Archive for the ‘Gościnnie – Pak4’ Category

Pod znakiem Trianon

10 stycznia 2019

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Była Hungaria, ostało się Magyarország. I weź tu człowieku tłumacz.

Pan historyk-dyplomata tłumaczy to i owo, tłumaczy, że w sumie pierwsza niepodległość od czasów Mohacza. Ale tragedia jednak jest tragedią; nawet jeśli z prób odzyskania utraconych ziem sobie trochę pokpiwa.

Pan słuchacz-inżynier nawet na tyle nie wchodzi w psychologię onych, tylko zadaje pytanie z tezą, że nasi to na pewno nie, ale że tamci-oni nam ukradli.

A przecież kto powiedział, że rodzenie się nowoczesnego państwa narodowego ma być bezbolesne? Polska i Węgry stały się takimi państwami prawie równocześnie; ale Polska metodą scalania i zlepiania; Węgry zaś metodą obłupywania.

W zwycięskim scalaniu, łatwiej przychodzi przejść nad daniną krwi i okrucieństwem wojny. Przegrani zamiast dumy z sukcesu mają tylko pole minowe znaczeń.

No i ta przelana krew… Spływała wtedy krwią cała nasza część Europy — od Karelii po Izmir — budując na fundamencie krwi nowe granice. Jedne przetrwały kilkanaście lat, inne ze dwadzieścia, a inne trwają do dziś. Tak samo jak ówczesne traumy…

Zdjęcia: Pak4

[10.01.2019: MCK, Gábor Lagzi „Węgry” (1918-1939)]

Reklamy

Spotkać Rodaka w 2018

31 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Literatura science fiction ma kilka schematów, które kolejne powieści, czy opowiadania rozwijają. Jednym z nich jest spotkanie obcych. Że my i oni. Że w ruch idą czułki, macki i mózgi, by wybadać tego drugiego, zrozumieć, pojąć. A przede wszystkim określić, czy przychodzi z pokojem, czy przeciwnie, niesie wojnę.

Jakoś łatwiej taki schemat fabularny przychodzi, gdy można bez wstydu przeciwstawić nas — im. Gdy taki pisarz pisze w imieniu Ludzkości, która spotyka niespotykane… Nie widziałem jednak takiej powieści, czy opowiadania, które mówi o spotkaniu Rodaka.

A przecież jest podobnie, na to stulecie niepodległości. Spotyka się Rodaka, gawędzi o pogodzie, albo pobliskim wypadku na drodze. Aż nagle jakieś nieostrożne słowo wkroczy w kosmiczną otchłań polityki. I pada pytanie: nasz ci on? A może ich? Ucieszymy się odkryciem nieoczekiwanego sojusznika, czy odwrotnie, napotykamy umysł obcy, odrębny, a nawet może wizualizujący nasze lęki, niczym lemowskie Solaris?

Jak wiemy z science fiction, nie musi to być od razu spotkanie trzeciego stopnia. To czasem może być jakiś artefakt. Choćby mijany na Grodzkiej biało-czerwony szalik „Stop Targowicy”. Kto jest tą Targowicą? My dla nich, czy oni dla nas? Trudne te kosmiczne języki.

Albo taki „ZNIEWOLONY SUWEREN” z Salonu Bożonarodzeniowego w Pałacu Sztuki: pudełko z napisem „Demokracja”, obwiązane wstążką, z kokardą w postaci skrzydeł (husarskich?). Kto kogo niewoli? Jaka demokracja? Czy ze słowem na „L”, czy bez. Zresztą czy słowo to brzydkie, czy piękne? A Suweren z dużej, czy suweren z małej? A w ogóle, to ten suweren to my, czy oni? Słowem: dokona na nas inwazji i nas zniewoli ten kosmita, czy też wspólnie posepulimy?


(Józef Sękowski, Zniewolony suweren)

Weźmy taką „Moskwę”. Niby każdy wie, co to Moskwa w pierwszym, podstawowym znaczeniu — stolica Rosji. Ale tu Moskwa jest naznaczona w Belgii. Żart? Krytyka? Krytyka krytyki? Krytyka krytyki krytyki? Czyli „troll Putina”, albo „leming” — wszystko zależy od tego, czy krytykę pomnożymy parzystą, czy nieparzystą liczbę razy. Nie znam, nie mam co czego przyłożyć macki, gdzie nachylić czułku, a mózg wyświetla komunikat: „Error: Za mało danych.”


(Maciej Zabawa, Moskwa)

Ale tamci dwaj Rodacy chcieli powiedzieć. Mówili głośno i wyraźnie, choć pozostawili niedopowiedziane. Nie wszyscy tak chcą. Niektórzy chcą się ukryć i nie pozwolić zbadać. Ostrzega n+1 zmysł, że to może być pułapka, a z ukrycia nastąpi atak.

Weźmy takie dwie twarze, biel i czerwień. Zapewne więc nawiązanie do Polski, że rok jubileuszowy to może do niepodległości. Twarze skierowane nosem w nos. Nie dość, że nie wiem, czy autor jest przeciwko mnie, czy ze mną; to nawet nie wiem, czy twarze są zwrócone przeciwko, czy ku sobie. A może mają się za chwilę posmyrać po eskimosku? Niby jedna z lewej a druga z prawej, ale jak obejdę z drugiej strony to będzie na opak. Że jedna biała a druga czerwona, to połączenie w polskość, czy przeciwstawienie w politykę? Bo czy twarze trwają w dialogu, czy konfrontacji. I czy są tylko dwulicowe, czy mają tych lic więcej?


(Józef Stanisław Stec)

Bezpiecznie-niebezpieczne jest też „sąsiednie” dzieło. Trzy prawie całkiem białe plansze, tylko wypukłości papieru (?). Na ostatnim mała biało-czerwona po środku. Czyli ojczyzna, czyli wielka idea. Tylko trochę jak podręcznik wyższej matematyki dla analfabety. Bo te to orbitują wokół Moskwy, Brukseli, czy Torunia? Może powinienem znaleźć jakiś nowy słownik polsko-polski by to zrozumieć?


(Marek K. Pieniążek)

***

Ale w Pałacu Sztuki te spotkania są bezpieczne. Żaden Rodak nie sięgał po bat’leth. Nawet flagą nikt nie zamachał przed nosem. Można się poczuć jak sonda w przestrzeni międzygwiezdnej — tu fotka, tam fotka, rejestrowane dane, nawet jakieś analizy, a ziemska codzienność daleko. Jeszcze dalej od żywego i niebezpiecznego Rodaka. A potem wraca człowiek z tego kosmosu i musi żyć, w niepewności, kim jest ten, któremu spogląda prosto w oczy na ulicy.

I marzy się świat i Polska, gdzie można spotkać Rodaka i wybadać się nieniszcząco. Ale zostawmy może już to science fiction.

Zdjęcia: basia i Pak4

[29.12.2018: Krakowski Pałac Sztuki, IV Bożonarodzeniowy Salon ZPAP OK. „Portal Próżności” Małgorzaty Karp-Soi]

Budują się zamki po polskiej krainie

30 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czasem słyszę takie narzekania i zazdrości, że Francuzi mają, Niemcy mają, Włosi mają, nawet Austriacy mają zamki, a nawet Czechom się trafia, a u nas bida z nędzą. Jeśli to ruina. Tu czasem przychodzi nawet fachowe uzupełnienie, że przecież oni też odbudowywali, bo od średniowiecza to się taki zamek w całości nie ustoi, że trzeba wciąż na nowo go wznosić, przerabiać, stylistycznie oczyszczać.
Tyle, że Francuzi, Włosi, Niemcy… zrobili to w porę, gdy żadnemu Napoleonowi I, czy III nawet, nie śnił się konserwator zabytków, jak Pan Samochodzik[1], goniący nadgorliwych budowniczych gdzie pieprz rośnie. My mieliśmy to zabory, to odzyskiwanie niepodległości, to komunę i dopiero teraz stać nas by z tej ruiny wyjść i w każdym powiecie zbudować zamek, jak się da to kazimierzowski, a jeśli się na „Koronę królów”[2] nie załapie to trudno, lepszy nawet nędzny kasztel niż nic.

W powiecie może powinienem zrozumieć. Ale w gminie? A dwie rekonstrukcje w jednej gminie? Bo w takiej gminie Czchów do rekonstrukcji pt. „Tropsztyn”, dołącza teraz rekonstrukcja pt. „Czchów”, jakby sama autentyczna baszta nie wystarczyła. „Wzrost atrakcyjności turystycznej”? Ja bym raczej kazał to finansować pobliskim marketom budowlanym — w końcu to bardziej ich reklama, niż średniowiecze. Niech się OBI, Castorama i Leroy Merlin już zrzucą, jak muszą się tak pokazywać; nie mieszajmy w to niewinnych turystów…


1) W jednej z książek cyklu, Pan Samochodzik przyjeżdża pod ruiny zamku i idzie jako człowiek z ministerstwa do miejscowego dyrektora przedsiębiorstwa, który opowiada mu, że ten zamek to tak dla picu się niby odbuduje, ale w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby przedsiębiorstwo zbudowało sobie ośrodek wypoczynkowy. Na co Pan Samochodzik mówi, że owszem, jest z ministerstwa, ale Kultury i Sztuki, że musi zawiadomić kogo trzeba. A dyrektor wylewa swoje żale na sekretarce, że nie sprawdziła z jakiego ministerstwa. Czy jakoś tak. Czytałem jako uczeń podstawówki, więc już słabo pamiętam, a okoliczności mogą się dzisiaj wydać bardziej egzotyczne niż „mój ci jest” Jurandówny…
2) Bobolice, inna „rekonstrukcja”, się załapały. Może Czchów też chce?

To coś

18 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Gdy czytałem Pomykalskich, albo Hildebrandta (Andrzej Hildebrandt, Węgry. Przewodnik historyczny, Bellona, 2016) od razu rzucało mi się na myśl: „dzieło amatorskie”, bo profesjonalistów coś odróżniało. Ale trudno mi było uchwycić „to coś” — bo ani Pomykalskich, ani Hidlebrandta nie czyta się źle, nie są też bałamutni, przynajmniej nie bardziej niż przeciętny „profesjonalista”.

Pytanie o to, czym jest „to coś” pojawiło się ze zdwojoną siłą po wizycie w Muzeum Etnograficznym im. Seweryna Udzieli (wizycie przypadkowej, jak blogerowi-amatorowi wypada). W muzeum wiele, wiele dzieł zaskakująco dobrych, a przy tym amatorskich…

Nie chodzi przecież o sposób zarabiania. Nikifor-Drowniak żył z obrazów. Ale był „amatorem”. Poziom „artystyczny”? Nie wiem, jak go zmierzyć, ale jeśli tym, że dzieło porusza, że „zaklęty w nim jest duch”, to również można odpowiedzieć negatywnie, nawet powołując się na ten sam przykład Nikifora. Więc?

***

W filmie Jesienna sonata Ingmara Bergmana zapadła mi w pamięć taka scena. Córka, w tej roli Liv Ullman, gra na fortepianie jeden z utworów Chopina. Gra szkolnie – nie poszła w ślady matki-artystki, została skromną żoną pastora, a nie wielką artystką. Matka, w tej roli Ingrid Bergman, siada do fortepianu i pokazuje, jak ten utwór może brzmieć, tłumacząc jednocześnie:

– Chopin jest czuły, ale nie czułostkowy.

***

Mam wrażenie, że w profesjonalnej sztuce jest dużo takich „ale”: wpojonej w czasie edukacji świadomości, że przelewając nasze emocje i myśli w dzieło, wciąż ocieramy się o kicz, a ten jest zbrodnią. Amator* nie miał się jak tego nauczyć. Łatwo więc wpada w pułapki kiczu. Ale z drugiej strony, jeśli jakimś szóstym zmysłem wiedziony je ominie, to szczerość i bezpośredniość dzieła, mogą zawstydzić profesjonalistów.

W Muzeum Etnograficznym właściwie trudno mi było znaleźć dzieła złe. Bywały jakoś karykaturalnie zabawne, gdy Jezus i Bóg-Ojciec obejmowali się, jak dwaj pijaczkowie; albo pingwin miał w swoim dziobie cały zastęp żółtych zębów. Ale ta karykaturalność nie była odpychająca… prędzej rozczulająca. Tak jak rozczulająca bywa sztuka naiwna.

*) Dotyczy to też odbiorców. Przynajmniej jak się słucha różnych opinii…

Zdjęcia: basia i Pak4

[16.12.2018: Krakowskie Etmomuzeum (Kazimierz, Plac Wolnica)]

Przewodnik po naszych lekturach bałkańskich

13 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Liczba dróg na Bałkanach wcale nie jest taka mała, nawet jeśli na drogi czasem ktoś tu narzeka.
(Jest taki śmiałek/śmiałkini?). Pytanie skąd i dokąd.

Powiedzmy, że jesteś, Czytelniku/Czytelniczko spragniony wakacji w byłej Jugosławii.

Tu należy polecić „Jugosławię. Rozsypaną układankę” Pomykalskich — rzecz najbliższą przewodnika, bo w gruncie rzeczy to zbiór obrazków z podróży. Obrazków, które łączą uroki architektury, atmosferę miejsc, historię, ciekawostki i kulturę. Z książki można wynieść sporo inspiracji do organizacji wyjazdu. No chyba, że ktoś chce zdobywać szczyty, albo odwiedzać plażę — tu autorzy nie dają rekomendacji… Ale to można doczytać.

● Beata i Paweł Pomykalscy, Jugosławia. Rozsypana układanka, Bezdroża, 2017

Pewną alternatywą, czy uzupełnieniem może być „Adriatyk” Uwe Rady. Owszem, tu mniej o kulturze, czy ciekawostkach, a zupełnie już nie przypominam sobie dyskusji o kulinariach. Za to więcej i głębiej o historii — Pomykalscy podróżują jako zafascynowani turyści (choć nie są im obce poważniejsze spostrzeżenia), Uwe Rada tworzy eseje historyczne.

● Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, tłum. Andrzej Robak, Wydawnictwo UJ, 2016

***

Oprócz tego oczywiście istnieje wiele przewodników. Zerkaliśmy, doczytywali… Każdy ma swoje wady i zalety, wszystkie jednak bardziej służą do doinformowania niż do lektury w długie zimowe wieczory.

***

Nad Bałkanami wisi jednak widmo niedawnych wojen. Gdzieniegdzie zupełnie namacalne, jak w zrujnowanych domach w Bośni i Hercegowinie. Jeśli zaś czytać o konfliktach to wybór jest duży.

Dla nas pierwszą lekturą i to lekturą bardzo ważną i mocną były „Bałkańskie upiory” Roberta D. Kaplana. Wizja Bałkanów sprzed wojen (ostatnich), wizja mroczna — krain przesiąkniętych nacjonalizmem i upadkiem. Że Kaplan jeździł w latach 80-tych to potraktowano go jako proroka zwiastującego późniejsze zbrodnie — na co sam chętnie przystał…

● Robert D. Kaplan, Bałkańskie upiory. Podróż przez historię, tłum. Janusz Ruszkowski, Czarne, 1993

Jeśli ktoś sięgnie po gruby tom Kaplana, to zalecałbym także zerknięcie do Todorovej. O ile Kaplan pisze o Bałkanach z wyższością „człowieka Zachodu”, to Todorova tropi takie poczucie wyższości u gości. Bardziej zresztą tym tropieniem jest zajęta niż samymi Bałkanami… To dobra odtrutka i ciekawe wyjaśnienie bałkańskich historii. Należy jednak przestrzec czytelnika: to odtrutka na poczucie własnej wyższości i potępianie barbarzyńskości mieszkańców Bałkanów, ale dla pragnących je poznać nie wnosi zbyt wiele.

● Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Magdalena Budzińska, Jan Dzierzgowski i Piotr Szymor, Czarne, 2014

Czymś pomiędzy mogą być eseje Ivana Čolovića. To głosy serbskiego intelektualisty, który sprzeciwia się szerzącemu się wokół nacjonalizmowi. (Dodajmy: po-jugosłowiańskiemu, bo nie tylko serbskiemu.) Tropi go
w kulturze, dostrzegając że wbrew obiegowej opinii, to nie „barbarzyńskość”, ale właśnie „kultura”
nakładają przymus mordowania wrogów.

Wśród narzekań autora na wszechobecność nacjonalizmu (także po klęsce) i na toksyczność wezwań do serbskiego (czy chorwackiego) ducha, Čolović w zasadzie uczłowiecza mieszkańców Serbii. Zwłaszcza z polskiej perspektywy, bo nasz język polityczny, albo związki polityki z religią, tak bardzo się nie różnią…

● Ivan Čolović, Bałkany. Terror kultury, tłum. Magdalena Petryńska, Czarne, 2007

Kontynuując ścieżkę intelektualnych rozważań nad źródłami przemocy i czystek etnicznych muszę tu przywołać Davida Rieffa, choć on pisze już z australijskiej perspektywy, nawet jeśli zainspirowany przeżyciami z wojny w Bośni (o samej książce dowiedziałem się od Vulliamy’ego, którym dalej).

David Rieff poświęcił swój esej problematyczności pamięci historycznej. Aż się waham, gdzie postawić cudzysłów, bo po lekturze Rieffa tu „problematyczne” jest wszystko. Nie pamiętamy bowiem „historii”, a tylko pewne mity na jej temat, które nas kształtują. A skoro to nie przeszłość, to trudno mówić o pamięci.

Rieff daje do myślenia.

Mnie, na przykład, skłania do stwierdzenia, że wszystko co jest tak bardzo ludzką cechą „po coś jest”. Także pamięć fałszywych wydarzeń z przeszłości. Że sztuką nie jest więc jej odrzucenie, co znalezienie właściwych proporcji – tak by budować wspólnotę, a nie burzyć; by znajdować wsparcie dla innych, a nie wrogość; by wreszcie odstraszać napastników, ale nie mścić się na nikim…

● David Rieff, Against Remembrance, Melbourne University Press, 2011

***

Ścieżka od „Bałkańskich upiorów” zaprowadziła do kwestii pamięci historycznej. Czyli oddaliła się daleko od Bałkanów geograficznie, choć pozostała blisko tematycznie. A wracając na grunt lokalny to przychodzi czas na wspomnianego Vulliamy’ego.

Ed Vullliamy był dziennikarzem Guardiana; redakcja wysłała go, by „rzucił okiem” na niepokoje w Jugosławii — i tak się zaczęło…

Vulliamy należał do najważniejszych dziennikarzy piszących reportaże o wojnie w Bośni i Hercegowinie, to on „odkrył” obozy koncentracyjne, w których Serbowie więzili Boszniaków — z tego powodu był świadkiem w procesach zbrodniarzy wojennych i przedmiotem pytań, o to jak daleko sięga zawód dziennikarza. Książka „Umarła wojna, niech żyje wojna” to niejako dalszy ciąg — autor śledzi los poznanych wówczas Boszniaków, ich życie na emigracji, ich powroty, wreszcie ich niesłabnącą żądzę zemsty…

To ponura lektura, choć można znaleźć wiele smaczków dla siebie — np. w opisie życia muzułmańskich imigrantów w Wielkiej Brytanii.

● Ed Vulliamy, Umarła wojna, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, tłum. Janusz Ochab, Czarne, 2016

Wymieniłem tu na pierwszym miejscu Vulliamy’ego, choć po podobny temat bośniackich rozliczeń sięgnął też Wojciech Tochman, który ze względu na węższe zakreślenie tematu (interesuje go głównie odnajdywanie śladów zbrodni, tak by rodziny mogły pochować swoich zmarłych) i mniejszą objętość powinien być bardziej przystępny dla czytelnika.

● Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Literackie, 2003; audiobook czyta Ksawery Jasieński

***

Vulliamy i Tochman piszą o wojnie z lat 90-tych. Nas ciekawiła także historia z czasów komunizmu.

Z tego punktu widzenia, szczęśliwie się złożyło, że w tym roku ukazało się „Błoto słodsze niż miód” Małgorzaty Rejmer, która postanowiła zgłębić komunizm w wydaniu albańskim, zbierając opowieści przeciwników (głównie) systemu.

Po co czytać Rejmer, skoro każdy wiele już na ten temat przeczytał? Dam dwie odpowiedzi:

Po pierwsze, Rejmer znakomicie pisze (za książkę „Bukareszt. Kurz i krew” nominowano ją do nagrody Nike, a teraz „Błogo i krew” przyniosło jej nominację do Paszportów Polityki); po drugie komunizm albański był specyficzny: Albania zerwała z ZSRR po śmierci Stalina, wciąż utrzymując związki z Chinami. Chiny jednak też stały się z czasem zbyt liberalne, a pogrążony w osamotnieniu kraj pogrążył się w wielkim kryzysie, aż przywódca umarł… Potem, co prawda, też się działo ciekawie, ale to już nie jest tematem książki pani Małgorzaty Rejemer.

● Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii, Czarne, 2018

Inna pozycja o latach komunizmu, też o czymś specyficznym z polskiej perspektywy to „Naga Wyspa” Božidara Jezernika.

Tytułowa „Naga Wyspa” to jedna z wysp Dlamacji, położona w sąsiedztwie Krk, która stała się miejscem odosobnienia dla przeciwników Tity. Swoisty paradoks: jeden z najgorszych stalinowskich gułagów został stworzony dla izolacji i reedukacji zwolenników… Stalina.

Božidar Jezernik wgłębia się w psychologię więźniów, pokazując szczegółowo, jak destrukcyjnie działało to więzienie. A z punktu widzenia turysty, pokazuje jak złowrogie dzieje mogą mieć pozornie urocze wysepki na Adriatyku.

● Božidar Jezernik, Naga Wyspa. Gułag Tity, tłum. Joanna Pomorska, Joanna Sławińska, Czarne, 2013

***

Wciąż chodziło za nami pytanie o źródła bałkańskich nienawiści. Wojna z lat 90-tych miała się zacząć od zaburzeń w Kosowie, które z kolei wywołały serbski nacjonalizm, który z kolei zintensyfikował przemoc w sporach graniczno-niepodległościowych…

Trzeba było więc sięgnąć po historię bitwy na Kosowym Polu. Tu bym polecił zbiór artykułów wydany pod patronatem Histmag.org: Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych. O bitwie co prawda dowiemy się tu niewiele, ale właściwie wszystko to, co jest potrzebne dla zrozumienia miejsca Kosowa w pamięci narodowej Serboów. Bo od bitwy ważniejszy jest kulturalny kontekst sprawia, że dla Serba Kosowe Pole to dużo więcej niż jakakolwiek bitwa — to istota kultury narodowej.

Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych (praca zbiorowa), Histmag, 2009

Spragnieni bardziej szczegółowej wiedzy mogą sięgnąć też po Bitwę na Kosowym Polu Ilony Czarmnańskiej, która dokończyła książkę nieżyjącego już Jana Leśnego. W porównaniu do artykułów ze „Źródeł nienawiści” nie wnosi ona wiele do wiedzy o bitwie na Kosowym Polu, jako czynniku nacjonalizmu, ale lepiej ilustruje okoliczności i znaczenie — choćby rolę takiego Dubrownika w jej czasach.

● Ilona Czarmańska, Jan Leśny, Bitwa na Kosowym Polu 1389, Wydawnictwo Poznańskie, 2015

***

Z przeglądu wynika mi, że nie napisałem jeszcze o czterech książkach. Dwóch z nich jeszcze nie przeczytałem, stąd i brak zrozumiały. O dwóch mogę jednak wspomnieć, tylko trudno je gdzieś podpiąć.

Bo takie „Międzymorze”? Ziemowit Szczerek napisał książkę o Europie Środkowej, niejako badając istotę „Międzymorza” wydumanego przez polską dyplomację. Notuje więc czasem lokalne osobliwości i style, ale wszystko to z pamięcią o Polsce — trudno więc polecać go, jako przewodnik po byłej Jugosławii i jej historii. Chyba, że ktoś chce wiedzieć akurat tyle, ile mu potrzeba do krytykowania polskiej dyplomacji…

● Ziemowit Szczerek, Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową, Agora S.A., Czarne, 2017

O Ivo Andriciu pisałem już raz, trudno mi więc się powtarzać. Dodam tylko, że również na podstawie innych lektur most w Visegradzie staje się niejako punktem centralnym Bałkanów. Piszą o nim: Vulliamy, Pomykalscy,
Szczerek, oraz niewymieniony wyżej Christopher Hitchens we wstępie do „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West.

● Ivo Adrić, Most na Drinie, tłum. Halina Kalita, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1985

***

Dwie wciąż nieprzeczytane książki, leżące w pamięci czytnika, to: „Black Lamb and Grey Falcon” Rebekki West, oraz „The war in Eastern Europe” Johna Reeda. Może przyjdzie jeszcze na nie czas?

Siófok

11 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Przejeżdżając wokół Balatonu w ubiegłym roku, zapamiętaliśmy głównie północne wybrzeże. Tu jakaś ciekawa góra, tam jakiś półwysep, to znowu zmiana typu zabudowy i krajobrazu… Wrześniowy dodatek urlopowy pozwolił nam poznać zachodni kres Balatonu. Tymczasem południowy brzeg zapamiętał się, jako dość monotonny ciąg niskiej zabudowy urlopowej, bez wyraźnego rozróżnienia mijanych miejscowości.

Gdy więc w tym roku mapa i przewodnik skierowały nas do Siófok, było to dla nas odkrycie. Na południowym brzegu istnieje nie tylko niska zabudowa jedno- czy małorodzinna — istnieją też parki, secesyjne stacje kolejowe, wieże ciśnieniowo-widokowe, place i miejsca na koncerty. W samym Siófok stoi też kalwiński zbór projektowany przez Makovecza*.

Do naszych odkryć można dopisać, za przewodnikiem, że w Siófok noc nie zapada, że wciąż trwa zabawa i drenaż kieszeni. W tej sprawie musimy jednak wierzyć przewodnikowi na słowo, gdyż przybywszy we wczesne popołudnie widzieliśmy tylko piratów wyruszających na Balaton, mechaniczne byki szykujące się do zrzucania jeźdźców i grupę zabawowiczów, którzy znajdowali się między wybudzeniem ze snu a początkiem zabawy.


*) Nie widzę wielkości Makovecza, ale pewną oryginalność, która czyni z jego projektów warte odwiedzenia ciekawostki — owszem.

Zdjęcia: basia i Pak4

[29.9.2018: Pécs. Siófok*. …]

Ilustracje – Pak4

Bitwy podwójne

8 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Czytaliśmy o Janie Hunyadim i Gospodynię zaintrygowała wzmianka o drugiej bitwie na Kosowym Polu, w 1448 roku. Zresztą sułtanem też był Murad, tyle że z numerem II — tak jak bitwa.

Jak to, dwie bitwy w tym samym miejscu? — padło pytanie. Bo niby z historii znamy dwie bitwy pod Chocimiem, ale wiadomo, twierdza, twierdzę oblegać można wielokrotnie. Co wiadomo chyba od czasów bitew pod Kadesz…

Ale Kosowe Pole to nie twierdza, którą można oblegać. Po cóż więc tyle krwi o nie przelewać?

***

Inny przypadek z historii, gdzie numeruje się bitwy — Guadalcanal. Przykład skrajny, bo niby nazwanych „pod Guadalcanalem” bitew znalazłyby się tylko dwie, ale że tylko dwie to dlatego, że pozostałych parę nazwano od jego przylądków, czy pobliskiej wyspy Savo.

Ale znowu to rzecz naturalna, bo wszystkie bitwy odbyły się w ramach jednej kampanii. Amerykanie zdobywając wyspę, musieli chronić swoje wojska i transportowce od kolejnych nocnych ataków japońskiej floty. Co prawda dzięki temu były bitwy i lądowe i morskie… Tymczasem na Kosowym Polu mamy ponad pół wieku różnicy. Nawet przeciwnicy nie ci sami. No, nie do końca ci sami.

***

Jeszcze inny jest przypadek Tannenbergu. A przynajmniej tego, co świat zna jako bitwy pod Tannebergiem, bo w Polsce mówimy o bitwie pod Grunwaldem, słowo Tannenberg rezerwując dla tej drugiej. Propaganda krzyżacka zrobiła swoje — „ich” Tannenberg sprzedano światu, nasz Grunwald, czy Żalgiris, pozostały regionalne. (No dobrze, polski, współczesny Stębark miałby jeszcze mniejsze szanse — jednak niemczyzna lepi się bardziej do języka globalnego odbiorcy mediów.)

W tym przypadku decydująca była propaganda. Drugi Tannenberg „sprzedano” propagandowo jako rewanż za pierwszy. Że niby tam Słowianie pokonali teutońskiego ducha, ale tylko chwilowo. Jak sobie przypomnieć, że Tannenberg zbudował pozycję takich nacjonalistów jak Hidnenburg i Ludendorff, to łatwo to zrozumieć.

W przypadku Kosowego Pola „rozgrywanie propagandowe” ma swoje znaczenie, bo miejsce otoczyła legenda, ale jednak kilkadziesiąt lat po pierwszej bitwie jeszcze nie była ona szeroka i głęboka — uczestnicy nie bardzo mogli do niej nawiązywać.

***

A Kosowe Pole, cóż, choć przez historię zbiedniałe, to geograficznie rzecz ujmując ma być żyzną kotliną, wśród gór. To już oznacza, że już samo w sobie jest cenne dla okolicznych ludów i ich władców. Ale też jako taka równina stanowi niezły korytarz dla wojsk. I trochę też stąd aż dwie bitwy na Kosowym Polu.

Errata, albo Kosowe Pole

7 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Muszę uderzyć się w piersi. Pisząc o Krušedolu napisałem:

„Klęska na Kosowym Polu była autentyczna […]”.

Muszę teraz przyznać, że po zapoznaniu się z książką Ilony Czarmańskiej i Jana Leśny pt. „Bitwa na Kosowym Polu 1389” (Wydawnictwo Poznańskie, 2015), stwierdzam iż napisałem nieprawdę. Przepraszam. Nie wiedziałem.

Otóż Serbowie nie przegrali bitwy na Kosowym Polu. Owszem, wykrwawili się. Ale Turcy też. Owszem, utracili wodza. Ale Turcy też. Owszem, wrócili do siebie. Ale Turcy też. A biorąc pod uwagę, że to Turcy chcieli zaatakować „Kosowo” i musieli wrócić niepyszni do domu, to nawet Serbowie byli tu bliżsi słowa „zwycięstwo”.

To skąd „klęska” rozpamiętywana do dziś? Cóż, nieczęsto się zdarza, że pan i władca ginie w trakcie sprawowania urzędu. Weźmy historię Polski — na polu bitwy giną Henryk Pobożny i Władysław Warneńczyk. Więcej takich klęsk nie pamietam. Owszem, skrócone życie tu i ówdzie by się znalazło, bo zamordowano Mieszka II, Leszka Białego, Henryka Probusa, Przemysła II i Narutowicza; a w drodze na delegację zginął Lech Kaczyński. Może jeszcze by się jakiś wypadek znalazł, może ktoś, ale jak na tysiącletnią historię jest tego mało; sąsiedzi zaś nie wypadają pod tym względem jakoś statystycznie gorzej.

Tak więc bitwa, w której giną wodzowie obu walczących stron to ewenement.

Turcy nie mieli okazji do takiej smuty. Władzę już na polu bitwy przejął syn — Bajazyt I, nazwany później Błyskawicą. Rzeczywiście, był błyskawiczny — jeszcze tego samego dnia kazał zamordować brata, by pozbyć się ewentualnego konkurenta do władzy.

Serbowie zaś wracali z bitwy podzieleni. Syn poległego księcia Lazara miał kilkanaście lat. Okazał się potem władcą również wcale wybitnym*, ale tuż po bitwie nie mógł przejąć osobiście władzy. Zresztą i władza była inna — Lazar nie przejął władzy po ojcu. Po zejściu ze świata niezwykle dla Serbii zasłużonej dynastii Nemaniczów żadna dynastia nie zdążyła utrwalić swojej pozycji. Pozycja Lazara była kwestią jego osobistych zdolności i ambicji — był jednym z wielu serbskich arystokratów, który wytrwale do władzy dążył. I akurat tym, któremu się udało. Jego pozycja wynikała często z osobistych powiązań. Na przykład „człowiek numer dwa”, Vuk Branković, pan kosowskich włości, uważał się jedynie za zięcia i sojusznika, a nie za poddanego Lazara. Wewnętrzny konflikt był tylko kwestią czasu…

Płynęły lata. Nie jakoś bardzo liczne, ale zawsze lata. Branković, którego włości atakowali Turcy idący na Kosowe Pole, zwrócił się o dalszą pomoc do Węgrów, czując potrzebę wsparcia i brak wyższej siły serbskiej. A skoro tak, to mający ambicję objęcia „schedy” po ojcu Stefan Lazarewicz (a raczej jego matka), poddał się pod opiekę Turków. Przeciw Brankoviciowi i Węgrom. To zresztą typowe — państewka bałkańskie wciąż wynajmowały turecką pomoc przeciwko sąsiadom, albo jak tu — przeciwko szwagrowi; by rozwiązywać konflikty lokalne albo wewnętrzne… Na krótką metę się to opłacało, ale na dłuższą widać, że tylko Turcy odnosili z tego korzyści.

To co pozostaje to tylko kulturalna nadbudowa. Bo kto był „zdrajcą”? Walczący nadal przeciw Turkom Vuk Braković, czy ubiegający się o ich pomoc Stefan Lazarewicz? Myślę, że już wiecie. Oczywiście, że walczący o Serbię z Turkami Branković, kto by w końcu oskarżał syna „męczennika” z Kosowego Pola? A syn zadbał o to, by władzę nad cerkwią przejęli swoi ludzie, ojca zaś kanonizowano…

Z turecką pomocą udało się wyrzucić Brankovicia z jego włości. Jego władza jednak niezupełnie upadła — Brankoviciowie pozostali przywódcami tej części Serbii, która oddała się w ręce węgierskie. To oni władali w Sremie, to potomek Vuka zbudował Krušedol. Nieumarła więc ta tradycja zupełnie, ale została zepchnięta na margines — w pamięci narodowej wygrał Stefan, męczeństwem ojca przesłaniając fakt oddania kraju w ręce wrogów.

***

Dodajmy jedno — to, że smucili się po stracie wodza Serbowie nie znaczy, że nie smucili się Turcy. A owszem, ale oni mieli Koran a nie Ewangelię, I energicznego Bajazyta, który zresztą zaprzestał wcześniejszej polityki ugrywania drobiazgów w wojnach z sąsiadami a zaczął ich systematycznie podbijać. W tym momencie dawna polityka kupowania na wolnym rynku pomocy tureckiej zaczęła przynosić najbardziej zatrute owoce.

Żeby przetrawić żal Turcy stworzyli legendę śmierci z rąk podstępnego zdrajcy. No bo wiadomo, że jak chrześcijanin to musi być podstępny, wrogi i nieuczciwy. No i kto po takim czymś dyskutowałby, czy aktualny sułtan zabił brata, czy nie… Komu by się chciało?

—-
*) To jego szarża miała przeważyć szalę turecko-węgierskiej bitwy pod Nikopolis. Oczywiście, walczył tam w armii tureckiej.

Wszyscy kochają pana Teslę

5 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Wszyscy kochają Nikolę Teslę. Wygrywa w internety, choć od dawna nie żyje. Łączy byłych Jugosłowian — kochają go Chorwaci, bo w Chorwacji się urodził; kochają Serbowie, no bo Serb (a jakby ktoś nie wierzył, to syn popa). A na dodatek nie wypowiadał się ani antyserbsko, ani antychorwacko (czy antyboszniacko, antysłoweńsko, antyczarnogórsko, antyalbańsko…) i jest znany na całym świecie, a jego imieniem nazywano firmy.

Za co kochają? Cóż, Polacy też kochają (nawet jeśli mniej) Marie Skłodowską Curie, choć niekoniecznie przykładali się do chemii* i fizyki w szkole. Tesla jest więc w byłej Jugosławii swoim człowiekiem ponadnarodowego i szczerego sukcesu. Bo sukces finansowy może być dziełem szalbierstwa, sukces artystyczny bywa dyskutowany (choć blisko, blisko), za to sukces naukowca-wynalazcy jest obiektywny. Tym obiektywniejszy, im mniej się wie o jego kuchni.

Nie wystarcza to jednak do tego by wygrywać w internety. Dobrym przykładem może tu być Skłodowska Curie, która mimo niewątpliwego atutu pozostawania jedyną kobietą kojarzoną z wielkim wiekiem chemii i fizyki, jest w memach, czy filmikach reprezentowana tak sobie.

Otóż tym, co przyciąga do Tesli jest jego ekscentryczność. Tesla miał liczne fobie, bał się fizycznych kontaktów (co się wymienia jako jedną z przyczyn jego ścisłego celibatu), miał też mawiać takie bzdury jak:

„Być samotnym, to sekret wynalazczości; być samotnym, wtedy idee się rodzą”**

Tzn. owszem, samotność, skupienie to ważne rzeczy. Ale akurat nauka rodzi się zawsze w konfrontacji stanowisk. Dlatego też Tesla będąc genialnym wynalazcą czasami upierał się przy ideach błędnych. Z wiekiem podobno coraz bardziej***. I właśnie to, a nie skuteczne odkrycia, tak podoba się odbiorcom memów o Tesli…


*) Przyznaję, że ja do chemii w szkole miałem pecha. Przez pierwsze lata trafiałem na fatalnych nauczycieli, gdy w końcu trafiłem na dobrego, ten stwierdził, że zapóźnienie klasy jest tak beznadziejne, że nawet nie będzie próbował niczego naprawiać — wykorzysta cały czas na podciągnięcie tych, którym chemia jest potrzebna do egzaminów wstępnych. A ja, cóż, miałem na egzaminie matematykę i fizykę. Potem co prawda próbowałem się podciągnąć z lektur, ale to nie jest takie proste.
**) „Be alone, that is the secret of invention; be alone, that is when ideas are born.“ – zapamiętało mi się z jednego sklepu wyposażającego koszulki w napisy na poczekaniu. Bodaj chorwackiego, ale może jeszcze czarnogórskiego? Cytat ten nie występuje w zbiorach najpopularniejszych cytatów z Tesli, co daje możliwość powątpiewania w jego autentyczność. Z drugiej strony… był jedynym tak lubianym w sklepikach; a i sam Tesla pasuje do niego.
***) Tesla nigdy nie dostał Nobla, niemniej podciąga się jego przykład pod „chorobę noblowską”, czyli sytuację, gdy szanowany badacz obdarowany Noblem wchodzi w obce sobie dziedziny i zaczyna głosić tam szarlatańskie idee, podpierając się profesurą i Noblem. Pół biedy, gdy jak „nasza” Maria Skłodowska Curie, wierzą w media i duchy. Gorzej, gdy lansują panacea i zwodzą ludzi chorych, jak choćby Linus Pauling.

Zdjęcia: basia i Pak4

[27.9.2018: Przejazd do Puli i z powrotem. Rijeka* by night]

Stary Olkusz

2 grudnia 2018

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Trudno mi napisać o historii Starego Olkusza. Ołów miano tam wydobywać dawno, choć legendy, że zaczęli Fenicjanie są z pewnością tylko legendami. Fenicjanie w te rejony się nie zapuszczali. Celtowie to co innego. Inna legenda mówi, że tu rozbijał obóz Ibrahim ibn Jakub. Cóż, może rozbijał, ale zasadniczo z Pragi, gdzie miał się najdalej w kierunku ziem Mieszka posunąć, jest tu jednak kawałek drogi, więc go chyba też w legendzie należy zostawić.

Na pewno grodzisko istniało w XIII wieku. Idąc od drogi nr 94 (przy parkingu dla jadących od strony Śląska jest nawet odpowiednia tablica) wygląda ono niepozornie. Zginełoby zupełnie wśród traw, gdyby nie obelisk postawiony na ruinach kościoła, oraz tablica informacyjna.

(Tablica jest informacyjna, ale powie mniej niż tu piszę, choć może coś ważnego mi umknie.)

Na terenie grodziska znaleźć miano liczne zabytki z ołowiu i srebra, dokumentujące lokalne wydobycie. Ale też strzały, bełty, sztylety… Wygląda na to, że nie tyle dawni olkuszanie byli roztargnieni, co miasto zniszczyła wojna. Nie ma zapisków, więc tylko ze zbieżności czasowej sugeruje się, że były to walki Łokietka z Czechami o Kraków. Ale żeby wiedzieć, po której stronie był wtedy Olkusz…

Ołów i srebro były cenniejsze od domów, czy życia mieszkańców, więc Olkusz się wzniósł od nowa — 3 km dalej na wschód.

Niepozorne grodzisko od strony drogi nr 94, ciekawsze się wydaje z wałów, lub od południa. Od południowej strony wały stają się wyraźniejsze, a fosa głębsza. (Czyżby czas mniej dał się we znaki tym, które wykuwano w skale, a bardziej tym, które wykopano w ziemi? To by było logiczne… Ale też grodzisko chciano zasypać hałdami z pobliskiej kopalni. Może więc północną część zasypano?)

Tak, czy inaczej, najbardziej widoczne są ruiny kościoła, a tym bardziej obelisk z 1937 roku. Mówi się, że kościół jednak późniejszy, pierwotnie gotycki z XIV wieku, o charakterze cmentarnym. Potem przeróbki, przebudowy, degradacja do roli kaplicy… Stał do XVIII wieku, więc i pozostałości nieźle zachowane.

Tablica zachęca, że jeszcze Sztolnia Pilecka z XVI wieku ma być w pobliżu. Ale że ukryta w lesie, że tablica nie zapowiada dalszych tablic, mapa nie zna… Podsumowując: że nie chce mi się szukać czegoś, co nawet nie wiem jak wygląda dzisiaj (tablica pokazuje zdjęcie ale z 1896…), to sztolnię pozostawiam naturze. I wracam na drogę 94…

PS.
Z drogi widać nierówności terenu. Dziwne jakieś. Ale nie wiem, czy to warpie, czyli ślady działalności górniczej, czy też „skamieniałe” ślady wiatru… Użytek Ekologiczny „Sasanka” czeka nas jeszcze kiedyś…

Zdjęcia: pak4.

[2.12.2018: Stary Olkusz]

Tablica strzałkowa:

Ruiny kościoła i obelisk:

Wały z grodziska na północ:

Wały do strony nowego Olkusza — jakby ślad bramy, drogi czy coś?