melk na horyzoncie!

zatem zajechaliśmy

rajskości Melku

jedna z najpiękniejszych świątyń barokowych… może ta naj…

w Dolinie Wachau chciałoby się popodziwiać modrość Dunaju…

budyneczki winiarzy na zapleczu Doliny Wachau

Ilustracje – basia

Osjak

29 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Osjak jest pięknie położony. Ale nie położenie przyciąga do niego. Przyciąga legenda o pochowaniu Bolesława II Śmiałego w tamtejszym opactwie, bo miejsc pięknie położonych jest w Karyntii wiele, ale domniemanych grobów innych polskich królów, o ile mi wiadomo, nie ma.

Tak się o Osjaku dowiedziałem. Dowiedziałem się od razu z opowieści o tym, że to (prawie na pewno) nieprawda (Rojek)*. Ale krótko historia…

O co poszło między Bolesławem II, a św. Stanisławem ze Szczepanowa nie wie nikt. To znaczy wielu uważa, że wie, wychodząc albo z probiskupiej wersji Kadłubka, albo propaństwowo-prokrólewskiej interpretacji Anonima. Ale nie wiedzą. Kadłubek jest niewiarygodny, przenosząc nachalnie na XI wiek wizje z początków wieku XIII, a Anonim… Cóż, Anonim jest zbyt świadomym politykiem na dworze Bolesława Krzywoustego, by dzisiaj odczytać o co mu chodziło.

Nie wiadomo, o co chodziło, ale wiadomo czym się skończyło. Św. Stanisław zginął w Krakowie, Bolesław zmarł na wygnaniu, a jego syna zapewne zamordowano po powrocie do Polski…

Tajemnice są niezwykle powabne. Pozwalają snuć fantazje. Na przykład taką: król udał się z Węgier (dokąd uciekł z Polski, zresztą łatwo się z Krakowa ucieka na historyczne Węgry, jak tego wiele razy doświadczyliśmy)… na pielgrzymkę do Rzymu, by błagać o przebaczenie za swój grzech. Otrzymał je, pod warunkiem jednak, że będzie milczał do końca życia. Wracając zatrzymał się w Osjaku, gdzie służył pokornie i milcząco mnichom. Tak pokornie, że niektórzy uznali go za świętego; osobę zaś króla rozpoznano dopiero po śmierci.

Możliwe to? W zasadzie możliwe. Opactwo już istniało. Było po drodze dla ewentualnego pielgrzyma. Bolesława odmalowuje Anonim, jako człowieka pozbawionego cnoty umiaru. Jeśli to rzeczywiście brak umiaru, a nie pycha, czy szaleństwo, to skrajna pokuta też by tu pasowała.

Dalej są jednak problemy. Zacznijmy od najdrobniejszego — w wersji o Bolesławie w Osjaku, umiera on w 1089, a Wikipedia podaje kwiecień 1081… Nie wiem, skąd ten kwiecień wikipedii, ale zasadniczo roczniki odnotowały śmierć Bolesława po około roku wygnania (1080/81), co zostawia mało czasu na pielgrzymkę do Rzymu i zapisanie się w pamięci mnichów.

Kolejny problem to luka, między wydarzeniami a świadectwami. O śmierci Bolesława w Karyntii mówi się od XV wieku. Trochę późno. Oczywiście zawsze może być tak, że starsze zapiski się nie zachowały… Ale nawet te piętnasto-szesnastowieczne są między sobą sprzeczne. Pewna spójność pojawia się dopiero pod koniec wieku XVI, tak jakby dopiero wtedy powstała kanoniczna postać legendy. I rzeczywiście, wtedy spisał ją opat, Zaharias Groblacher.

No i sam grób. Badano go dwukrotnie. W wieku XIX i w wieku XX. Najpierw Izabela von Goess, potem Karolina Lanckorońska. Pierwsze wnioski wydawały się korzystne — grób jest z XI wieku. Potem jednak pojawił się drobny problem… Karolina Lanckorońska dotarła do pierwotnego napisu nad grobem, który głosił, że w grobie pochowano współzalożycielkę klasztoru — Irinburgę.

Czyli Bolesława w Osjaku nie pochowano. Ale i to nie jest pewne, bo oryginalna płyta nagrobna zaginęła, obecną przesuwano według szczerego pragnienia rekonstrukcji właściwego miejsca Izabeli von Goess. Co oznacza, że może zbadano niewłaściwy grób i gdzieś Bolesław wciąż tam leży… W każdym razie zostało trochę miejsca na spekulacje.

Cóż, leży, czy nie leży, ale zawsze można się pokłonić pięknu natury i tradycji, która przywiodła tam i kardynałów, ministrów i konsulów (Histmag.org)… Co niniejszym uczyniliśmy.
_______
* Tadeusz Rojek, XIII tajemnic historii, Nasza Księgarnia, 1987

Zdjęcia: basia i Pak4

[15.9.2017: Landskron. Ossiach. …]

Do Osjaku jedziemy wzdłuż… Ossiacher See (basia):

Opactwo (basia):

Najpierw do domniamanego grobu, oczywiście;-/ (basia):

(basia):

Otoczenie legendarnego grobu „pokutnika z Osjaku” (basia):

W świątyni (Pak4):

(Pak4):

(Pak4):

Ossiacher See pod opactwem (basia):

Bled… Planica… Tarvisio…

24 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Z czym się kojarzy Słowenia? Po wakacjach odpowiedź jest inna niż przed — pojawia się tu w kolejnych porcjach zdjęć. A przed niby łykałem pastylki marki Krka[1], niby widziałem o Gorenje[2], niby przewodnik zaczyna się od Ljubljany[3], niby pamiętamy Planicę i skoki Małysza, Stocha i konkurs w czasie prac Komisji ds. Afery Rywina[4]… Ale… ale od paru lat Słowenia to było dla mnie głównie Jezioro Bled, którego zdjęcia bombardowały mnie przez facebookowe strony miłośników gór… Bled wiosną. Bled latem. Bled jesienią. Bled zimą… Ech, być tam, nad Bledem, to może na Triglav by się nawet śmignęło… Ech, być tam, u podnóża Alp słoweńskich, więc jako jakoś bardziej przystępnych dla słowiańskich nóg… Ech, pobyć, pochodzić, pofotografować, podzielić się tym pięknem…

I odwiedziliśmy Bled. Turystyczna mekka okazała się posiadać drogie parkingi i ruch jak do Morskiego Oka (choć, jak do Morskiego Oka poza sezonem, dobre i to). Nawet nie wysiadłem z samochodu, licząc na zdjęcia Prezeski Podróży.

Bo piękne to niby było… świeżo ośnieżone Karawanki w tle, zamek na szczycie, kościół na wyspie, błękitna woda. Ale cóż, tłoczek, droga tuż nad jeziorem (a z góry byłoby piękniej — wiem, bo tam robili zdjęcia macherzy od fotek na facebooku), no i jednak Morskie Oko to to nie jest… Zresztą Palenica Białczańska daje Morskiemu Oku ten bufor od czeskich autobusów, którego Bled nie ma.

Odhaczyłem więc Bled, zachwyty pozostawiając dla innych okras, którymi natura pokryła Ziemię. Choćby dla Planicy, czy Kościoła św. Ducha nad Jeziorem Bohinjsko, by daleko nie sięgać. Bo jest po co wracać do Słowenii, ma ona te swoje cudy natury, jeszcze niezdobyte (przez nas), choćby dlatego, że pogoda odgrodziła nas od samego pana Triglava.

PS.
Pisząc ten tekst, chciałem sobie przypomnieć, czy tradycyjna polska Vegeta była słoweńska, czy chorwacka. Była chorwacka, ale przy okazji dowiedziałem się, że w słoweńskiej części Jugosławii robiono kiedyś na licencji Renault 4. To by wyjaśniało względnie częste spotykanie tego modelu na drogach chorwackich i słoweńskich, które mnie dziwiło przy okazji wyspy Krk.
_______________
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Krka_(company) Swoją drogą, nie pamiętałem w jakim kraju się mieszczą…
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Gorenje
[3] Przewodniki kochają stolice.
[4] Znajomy geolog jednym tchem wymienia jaskinie szkocjańskie, Podstojną, kopalnie w Idrii. Też tak można.

Zdjęcia: basia i Pak4

[13.9.2017: Pyramidenkogel; Viktring; Loiblpass (tunel graniczny); Trzic; Lesce; Bled; Bohinjska Bistrica; Jezioro Bohinjskie; Bled; Lesce; Zirovnica; Jesenice; Podkoren; Planica (dol.); Podkoren; Ratece; Tarvisio; Stossau; Finkenstein am Faaker See; Maria Elend. …]

domniemany Triglav z drogi:

Jezioro Bohinjskie (a nad nim najwyższości julijskie w chmurach):

Kościół św. Ducha nad Jez. Bohinjskim:

Triglav po prawej w głębi:

Planica – Velikanka i towarzyszki:

Alpy Julijskie widziane spod planickiej skoczni:

dalsza trasa alpejska słoweńsko-włoska:

wezbrana zapora na Drawie:

Ilustracje – Pak4

Sprechen Sie Hungarn

20 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zatrzymuje mnie węgierski policjant. Zastanawiam się, czy nie jechałem za szybko, ale nie, dopiero co ruszyłem po fotografowaniu zbierających się do lotu na południe czapli, nawet nie zdążyłem się rozpędzić wjeżdżając na obszar zabudowany. Zastanawiam się, otwieram okno. I słyszę:

— Sprechen Sie Hungarn oder Deutsch.

Nie, nie szprechuję po węgiersku.

***

Cóż, niemiecki lokalnie króluje*. Nie tylko na Węgrzech, także Słowenia jest nastawiona na niemieckojęzycznych (Niemcy i Austria) turystów. Ale faktycznie ze znajomością angielskiego nie jest zbyt dobrze na Węgrzech…

Wrażenia są nawet gorsze od statystyk. Owszem, Węgry wypadają w nich gorzej od Polski (różnica niemal trzech punktów procentowych) lokując się w dolnej sferze stanów średnich w Europie (18 miejsce, dla porównania Polska jest 10-ta), ale na ulicach wydaje się, że jest gorzej. W ubiegłym roku, w ratuszu Kecskemét nie mogliśmy znaleźć nikogo mówiącego po angielsku. Owszem, Budapeszt to inna sprawa, tam nawet żebracy mówią ładną angielszczyzną, ale prowincjonalne Węgry wydają się językowo odcięte od świata.

Czy tak musiało być? Węgry, te wielkie, historyczne Węgry, Korona Św. Stefana, mówiły oficjalnie po łacinie. W Polsce też mówiło się długo po łacinie, ale jednak nie aż tak długo i szeroko. Korona Świętego Stefana była z zasady wielonarodowa, a język łaciński był językiem politycznym. Prywatnie ludzie mówili po swojemu, czyli zależnie od regionu i miejsca. Na przykład w miastach po niemiecku. Właściwie węgierski byłby domeną szlachty (głównie dzisiejszych) Węgier i części chłopstwa, a i to nie całych — sama arystokracja się mocno zniemczała.

Język węgierski był elementem odrodzenia narodowego. Mówi się, że przemówienie hrabiego Istvána Széchenyiego przed parlamentem w roku 1825 było szokiem dla obecnych, bo było po… węgiersku, który to język był językiem wyboru politycznego. Zresztą Széchenyi uczył się węgierskiego przez całe życie**, a i tak, gdy miał coś powiedzieć swobodnie to przechodził na niemczyznę.

Język węgierski się uwspółcześnił (notuje się tu wielki wkład György Bessenyeia w końcu XVIII wieku), unarodowił (swoją drogą, trochę podobny proces przerabiali Czesi) i zaistniał. Ale są i tego koszty. Jeden język, jeden kraj… A gdyby tak zostało, że jest język polityczny i język na co dzień? Czy łatwiej byłoby się dogadać, a Węgrzy byliby bardziej otwarci na języki obce? O tym, jak inaczej mogłaby się rozwinąć kultura węgierska, fantazjował Ziemowit Szczerek***, bo przecież Węgry ponadnarodowe wcale nie musiały się rozpaść i poddać traktatowi z Trianon…

PS.
Gwoli sprawiedliwości, jest i taka wersja, że właśnie logiczna prostota węgierskiego umożliwiła taki wysyp talentów matematycznych w tym kraju… Więc z łaciną nie byłoby, na przykład, bomby wodorowej; a my nie mielibyśmy komputerów do pisania i komunikacji.

http://businessinsider.com.pl/lifestyle/podroze/english-proficiency-index-2016-znajomosc-jezyka-angielskiego/7xl74v8
*) Na tablicach sporo jeszcze, na przykład, rosyjskiego. Polski bywa (O! W Jak nas pan przywitał głośnym „dzień dobry!”), choć mógłbym się patriotycznie wyżalić, że więcej go słychać na ulicach, niż widać w owych napisach.
**) Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016
***) Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Czarne 2017
https://pl.wikipedia.org/wiki/John_von_Neumann
https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Teller

Zdjęcia: basia i Pak4

[11.9.2017: Hévíz i Egregy. Kis-Balaton. …]

Ilustracje – Pak4

Celje

15 listopada 2017


Wikipedia

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Władysław Jagiełło był żonaty cztery razy. To w zasadzie tak samo jak Kazimierz Wielki. Tyle, że Kazimierz Wielki był żonaty jednocześnie z trzema kobietami: Adelajdą Heską, Krystyną Rokiczanką i Jadwigą Żagańską.

Panie wymieniam, bo ostatnia z nich dała Kazimierzowi córki. Najstarsza z nich, Anna, została wydana za mąż za hrabiego Celje, Wilhelma.

Na pierwszy rzut oka degradacja — córka wielkiego króla żoną hrabiego. Ale trzeba pamiętać, że z jednej strony Jadwiga Żagańska została poślubiona przez Kazimierza, gdy ten już był bigamistą (i niewielu ten ślub uznawało), z drugiej zaś strony, hrabiowie Celje rośli w znaczenie, ciesząc się wsparciem cesarskim. W XV wieku mieli zjednoczyć pod swoją władzą prawie całe terytorium dzisiejszej Słowenii (za co ich Słowenia uczciła, włączywszy ich gwiazdy do swego herbu*)… Z trzeciej zaś strony, nie było wówczas jakiejś żelaznej reguły, że pozycja ojca przekłada się bezpośrednio na pozycję męża.

Historia ta ma wzloty i upadki. Hrabia zmarł, Anna Kazimierzówna wyszła po raz drugi za mąż (za hrabiego Teck). Mała Anna została prawdopodobnie w Celje, jako dziedziczka. Kolejny hrabia nie dbał jednak o wychowanie (i szerzej — o opiekę) dorastającej Anny. Po śmierci Jadwigi przypomniano sobie o niej w Polsce. Jagielle brakowało legitymacji do polskiego tronu (był tylko mężem króla-Jadwigi). Małżeństwo zaaranżowano. Przetrwało kilkanaście lat, wydając jedną potomkinię — Jadwigę Jagiellonkę**. Anna była polską królową w czasie bitwy pod Grunwaldem, następy tronu nie zostawiła, odszedłszy z tego świata w roku 1416.

***

Docierając dziś do Celje szukamy śladów Anny. Samo Celje to trzecie, co do wielkości, miasto Słowenii. Cieszy się trzema zamkami, z których za najcenniejszy uważany jest… najnowszy, czyli Stara Grofija (znaczący renesansowymi krużgankami z pocz. XVII wieku, niczym druga Sucha Beskidzka). Drugi, starszy, Dolny Zamek (Spodnij Grad) znajduje się także w pobliżu starego miasta (aktualnie rewitalizowany), ale zamkiem, w którym mieszkały Anna Kazimierzówna i Anna Cylejska, jest Stary Zamek (Stari Grad, Zgornji Celjski) na wzgórzu nad miastem. Zamek, który widzieliśmy z daleka, znad przepływającej przez Celje Savinji.


*) Po zamordowaniu Ulryka III (przez Władysława Hunyadego, syna Jana) w 1456, ziemie hrabiów przejąć mieli Habsburgowie.
**) Jadwiga Jagiellonka nie dożyła proponowanego wydania za następcę tronu… Cypru. Szkoda, byłoby kolejne miejsce do patriotycznego nawiedzenia 😉

Zdjęcia: basia i Pak4

[10.9.2017: Ljubljana. Celje. …]

Stara Grofija, czyli pałac hrabiowski (1580-1603) rodziny Thurn-Valssasina. Krużganki z XVII w.

Kościół św. Cecylii i klasztor Kapucynów (1609-15) + 96 schodów

Savinja w dole, a Stari grad (Zgornji grad) w górze

Ilustracje – Pak4

Miasta gwiaździste

12 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zamość jest nieco starszy. Budowa ruszyła w 1579. Palmanova jest o kilkanaście lat młodsza — Wenecjanie rozpoczęli jej budowę w 1593. To mniejsza różnica, niż wpisanie na listę UNESCO (1992 i 2017*).

Oba miasta były w swoim czasie bardzo nowoczesne. Rewolucję w budowie twierdz mieli zainspirować Francuzi, którzy w XV wieku wprowadzili sporo artylerii do swojej armii, przez co atak na miasto, czy zamek równał się zwycięstwu. Gwiaździste układy twierdz miał „szkicować już Michał Anioł”. Czyli układ miał kilkadziesiąt, a może nawet sto lat na okrzepnięcie.

Potem zaczynają się różnice. Zamość był przede wszystkim prywatnym miastem magnackim; Palmanova była przede wszystkim twierdzą. W Zamościu architektura jest ambitniejsza. W Palmanovie gwiazda jest idealniejsza. W Zamościu siatka ulic jest prostopadła; w Palamovie promienista (zdecydowanie łatwiej się porusza po Zamościu, choć jest tam też więcej turystów; w Palmanovie przydałby się kompas…).

Ale kompletność projektu robi wrażenie. Chyba większe niż w Zamościu. Raz, za przyczyną gwiaździstego planu. Dwa, spójniejszego zachowania układu, nawet jeśli zabytkowych budynków może być w Palmanova mniej.
_______
*) W ramach Weneckich Twierdz z XV-XVII wieku

Zdjęcia: basia i Pak4

[9.9.2017: Trieste. Grado. Aquileia. Palmanova. …]

Porta Aquileia późnorenesansowego fortu gwiaździstego:

twierdza…:

Piazza Grande i katedra z początku XVII wieku:

katedra też wewnętrznie-monumentalna:

Ilustracje – Pak4

Do Buska

8 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

*

Kościelec (Proszowicki). Odwiedzamy powtórnie Kościół p.w. św. Wojciecha. Powtórnie, bo za pierwszym razem zrobiło się późno, kościół już zamknięto, a to co warte oglądania pozostało zamknięte w środku.

Zachwycaliśmy się portalem, a teraz, korzystając z tego, że kościół jest otwarty, zachwycamy się triforiami. To jakiś cud, że to wciąż tu stoi! To nie jest duża miejscowość, to nie jest duży kościół, a historia zatarła jego kształt[1].

Te triforia… Jedynie cząstka, ale pokazująca klasę warsztatu, który sprowadził biskup Wisław do swoich dóbr (gdy jeszcze Kościelec nie był Kościelcem[2], bo nazwa wywodzi się od stojącego w nim kościoła). Sprowadzić miał go znad Renu (i historycy sztuki mówią, by tam, do Andernach jechać, gdyby chciało się wyobrazić oryginalną, dwuwieżową bryłę[3]), a przodować mieli w nim kamieniarze.

Triforia wydają się jedynym, no dobrze, jednym z bardzo nielicznych świadectw tego, jak piękną budowlę wzniesiono tu na początku XIII wieku.

**

Stradów. Po pobycie w drewnianym Kościele św. Bartłomieja (XVII wiek) zajeżdżamy pod grodzisko, a potem wspinamy się na wały.

Te zachowały się do osiemnastu metrów, nieźle pokazując zarys, a także wykorzystanie naturalnej obronności miejsca. Wiemy więc że jest, a tym bardziej że było. Ale jak się nazywało? Komu służyło?

Stradów to podobno największe grodzisko w Polsce, bo całe założenie (nie tylko Zamczysko, któreśmy obeszli wałami, ale także podgrodzia: Mieścisko i Barzyńskie) sięga 25ha. Nie jest „bardzo” stare, bo sięga czasów historycznych — o ile datowania są różne, to zwykle wskazują na X/XI wiek*, jako na koniec istnienia grodziska. Rysuje się historia, jak to przybyli Piastowie zlikwidowali Stradów, by postawić na pobliską kasztelańską Wiślicę.

I nie wiemy nic, choć wielkość pozwala także snuć przypuszczenia o „stolicy Wiślan”[4], albo o chybionej inwestycji Chrobrego. My jedynie spacerujemy po wałach i zachwycamy się widokami (choć akurat Tatr już nie widać[5]).

***

Chroberz. Czy Chrobry zapisał się dobrze w historii Stradowa, czy wprost przeciwnie, pewnym być nie można. Nie walczył tu z cesarzem, czy choćby królem, więc Thietmar nie zapisał nazwy. Tradycja powiązała go jednak z pobliską miejscowością, każąc dostrzegać jego ślad w nazwie Chroberz. Tu historia pisana też jest późniejsza (nawet jeśli parafia chwali się 992 latami istnienia) — pierwsza wzmianka pochodzi z 1290 roku.

W Chrobrzu spotykamy jednak ślady historii dawniejszej. Nie w kościele, który zachował ślady renesansu (bardziej w niedostępnym dla nas wnętrzu, niż w dostępnym zewnętrzu), a w pałacu Wielopolskich. Tu czasy już absolutnie historyczne i znany wszystkim Aleksander Wielopolski jako inwestor (1857). Ale Aleksander Wielopolski nie planował umieszczenia w pałacu szkoły rolniczej (doszło do tego w czasach PRL), a tym bardziej wystawy odkryć archeologicznych z pobliskich Pełczysk.

A kogóż w Pełczyskach nie było! Być może Chrobrego nie było, co prawda, bo pra-historie opowiadane przez archeologów są od niego dawniejsze — sięgają od tysięcy lat przed naszą erą, aż do pierwszych stuleci naszej ery. Wystawa w pałacu prezentuje na centralnym miejscu Celta (i bynajmniej nie chodzi tu o „barda Ponidzia”, czyli Wojtka Bellona, któremu też poświęcono miejsce w pałacu) z tarczą, może dlatego, że to jedyny przypadek, gdy mówimy o ludzie, a nie „kulturze archeologicznej”; czyli przypadek gdy prehistoria zahacza o historię.

****

Pełczyska. A jak się one za Celtów nazywały? Bo Pełczyskami nie były… Zajeżdżamy, bo malowniczo wyglądał wcześniej Kościół św. Wojciecha. Co prawda słońce już zachodzi, a kościół jest zamknięty… Ale mamy jakąś nadzieję natknąć się na Celtów, czy Germanów jeszcze. Skoro w Stradowie tak dobrze było widać gród? Ale tu grodu nie ma. (To znaczy na wzgórzu Zawinnica nad Kościołem, mają się znajdować ruiny „zamku”, ale to już po XIII wieku, to już siedziba Łokietka w jego walkach o Kraków; jest też za późno by na wzgórze wchodzić, a stan ruin jest tak kiepski, że ich z dołu nie widać[6]).

Niczego nie znajdujemy. Potem, przed komputerem, okaże się, że zerkając na Zawinnicę, zerkaliśmy w przeciwnym kierunku, a śladów umocnień brak. Ziemia miała być żyzna, przyciągać ludzi od dawna, nie zachęciła ich jednak do fortyfikowania się… I gdyby nie archeologia nie wiedzielibyśmy o nich absolutnie niczego.

PS.
A tak w ogóle, to pojechaliśmy do Buska.

—-
[1] Wikipedia podaje, że arianie zdewastowali i zruinowali kościół; odbudowano go w stylu barokowym. Widząc ruiny poariańskich zborów w Cieszkowach i Węchadłowie można by przyjąć, że ruinacja i ariańskość się głęboko łączą. Ale zapewne byłby to wniosek nieuprawniony. Bo o ile łatwo uwierzę w zniszczenie wystroju kościelnego, o tyle trudniej w świadome niszczenie własnego dachu nad głową. Obstawiam raczej już opuszczenie i zaniedbanie, gdy przez dziesiątki lat brakuje gospodarza.
[2] Niestety, wszędzie występuje nazwa Kościelec, która nie pozwala odpowiedzieć na pytanie, jak ta miejscowość się nazywała w czasach, gdy kościół w niej dopiero budowano…
[3] Katedra Wniebowzięcia NMP w Andernach. Dużo większa niż kościół w Kościelcu, ale we wnętrzu widzę analogie. https://de.wikipedia.org/wiki/Maria_Himmelfahrt_(Andernach)
[4] Takie sobie spekulacje, bo akurat Kraków, a raczej Wawel z okolicami, to piękny i świetnie udokumentowany przykład wzrostu pewnego centrum administracyjnego w tych czasach — na drugą stolicę, jeszcze bez odpowiedniego zaplecza i dostatecznie wielkich kurhanów w okolicy, domniemanych Wiślan stać raczej nie było.
[5] Wcześniej, spod kościoła w Gorzkowie, widzieliśmy je.
[6] Z góry chyba też nie bardzo, skoro nikt nie publikuje w internecie zdjęć.

Zdjęcia: basia i Pak4

[5.11.2017:
*** Cmentarz Batowicki
1. Wysiołek Luborzycki — recydywa w kościele z 1401.
2. Kościelec (Proszowicki) — recydywa w kościele z 1230.
3. Gorzków — kościół drewniany, 1758; widok na Tatry.
4. Cieszkowy — ruina zboru ariańskiego z XVII w.
5. Czarnocin — kościół gotycki, XIV w.
6. Stradów — kościół drewniany 1657; grodzisko VIII-XI w.*
7. Działoszyce — recydywa: ruiny synagogi, 1852; kościół z XV w.
8. Sancygniów — kościół gotycki, 1400; pałac Deskurów, XIX w. (niektóre umocnienia XVI-XVII w.)
9. Węchadłów — dwór XIX w., kaplica 1927; ruina dawnego zboru ariańskiego 1559.
10. Chroberz — kościół 1550; pałac Wielopolskich, XIX w.
11. Busko-Zdrój — Łazienki, XIX w.
12. Pełczyska — kościół, II poł. XVIII w.; widok na wzgórze Zawienica/Olbrycht.]

Kościelec Proszowicki:

Gorzków:

Czarnocin:

Na stradowskim grodzisku:

Sancygniów – kościół:

…i pałac Deskurów:

Chroberz – pałac Wielopolskich:

Busko Zdrój:

Klimaty powrotne:

Ilustracje – Pak4

Hrastovlje

6 listopada 2017

Wpis gościnny. Autor: Pak4

1)
Koper bardzo samochodowym miastem jest. Najpierw mijaliśmy pełne importowanych samochodów magazyny, potem staliśmy w koreczkach; a potem znowu staliśmy w koreczkach, by się z nich wydostać. Z radością. Bo choć samochodów pięknych są tysiące, a nawet miliony, to my patrzymy sercem i kochamy tylko Traktorka.

Wydostaliśmy się więc z Kopru radośnie, by nasz Traktorek miał więcej swobody dla siebie, by się wyhasać, choćby w towarzystwie autentycznych słoweńskich osiołków, czy innych kózek na wąskiej, asfaltowej drodze. Wydostaliśmy się i zaparkowaliśmy pod kościołem obronnym, co by go żadne mercedesy, czy fiaty, nie dopadły. Tak obronnym, że nawet autobus z młodymi Włochami nie wjechał, tylko stanął u bram. Przed kościołem, gdzie jest cała historia Stworzenia, choć bez Benza i samochodu.

Ale co to tam jedzie w dali? Nie może być — na wzgórza, ze skałkami, z wieżą obronną wenecką, wspina się pociąg. A wagonów jest w nim ze czterdzieści, zaś toyot ze czterysta będzie. A pociąg sapie i wjeżdża, kręci i wjeżdża. Toż i my zjeżdżamy, bo nasz Traktorek jest jeden, najpierwszy i najlepszy!

2)
Kościół. XII, czy XV wiek? Cóż, ważne że freski z XV wieku. Freski robią wrażenie, ciasno wypełniając wnętrze.

Młodzież. XX czy XXI wiek? Cóż, ważne, dzięki nim zwiedzamy wnętrze bez opóźnień i utrudnień, a nawet wysłuchujemy (nagranej) prelekcji po włosku.

3)
Przewodnik pisze o romańskim zabytku, wśród weneckich murów (które chronić miały przed Turkami). Ale nie zewnętrze, a wnętrze ma być ważne.

13 lipca 1490. Wśród tylu niepewności (bo choć przewodnik datuje pewnie, to wikipedia mówi o różnych hipotezach dotyczących budowy kościoła, różniących się o 300 lat) ta pewna data zadziwia. Ale też to ona jest ważna.

Bo kościół jak kościół. Stary, mały… Mur wokół imponujący (całe założenie robi wrażenie), ale wszystko też ciemne, szare, niewielkie w sumie, a na pewno niezbyt fotogeniczne. Ale to wnętrze!

Bo wnętrze jest warte zjazdu z głównych dróg i odnalezienia niewielkiej (poniżej 150 mieszkańców) wsi.

Całe w freskach. Są po prawej, po lewej, z przodu, z tyłu, nad głową. No dobrze, nie ma ich pod stopami. Mamy historię biblijną — Nowy i Stary Testament, odpowiednio na bocznych ścianach.

Byliśmy. Napawaliśmy się. Ale zdjęć nie wolno było robić… Szkoda, bo pamięć się jednak zaciera. Mogę pisać, że robi wrażenie, polecać, pamiętać swój zachwyt, ale nie wypowiem się o wartości artystycznej, bo to się zatarło.

A data trwa. Jedyna.

4)
Kazimierza III pamiętamy jako Wielkiego. Bo „zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną”. Za PRL słyszałem w szkole legendy, że nie wstydził się odwiedzać chłopskich chat i że będąc po stronie ludu umacniał Polskę. W II RP miano kłaść nacisk na to, że przyłączył Ruś Czerwoną, czyli że to dzięki niemu Lwów stał się polski, ale początek polskiego marszu na Kresy w PRL nie uchodził za zasługę.

Ale nikt nie mówi, że miał szczęście. Bo za jego panowania przybyły do Genui i Wenecji statki, na których dotarła dżuma. Trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, jak wielką klęską się stała. Według współczesnych rachunków w świecie śródziemnomorskim śmierć miała spotkać 70-80% mieszkańców. Przy tym obie wojny światowe wydają się nic nie znaczącymi epizodami.

O czarnej śmierci mówi się zwykle w kontekście tego XIV wieku, wymienia Boccaccia (tak jakby jej istotą nie była śmierć, a tworzenie frywolnych nowel), tymczasem odchodziła ona i wracała do XVIII wieku, trzymając się szczególnie w obszarach nadmorskich.

Trudno się dziwić, że z całego pokrytego freskami wnętrza małego Kościoła św. Trójcy w Hrastovlje najlepiej pamięta się korowód śmierci, która porywa wszystkich. Był XV wiek. Epicentrum było blisko. Bardzo blisko, o czym łatwo zapominamy myśląc współczesnymi, a nie dawnymi granicami. Od pierwszego wybuchu epidemii dżumy minęło niecałe półtora stulecia — śmierć wciąż była wszechobecna, a nawet jeśli ustępowała, lęk przed nią musiał być wciąż obecny. Korowód śmierci na ścianie kościoła ilustruje ten lęk, który jak śmierć, dotykał każdego — od chłopa do króla.

***

A Kazimierz Wielki miał szczęście. Wielkie szczęście. Dżuma zaatakowała okolice Morza Śródziemnego, ale już tereny dzisiejszych Niemiec dotknęła lekko (choć 20% ludności to wciąż efekty porównywalne z wojną światową), a Polskę oszczędziła… Było więc komu budować zamki, kościoły, krzewić kulturę, nadganiać dystans jaki mieliśmy do Europy.

Zdjęcia: Pak4 i basia

[8.9.2017: Izola. Piran. Saliny Sečovlje. Hrastovlje. …]

Z krainy palm, fig i balsamicznych powiewów szybko przeskakujesz w ciernistości i ziąb (Pak4):

(Pak4):

(Pak4):

I kościół ów obronny, i kolej (Pak4):

Danse macabre (Wikipedia:

Hrastovlje – wnętrze (Istria-Culture):

Piran

29 października 2017

…i Piraci z Adriatyku

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Piraci wydają się wielką egzotyką. Cóż, czasami byli bliżej niż dalej, by wspomnieć o „Sądzie ostatecznym” Memlinga, który do Gdańska trafił jako zdobycz kaperska, czyli piracka. A że jakimś usprawiedliwieniem były wojny Gdańska z Anglią…?
Ale co tam Gdańsk… Bałtyk ma stosunkowo mało zatok i stosunkowo nowoczesne państwa się nad nim rozsiadły… Co innego już Adriatyk.

Bo wschodnie wybrzeże Adriatyku to raj dla piratów. Wyspy, zatoki… Jest gdzie się kryć w ucieczce czy w zasadzce. Na dodatek duże państwa podchodzą z różnych stron, ale prawie zawsze zostaje jakiś obszar „pomiędzy”, a przynajmniej z niepełną państwowością.

Piractwo na Adriatyku miało kilka fal. Trudno mi pisać za starożytność, choć piractwo miało się wtedy świetnie i trudno liczyć, by Adriatyk był od niego wolny.

Późniejsza historia jako specyficzne zjawisko wymienia słowiańskich Narentan, którzy od VII do XII wieku mieli się parać piractwem gdzieś między Wenecją, a Bizancjum. Samodzielność Narentan skończyła się włączeniem ich do Chorwacji.

Narentanie to południowa Dalmacja. O tym, co było na północ mówi się mniej, choć „wyspy na północ od Zadaru” (a i sam Zadar) miały być dla piratów świetną przystania, poniekąd prowokując wenecką ekspansję i przyczyniając się do chwały zwycięskiego doży — Piotra II Orseolo.

Piraci nie zniknęli z Adriatyku po tym zwycięstwie, wymienia się arystokratyczne rody, które się piractwem trudniły, ale kolejna słynna fala zaczyna się dopiero w wieku XVI, wraz z Uskokami.

Uskokowie to tacy lokalni „Kozacy”. Ludzie, którzy „uskoczyli” spod panowania tureckiego (kto nie skacze, ten Turek, ha!) i zamieszkali ziemie będące pod kontrolą Austrii, która z kolei – traktując te tereny jako obszar „militarny” (na wojennym pograniczu) – przymykała oko na to co robili. A nawet więcej, bo bywało że wykorzystywała Uskoków do działań przeciwko Turkom. Przy okazji działali przeciwko Wenecji… A w formie działania również przypominali Kozaków i ich czajki, w podobnej roli pojawili się też pod Lepanto.

Z Uskokami skończono w XVII wieku, bo nacisk na Austrię był zbyt duży za popieranie piractwa. Przesiedlono ich w głąb kraju. I właściwie w tym momencie przestaje się pisać o piractwie adriatyckim. Więc ci, których spotykamy w Piranie, to nie Uskokowie. A może szkoda. Kostiumy z „Piratów z Karaibów” są ładne, ale stroje Uskoków były i ładne, i oryginalne, i świadczyły o ich kulturze, łącząc Wschód z Zachodem. Na placu w Piranie, pod pomnikiem diablo-trylego Tartiniego, piraci i piratki, założyli te pierwsze… Gdyby więc szukać dzisiaj śladów Uskoków, raczej trzeba by wrócić do Senj, do twierdzy Nehaj

Zdjęcia: basia i Pak4

[8.9.2017: Izola. Piran. …]

Niesamowity cypel w perfekcyjną pogodę… – doceniamy, Pani Auro!

Słodka marina; po drugiej stronie zatoki – Hrvatsko

Piazza Tartini/Tartinjev trg z pomnikiem skrzypka-kompozytora Giuseppe

Zdrowe kąpiele słone… czne;-/

Piraci skąd?

Ilustracje – Pak4