Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Odszczekiwanie

16 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Przelotny Gość nas namawiał, żeby odwiedzać Polskę i poznawać zamek w Suchej Beskidzkiej.

Przelotny Gość nas zapraszał bliżej Babiej.

I co niejaki Pak4, podpisany wyżej, twierdził?

Że Babia może sobie od nas odpocząć. Tak twierdził.

A gdy przyszło wymyślać, gdzie się wybrać, by wybić się ponad ciepło sobotniego poranka, to co zrobił? Wyszukał mapę i zaproponował wyjście na Małą Babią, choć byli dopiero rok temu.

W eskalacji dążeń turystycznych, co zrobili? Na Babią (Diablak) też weszli. Percią Akademików (co akurat Basia zaproponowała, za co mój ROI jest jej wielce wdzięczny…).

Czyli Pak4 musi odszczekać swoje odkładanie Babiej na później, bo owszem, Tatry, czy Fatry kuszą, a Chocze się rysują na horyzoncie, ale jednak Babia jest bliżej, mając trzymając wiele atutów w garści. Na tym też polega swojskość. A w odszczekaniu jest tylko jeden problem. Otóż dzisiaj psy nas do szczekania nie wytresowały, jakoś dziwnie spokojne były… No i mijany zamek w Suchej Beskidzkiej był w remoncie…

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.6.2018: Zawoja-Czatoża – (niebieski, potem zielony) – Markowe Szczawiny – żółtym (Perć Akademików) – Babia Góra – Przełęcz Brona – Mała Babia Góra – Jałowcowy Garb – Przełęcz Jałowcowa Północna – Zawoja-Czatoża. Ślad GPS.]

(basia)

(Pak4)

Reklamy

Zburzyć i odbudować

12 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Zgłębiając historię mijanych miejsc wciąż czytamy, że ktoś burzył, a ktoś odbudowywał. Często tylko burzył. Rzadziej tylko odbudowywał.

Na pobliskiej Jurze wciąż widać rany po potopie szwedzkim. W Czechach (i Dolnym Śląsku) po wojnie trzydziestoletniej. Na Słowacji po antyhabsburskich powstaniach. A tu i ówdzie jeszcze fronty czy bomby obu wojen, albo nawet nie wojen w sensie karabin, armata, krew i żołdactwo, ale wojen ideologicznych. Owszem, bywała winna i natura z powodzią, czy czasem (który fugit), ale zwykle jednak wina była po stronie homo sapiens.

Zasadniczo, gdy kończy się wojna, a ludzi nie zginęło zbyt wielu, to zaczyna się koniunktura, na fali której się buduje – piękniej, wyżej, porzucając dawne ograniczenia.

Ale czasami koniunktury nie ma. Albo są inne potrzeby. Albo przeciwne wiatry wieją zbyt długo.

Nie będzie listy, bo byłaby za długa. Będzie odbudowa. Nie. Nie zamku. Kościoła.

Początki kościoła też były wojenne. Rok 1718. Jedna z zapomnianych już wojen. Żona rzeźnika z miasteczka Zuckmantel uciekła na górę za miasto i szczęśliwie urodziła, mimo tych leśnych, niesprzyjających okoliczności. Było lato, miała więc szczęście. Ale i tak nie było lekko. To, że skończyło się szczęśliwie przypisała pomocy Matce Boskiej i zamówiła (koniunktura) obraz. Powstała drewniana kaplica. Potem murowany kościół.

Wojny chwilowo oszczędzały Zuckmantel. Przynajmniej bezpośrednio, bo pośrednio zmieniły mu nazwę – Zuckmantel stał się Cukmantlem – i zapewne na polach bitew pozostawiły szczątki wielu jego mieszkańców. Ale jednak lokalnie trwał spokój. Do czasu… II wojna światowa przyniosła wiele nowego. Wypędziła Niemców, czyli niemal wszystkich i przyniosła kościołowi za miasteczkiem dewastację.

Tym razem na powojennej koniunkturze zyskała tylko nazwa miejscowości – Cukmantl stał się Zlatymi Horami, co brzmi dumnie. Liczba mieszkańców spadła o połowę, mimo wsparcia przez władzę napływu ludności skąd się tylko dało.

A kościół pod miastem tym bardziej nie zyskał. Przeciwnie – w 1955 roku zakazano odwiedzania go ze względu na możliwe szkody górnicze. A w 1973 wysadzono w powietrze*.

Zmienił się system. Budowę na nowo zainicjowano w roku 1990, a dokończono w 1995. Nie „odbudowywano” w sensie historycznej wierności. Zbudowano na nowo, z prywatnej inicjatywy**.

I ośrodek pielgrzymkowy funkcjonuje. Posiada nawet klasycznie czeską nazwę Maria Hilf. Chwali się też zdjęciami dzieci poczętych i urodzonych dzięki wstawiennictwu. Tylko asfalt trochę zdeteriorował. Cóż, znowu ktoś będzie musiał odbudować…

______________
*) W jednej z etiud filmowych „Gottland”, przygotowanych przez studentów praskiej filmówki, a oczywiście inspirowanych Mariuszem Szczygłem, wdowa po wysadzaczu praskiego pomnika Stalina wspomina wybuchową pracę męża jako służebną i wartościową dla kraju. Zastanowiło nas, co jeszcze wysadzał. Choć chyba nie ten kościół…

**) Odbudowany kościół wraz z całym tak zgromadzonym majątkiem (?) przekazano Kościołowi w 1999. Miasto dołożyło się, owszem, ale terenem, czyli raczej w słuszności niż hojności.

PS.
Gospodyni zamówiła inny temat: „dlaczego Zlate Hory tak bardzo różnią się in minus od Bańskiej Szczawnicy czy Kutnej Hory w liczbie i zachowaniu zabytków”. Cóż, trudno o tym ciekawie pisać, skoro odpowiedź jest dość banalna – otóż one nigdy nie były tak bogate, piękne i wielkie. W Zlatych Horach wydobywano góra kilkanaście kilogramów złota rocznie, kosztem utrzymania nie tylko górników (zakładam, że było ich odpowiednio mniej), ale też strażniczych zamków, czyli przy podobnych kosztach stałych. Wydobycie samego tylko złota w Bańskiej Szczawnicy było przy tym dziesięciokrotnie wyższe, a oprócz tego w Bańskiej wydobywano srebro w sporych ilościach (w Zuckmantlu – miedź). W Kutnej Horze w najlepszym dla niej czasie wybijano dziennie 2000 groszy praskich. Czyli srebro, ale też przetwórstwo masowe, gdy Zlate Hory działały w skali mini, w skali nieźle oddającej różnice między Księstwem Nyskim, a Węgrami króla Ludwika, czy Czechami Wacława II. Do tego zapewne dochodzi i fakt, że Zlate Hory wymieniły po wojnie niemal całą ludność, gdy jednak w Kutnej Horze i Bańskiej Szczawnicy proces był dłuższy i bardziej stopniowy. A to przecież też sprzyja trwałości tradycji i dbałości o zabytki.

Zdjęcia: basia i Pak4

[2.6.2018: Zlaté Hory. …]

(Pak4)

W cieniu

10 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Fala upałów przechodzi nad Polską. Nad Małopolską też. Trzeba jakoś się schować. Na przykład nad wodą i w cieniu.

Dobrym przykładem połączenia wody i cienia okazała się Dolina Sąspowska. Bo tak:

1) woda jest, gdyż:

1.a) coś dolinę wyrzeźbiło;

1.b) coś w niej ciurkoli;

1.c) co chwilę bije źródło;

1.d) no i zabraliśmy zapas do plecaków w butelkach;

2) cień jest, albowiem:

2.a.) idzemy w dolinie, czyli ocieniają nas chwilami sąsiednie wzgórza (a przynajmniej rano, a wystartowaliśmy przed 6-tą);

2.b) idziemy przeważnie w lesie, więc ocieniają nas korony (hoho!) drzew nad głowami;

2.c) Dolina Sąspowska znajduje się w cieniu bardziej znanej i odwiedzanej Doliny Prądnika, do którego to Prądnika zresztą Sąspówka w Ojcowie wpada;

2.d) poranek jest pochmurny, więc i chmury rzucają cień;

2.e) a jakby co, to mamy w plecaku… czapeczki!

Zdjęcia: basia i Pak4

[10.6.2018: Sąspów (szkoła) – Obserwatorium Sejsmologiczne PANDolina Sąspowska (źr. Filipowskiego, źr. Harcerza) – Dolina Prądnika/Ojców – Jonaszówka – ruiny zamku – Wola Kalinowska – koło Diablego Młyna – Obs. Sejsmologiczne PAN – Sąspów (szkoła). Sąspów (kościół, XVIII wiek). Ślad GPS]

Hradec nad Moravici

6 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Hradec nad Moravici. Pozostanę przy Hradcu, choć Google Maps mówią o Grodźcu Golęszyckim (skąd one to biorą*?), a „Zamki i pałace Bramy Morawskiej” (Pawła Newerli i Grzegorza Wawocznego, WAW, 2012) ultrapoprawne w używaniu polskich nazw, o Grodźcu (bez dodatku „Golęszycki”). Ale cały świat zna Hradec, nawet wzmianki historyczne, które ów Grodziec i Golęszyców mają usprawiedliwić mówią o Hradcu, więc i przy Hradcu zostnę.

Hradec jest miejscowością prastarą. Jedną z tych, które z czasem utraciły dawne znaczenie, ale nie utraciły wszystkich świadectw przeszłości. Nawet jeśli te, ewoluowały.

Był trakt. I nawet nikt nie wiedział, jak się nazywali ci, co przy nim mieszkali.

Był gród. Za Golęszyców, a na pewno za Bolesława Chrobrego. Bo wtedy to była Polska. Różnie mówią o utracie Moraw przez Polskę. (O dziwo, praktycznie nic nie mówią o zdobyciu przez Polskę… Z historii wcześniejszych mówi tylko tradycja, ale późna, że właśnie tu się Dobrawka spotkała z Mieszkiem.) W każdym razie ona miała miejsce, a Bolesław Śmiały szturmował Grodziec bez skutku.

Był zamek. Od Przemysła Ottokara II (co najmniej) gotycki i murowany. Skoro z niego rządziła wdowa po królu (z kochankiem), to i „stolica” niejako, nawet Czech, a nie samego mikropaństewka po-golęszyckiego.

Potem były utraty znaczenia (lokalne władztwa zebrała pod swoimi skrzydłami Opawa**), zamek to niszczał (z klasycznym dla Czech refrenem „zniszczenia w czasie wojny trzydziestoletniej”), to był budowany, remontowany, urządzany. We współczesność wkroczył jako pałac Lichnowskich.

(Lichnowscy prawie jak Hradec. Zaczyna się od słowiańsko brzmiących z imienia rycerzy spod Pszczyny, a kończy na rodzie tak austriackim, że nie tylko Wiedniowi służyli, ale wręcz niemieckim cesarzom z Berlina.)

Są dzisiaj w Hradcu dwa pałace i jedna wieża dodatkowo.

Pałac Czerwony, który wita przychodzących. Neogotyk. Powstał w XIX wieku, by jakoś ogarnąć potrzeby służebne wobec właściwego pałacu.

Pałac Biały. Właściwy niejako, bo efekt ewolucyjno-rewolucyjnych przebudów zamku Kunegundy Halickiej i tradycji grodu Golęszyców. Zamku, jako zamku w nim nie widać. Widać pałac. Można zwiedzać po złożeniu odpowiedniej opłaty w kasie.

Biała Wieża. Monumentalna wieża zbudowana trochę po nic. (Wciąż się dziwię, widząc w Czechach te austriackie inwestycje, że tyle pary w gwizdek szło… Z drugiej strony sobie tak myślę, że bardziej praktycznie myślące elity Austro-Węgier może nie doprowadziłyby do klęski w 1918 roku i uzyskania przez Polskę niepodległości?)

Za to oryginalnej, najstarszej wieży zamku nie ma. Choć wygląda na to, że jest miejsce, gdzie była i wcale nie wchłonął go Biały Pałac.

Nazwisko Lichnowskich mówi ludziom coraz mniej. Ród książąt, dyplomatów… Nic z tego nie zostało, nie licząc (niechcianego) wkładu w wywołanie I wojny światowej***. Dzisiaj turystów przyciągać mają nazwiska kompozytorów wizytujących możny ród: Beethovena, Paganiniego, Liszta****.

Wojen o Hradec między Polską a Czechami też nie ma. Na wojnę światową się nie zanosi. Jest UE, a jeśli Czesi walczą z Polakami to tylko nie tłumacząc swoich tablic informacyjnych na języki obce, choć przecież akurat do Polski jest blisko i o turystów łatwo. Walczą więc na swoją szkodę. Cóż, nie oni pierwsi.
____________________
*) Od Geografa Bawarskiego z IX wieku zapewne. Ale on nie pisał „Grodziec Golęszycki”…

**) Co dotyczy nie tylko Hradca, ale i pewnej kumulacji innych lokalnych stolic.

***) Trzeba przyznać ambasadorowi Lichnowskiemu, że był przeciwnikiem wojny i krytykiem niemieckiej dyplomacji (post factum), więc ten wkład to raczej jego niezręczność w ramach mało składnej dyplomacji całego cesarstwa, niż zła wola. W Hradcu należy mu się raczej życzliwe westchnienie, bo ta niechęć do wojny wcale nie była wówczas powszechna wśród decydentów.

****) Ci sami Lichnowscy mieli też pałacyk w Krzyżanowicach. I choć Hradec jest nieporównanie bardziej reprezentacyjny, to czasem chętniej bywali właśnie w Krzyżanowicach. I tam też gościli kompozytorów — Beethovena i Liszta, tego ostatniego nawet całkiem długo. Cóż… wielkość pałacu, a nawet malowniczość widoków z okna, nie zawsze przekładały się pozytywnie na „mieszkalność”.

Zdjęcia: basia i Pak4plus ;-/

[31.5.2018: Rudy Raciborskie i Łężczok. Krzyżanowice. Hradec nad Moravici. Vodní nádrž Slezská Harta. …]

Łężczok

4 czerwca 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Jakie skarby skrywa Śląsk?

W szkole uczono, że węgiel, czyli czarne złoto. I owszem, to ważny skarb, ale też skarb o znaczeniu historycznym. Skarb, który umożliwił zawrotny rozwój tym terenom od końca XVIII wieku. Ale zbliża się stulecie zwątpienia w potęgę tego skarbu. Najpierw przez wyczerpywanie się złóż, potem przez coraz trudniejsze i mniej bilansujące się wydobycie, aż po dostrzeżenie kwestii ekologicznych.

Węgiel przesłonił jednak wszystko. Przesłonił nawet liczne pałace przemysłowców, które z niego wyrosły. Bo kto słyszał o Pławniowicach? O Mosznej*? A jest tego więcej, choć często popadają w ruinę i już nie błyszczą tak, jak kiedyś.

Filmik promocyjny województwa pokazuje górę Żar, „zamek” w Bobolicach, ruiny w Ogrodzieńcu, czy Częstochowę. Sporo atrakcji, nie każdy polski region tyle ma. Ale Jura, czy Beskidy to nie jest całkiem typowy Śląsk.

Śląsk reklamuje się industrią i Industriadą**, a czy ktoś pamięta o przyrodzie? Czy wielu słyszało o Łężczoku? Bo sam dowiedziałem się niby przypadkiem, choć „miejscowi” często wiedzą.

Łężczok to rezerwat, utworzony na terenach stawów rybnych, które założyli cystersi z Rud. Stawy muszą mieć więc setki lat, skoro klasztor zsekularyzowano, by zdobyć środki na walkę z Napoleonem.

Ale są w Polsce starsze stawy. Nie o sam wiek chodzi. Chodzi o to, że niewielu zdaje sobie sprawę, iż część województwa Śląskiego, tego z całkiem historycznym Śląskiem, sięga w Bramę Morawską – obniżenie pomiędzy Sudetami i Karpatami. Obniżenie, które stanowi naturalny korytarz, zarówno dla ludzi, jak i dla natury.

Efektem jest pewne nagromadzenie gatunków, które albo do Polski docierają, albo urządzają sobie tędy tranzyt.

***

O Łężczoku nie dowiedziałem się ze szkolnych podręczników. Ani z telewizji. W internecie znalazłem parę szczegółów, ale początkowo na poziomie abstrakcji, który to poziom zwiódł mnie w manowce (pierwszy raz szedłem ze stacji Nędza, jakąś nędzną ścieżką, nawet nie wiedząc, że jestem w rezerwacie; wśród wysokich traw, po dość podmokłym lesie i obserwowałem jak pies ganiał się dla zabawy z sarną… właściciel nie reagował…). O samym rezerwacie dowiedziałem się od znajomego. Drugi raz wyszło już lepiej. Samochodem w 2011? – bezproblemowo.

I tak, od ucha do ucha, dotarły też wieści do Gospodyni. I bardzo się zdziwiła, gdy trochę przypadkiem wpadliśmy nad Łężczok. No bo ja, wiadomo, pofotografować ptaki. Ale zabierać kogoś? A tymczasem przyroda tam wcale bujna, nawet jeśli królują kaczki w różnych rodzajach.

Kilka dni temu znowu – trochę przypadkiem – odwiedziliśmy Łężczok. I liczba tego ptactwa… Balatony, czy Małe Balatony, mogą tylko pozazdrościć! A wszystko to skrzeczy, śpiewa, bzyczy***!

***

Więc już wiecie. Jest taki skarb śląskiej ziemi, Łężczok się nazywa****.

***
________________
*) Dobrze, widzimy, że Moszna się ogłasza także za granicą, więc coraz więcej osób. Ale jednak wciąż niezbyt wiele.

**) Już 9.6.2018: http://industriada.pl/

***) I pilnuje ścieżek. Ledwo zeszliśmy na bok, a komary zaczęły za nami ganiać. Na etacie rezerwatu, czy co?

****) Przy drodze z Rud do Raciborza.

Zdjęcia: basia i Pak4

[31.5.2018: Rudy Raciborskie. Łężczok. …]

Notatki do opisu obyczajów za panowania Bronisława i Andrzeja

28 Maj 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Ks. Jędrzej Kitowicz pisał, że wszystko na tym świecie się zmienia, z możliwym wyjątkiem sposobu wypieku chleba. Ale tylko możliwym, bo jak sam zaznaczył, może tylko on sam żyje zbyt krótko by zauważyć zmianę.

I rzeczywiście, w naszych czasach by tak powiedzieć nie mógł. Nie dawniej niż w piątek zauważyłem, że lokalna piekarnia ma nowy typ chleba w ofercie — barokowy. Aż dla samej nazwy chciałoby się kupić. A może to tylko nawrót do stylistyki bliższej ks. Kitowiczowi?

A obyczaje zmieniają się wszędzie. I zadziwiają. Idziemy sobie we wtorek do kina, a tu z przeciwka, z Kazimierza, ludzie z różami. Przecena jakaś, czy co? — zastanawiamy się. Aż w końcu pytamy jedną z uróżowiononych pań, a ta odpowiada, że to dla św. Rity. Cóż, św. Rita niby nowa nie jest, ale ze 20 lat temu jeszcze tego na pewno nie było.

Albo na przykład obyczaj towarzyszący wyborowi niedzielnej mszy. Pyta mnie w sobotę Gospodyni: „Gdzie i o której jutro idziemy na mszę?” Wiedząc, że w planach mamy przejazd z miejsca A do miejsca B, sięgam po mapę by znaleźć miejsce C. By mieć więcej wyborów niż samo A i B. Palec ślizga się po ekranie przewijając mapę wzdłuż drogi krajowej nr 94 i namierza coś na mapie ciekawego — zakole rzeki, wzgórze, oraz czerwone symbole: grodziska i zabytkowego kościoła. Odpowiadam więc: „Może w Chełmie?”

Dalszy ciąg obyczaju współczesnego pół-nomadyzmu prowadzi do uruchomienia wyszukiwarki na komórce godzin mszy świętych. Za ks. Kitowicza tego nie było… Komórka mówi: Chełm, diecezja tarnowska, msze: 7:30; 10:30 i 15:00. No to 10:30 i wydaje się, że sprawę mamy rozwiązaną.

Dojeżdżamy do Chełma — tuż za Rabą zjazd na światłach (wydzielony pas) w lewo. A zaraz za nim tablica z informacjami o godzinach mszy świętych. Miło. Nam się zawsze podobało w Niemczech, czy Austrii, że przy wjeździe do miejscowości jest taka tablica z informacją. Niby wciąż słyszę, że tam „symbolika chrześcijańska” znika, że Polska to ostoja chrześcijaństwa w Europie, a o głupią tablicę z mszami świętymi łatwo, gdy w Polsce wydaje się często, że godziny mszy świętych są najpilniej strzeżonym sekretem ks. proboszcza. Bo bywa, że tablicy nie tylko nie ma przy wjeździe do miejscowości, ale nawet przed kościołem i trzeba znaleźć rozpiskę intencji mszalnych (albo zadzwonić do ks. proboszcza…) by się dowiedzieć, co i jak. A przynajmniej tak sugerują pytani miejscowi.

Ale nie w Chełmie. W Chełmie jest pierwsza tablica tuż za światłami, a potem jeszcze druga przed kościołem. Jak dotąd można Chełm stawiać za wzór. Zresztą obok kościoła muzeum parafialne, galeria, nie taki mały parking, kwitnące piwonie, pracowite pszczółki zapylające lipę. Cud, miód, malina. Ta ostatnia dopiero kwitnąca.

Mamy chwilkę, więc idziemy na grodzisko i podziwiamy, jak pięknie dobierali sobie panowie wczesnego średniowiecza miejsca na grodowego grilla. Potem idziemy grzbietem nad hotelo-kasztel Lech, podziwiając z jednej DK94, z drugiej A4. A w dole Raba płynie.

10:30, my w kościele. A tu nic. To znaczy nie nic – panie zaczynają różaniec. Ale msza to-to nie jest. Biegnę więc poszukać ogłoszeń parafialnych, bo już własnej pamięci do godzin i zapisom z dwóch tablic i jednego internetu, pod naporem faktów, nie dowierzam. A ogłoszenia mówią, że w kolejną niedzielę msza jest, ale o 11-tej. Więc w tę chyba też…

I była*. Mieliśmy więc pół godziny na pobożne rozważania o skrótach perspektywicznych na Giewont w obrazach przedstawiających św. Jana Pawła II.

A może niemieckie tablice przed miejscowościami też należałoby sprawdzić?

Za to, czy w Niemczech msze się kończą modlitwą do św. Michała Archanioła? Bo obserwuję jak się po Polsce ten obyczaj, by nie powiedzieć zaraza**, szerzy. Zostawiwszy przyszłym spisywaczom obyczajów krajowych fenomen dodania jeszcze jednej części do mszy świętej w wielu polskich kościołach (za późnego Bronisława i wczesnego Andrzeja).

Chełm zostawił w nas wrażenia mieszane plus. Plus, bo jednak piękny maj, piękne miejsce, a kazanie treściwe i chciałoby się wrócić w pogodzie umożliwiającej podgląd gór. Ale do minusików musimy jedno ostrzeżenie dla zmotoryzowanych czytelników skierować… Otóż parkowanie… Otóż lepiej parkować tak, by nikt nie mógł samochodu przyblokować. Bo jak może, to przyblokuje. Myśmy się wywinęli, bo poszliśmy na mszę, tak jak blokująco-parkujący; ale pewna para z Krakowa została zmuszona do intensywniejszego zwiedzania wsi niż to sobie wcześniej planowała. Ot, takie miejscowe obyczaje…
_________________
*) Już nazajutrz zerknąłem do internetu raz jeszcze. I teraz zamiast agregatora mszy z całej Polski znalazłem stronę internetową parafii, a tam ogłoszenia parafialne. I tam jest dobrze, więcej — okazuje się, że też pierwszą mszę przesunęli o pół godziny… Ale na tablicach nie zmienili…

**) Na ew. zarzut o „zarazę” tej modlitwy do św. Michała Archanioła mam trzy uzasadnienia:

Pierwsze takie, że z sympatią bym przyjmował dobrowolne dodanie modlitwy, jako wyraz indywidualnej postawy. Jak się czyta o świętych to oni często tak mają – „szczególne nabożeństwo do”. Wolno. Pięknie. Ale pięknie dlatego też, że różnorodnie. Że wiara unika rutyny i zmusza do myślenia. A jak wszyscy w ten sam deseń to przestaje to być piękne i staje się rutyną.

Drugie, że my… chyba jeszcze za prezydenta Bronisława, natknęliśmy się na grupę księży szerzących kult św. Michała Archanioła. Pamiętam, że to w Krynicy było. I muszę powiedzieć, że trzeba było dużej wiary, by widząc to nie powtarzać tez najbardziej zjadliwych z wojowniczych ateistów, że wierny, to tylko część procesu technologicznego.

Trzecie, w judaizmie było i w chrześcijaństwie zostało dwojakie podejście do tego, o co chodzi w relacji człowieka z Bogiem. Pierwsze jest takie, że człowiek ma się nawrócić – postępować lepiej, zgodnie z przymierzem z Bogiem, co może pomocy Bożej nie gwarantuje, ale przynajmniej daje podkładkę do składania o nią podań. I drugiej podejście, że mamy siedzieć i czekać, aż Bóg wszystko sam zrobi. I właśnie w modlitwie by św. Michał Archanioł za nas walczył, widzę to drugie podejście.

Zdjęcia: basia i Pak4

[27.5.2018: Chełm nad Rabą i inne majowości małopolskie]

Jaśminowe klimaty upalnie-czerwcowe… — niesamowita ta wiosna! (Pak4)

Góry Lewockie

23 Maj 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Nigdy nieodwiedzone, ale zawsze „widziane”. Bo ilekroć mnie Prezeska Teamu pyta, „co tam widzimy?”… no… prawie ilekroć, w każdym razie ilekroć jesteśmy w Beskidzie Sądeckim, Magurze Spiskiej, Tatrach Wysokich, Pieninach, Raju Słowackim, a jak pokazała sobota także w Górach Czerchowskich, to pada moja odpowiedź, że to dość duże, beskidzkie w naturze, intrygujące to Góry Lewockie.

I tak intrygują od lat z boku sceny właściwych wycieczek. Nigdy nie odwiedzone, chyba żeby wliczyć Sanktuarium w Lewoczy, które jednak na górze się znajduje i to, było nie było, lewockiej.

Wizja lokalna wykazała, że:

– Góry Lewockie… no są… nawet ładnie wyglądają… nawet pociągają… Ale czasami nazywałem tak Bachureń i Branisko, a może coś jeszcze, wrzucając do jednego worka wszystko beskidzkie w tym rejonie…

– do wycieczki na najwyższą Jaworzynę, którą widać z wielu miejsc, nawet się nie przybliżyliśmy… pętla, która się tak ładnie rysuje na mapie, obejmuje gdzieś z 12 godzin wędrówki i trudno ją skrócić (szlaków brak, a masyw szeroki), a na 12 godzin trochę mało tam atrakcji…

– mimo wrażenia niedostępności, wywołanego opowieściami o zamienieniu tych gór w poligon, prawie do ich serca można się dostać samochodem i nie zostać ostrzelanym;

– ale mimo to, duża część tamtejszej cywilizacji zdaje się chylić ku upadkowi… i nie mam na myśli upadku obyczajów, ale upadku gospodarki kołchozowo-sowchozowej…

– za to co do miejsc, z których widać Góry Lewockie, jakoś wciąż pomijałem Spiskie Podhradie, a przecież Góry Lewockie to jeden z najlepszych punktów widokowych na nie.

Zdjęcia: basia i Pak4

[20.5.2018 – szlakiem czerwonym z jednej strony Krúžok na drugą i z powrotem. Ślad GPS.]

Klimaty Gór Lewockich Czerchowskich – bocznie

Do wjazdu na niemal 1000 m npm skusiła nas perspektywa obejrzenia z góry Zamku Spiskiego!

Lewoczę z góry dostaliśmy w bonusie!

…Po niej Spiski Czwartek, tak mile pamiętany z września 2012…

Vrbov…

Tatry pokazują się też

Strażki zawsze miłe powtórzeniowo

Tatry widziane z Magury Spiskiej

I już Pieniny z Trzema Koronami

Oba zamki w momencie przejazdu koroną niższej tamy

W Kamienicy prymicje przeparadne!

Ilustracje – Pak4

3 w 1

20 Maj 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Owczarek Podhalański kilka wpisów temu pisał o różnicy między „wędrówką”, „spacerem” i „ekspedycją”. Ale nadal nie wiem, czym była sobotnia… No właśnie… Sobotnie coś.

Bo zaczęło się prawie jak ekspedycja. Znaki szlaku są, ale szlaku nie ma. Człowiek jednak spodziewałby się, nie żeby od razu drogi, ale choćby ścieżki. Nawet jak czasem na szlaku nie ma ścieżki, bo są głazy i percie, to jednak z grubsza wiadomo po czym iść obok tych znaczków. A tu nic… Znaczki są, zielsko rośnie, drzewa się przewalają i pochylają, GPS się gubi, mapa setka, buty wyłapują wilgoć zewsząd i zaczynają chlupać, drapieżne ptaki na nas krzyczą, że nie tędy… I jak tu iść, panie premierze? (Premierze Słowacji, rzecz jasna.) Człowiek się czuje prawie jak Stanley szukający Livingstona…

A potem doszliśmy na górę. Co prawda nieco mglisto się zrobiło, ale, po dojściu dwóch kolejnych szlaków, ścieżka zrobiła się czytelna. (No i GPS pomagał, jakby co…)
Szliśmy szybko i sprawnie, a po ok. 5 godzinach od wyruszenia nawet spotkaliśmy pierwszych innych turystów. Przepraszam, właściwie to samotnego cyklistę. Ale zawsze coś, bo dotąd się człowiek bardziej spodziewał niedźwiedzia czy łosia na szlaku, niż innego człowieka.

W odcinku najwyższym zrobiło się więc wędrówkowo. Wyraźny szlak, nawet prawie spacerkowa ławeczka, nawet krzyż, jak to w katolickiej Słowacji, nawet piorunochron na krzyżu, jak to w XXI wieku, ale ze spacerem jeszcze spokojnie. Jeszcze, jeszcze… Bo jeśli kolejni turyści to piesi, żadnych tam motorynek.

A potem zejście, coraz bardziej sielskie. Coraz więcej cywilizacji. Nawet jakaś ławeczka z otwieraczem do butelek przy drodze… Jakaś kapliczka z XIX wieku… A od przełęczy wręcz asfaltowo, spacerkowo… Co prawda spacer w tym momencie może być bardziej męczący niż wędrówka w innym, bo wiadomo, twarda nawierzchnia i narastająca monotonia szlaku. Ale zawszeć to spacerek, a i buty już prawie przeschły.

No i jak zaliczyć te 30km? Ekspedycja? Wędrówka? Spacer?

Zdjęcia: basia i Pak4

[19.5.2018: Livov – trawers Ceškova – Jasenov – Palenica – Maly Minčol – Minčol (Czerchowski) – Lazy – Hyrova – Dvoriska – Sedlo Priehyby – Livov. Ślad GPS]

Na przedostatnim odcinku wędrówki sielskość gdzie nie spojrzeć… A spozieramy na południowy wschód i Łysą z infrastrukturą jej (Pak4)

Świnna Poręba

24 kwietnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Otwarcia:
— październik 2015: Jerzy Miller & co.;
— marzec 2017: Team Ltd.;
— lipiec 2017: Beata Szydło & co.;
— kwiecień 2018: Team Ltd..
***
Było-jest-będzie:
— było, co niektórzy skuterowcy wyraźnie wspominają z rozrzewnieniem;
— jest: jezioro dojrzewające;
— będzie: jezioro obrośnięte sferami relaksu;
— Babia ponadczasowa.
***
GPS:
— jak zrobić cofkę w Endomondo?
— byłeś tam przede mną 2:10, a teraz 3:40 za mną — ale ja jeszcze wiązałem buta.
***
Obrazy:
— foto Basia;
— foto PAK;
ślad GPS.
***
[22.4.2018: Łękawica – Małe Góry – Jaroszowicka Góra – Leśniówka – Niwa – Zagórze – Łękawica]

Ilustracje – Pak4

Piekary

21 kwietnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Jedni mówią, że od piekar, inni że od pieczar. Oba pochodzenia stare.

Pieczary bardzo stare. Najpierw natura rzeźbiła skały. Cicho, pokornie, czyli mało artystycznie. Potem neandertalczycy polowali. Neardentalczycy — ci od większych mózgów niż nasze. Ale bez popadania w autorasizm — homo sapiens sapiens twierdzi, że jego kolega z ludzkiej klasy, czyli homo sapiens neanderthalensis miał lepszy wzrok, ale nie mózg i rozum. Cóż, to homo sapiens sapiens pisze kronikę szkolną i nie znamy wersji homo neanderthalensis.

A jeśli Piekary, to po prostu Piekary, to też staro. Piekary, Łagiewniki, Grotniki, Szczytniki — to wszystko nazwy „wsi służebnych”, czyli założonych w czasach gospodarki pierwszych Piastów. Późniejsi Piastowie przeszli już na swoisty średniowieczny kapitalizm — kazali sobie płacić pieniędzmi, które wcześniej ludziom wybijali w zamian za różne dobra. Zarabiali dwa razy, zostawiając decyzję co od kogo wolnemu rynkowi. Ale pierwsi Piastowie jeszcze tych pieniędzy nie mieli dość, więc bezpośrednio sprowadzali ze wsi towary.

I byliśmy w takich miejscach. Mijaliśmy dwie dziury w skałach, czy te od neandertalczyków — nie wiadomo. Sapiens sapiens ma po drugiej stronie Wisły Tyniec do podziwiania, ale neandertalczyk był tego pozbawiony, mógł więc obozować wszędzie.

Nawiedziliśmy grodzisko, czy zamczysko, Bo piszą teraz, że raczej to drugie, bo Konrad Mazowiecki, ten co to Lidla sprowadzał do Polski czy jakoś tak, wieżę kazał sobie wymurować, choć obok wał był ziemno-drewniany. Podobno pierwsza wieża o przekroju kwadratowym w Polsce. Teraz to raczej zaczątek spirali przypomina, a młodzież, zamiast szturmować u boku progermańskich awanturników Kraków, studiuje podręczniki. Choć kto wie, może podręczniki też są progermańskie, a nawet promatematyczne.

Nawiedziliśmy też piekarnię. Bo tradycja dostarczania wypieków do Krakowa trwa i ma się słodko. Tak dobrze, że wyraźnie mieszkańcy nie pieką na swoje potrzeby, tylko na krakowskie. Choć mnie, krakowianina na pół etatu, też poczęstowano.

Pięknie tam było, tak w ogóle*.
_________
*) By (C) Gospodyni.

Zdjęcia: basia i Pak4

[21.4.2018: Piekary – pięciokilometrowa pętelka wałami nad Wisłą, pod skałkami, na Grodzisko/Stróżnicę (ślad gps)]