Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Husaria

12 listopada 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

11.11, ale i niedziela. Poszliśmy na mszę, a ta okazała się mszą dla husarii…

Kazanie było bardzo godne, późniejsza pogoda, gdy rozeszły się mgły też — dzień więc bardzo na plus — ale mnie od rana intryguje ta husaria…

Tak, wiem, husaria dodaje nam skrzydeł. Ale czy my wiemy, co nam dodaje skrzydeł?

***

Z pewną przyjemnością doczytuję, że husaria zaczynała jako jazda… serbska. Z przyjemnością, bo to pozwala nawiązać do wyjazdu sprzed dwóch miesięcy. Ale, oczywiście, husaria z czasem zmieniła narodowość. Co więcej, przybrała też na wadze. Husaria na początku, to była jazda lekka. Husaria u szczytu sławy, to była jazda ciężka — dostosowała się do warunków, niczym ewoluujący gatunek zwierząt

Ale… nie o serbskość mi chodzi. Chodzi mi raczej o to, że czci się husarię, a nie czci się, powiedzmy, piechoty wybranieckiej. W końcu jedna i druga jest związana z epoką polskich zwycięstw. Bo gdy Polska wygrywała, to nie walczyła (zwykle) sama husaria. Walczyła armia, z oddziałami pieszymi, jazdą lekką, czy artylerią. A wspominając historię zachowujemy się trochę, jakbyśmy podziwiali efekt pracy maszyny i wybierali z niej jedno koło zębate, by się zachwycać i wychwalać.

Bo i kółko efektowne… Zresztą może husaria była więcej niż jednym trybikiem maszyny wojskowej. Może była jak Lewandowski — bramkostrzelny napastnik, którym się zachwycają kibice. Ale też napastnik, któremu pomaga wypracowywać okazje cała drużyna, a przynajmniej jeden jej gracz, stojąc na bramce, pilnuje, by samemu gola nie stracić…

To chyba jednak ludzka słabość, że pragniemy dostrzec w jakimś jednym supermena, zamiast myśleć o zespole, drużynie, zgraniu, taktyce…

Husaria nie składała się z supermenów. Tak jak z supermenów nie składają się Polacy, jako naród. No dobrze, w opowieściach to supermeństwo Polaków raczej ograniczone jest do sprawności bojowej i to na właśnie takich, efektownych pozycjach — to pogonić Turków pod Wiedniem, to wygrać bitwę o Anglię dwoma dywizjonami, to odnieść zwycięstwo polegające na kapitulacji oblężonej placówki dopiero po tygodniu…

Husarze nie byli supermenami; tak jak polscy lotnicy w bitwie o Anglię nie byli nadludźmi dzięki polskim genom. Jedni i drudzy byli profesjonalistami w czasach i miejscach, gdzie ten profesjonalizm był w cenie.

Często narzekamy na geografię, że Niemcy, że Rosja, że brak przeszkód naturalnych i można się przewalać ze wschodu na zachód i odwrotnie; tymczasem w XV-XVII wieku ta geografia była dla nas szczęśliwa. Rosja gdzieś tam sobie rosła w siłę, ale dość wolno i niezbyt nowocześnie; „Niemcy” w sensie III Rzeszy nie istniały, a tym bardziej zakusów na Polskę nie miały. Zagrożenia nieśli czasem niesforni Rosjanie, ewentualnie Mołdawianie, ale głównie Tatarzy. Zagrożenia jednak nie śmiertelne. Ich ataki były dla kraju bardziej jak szczepionka, niż jak śmiertelna choroba.

Polska musiała się bronić. Nie musiała się na obronę rujnować — zagrożenie nie było tego rzędu. Ale musiała zatrudnić profesjonalną armię do obrony. I zatrudniła.

Profesjonalna armia… To nie tylko kwestia żołdu*, to także kwestia wyszkolenia, wyposażenia, doświadczenia (w tym doświadczenia dowódców). Póki Polacy byli profesjonalni, a sąsiedzi nie, nikt nie miał szans na zwycięstwo z nami. Trochę jakby wystawiać drużynę z okręgówki przeciwko Bayernowi z Lewandowskim… Weźmy taki Kłuszyn i zwycięstwo polskich profesjonalistów nad rosyjsko-szwedzkimi amatorami.

To się jednak skończyło. Nawet nie to, że Polacy od razu się opuścili w ćwiczeniu, choć gdy wojen spadło zbyt wiele na raz, to można zapytać, ilu tych profesjonalistów przetrwało by walczyć i dawać przykład innym**. To było tak, że inni też się sprofesjonalizowali. Nie wszyscy na raz, ale jednak.

Najlepszy przykład to potop szwedzki. Tu już nie ma zwycięstw jak pod Kircholmem. Polacy nie tylko nie potrafią pokonać liczniejszego przeciwnika — często przegrywają, choć mają dużą przewagę liczebną. Role się odwróciły. No, niemal, bo w końcu Polsce udało się wygrać — wciąż jeszcze miała kogo mobilizować. Ale było to smutne zwycięstwo, zwycięstwo wymęczone, zwycięstwo okupione krwią i ruinami…

Husaria jeszcze czasem wygrywała, wraz z polską armią. Ale coraz rzadziej. Za Sasów stała się własną parodią, jazdą ze względu na piękne stroje wykorzystywaną niemal wyłącznie w konduktach żałobnych… O stałą, profesjonalną armię prosili reformatorzy, ale jak wiemy, właściwego sukcesu nie udało się osiągnąć, a niepodległość została utracona na wiele, wiele lat…

***

Nie mam nic przeciwko husarii, ale chciałbym by ci, którzy się na nią powołują, przebierają w jej stroje, salutują szablami przed Najświętszym Sakramentem, pamiętali o jej profesjonalizmie i o tym, co z niego wynika (jak umiejętność dostosowania się do wymagań) bardziej, niż o kirysach czy szyszakach, bo ten profesjonalizm w służbie Polski*** wydaje się ważną lekcją także dzisiaj. Za rogiem nie stoi wojna, ale dzisiaj wszyscy ze wszystkimi rywalizują. Kto sobie odpuści profesjonalizm w działaniu, ten przegra, bo inni są i pozostaną profesjonalni.

__________________
*) Z którym w Polsce bywało różnie. Pamiętam jak Marian Krzaklewski (ktoś jeszcze pamięta?), coś opowiadał, że AWS jest jak polscy husarze spod Kircholmu. Rzuciłem się wtedy by doczytać, co i jak, no i wyszło mi, że niekarne wojsko po Kircholmie zaczęło kraść na potęgę, z czym Polska miała większy problem niż wcześniej ze Szwedami… Z neutralnej niby książki historycznej zrobiła się bardzo zjadliwa satyra na wielkie słowa o historycznych nawiązaniach w ustach polityków…

**) Mówi się niemal wyłącznie o zwycięstwach husarii… Trochę to może Sienkiewicza wina — przez całą Trylogię śledzimy raczej sukcesy bohaterów. Nikt nie ginie pod Batohem, czy pod Mątwami. Swoją drogą, w Trylogii tylko Skrzetuski jest husarzem, co powinno podkreślić, że nie samą husarią Polska zwyciężała.

Nawiasem mówiąc, Szwedzi w czasie potopu, to właśnie bardzo profesjonalna armia, która swą sprawność wypracowała wcześniej w czasie wojny trzydziestoletniej. Wojny więc bardzo wyniszczającej.

***) Dopiero co słuchałem polskiego pilota, narzekającego na stosunek przełożonych do szkolenia, gdzie twierdzenie, że Polacy są świetnymi lotnikami usprawiedliwiało ograniczenie szkolenia poniżej jakiegokolwiek rozsądnego minimum.

Zdjęcia: basia i Pak4

[11.11.2018: po mszy harcerskiej u Św. Idziego i odśpiewaniu wszystkich czterech zwrotek Hymnu Narodowego jako początku nabożeństwa protestanckiego na Grodzkiej idziemy na Rakowice pokłonić się Fajnemu Księdzu, Noblistce, Adwokatowi-Turyście-Społecznikowi, Mężowi Stanu (co Gdynię budował), Dziennikarce od czarownic, bogów i aniołów, Pieśniarce co wzywała by grać Panu na harfie i cytrze, Muzykowi, co wiecznie zaczynał od Bacha, Lekarzowi o pseudonimie „Doktor Twardy”… Wracając przez Planty spotykamy rzesze świętujących klasycznie. Późnawym popołudniem wyskok do Tyńca – MPK za darmo, zatem… ;-/]

Husaria pod Wawelem (Pak4):

Reklamy

Mostar

11 listopada 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Yuval Noah Harari, może najbardziej wzięty współczesny intelektualista-prowokator, twierdzi w swoim Sapiens: „A Brief History of Humankind”, że imperializm nie powinien być słowem o negatywnym wydźwięku, przecież imperia były i są nośnikami kultury, a gdzie byśmy bez tego byli?

To taka jedna z prawd „50%” — coś w niej jest, ale w zaprzeczeniu też wiele by się znalazło. A jest, bo w końcu w naszej historii mamy masę importów, za którymi stały miecze, czy czołgi — począwszy od alfabetu łacińskiego, który zawdzięczamy imperializmowi Ottona I, po hamburgery i coca-colę, które rozpowszechnia imperializm USA…

Kultury zawdzięczają niemal wszystko dawnym imperializmom, ale zwykle próbują mówić tylko o dwóch biegunach — lokalnej tradycji i światowej nowoczesności. Na tym tle „stolica” Hercegowiny — Mostar — nie wyróżniałby się, gdyb nie to, czym jest ta lokalna tradycja.

Przewodniki czasem mówią o wielokulturowym Mostarze, ale nie należy dać się zwieść. Owszem, parkowaliśmy pod kościołem oo. franciszkanów, a po drugiej stronie miasta trwała odbudowa cerkwi; ale sam, historyczno-turystyczny Mostar jest boszniacko-muzułmański, co oznacza, że stanowi żywą pamiątkę po imperium osmańskim.

Nie chodzi o same meczety. Nie chodzi o same mosty (oprócz tego właściwego, Starego Mostu, z 1566, jest też drugi, mniejszy, na dopływie do Neretwy, też z XVI wieku), czy strzegące Starego Mostu wieże. Chodzi o uliczki i sklepy. O pamiątki z jedwabiu, miedzi i brązu — przede wszystkim czajniczki do parzenia kawy po turecku, ale nie tylko.

Docierając do Mostaru po wykonaniu wschodnio-południowej pętli, widzieliśmy ślady kultury osmańskiej — meczety, inny osmański most (w Wiszegradzie), czy choćby ów czajniczek do kawy po turecku — w Żabljaku. Ale to wszystko były elementy kultury przyswojone, tolerowane, a przynajmniej jawnie unowocześnione. To były importy. Nawet przejście od prawosławnej serbskości do katolickiej chorwackości jest jakoś płynne, ze stanami pośrednimi i wieloma punktami wspólnymi. Tymczasem w Mostarze mamy inny świat — enklawę tureckości po środku byłej Jugosławii.

Choć może nie do końca, skoro miejscowi mówią w języku słowiańskim, a wszystko da się kupić i sprzedać także w euro.

Zdjęcia: basia i Pak4

[21.9.2018: Međugorje. Mostar*. …]

Stari Most* (UNESCO)

Krzywy Most

Ilustracje – Pak4

Wybrzeże Czarnogóry

5 listopada 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czarnogóra nie jest dużym krajem. Ludnościowo to mniej więcej Wrocław. No, chyba żeby doliczyć turystów — ci, jak się rozejdą po górach, dolinach i brzegach, to nieco zapełnią pustkę tego kraju i wypiętrzą jego ludność ponad Wrocław. Czarnogóra może być krajem czasochłonnym, bo jak sama nazwa wskazuje górzysta jest, co spowalnia transport kołowy. Ale to wciąż nie jest wielkie państwo. Powierzchniowo większe od Śląskiego, ale mniejsze od Małopolski. Wybrzeże Czarnogóry też nie jest wielkie, choć większe od słoweńskiego, o bośniacko-hercegowińskim Neum nie wspominając.

I tak je przejeżdżamy poczynając od południa, wbrew ruchom kartek przewodnika; od noclegu w okolicach Ulcinja. Samego Ulcinja nie odwiedzamy, przez co albańskie smaczki południa Czarnogóry smakujemy tylko przez szybę. Cóż, czekają nas większe atrakcje, więc w drogę.

Choć wciąż jesteśmy bardzo blisko, to Adriatyk widzimy tego dnia pierwszy raz z okolic Baru. Bar to największy port Czarnogóry, wcześniej Jugosławi (choć, żeby mi przewodnik powiedział, czy tej Jugosławii z Chorwacją i Słowenią, czy już bez). Dla nas, obserwatorów z auta, widać pojawienie się nie-Albańczyków, bo znikają minarety, a pojawiają się wieże kościelne. Sądząc po architekturze nawet katolickie. Znika też albański zwyczaj budowania z ambicjami. Bo u Albańczyków często widzieliśmy zamieszkane, czy zaużywane budynki, w których wciąż wyrastały pręty z nadziejami na dobudowę kolejnego piętra, gdy tylko przypływ gotówki się pojawi…

Bar słynie jeszcze z tego, że tędy przemycano ropę do Serbii Miloševića. Bo Czarnogóra… Cóż, jest takim krajem, który usiłował żyć dobrze ze wszystkimi. I z tego dobrego współżycia z innymi zarobić na dobre życie dla siebie. Nie zawsze się dało (w takim Dubrowniku przypomnieć potrafią, że miasto ostrzeliwały armaty serbskie i czarnogórskie), ale jednak… O specyfice tego kraju świadczy choćby to, że w restauracjach o nostalgicznej nazwie Jugosławia (mijaliśmy dwie) płaci się w euro. Ale oprócz ambicji i nostalgii jest jeszcze realność i pragmatyzm małego państwa. Tak, po prostu.

Bar przejeżdżamy płynnie, a zatrzymujemy się dopiero nad Svetim Stefanem, bo miasteczko, czy wioska na wyspie, połączona groblą, wygląda fotogenicznie. Ale się nie zbliżamy — skoro wejście na plażę ma kosztować 50 euro za dzień, a na wyspie brał ślub Novak Đoković, to dla bezpieczeństwa własnych portfeli wolimy trzymać się z daleka.

Budvę też przejeżdżamy. No prawie, bo na podbudvieńskiej plaży zatrzymujemy się na śniadanie. Budva w tym towarzystwie najbardziej masowo-turystyczna, w sensie jednak rekreacyjnym. O ile masowość można łączyć z rekreacją, w co pozwalam sobie wątpić.

Sens rekreacyjny podkreślam, bo za Budvą odbijamy na północ, by gdzieś za tivackim lotniskiem znaleźć się nad brzegiem Boki Kotorskiej. A tam już jest… inaczej, ciekawiej, a przy tym arcyturystycznie.

Bo z punktu widzenia światowej turystyki to Czarnogóra jest właściwie naroślą na Boce Kotorskiej. A Boka Kotorska to piękne widoki i historyczne miasta, z samym Kotorem na czele.

Oczywiście odwiedzamy Kotor! Na co, jak na co, ale na UNESCA Team poluje. Nawet człowiekościsk potrafi przeboleć. Kotor niezdobyty, który niejedną nawałę turecką przetrzymał (uległ raz, kiedy to Anglicy pokonali tam Francuzów, ach ta nasza wspólna, mała Europa…), teraz otwiera swe bramy przed równie niezwyciężoną armią turystów. Turystyczną dominację dobitnie ukazuje dziób Marella Discovery 2 wznoszący się ponad Kotorem (jeśli nie liczyć twierdzy). Kotor to stare, wąskie uliczki bez ruchu samochodowego, stare kościoły, pnące się w górę do Twierdzy św. Jana mury (tuż, tuż nad miastem już płatne — strzeż turysto swego portfela, strzeż!). To miasto ma uneskową niezwykłość, nawet jak na uneskowe niezwykłości z wybrzeża Adriatyku. Ma też jakąś swoistość i urok, nawet jeśli ma się poczucie, że dzisiejsi kotorczycy mają niewiele wspólnego z tymi z XV, czy XVI wieku. Jakby to powiedzieć? Włoszczyznę (a może włoszczyznę i albańskość, w końcu to była Albania Wenecka) zastąpiła czarnogórskość, którą obserwujemy życzliwie, z sympatią, bo od Czarnogórców tylko nas dobro spotykało, ale jednak jako coś wciąż obcego w tych murach.

Dalej już jedziemy płynnie, notując jeszcze Perast (jakoś gubimy Risan…). Wszyscy polecają, że piękny, a sądząc po licznych zaparkowanych przy drodze autach, to zapewne wszyscy mają rację. My nie parkujemy — jeden człowiekościsk z rana nam wystarcza. Z drogi podziwiamy dwie wyspy — Wyspę Matki Boskiej na Skale, z barokowym kościołem (sztuczną, podobno tradycyjnie wciąż rzuca się tam kamienie by rosła), oraz Wyspę św. Jerzego, dawniej cmentarną Perastu, co niektórzy wiążą z Böcklinem (ale u Böcklina jest skalista scenografia dodana, gdy perastańska wyspa jest płaskawa, nawet jeśli coś z tych olejnych cyprysów w sobie ma).

Mamy jeszcz trochę kilometrów nad Boką Kotorską, w całości uneskową, nazywaną „fiordem na Adriatyku”, bo góry tu całkiem wysokie, a wybrzeża bliskie. Lovćen nawet się w okolicach planów mieścił, ale kręta, wąska droga i opłaty za park i za schody do mauzoleum… to jakoś nie był pomysł na ten dzień. Może kiedyś, w końcu jest tam wiele do dozwiedzania… Sam objazd Boki to ok. 65 km (nawigacja usilnie próbowała nas odciągnąć od Lepetane i tej części wybrzeża, słusznie, bo droga jest nietranzytowo wąska, ale dla takich jak my była w sam raz). Cała czarnogórska nasza trasa wzdłuż wybrzeża to niemal 160 km. Za mało by wypalić bak, choć i tak tankujemy — w Czarnogórze taniej — i już witamy się z Chorwacją.

Zdjęcia: basia i Pak4

[20.9.2018: wybrzeże Czarnogóry przemierzone spod albańskiej granicy. Kotor* i Boka Kotorska*. …]

Do pracy, Rodacy!

3 listopada 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Weźmy taki rok 1918, było nie było, 100 lat temu. I weźmy taką kolej.

Obserwując budowę autostrad, przetargi na konkretne odcinki, dyskusje o tym, czy to jeszcze schemat połączeń i plan z czasów Gierka, czy Piasta, albo, co gorsza, płacąc za A4 między Katowicami i Krakowem (czy kto tam jeździ po A2, czy inaczej…) prywatnej spółce, trudno nam może być zrozumieć, jak budowano „autostrady” z wcześniejszego stulecia, czyli jak w naszą ziemię wrastała kolej żelazna.

A było trochę jak z autostradami, a trochę inaczej. Trochę jak, bo też było to połączenie wysiłków państwowych i prywatnych. Ale trochę inaczej, bo tym państwowym nie szło o „dobro obywateli”, o to by dojechać sobie „Autostradą Solidarności” nad morze, ani o to, by towar z miejsca A przejechał do miejsca B. Państwowym wysiłkom szło o to, by szybko przerzucić wojsko z punktu zbiorczego na front.

W efekcie linie kolejowe wyglądały jak macki wyciągnięte ze stolicy w kierunku granic i nie przejmujące się powiązaniami gospodarczymi. Najbardziej znane jest to w wykonaniu rosyjskim, czemu towarzyszy narzekanie na nieeuropejską kulturę, bo stacje kolejowe i tory mijały często miasta szerokimi łukami (w końcu miasta w transporcie na front przeszkadzają). Ale i inni mieli tak samo — przecież cały słynny plan Schlieffena był oparty na tym, że niemieccy żołnierze po szybkim pokonaniu Francji, przejadą świetnymi niemieckimi kolejami na wschód i pokonają szybko Rosję, zanim ta ściągnie żołnierzy swoimi gorszymi kolejami przez swoje większe terytorium*… Niemcy więc dopłacali do nieefektywnych gospodarczo kolei, by mieć w zanadrzu potęgę, którą zadają ciosy sąsiadom.

Inni robili tak samo. Owszem, bywały linie komercyjne, ale zwykle te drugorzędne, a często wręcz wąskotorowe.

I przychodzi ten rok 1918 i co mają Rodacy zrobić, skoro linie kolejowe kończą się u progu dawnych granic i wciąż nimi najłatwiej dojechać z jednym miejsc do Moskwy, z innych do Berlina, a jeszcze innych do Wiednia, względnie Koszyc i Budapesztu… Niby jest to połączenie, kolej Warszawsko-Wiedeńska, z połączeniami na dzisiejszym pograniczu Małopolski i Śląska w obie strony (na Kraków i Górny Śląsk), ale… mało tego**…

Polska rodzi się wśród bólu wojny. Mamy taką legendę „dobrej wojny”, wojny gdy bili się inni, a Polska dostała w prezencie niepodległość i się pięknie odrodziła. Ale przecież ci „inni”, to często Polacy***, przez Polskę przechodzi front, niosąc zniszczenie, głód, choroby… Polska się odradzała całe dwudziestolecie międzywojenne i tylko ledwo, ledwo zdołała to zrobić.

Wojna miała jedna swoje malutkie plusiki. Dobudowała linie kolejowe, które szły na posuwający się na wschód front. A inne przystosowała do rozmiarów europejskich torów. Troszeczkę więc już Niemcy nam kraj zjednoczyli, gdy przyszedł ten 1918… Wojna pozostawiła też po sobie porozrzucane zabawki — tabor kolejowy, który trzeba było „tylko” zinwentaryzować (choć to mogło przyprawić o ból głowy…) i używać.

Ale i tak, mimo paru niespodziewanych prezentów od wojny, pracy do zrobienia było bardzo dużo. Trzy różne typy taborów, linie kolejowe biegnące tam, gdzie kiedyś podróżowali żołnierze i towary, a co teraz zamknęła granica. Co więcej — trzy różne rodzaje sygnalizacji, bo niemieckie „stop” wyglądało inaczej niż rosyjskie, czy austriackie… Jak się w tym wyznać, jak sobie z tym poradzić?

Wyznano się. I zbudowało się. Może też potrzeba była matką dobrych kompromisów? Rozwiązań przejściowych? W 1921 roku, już, udało się zrobić „kolejową A2”, tj. połączyć koleją Warszawę z Poznaniem (odcinek Kutno-Strzałków), w 1922 połączono Hel z Puckiem (znowu ta armia i jej potrzeby), potem kolejne linie.

Potem była II wojna. I odbudowa. I przebudowa. I dostosowywanie do ekonomii. Wciąż jednak widać w schemacie linii kolejowych zabory.

____________
*) Poniekąd Niemcy przegrały tę wojnę, bo koleje rosyjskie były lepsze niż się im zdawało…
**) Można powiedzieć, że tacy Czesi ze Słowakami też mieli kiepsko. Niby tylko jedna granica, ale żeby z Pragi dało się do Bratysławy dostać drogą wodną, trzeba się po drodze wydostać na Morze Północne (Kisch mi świadkiem), a żeby dostać się koleją to trzeba podbić Śląsk Cieszyński…
***) Polaków-żołnierzy zginęło więcej w I wojnie światowej niż w II. Z cywilami było odwrotnie, ale gdyby mówić o zniszczeniach przez przechodzący front… trudno mi powiedzieć.

Stećki

28 października 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Stoi takie sobie. A nawet leży, czy spoczywa. Leży na liście UNESCO. I na planecie Ziemi. Konkretnie — na powierzchni planety Ziemi. Konkretniej jeszcze podaję namiary: 43°5′41.34″N 19°8′57.06″E (jedno z 28 miejsc z listy UNESCO dla Bośni i Hercegowiny, Serbii, Czarnogóry i Chorwacji). I dla własnej pamięci notuję: okolice przysiółka Novakovici w Żabljaku, na liście pod nazwą: „Grčko groblje”.

Stoi, a nawet leży, a nikt nie wie, co to jest. I nie chodzi tylko o to, że miejscowi nie udokumentowali własnego UNESCA jakąkolwiek tablicą. Ani o to, że Katarina pytana nie potrafiła nic powiedzieć. To niewiedza głęboka. Muszę przyznać, że to najgłębsza z niewiedz o jakich piszę na blogu. Bo zwykle nie wiemy, ale liczba możliwych rozwiązań jest ograniczona, w najgorszym przypadku przez samą logikę — był winien ten, lub tamten. A tu nawet tego nie ma.

No dobrze. Coś wiemy. Wiemy, że:
— obecnie mówi się na to stećki (l.poj. stećak);
— są to nagrobki;
— datuje się na zaawansowane średniowiecze (XV wiek, ale miejscami może XIV, a może XIII).

Nie wiemy: kto to zrobił. Podkreślę: nie wiemy. Miejscowi nie wiedzą. To „Grčko groblje” to nie wiedza, to zgadytwanie. Jasne, że są hipotezy bardziej naukowe niż ta — ludowa. Jasne, że niektóre da się obalić, ale nadal pozostaje ich tak wiele, do tego różnych i przeciwstawnych, że nawet zarysować możliwości w notce się nie da.

Cóż, spoczywa sobie 500 lat, pospoczywa sobie w spokoju następne 500.

Zdjęcia: basia i Pak4

[19.9.2018: Przełom rzeki Tara. Stećki* pod Żabljakiem. …]

W takich okolicznościach przyrody – oswojonych już…

…stoi a nawet leży

…i poleży, miejmy nadzieję

Ilustracje – Pak4

Višegrad albo most na Drinie

22 października 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Toż mnie Gospodyni ubrała w temat!

No, ale trudno. Prawdą jest, że czytałem Most na Drinie Ivo Andricia, zresztą wcale nie dawno. To czyni mnie niejako ekspertem od tego uneska, którego jednak wolałbym nie komentować.

Ale, OK, opowiem o co w tym chodzi.

Otóż, Mehmed Pasza Sokolović, Turek, ale „swój” (pochodził z dzisiejszej Bośni, zrobił karierę w Turcji, zostając wezyrem) kazał wybudować most na strategicznym szlaku, na wciąż górskiej i przełamującej się wśród skał Drinie. W Visegradzie. Jak sobie przypomnimy, że tenże Mehmed Pasza walczył pod Mohaczem przeciwko Węgrom, to tym bardziej sobie uświadomimy, co za czasy i strategia.

Most ma 179 metrów i cechuje się wielką elegancją. Dotrwał do I wojny światowej. Po odbudowie do II. A po kolejnej odbudowie trwa do dzisiaj.

Wartość dodaną stworzył Ivo Andrić — pisarz jugosławiański. Most na Drinie powstał podczas wojennego aresztu domowego. Tekst trudno mi zdefiniować literacko. Chyba należałoby powiedzieć o zbiorze opowiadań, których miejscem akcji jest miasteczko Visegrad i jego most. Opowiadania dotyczą różnych miejscowych wydarzeń (a czasem tylko legend), począwszy od budowy mostu, do jego uszkodzenia w czasie I wojny światowej. Most na Drinie pokazuje świat wielokulturowej miejscowości, w której ludzie żyją zasadniczo zgodnie — opresja przychodzi zawsze z zewnątrz — ze strony Turków, Austriaków, czy wylewającej rzeki Driny. Dobro też przychodzi czasem z zewnątrz — jedną z bohaterek jest hotelarka — Żydówka spod Tarnowa…

Andrić dostał Nobla, a w samym Visegradzie ma swój pomnik. W „ostatnich latach”, pod kierunkiem Emira Kusturicy powstał Andrićgrad — „kiczowata” rekonstrukcja wielokulturowego miasteczka z tych terenów. (Cudzysłów, bo Andrićgrad ominęliśmy szerokim łukiem, nie z jakiejś odrazy, tylko braku zainteresowania i czasu. W każdym razie, nie oceniam tego, co widziałem tylko z daleka.)

Wszystko to jak dotąd powinno brzmieć zachęcająco: UNESCO, powieść, Nobel za całokształt, elegancja zabytku i jego pewna oryginalność z polskiej perspektywy (osmańskich zabytków u nas brak).

Tylko…

Tylko o tej wielokulturowości, współżyciu w zgodzie, Andriciu dużo trudniej pisać po wojnie domowej w byłej Jugosławii.

Nie jest tu winien pisarz, nie jest winny most. Cóż, stali się przedmiotami nacjonalizmów. Obecnie Visegrad leży w Republice Srpskiej, czyli części Bośni i Hercegowiny, która w myśl porozumienia w Dayton jest niejako serbskim państwem w bośniackim państwie. Sam też Andrić (urodzony w Bośni ale w katolickiej rodzinie, deklarujący się jako Serb) stał się pretekstem dla miejscowych władz do wychwalania wielokulturowości i współistnienia, ale w ramach Serbii, przeciwko Boszniakom, na przykład. A jak jedni biorą na sztandar, to drudzy wprost przeciwnie…

A żeby nie było dość, to sam most stał się miejscem kaźni kilku tysięcy zamordowanych Boszniaków, których ciała zrzucano do Driny (1992-95). Podobno, choć przywódców ukarano, to „zwykli” sprawcy wciąż chodzą pewni siebie po miasteczku…

I jak tu pisać o Visegradzie z lekkim sercem?

Zdjęcia: basia i Pak4

[17.9.2018: … Višegrad… ]

Driną, w górę rzeki

Ilustracje – Pak4

Krušedol

18 października 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Monastery w Serbii układają się w swoiste zagłębia. Przewodnik poleca zagłębie nad Morawą, poleca też to sremskie.

W przeciwieństwie do kopalń i hut nie chodzi o zasoby naturalne, ale o wydarzenia mało naturalne. Nad Morawą istniało pierwsze państwo serbskie, to od Kosowego Pola. Belgrad to była wówczas północna granica państwa. Bo Serbię też historia przenosiła, choć inaczej niż Polskę.

Potem było Kosowe Pole.

Uprościłem.

Klęska na Kosowym Polu była autentyczna, ale nie oznaczała jakiegoś jednoznacznego kresu. Serbowie jeszcze przez dziesięciolecia próbowali się wyzwolić od Turków. Zresztą nie byli w tym tak zupełnie sami: mieli przykład Skanderbega; mieli też wciąż potężne Węgry, pod których opiekę mogli się udać*. I właśnie Srem jest tym ostatnim przykładem — miejscem ucieczki Serbów, ale i też ich pewnej autonomii w ramach królestwa Węgier. Oczywiście, póki i ono nie padło pod tureckim naporem.

Właściwie to znaczenie Krušedolu wyrasta właśnie w tym wojenno-naciskowym napięciu. Đorđe Branković — serbski despota (to nie ocena, to nazwa jaką nosił wówczas serbski władca) złożył koronę (czy diadem, a władał z węgierskiego nadania i serbskiej dynastii dzisiejszą Wojwodiną) i został mnichem Maksymem w monasterze Manasia. Ale… musiał ze Sremu uciekać, pod tureckim naciskiem. Miał uciec na Wołoszczyznę, choć tam do Turków też było blisko. Po kilku latach udało mu się wrócić, ale już nie w oryginalne miejsce — założył nowy monaster, właśnie w Krušedolu (1509-14). Spoczął tam jako święty, podobnie jak i święta jego matka Angelina.

Historia ucieczek się na tym nie skończyła. Szczęśliwie też powrotów. Dzięki temu zwiedzamy monaster w Krušedolu, a nie w Szentendre, dokąd mnisi uciekli przez Turkami. Wrócili stamtąd razem, wraz z Habsburgami, co widać — ten monaster oddaje klasyczne rozwiązania habsburskiej architektury XVIII wieku. Zresztą… to jest taki dość „zachodni” epizod serbskiej historii — w XV wieku serbscy dynaści zostali rycerzami węgierskimi, więc ze wschodnim chrześcijaństwem łączył się tu wcale zachodni obyczaj rycerski. A przynajmniej takaż zbroja…

Grobów Brankowiczów mnisi z sobą nie wywieźli — Turcy je zdewastowali, ale tradycja pochówków w Krušedolu pozostała, tak jak pozostała jednak pamięć po dwojgu świętych na początku dziejów założenia.


*) Na terenie dzisiejszej Serbii w walce z Turkami zginął Zawisza Czarny. Owszem, walczący w imieniu Zygmunta Luksemburskiego, króla (m.in.) węgierskiego, a biorąc pod uwagę logikę sojuszy, to zginął za wolność nie tylko Węgrów, ale i Serbów…

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.9.2018: Kelebia. Novi Sad. Monaster Krušedol*. …]

Ilustracje – Pak4

1000-latka

27 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wszystko próbuje przypominać stulecie odzyskania niepodległości: pociągi, bilboardy, History Channel, Zespół KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości… Wśród przypominających jest i miasto Kraków, które mówi co dało tej niepodległości wzdłuż plant.
W poprzek plant owo upamiętnienie przecięła w sobotę grupa rekonstruująca tysiąclecie odebrania niepodległości Rusi przez Bolesława Chrobrego. A właściwie jego powrót z owego wydarzenia.

Jako dziecko chętnie chadzałem na osiedle Tysiąclecia, więc i tysiąclatki wolę od pięcio-, dziesięcio-, czy stulatek. No i na Tysiącleciu jest do dziś ulica Chrobrego. Dlatego ów powrót wojów z pochodniami (chyba nie chcą powiedzieć, że Drang nach Osten wymaga pochodni? nawet powrót z Osten…) zafrapował mnie bardziej od pomyłek w plantacjach tablic „Kraków dla Niepodległości”.

Znane nam Grody Czerwieńskie (i to w najbardziej znanym nam sensie, czyli całego ruchu, który się rozwinął wokół znalezisk w Czermnie) zorganizowały bowiem w tym roku rekonstrukcję bitwy nad Bugiem (tej, z której dzięki niemieckim mediom wiemy, że Bolesław Chrobry był bardzo „hop do przodu” i już zapowiadał swą osobą epidemię otyłości, ale też że był na tym punkcie bardzo wrażliwy i znerwicowany, i rzucił swoją armię by Jarosław Mądry (Mądry, bo to książę kijowski sprzed tysiąca lat, współcześne byłoby trudniej) więcej z jego brzucha rozdętego od piwa i innych dóbr, nie kpił. I Bolesław, hop, przez Bug i zwyciężył Jarosława, a potem doszedł do Kijowa.

Wiadomo, że Światopełka Przeklętego na tron wprowadził, wiemy, że siostrę swego zięcia Światopełka i pokonanego Jarosława — Przedsławę — zgwałcił wcale publicznie. A potem niemieckie media wróciły do Niemiec, czy jak się wówczas cesarstwo unioeuropejskie nazywało i więcej nic nie wiemy. Bo lokalne media jakieś fakenewsy przekazywały, że wyszczerbił Szczerbiec, którego jeszcze nie było, w Złotej Bramie, której jeszcze nie było.

Dedukcja każe wnosić jednak, że Bolesław Chrobry z wyprawy wrócił, skoro potem panował w Polsce (#MeToo jeszcze nie było i nikt nie bojkotował Chrobrego przez gwałt na Przedsławie; ba nie zablokowało mu to drogi do korony*). I tę dedukcję upamiętniali rekonstruktorzy. Choć oczywiście, nie szedł Bolesław Chrobry do Barbakanu, bo ten to dopiero wyraz lęku przed Mołdawianami pod Wawelem, czyli dużo późniejsze czasy.

Wojowie wracali wśród pochodni i turystów. Mimo stukotu włóczni o tarcze, wyglądało to jak robienie sobie publicity po przegranej wojnie — wojów nie było wielu, a późna pora sugerowała, że ktoś chce ukryć, jak wyglądają i że wracają. No cóż, jest i taka wersja, że po łatwym zwycięstwie, znienawidzony Bolesław i niemieniej znienawidzeni wojowie, musieli się salwować ucieczką z Kijowa — jak wcześniej z Pragi — podgryzani przez partyzantkę i szerzące się bunty.

A jeśli tak, to w porządku. Bo to znaczy, że rekonstrukcja ilustrowała tyleż odebranie Rusi niepodległości, co jej zwrot (odsetki odebrała sobie później, za Mieszka II), tak więc okrągłe niepodległości się skrzyżowały tego wieczoru pod Barbakanem, dając miły przykład braterstwa narodów. Czego to narodom życzymy!

Zdjęcia sobotnie: Pak4.

Niestety, ciemno jest, więc zupełnie rozmyte te sztandary, włócznie i pochodnie:

Nie. Nie kupiśmy biletu, stąd tylko z dala widoczni bohaterowie, którzy zasłaniają twarze**, bo za takie numery, jakie Chrobry z wojami zrobił, to można by dzisiaj trafić przed Trybunał w Strasburgu.

Ilustracje – Pak4

—-
*) Choć są tacy, co twierdzą, że odebrało mu ewentualne przyszłe odore sanctitatis, że już grób sobie w katedrze poznańskiej wyszykował, żeby świętym Bolesławem być pochowanym, bo w końcu św. Włodzimierz, św. Stefan, a tu w Polsce nic… Polska nie-święta, a świecka, a nawet wyklęta przez arcybiskupa. Ani Bolesław, ani Mieszko świętości nie doświadczyli. Choć za co Mieszko jej nie doświadczył to nie wiem.
**) Wyrosłem na ilustracjach wojów piastowskich z lat 70-tych. Ale ilustracjach robionych przez kompetentnych bronioznawców. I wówczas twarzy nie zasłaniano, co najwyżej nosal skapywał na twarz. Nie wiem, czy to nowe badania, czy nowa moda, bo zdecydowanie przysłonięta twarz wygląda bardziej netfliksowo, gdy odsłonięta pachnie kinem PRLu. Cóż, każda teraźniejszość widzi przeszłość po swojemu.

Pozdrowienia z roku 2068…

20 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Nasza wystawa w muzeum poświęcona pieszej turystyce górskiej przyciągnęła tłumy. Ludzie z rozrzewnieniem wspominali młode lata i obrazy, które przeminęły.

Organizacja wystawy narzucała się sama. Przy wejściu umieszczono tablicę, pochodzącą z dawnego schroniska z Krawców Wierchu, przypominającą o niewnoszeniu błota do schroniska. Niegdyś schroniska górskie posiadały zamknięte, restauracyjne jakby pomieszczenia — nie tylko dystrybutor do benzyny i automat do kawy.

Następnie zaprezentowaliśmy zdjęcia z wędrówek, dostarczone przez byłych turystów, których całkiem wielu się zgłosiło do naszego muzeum. Widać wędrujące pary, rodziny, ale też większe grupy. Widać też psy — osobną gablotkę poświęciliśmy wędrówkom z nimi, które budziły kiedyś kontrowersje, bo pies potrafi pogonić dzikie zwierzęta, które mają prawo czuć się w lesie gospodarzami. Ale bywają przecież i takie wycieczki, gdy jedynym spotkanym dzikim zwierzęciem jest potrącony śmiertelnie dzik. Zdjęcia ilustrujące ten aspekt wędrówek górskich ukazują lato, gdzie trójka wspinaczy idzie dzielnie — najpierw język psa, potem pies, a na końcu pieszy turysta.

Pomiędzy zdjęciami przedstawiono zachowane elementy ekwipunku turysty górskiego: buty, kijki, czapeczki, mapy, koszulki, skarpety wędrówkowe, termosy, plecaki…

Dalszy ciąg wystawy ilustruje wzrost i upadek pieszej turystyki górskiej, począwszy od pierwszych towarzystw, które się zawiązały dla zwiedzania gór. Oglądamy zdjęcia pierwszych schronisk, a jedna z tablic informuje też o zawirowaniach w okresie II wojny światowej i totalitarnego PRL, oraz łabędziego śpiewu górskich wędrówek pieszych w drugiej dekadzie XXI wieku.

Symboliczne jest tu zdjęcie pierwszego dystrybutora paliwa zainstalowanego w roku 2025 przy schronisku na Lipowskiej.

Początkowo turyści piesi nie docenili niebezpieczeństwa. Kolejne potrącenia na szlaku zdarzały się jednak coraz częściej. Część pieszych wędrowców zaczęła egzekwować to, co postrzegała jako swoje prawa, strzelając (po uwolnieniu dostępu do broni przez II rząd premiera Kukiza) do zbyt szybkich turystów zmotoryzowanych. Sytuacja stała się paląca — rząd w specjalnej ustawie, pochylając się nad bezpieczeństwem zacofanych pieszych turystów górskich, którzy wiedzeni resentymentem próbują wymuszać prawo do znajdowania się na górskich drogach, zabronił im wstępu na górskie drogi (nieco wcześniej zlikwidowano system szlaków turystycznych) pod karą więzienia do lat trzech.

W ten sposób Polska znalazła się w awangardzie przemian. Niedobitki turystów (bo i zmotoryzowani się ostrzeliwali), przeniosły się na szlaki Czech, Słowacji, czy Ukrainy — zwłaszcza po wejściu tej ostatniej do strefy Schengen, w których to państwach wciąż uprawia się tę archaiczną formę turystyki.

Jedynym zgrzytem przy organizacji wystawy była konieczność likwidacji książki pamiątkowej, gdyż znalazło się tam wiele wulgaryzmów pod adresem nowych panów gór.

Autorstwo: Głupawka Górska zainspirowana
– relacją Antoniego Kroha o wystawie poświęconej Łemkom z 1983 roku,
– zakazem wnoszenia broni do Zbójnickiej Baszty w Starej Bystricy
– i zmotoryzowanymi „turystami” radykalnie wjeżdżającymi na Redykalny Wierch.
Jako medium dla Głupawki Górskiej wystąpił Pak4…

Zdjęcia: basia i Pak4

[18.8.2018: Złatna – Straceniec – Krawców Wierch – Gruba Buczyna – Wielki Groń – przeł. Bory Orawskie – Magurka – Trzy Kopce – Hala Rysianka – Hala Lipowska – Redykalny Wierch – Zapolanka – Sułki – Złatna. Ślad GPS]

Krawców Wierch

Gentiana asclepiadea

Na Rysiance mądre szuka cienia

Ilustracje – Pak4

Przyjaźnie narodowe

12 sierpnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

W ubiegły weekend wpadliśmy na akcję słowackiego Lidla, który robił „tydzień czeski”. Albo nawet więcej niż tydzień. Generalnie czeskość była promowana na Słowacji ze ścian każdego unijno-niemieckiego Lidla. Z polskiego Lidla promowania czeskości nie pamiętam… Owszem, Polacy mają słabość do czeskiego piwa, a w internecie i realności zdrowo funkcjonuje sklep z czeską żywnością. A raczej czechosłowacką — bo to jest pewna różnica. Ale „czeski tydzień” w Lidlu, a tym bardziej reklama, że skoro czeskie to dobre, jakoś mało polska mi się wydaje.

Dla Słowaków wyraźnie „czeskość” jest reklamą. I to o rzut beretem od mauzoleum ks. Hlinki, słowackiego budziciela, ale też przywódcy ruchu, który chętnie od Czechosłowacji Słowację odłączył. W końcu ks. Tiso to jego współpracownik i niejako następca…

Dla Słowaków-politycznych zadrą było (i może pozostało) to, że w braterskich uczuciach Czechów do Słowacji, Czesi czuli się zawsze tym „starszym bratem” — mądrzejszym, ważniejszym, pouczającym… Ale popularność czeskości świadczy o tym, że wciąż bratem. I wciąż na ulicach można spotkać koszuli z przypomnieniem tego braterstwa.

***

Lidl w Rużomberku lansował czeskość, a przechodząc przez kiermasz na krakowskim rynku nie da się uniknąć podobnego lansowania węgierskości. Tym razem było jej nawet więcej niż zwykle, bo oprócz tradycyjnych potraw ze zdrowym tłuszczem mangalicy, reklamowała się Nyíregyháza, podciągając jakoś pod swą reklamę na gościnnej estradzie rynku także młodzież z Debreczyna.

Związki te, pełne sympatii między narodami, są jednak bardzo różne. Owszem, Czesi pokochali Słowaków z post-romantycznych legend, ale jednak związek scementowało wspólne państwo i podobieństwo języków. Polacy i Węgrzy nie mają nawet podobnych języków, wspólne państwo mieli przez chwilę i to nie o nim pamięć ma budować sympatię, a oparcie jakie konfederaci barscy znajdowali po „węgierskiej” stronie granicy. Zresztą Franciszek Rakoczy (taki węgierski Kościuszko, ale kilkadziesiąt lat przed Kościuszką) miał znajdować wcześniej oparcie u Polaków…

Polsko-Węgierską przyjaźń budowałyby więc wspólne bunty (choć Czechy mają bardzo dużo związków z Polską, a ich historia ma wiele analogii do polskiej; to jednak jakoś wydają się być „nie w fazie” — oba narody spotykają problemy niby podobne, ale mierzą się z nimi w innym czasie). Tu przypomina mi się wizyta Węgrów w Bieszczadach, gdzieś w połowie lat 80-tych. Polski gospodarz wizyty, partyjny i w ogóle, przypomniał hasło o „bratankach”, dodając że jeśli chodzi o szablę i szklankę, to tę pierwszą lepiej sobie odpuścić. Jakoś mnie to uderzyło wówczas, jako wielkiego wroga alkoholu; dopiero z czasem dostrzegłem polityczność wezwania, kogoś, kto nie chciał powtórki „Budapesztu ’56” nad Sanem.

***

Jednak jest to trochę dziwne. W końcu bliżej jest Słowacja, a nie pamiętam podobnej promocji żywności słowackiej. Owszem, Węgry są niemal dwa razy ludniejsze (choć, w przeliczeniu na mieszkańca, biedniejsze…), są jednak dalej — promowanie Słowacji wydaje się oczywistsze. A go nie ma…

Wygląda więc na to, że związki polsko-węgierskie, przynajmniej w Krakowie, przetrwały powstanie najpierw Czechosłowacji, a potem Słowacji. I nie są czysto deklaratywne, czy polityczne, ale wiążą w części kultury, która najsilniej tworzy jej bebechy — w tradycyjnej żywności. Związki te trwają nawet ponad wspólnotą języka… angielskiego (cóż, podejrzewam, że Polacy i Węgrzy XVIII czy XIX wieku, też nie rozmawiali po polsku, czy węgiersku, ale raczej po niemiecku…). I my im dobrze życzymy, choć Słowaków, Czechów, Litwinów (bywają, bywają…), Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, czy Niemców (by wymienić tylko sąsiadów) też chętnie zaprosilibyśmy na krakowski rynek, nie tylko w roli turystów — niech się pochwalą tym co mają i krakowskie tradycje miasta hanzeatyckiego kultywują.

Zdjęcia: basia i Pak4

Ilustracje – Pak4