W. Żuławski, Zamarła Turnia

Wymarły, opustoszały kocioł skalny, zasłany rumowiskiem głazów. Zewsząd otaczają go strome ściany. Dolina Pusta nie na darmo nosi swą nazwę. Ani śladu w niej bujnej roślinności, kosówek, kwietnych łąk, ani śladu stawu, który by niebieską lub szmaragdową barwą wód łagodził dzikość tego zakątka. Nic tylko szarość stwardniałych płatów śnieżnych, czerń skał i piargi – beznadziejne pola piargów, to ruchliwych, usypistych, świeżo spadłych ze ścian i żlebów, to znów – na dnie doliny – ogromnych, nieruchomych, pokrytych szorstkim porostem, granitowych bloków.

Jeśli kiedykolwiek, poznawszy już uroki Zawratu, zapragniesz, Czytelniku, powrócić z Pięciu Stawów na Halę Gąsienicową odmienną drogą – ścieżką przez Kozią Przełęcz – wtedy przystaniesz na chwilę wśród złomisk Pustej Dolinki i ujrzysz widok, który nieprędko uleci z Twej pamięci. Na prawo zwieszać się będą nad Tobą ściany Koziego, na lewo krzesanice Zmarzłych Czub, zaś wprost…

Wprost od północy zagrodzą Ci drogę płyty urwiska, pionowo opadające na piargi doliny. Bije od nich niedostępność, surowa potęgo i groza. Bije zuchwała pewność swej mocy. Któż by się poważył atakować ten nieprzebyty mur? Jakiż śmiałek powierzyłby swe życie tym odstraszająco gładkim zerwom? Południowa ściana Zamarłej Turni pozostanie chyba na zawsze symbolem tego, co dla człowieka jest nieosiągalne…

Jednakże cierpliwa, wytrwała wola ludzka nie zna przeszkód nie do przezwyciężenia. Ściana Zamarłej została pokonana już czterdzieści pięć lat temu. Musiała ugiąć się przed zdobywczym rozmachem człowieka. Została nie tylko pokonana ale i ujarzmiona: niewielką stosunkowo jej powierzchnię pokrywa dziś gęsta sieć ośmiu oddzielnych dróg nie mówiąc już o licznych wariantach. Na drogach tych młodzi taternicy wypróbowują swe umiejętności wspinaczkowe. Zbadano niemal każdy fragment ściany – każdą półkę, rysę czy kominek obfotografowano, opisano, pedantycznie skatalogowano w drukowanym przewodniku po Tatrach Wysokich.

Zanim to jednak nastąpiło, Zamarła Turnia broniła się uparcie i walka o nią trwała jeszcze długo po jej zdobyciu. Ściana to niezbyt wielka, liczy ledwie sto pięćdziesiąt metrów wysokości. Ani jej się mierzyć z potęgą północnych urwisk Mięguszowieckiego czy Niżnich Rysów. Żadna jednak z tych ścian i może żadna w ogóle ze ścian tatrzańskich nie posiada historii tak bogatej, tak obfitującej w tragiczne epizody jak południowa Zamarłej. Wokół żadnej też nie powstał taki mit nieprzystępności, mit śmiertelnego ryzyka. Krążyły legendy sprawiające, że nawet najodważniejszy, najsprawniejszy wspinacz, wstępując w skały Zamarłej odczuwał gniotący ciężar psychicznego ucisku, niepokój, lęk, grozę…

Wielkie, sześciuset- czy ośmiusetmetrowe ściany mają to do siebie, ze ich powierzchnia urzeźbiona jest potężnymi żlebami, kominami, filarami, grzędami. Stawarza to możliwość lawirowania wśród tych formacji skalnych, wyszukiwania drogi nieco przystępniejszej, ukrycia się bodaj na pewien czas w głębokim wnętrzu jakiejś rysy czy komina przed widokiem stale rosnącej pod stopami przepaści. Gdy tymczasem południowa ściana Zamarłej – gładki monolit litych, jakby polerowanych płyt o nachyleniu przekraczającym czasem osiemdziesiąt i więcej stopni, pozbawiony jakichś większych wgłębień, platform, półek – odstraszała już samym wyglądem, a zapewne trochę i ponurą nazwą turni.

W czasach, gdy główne wysiłki wspinaczy szły w kierunku zdobywania urwisk najwyższych i najwybitniejszych szczytów tatrzańskich, ściana Zamarłej Turni pozostawała jakby niezauważona. Jednakże już w roku 1909 dostrzegli ją i zaatakowali świetni taternicy węgierscy, bracia Gyula i Roman Komarniccy. 4 sierpnia tego roku pierwsi wkroczyli w nie dotknięte stopą ludzką skały południowej ściany. Obrali od razu drogę najwłaściwszą i najlogiczniejszą: wprost w linii spadku wierzchołka, szlakiem, którym później rzeczywiście zdobyto ścianę. Jednakże Komarniccy, napotkawszy pierwsze poważne trudności, uznali, że wyżej teren jest niedostępny. Postanowili zejść i jeszcze tego samego dnia popróbować w innym miejscu. Tym razem zaatakowali wybitne zacięcie wiodące środkiem płytowej ściany, a na lewo od zamierzonej poprzednio drogi w linii spadku wierzchołka. Wśród dużych trudności – bardzo powoli, ale nieustępliwie – posuwali się wspinacze owym zacięciem (noszącym dziś nazwę zacięcia Komarnickich), aż wyprowadziło ich ono na sporą trawiastą platformę. Tymczasem począł się zbliżać wieczór – taternicy postanowili na razie zrezygnować z dalszych usiłowań i zejść na noc do schroniska.

Następnego dnia, znaną już sobie drogą, dość szybko osiągnęli wczorajszą platformę. Gładką pionową ścianką udało im się jeszcze wydostać kilka metrów w górę na oryginalną wąziutką półeczkę, ciągnącą się w poprzek całej ściany Zamarłej, od Zmarzłej Przełęczy aż po Kozią Przełęcz. Wyżej jednak, nad półeczką, piętrzyły się dachówkowato uwarstwione przewieszki bez chwytów i stopni, bez jakichkolwiek możliwości wspinania się. Stary wyga górski, Gyula Komarnicki, nie rezygnuje jeszcze. Postanawia trawersować półeczką w prawo. A nuż dalej otworzy się przed nim jakaś niewidoczna stąd rysa lub kominek. Roman Komarnicki wklinowuje się za sterczący z półeczki blok, uważnie asekuruje brata liną, a Gyula rozpoczyna trawers. Skały wystające ponad półeczką odpychają. Gyula posuwa się z najwyższą trudnością, czołgając się pod przewieszkami. Po chwili musi iść całkiem na zewnątrz – na samych rękach, dla których wyszukuje jakie-takie chwyty, natomiast nogi zwisają mu luźno w powietrzu, nie znajdując oparcia na pionowej płycie.

Wtem, jakiś pozornie mocny chwyt wyrwał się spod ręki, zmęczona druga ręka nie utrzymała ciężaru ciała i wspinacz runął w dół. Asekurujący czujnie Roman nie stracił głowy. Błyskawicznie ściągnął ile się dało liny, zaparł się jeszcze mocniej za blokiem i wytrzymał potężne szarpnięcie. Gyula zrobił w powietrzu wahadło o promieniu ośmiu metrów, tj. tyle, o ile odległy był od brata – i zawisł nie ponosząc żadnej szkody, poza lekkimi potłuczeniami. Obaj wspinacze cali i zdrowi zeszli w dół na piargi. Rutyna wysokogórska, fachowość, rozwaga i zimna krew wzięły górę nad zawziętością groźnej turni. Jednakże ściana pozostała nie zdobyta.

Próby braci Komiarnickim narobiły wiele hałasu w małym ówczesnym światku taternickim. Najlepsi polscy wspinacze ruszyli do szturmu. Aleksander Schiele i przewodnik Jędrzej Marusarz byli o krok od zdobycia ściany, atakowali ją również Władysław Kulczyński i Mieczysław Świerz. Próby szły ciągle szlakiem rozpoczętym przez Komarnickich.

Wreszcie 16 lipca 1910 roku pod ścianą zjawiają się czterej młodzi wspinacze i narciarze zakopiańscy: Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria i Stanisław Zdyb. Szturmują ścianę inaczej: rysą nieco na prawo od Zacięcia Komarnickich. I ta próba kończy się odwrotem, ale pozwala wejrzeć dokładnie w ścianę i uczynić doniosłe spostrzeżenie. Mianowicie teren jeszcze bardziej na prawo, w linii spadku wierzchołka, a więc w miejscu, od którego Komarniccy poprzednio rozpoczęli próbę wejścia, daje więcej szans na przejście, niż ich zacięcie. Nie można tylko forsować przewieszek wprost w górę, lecz trzeba spod nich przetrawersować w lewo, do rysy, która otwiera możliwości dalszej wspinaczki.

W tydzień później, 23 lipca, ściana została pokonana. Wielki talent skalny Bednarskiego oraz znakomity instynkt terenowy Lesieckiego skruszyły opór Zamarłej. Spod przewieszek, które odstraszyły i zniechęciły Komarnickich, czterej wspinacze przeszli poziomym trawersem przez niezwykle strome płyty do początku rysy. Trawers (jest to tzw. Dolny Trawers) wyglądał na niemożliwy do przejścia, ale bystre oczy wypatrzyły na nim chwyty i stopieńki – i w rezultacie kluczowy odcinek okazał się wcale nie taki trudny. Rysa, w środku której tkwił oryginalny odpęknięty blok skalny w kształcie graniastosłupa, otwierała rzeczywiście dalszą drogę. Tyle, że powyżej graniastosłupa zdobywcy Zamarłej napotkali ogromne trudności. Przepaść pod stopami stale się zwiększała, a ta gładka, niezwykle stroma ściana ma to do siebie, że niemal bezustannie widzi się pomiędzy nogami piargi doliny.

Rysa doprowadziła do obszernego wgłębienia, z którego trzeba było znów, tym razem dużo trudniej, przetrawersować w lewo (tzw. Górny Trawers) do podnóża krótkiego, zupełnie poderwanego kominka. Kominek ten nastręczał trudności największe, ale i ostatnie. Dalej ściana stała otworem i nietrudny, skalisto-trawiasty teren zaprowadził wkrótce uszczęśliwionych wspinaczy na wierzchołek Zamarłej Turni.

Sukces był ogromny. Wprawdzie zdobywcy ocenili go dość skromnie, określając swą drogę zaledwie jako „bardzo trudną”, jednakże następne przejście, podjęte w roku 1911 przez bodaj najsprawniejszych ówczesnych wspinaczy: kulczyńskiego i prof. Ignacego Króla (drugie przejście), oraz Mariusza Zaruskiego i Aleksandra Znamięckiego (trzecie przejście) przysparzają drodze sławy najtrudniejszej w Tatrach. Opinię tę umacnia w roku 1912 czwarte przejście Zamarłej (Stanisław Porębski z towarzyszem). Wszyscy ci świetni taternicy, zdobywcy wielu ścian i wielu dróg, są zgodni, że zdobycie Zamarłej jest punktem zwrotnym w historii taternictwa. Przyszłość ten sąd potwierdziła: południowa ściana Zamarłej była rekordem polskiego taternictwa sprzed pierwszej wojny światowej, rekordem, który blisko dwadzieścia lat czekał na pobicie. Co więcej – ściana ta stała się miernikiem nowego stopnia skali trudności taternickich, określanego mianem „nadzwyczaj trudne”. Wszystkie dotychczasowe drogi sięgały najwyżej stopnia „bardzo trudnego”.

O Zamarłej mówiło się wiele i pisało w prasie jako o przejściu szalonym, stojącym na granicy ludzkich możliwości, igraniu ze śmiercią. Liczne próby następnych przejść, nieudane bądź wskutek niepogody, bądź najczęściej dlatego, że podjęte były przez wspinaczy nie dorosłych do zadania – ugruntowują ten mit. Rozgłos ściany rośnie z dnia na dzień. Człowieka idącego na Zamarłą opinia publiczna poczyna uważać za mieszaninę szaleńca, bohatera i samobójcy. Zwycięzców, którym udało się przejść ścianę, wieńczy uznaniem niczym greckich olimpijczyków. Młodzi taternicy nocami śnią o Zamarłej. Są tacy, których całe taternictwo sprowadza się do jednego tylko celu: przejść zamarłą.

Jeden Bednarski, zakopiański rzemieślnik, człowiek prosty, dobroduszny i trzeźwy, nie przejmował się tą całą mocno histeryczną atmosferą. Nie dbał o hołdy, nie dał się zasugerować mitom. Ścianę znał – zdobył ją przecież – wiedział, co o niej sądzić. Poszedł na zamarłą jeszcze raz (piąte przejście) i zabrał za towarzysza – kobietę. Na owe czasy czyn wydawał się wprost szaleńczy. Słabe ręce kobiece nie mogły mu przecież zapewnić dobrej asekuracji i w razie odpadnięcia… Ale Bednarski był siebie pewien, czuł, że zdolny jest do przejścia bez oglądania się na ubezpieczenie. Owa kobieta – pierwsza kobieta na Zamarłej – należała do czołowych taterniczek i z pewnością, jak na ówczesny poziom taternictwa kobiecego, wspinała się dobrze. Było to jednak zbyt mało, by samodzielnie pokonać tak poważną, rekordową ścianę, i w rezultacie, po szeregu tragikomicznych przygód, została przez Bednarskiego po prostu wyciągnięta na linie. Złośliwi współcześni twierdzą, że w pustce i ciszy doliny rozlegało się co chwila płaczliwe wołanie:
– Ciągnij pan, panie Henryku! Ciągnij mocno!
– Ady ciągnę, droga pani, ciągnę aże lina trzeszczy! – Pocieszał ją pan Henryk.

Poza tym przejściem kroniki taternickie nie notują w latach od 1912 do 1920 ani jednego powtórzenia drogi na Zamarłą. Prawda, że w części są to lata wojny światowej, gdy mało kto mógł wędrować po Tatrach. Jednakże rozgłos, jaki się wytworzył wokół ściany, nie zmniejszył się ani trochę. Nadal nie brak tych, którzy ją szturmują, i tych, którzy marzą, by stać się jej zwycięzcami.

Do tych ostatnich należeli dwaj młodzi taternicy: Rafał Malczewski, syn wielkiego malarza, Jacka, i sam również w późniejszych czasach znany malarz, oraz jego rówieśnik, dwudziestodwuletni Stanisław Bronikowski. Obaj mieli już za sobą niejeden sukces taternicki, lecz ileż trzeba rutyny, doświadczenia i opanowania, by zwyciężyć ścianę o tak groźnej sławie! Jeśli jednak nie jest się w stanie dokonać tego o własnych siłach, to czemuż nie użyć podstępu? Można przecież od wierzchołka stosunkowo łatwym terenem ponad najtrudniejszy kominek, zawiesić tam linę i zrzucić jej koniec tak, aby umożliwił potem przejście najcięższych fragmentów. Może to i trochę nieładnie, ale cóż – chwała pogromcy Zamarłej nęci, przyciąga jak magnes. Dla zaspokojenia tak wielkiej ambicji można uczynić niejedno. A zresztą czyż spryt nie jest tyleż wart, co siła i zwinność? Czyż w walce nie wolno podejść przeciwnika?

25 września 1917 roku dwaj młodzieńcy wiążą się liną u stóp Zamarłej Turni. Szybko przebywają niższe partie drogi. Teraz Dolny Trawers. Jakże niemiłosiernie eksponowany! Jakże przerażająco wyglądają głazy u stóp ściany! Przypominają kły jakiegoś okrutnego, krwiożerczego zwierza, który cierpliwie, z bezlitosnym spokojem czeka, pewny swej zdobyczy. Przychodzą na myśl rozmaite opowieści o Zamarłej, wyolbrzymione do rozmiarów zabobonu. O różnych przygodach w tej ścianie, o tym, że każdy zespół taternicki musi tu coś spotkać. Młodzieńców ogarnia lęk. Lęk nie przed trudnościami, lęk przed jakąś nieokreśloną grozą wiejącą z tego urwiska.

Ale to nic. Już są w rysie, już pną się do graniastosłupa. Zastają tam hak zdobywców, który służy im do asekuracji. Już widać koniec liny, którą zawiesili poprzedniego dnia. Jest całkiem blisko, zwisa trochę na lewo od rysy, idącej ponad graniastosłupem . Bronikowski idzie pierwszy. Za chwilę dosięgnie liny i skończą się wszystkie strachy, skończy się hipnotyczne oddziaływanie głazów w dolinie, pryśnie magia Zamarłej. Zwycięstwo już pewne! Młody taternik wspina się teraz z nerwowym pośpiechem. Znajduje się piętnaście metrów ponad hakiem, a więc ubezpieczenie jest już niewystarczające, a teren – nadzwyczaj trudny. Mniejsza o to! Bronikowski przestał dbać o asekurację, przestał dbać, czy chwyt, któremu zawierzył, nie ukruszy się za chwilę, bo przecież lina jest tuż, tuż… Trzeba wyjść z rysy trochę w lewo, by jej dosięgnąć. O, właśnie…

Krótki, rozpaczliwy krzyk człowieka, lecącego w przepaść. Piętnaście metrów nad hakiem to trzydzieści metrów lotu w powietrzu. Czy lina wytrzyma szarpnięcie? Niestety! Lina uderza o ostrą krawędź, przerywa się. Bezwładne ciało leci dalej głową w dół. Głazy doliny przybliżają się w jakimś obłąkanym pędzie. Potworne uderzenie, miażdżące kręgosłup, czaszkę, mózg…

Przywiązany resztką liny do haka, dziewiętnaście godzin stał Malczewski na niewielkich stopieńkach, zanim uratowało go Pogotowie. Niżej na piargach u stóp ściany leżał roztrzaskany trup towarzysza i przyjaciela. Zamarła Turnia pochłonęła swą pierwszą ofiarę. Groźna sława szczytu nabrała teraz krwawego blasku.

Szóste przejście, w roku 1920, należy jeszcze do przedstawicieli pokolenia przedwojennego. Dokonuje go Mieczysław Świerz z towarzyszami. Ówcześni młodzi próbują bez powodzenia. Przygód – na szczęście nie tak tragicznych – jest bez liku. Mimo to legenda Zamarłej jakby trochę przybladła. Ucisk psychiczny jest nadal bardzo silny, jednakże w taternictwie poczyna przychodzić do głosu nowe pokolenie – pokolenie dobrych wspinaczy, ludzi podchodzących do sprawy rzeczowo i fachowo, nie znających uprzedzeń, nie wierzących w fetysze i zabobony. Przejście Zamarłej przestaje być dla nich jakąś mistyczną walką z demonem, staje się natomiast miernikiem wspinacza najwyższej klasy, czymś w rodzaju ostatecznego egzaminu na mistrza ścian skalnych. Egzamin ten przechodzą zwycięsko tylko najlepsi z najlepszych. W roku 1923 bracia Sokołowscy (siódme przejście), w następnym bracia Rzepeccy (ósme przejście), a w roku 1926 Witold Dobrowolski, Stanisław Kowenicki oraz Mieczysław Szczuka, niezwykła indywidualność, wybitny artysta-nowator. Był on przywódcą duchowym ówczesnej postępowej młodzieży, a radykalne poglądy społeczno-polityczne ściśle wiązały go z ludźmi grupującymi się wokół sławnej zakopiańskiej „Gospody Włóczęgów”.

Dziesięć zaledwie przejść (dziesiątego dokonał głośny później alpinista polski, Jerzy Golcz z towarzyszem), w ciągu szesnastu lat, które upłynęły od zdobycia ściany – świadczy dowodnie, jak wyjątkowym wyczynem było podówczas pokonanie drogi na Zamarłej. Mit ściany częściowo przełamany w środowisku najwybitniejszych taterników – w szerokiej opinii publicznej utrzymuje się nadal z nie zmniejszoną siłą.

W następnym roku zjawia się w Tatrach człowiek, którego kariera taternicka jest czymś wyjątkowym. Poznaniak, Jerzy Leporowski, lotnik z wojny światowej – nie był dotychczas związany z górami, nie miał żadnych kontaktów ze środowiskiem wysokogórskim, nie znał techniki pokonywania ścian, nie wiedział o istnieniu liny i haków. Miał tylko fenomenalny talent urodzonego wspinacza, fenomenalną siłę mięśni i zwinność, miał namiętną pasję zdobywcy i niesamowitą wprost niewrażliwość na ekspozycję. Swoje taternictwo zaczął samodzielnie – i samotnie. Samotnie pokonał południowe urwiska Ostrego Szczytu, Żabiego Konia, północne zerwy Galerii Gankowej – a więc drogi zaliczane wtedy do najpoważniejszych. Szukał przejść najtrudniejszych i brawurowych.

Gdy pewnego dnia w schronisku w Pięciu Stawach do stołu starych wyjadaczy taternickich przysiadł się nikomu nie znany człowiek i oświadczył w rozmowie, że właśnie trzy dni temu przeszedł samotnie południową ścianę Zamarłej – oświadczenie wywołało oburzenie, kpiny, zarzut mistyfikacji. Po krótkiej, gwałtownej rozmowie grono niedowiarków udało się do Pustej Dolinki i tu – na oczach świadków – Leporowski bez żadnej asekuracji, w fantastycznie krótkim czasie czterdziestu minut pokonał ścianę po raz drugi.

Zdumienie i podziw. Żaden chyba wspinacz nie zyskał w Polsce tak wielkiej popularności jak „człowiek-mucha” – tak nazywała go ówczesna prasa. Leporowski – już w towarzystwie wytrawnych taterników – przechodzi jeszcze szereg wspaniałych ścian.

Mit Zamarłej doznał poważnego uszczerbku. A więc wystarczy talent, sprawność i odwaga, a można bezkarnie – nawet samotnie! – pokonać straszliwe urwisko? Jak zwykle w takich wypadkach część taterników wpada w drugą ostateczność: lekceważenie, przecenianie swych sił, zbyteczna brawura.

Mieczysław Szczuka przechodził już Zamarłą. Przechodził później wiele innych nadzwyczaj trudnych dróg, wśród nich nowy wariant na północno-wschodniej ścianie Mięguszowieckiego, uważany przez niektórych za wyczyn trudniejszy od Zamarłej. O cóż właściwie chodzi? Niewielka ściana niewielkiej turni, mocna skała, haki wszędzie dobrze „siedzą” – ot, kilka długości liny wspinaczki, prawda, że bardzo pięknej, trudnej i eksponowanej.

13 sierpnia 1927 roku Szczuka wraz z dwoma młodymi turystami przybył do Pustej Dolinki. Za kilka dni przyjadą w Tatry jego wypróbowani towarzysze z liny. Mają w projekcie wiele nowych dróg. Tymczasem po co siedzieć bezczynnie? „Wyskoczy” sobie na Zamarłą z tymi oto zupełnymi nowicjuszami. To nic, że jeszcze nie mają za sobą żadnej praktyki taternickiej, żadnego doświadczenia, umiejętności asekuracji. Niech właśnie przeżyją od pierwszego razu najwyższe piękno wspinaczki, niech poczują dreszczyk prawdziwej emocji.

Związują się liną. Szczuka sadza swych towarzyszy na trawiasto-skalistych stopniach. Pokazuje im, jak należy asekurować, jak wypuszczać linę. Wprost zdumiewa nas dzisiaj, jak można było zupełnie surowych turystów zabierać na tak bądź co bądź poważną wyprawę. Szczuka idzie w górę. Posuwa się szybko, wychodzi prawie na całą długość liny. Tu przecież jeszcze całkiem łatwo. Trudności zaczynają się dopiero od Dolnego Trawersu.

Nie znane są przyczyny nagłego, niespodziewanego odpadnięcia Szczuki. Czy ten świetny, ale ryzykancko poruszający się w ścianie wspinacz popełnił jakąś nieostrożność? Czy też może nieumiejętnie asekurujący towarzysze ściągnęli go po prostu zbyt sztywno trzymaną liną? Nie dowiemy się tego nigdy, gdyż obaj ocaleni mieli zbyt mało taternickiej orientacji, by dać jakieś rzeczowe wyjaśnienia. Pozostaje nieubłagany fakt: drugi już trup zabarwił krwią piargi u stóp zamarłej Turni.

Groza ściany odżyła w umysłach ludzkich. Znów opowiadano sobie najrozmaitsze wyolbrzymione historie, znów szeptano, że każdy, kto pójdzie na Zamarłą, tak czy owak musi zginąć tragicznie, że należałoby zabronić szaleńcom porywania się na pewną zgubę.

W środowisku taternickim, jakkolwiek śmierć Szczuki wywołała ogromne przygnębienie, patrzono na tę sprawę inaczej. Nieszczęsny wspinacz popełnił zbyt jaskrawe błędy, by katastrofa mogła spowodować jakieś paniczne nastroje. A zresztą, rozmach taternictwa polskiego w tych latach, jego rozwój ilościowy i jakościowy postępował zbyt dynamicznie, żeby cokolwiek mogło go zahamować. Nie powstrzymała tego rozmachu nawet śmierć największego pogromcy Zamarłej, Leporowskiego, który zginął w następnym roku, odpadłszy z ruchomym blokiem skalnym w czasie samotnej próby pierwszego przejścia północnego filaru Koziego Wierchu (zwanego Filarem Leporowskiego). W tymże samym 1928 roku – aż jedenaście zespołów taternickich przechodzi Zamarłą Turnię.

Zdarzają się – co prawda – nieudane próby, zdarzają się przygody. Dwójka młodych, ale już bogatych w sukcesy taternickie wspinaczy, których nazwiska znalazły się później wśród nazwisk najświetniejszych alpinistów polskich – utknęła w środku ściany i wołała o pomoc właściwie bez żadnych istotnych powodów: złamana psychicznie, po prostu obezwładniona fascynującym oddziaływaniem urwiska. Narciarz nad narciarze, a przy tym wspinacz niezrównany, Bronisław Czech odpada u początku Rysy Bronikowskiego. Z błyskawiczną przytomnością umysłu odpycha się rękami od ściany, obraca twarzą do przepaści i pikuje w powietrzu jak przy skoku na Krokwi. Skacze na spory trawiasty stopień o kilka metrów niżej, odbija się od niego, upatrując w ułamku sekundy następne dogodne miejsca, ląduje wreszcie cały i zdrowy na sporej płytowej platformie, tuż nad przewieszkami, u krańca Dolnego Trawersu.

Postęp taternictwa jest coraz szybszy. Wspinacze polscy pokonują ściany cięższe od Zamarłej, ściany o większym nagromadzeniu trudności. Pokonują już nie dwa metry, jak tam, ale kilkanaście i więcej nieprzerwanie nadzwyczaj trudnego terenu. Przed nie znającym przeszkód rozmachem zdobywców musi się ugiąć północna ściana Żabiego Konia i wschodnia Mnicha, Gierlachu, Filar Leporowskiego i zachodnia ściana Łomnicy. O Zamarłej Turni taternicy mówią z respektem, że droga piękna i trudna, ale mówią bez obaw i lęków – niektórzy zaś poczynają znów zbywać ją pogardliwym lekceważeniem.

6 października 1929 roku pod ścianą Zamarłej zjawiły się dwie młodziutkie, urocze dziewczyny. Szesnastoletnia Lida Skotnicówna i jej osiemnastoletnia siostra Marzena postanawiają podjąć próbę pierwszego czysto kobiecego przejścia drogi. Obie należały do najwybitniejszych taterniczek tamtych czasów. Obie miały za sobą trudne przejścia górskie, a Lida brała udział wraz ze Stanisławskim, Czechem i innymi w zdobyciu takich rekordowych ścian, jak północna Żabiego Konia, zachodnia Małej Śnieżnej Turni, wschodnia Kościelca czy południowa Niebieskiej Turni. Zamarłą znała już wcześniej. Przechodziła ją wspólnie z dwoma świetnymi wspinaczami.

Był to okres, w którym rozwijało się silnie również i kobiece taternictwo. Padały coraz częściej hasła o usamodzielnieniu się taternickim kobiet, o uniezależnieniu od mężczyzn, a nawet o dorównaniu im w wysokogórskim wyczynie. Nie zrażone tragiczną katastrofą dwóch innych taterniczek, Jadwigi Honowskiej i Zofii Krókowskiej, które w poprzednim roku przypłaciły życiem próbę samodzielnego kobiecego przejścia południowej ściany Ostrego Szczytu – siostry Skotnicówny podjęły te śmiałe i ryzykowne hasła. Na tym polu spore sukcesy miała już Marzena, która wspólnie z Zofią Galicówną zdobyła dwie nowe drogi w Tatrach. Obie siostry ponadto przebyły razem kilka dróg średnio trudnych i dwie nieco poważniejsze: północne ściany Kozich Czub i Mnicha. Czuły się dostatecznie przygotowane i dojrzałe do podjęcia tak poważnego zadania, jakim była Zamarła.

Gdy dziewczęta rozpoczynały drogę w ścianie, tuż powyżej Dolnego Trawersu wspinało się już trzech innych taterników: B. Czech, J. Ustupski i J. Wójcik. Niespodziewana obecność kolegów musiała zdopingować siostry do pokazania swej klasy wobec tych świetnych wspinaczy. Toteż bardzo szybko, w doskonałej formie i stylu pokonały niższe partie ściany i Dolny Trawers. Na platformie za Trawersem idąca jako pierwsza Lida zdołała jeszcze dogonić trzeciego z zespołu Czecha. Rozmawiała z nim chwilę, częstowała cukierkami. Gdy tamten ruszył w górę, Lida została, żeby asekurować siostrę, która właśnie przechodziła Trawers. Niemal jednocześnie wspinający się na czele swej grupy Czech rozpoczął Górny Trawers, a Lida Skotnicówna – Rysę Bronikowskiego. Szybko przeszła dolną, łatwiejszą część Rysy. W pobliżu graniastosłupa towarzysze Czecha umyślnie pozostawili hak, by ułatwić dziewczętom asekurację. Dotarłszy do niego Lida założyła swój karabinek, przepięła przezeń linę i bez namysłu zaatakowała przewieszoną część Rysy.

Bronek Czech przeszedł już tymczasem Górny Trawers i tkwił właśnie w poderwanym, przewieszonym kominku, stanowiącym ostatnią poważną trudność drogi. Kominek ten jest tak eksponowany, że wspinacz widzi pod sobą w wielkim skrócie całe urwisko, a niżej głazy doliny. Nagle – w jakimś przelotnym spojrzeniu w dół – ujrzał Czech na tle pionowych płyt urwiska lecący bezwładnie kształt ludzki. Jeszcze sekunda i obie siostry, złączone wspólną liną, runęły w przepaść. Głuche uderzenie, ciała potoczyły się jeszcze rozpędem, zahurkotały jakieś poruszone z miejsca kamienie – i wszystko ucichło. Na piargu zostały dwie ciemne, nieruchome plamy…

Wstrząśnięty do głębi, niemal sparaliżowany grozą Czech najwyższym wysiłkiem woli zdołał się wydostać ponad kominek i ściągnąć tam niemniej struchlałych towarzyszy. Gdyby Bronek nie był tak wyjątkowo opanowany nerwowo – jedna katastrofa mogłaby pociągnąć za sobą drugą.

Pędem przebiegli ostatni fragment ściany i drogę w dół przez Kozią Przełęcz do Pustej Dolinki. Nie mogło być żadnych złudzeń. Obie siostry poniosły śmierć.

Trudno ustalić z całą pewnością, co było przyczyną odpadnięcia Lidy. Może ukruszenie chwytu, a może – co najprawdopodobniejsze – zmęczenie, wyczerpanie fizyczne, skurcz mięśni. Wątłe siły szesnastoletniej dziewczyny były nadszarpnięte długim podejściem pod ścianę – aż z Zakopanego – a także szybkim tempem wspinaczki. Dlaczego jednak zawiodła asekuracja? Przecież lina wiążąca siostry nie wykazała żadnych uszkodzeń?

W następnym roku znaleziono wiszący na owym haku koło graniastosłupa, rdzą pokryty, rozgięty karabinek. Potężne szarpnięcie liny przy upadku rozgięło stalowy pierścień. Być może, gdyby Lida zapięła na hak nie ten, lecz jakikolwiek inny z posiadanych karabinków – byłaby uratowana.

Ukryty błąd w fabrykacji sprzętu asekuracyjnego przypieczętował śmierć obu sióstr.

Lida i Marzena były ostatnimi już ofiarami Zamarłej Turni. Jeszcze w 1932 roku na urwisku, będącym jakby przedłużeniem południowej ściany Zamarłej, w czasie wspinaczki na Zmarzłą Przełęcz zginęli dwaj młodzi taternicy, Wojciech Gąsienica-Marcinkowski i Tadeusz Bośniacki, w okolicznościach dokładnie nie znanych, w wyniku jednakże niewątpliwie błędów asekuracji. Ale już w tym samym 1932 roku następuje dalszy krok w kierunku całkowitego ujarzmienia Zamarłej: czołowi wspinacze tamtych lat, Stanisław Motyka i Jan Sawicki przechodzą południową ścianę w poprzek, od Zmarzłej do Koziej Przełęczy, ową oryginalną, wąską, nadzwyczaj trudną półeczką, na której załamała się ongiś próba braci Komarnickich. Droga ta stanowiąca zresztą bardzo efektowną wspinaczkę poprowadzona jest nieco sztucznie, gdyż trawersuje poziomo ścianę, nie wyprowadzając na wierzchołek. Tak czy owak, po raz pierwszy okazało się, że „klasyczna” droga Bednarskiego nie stanowi jedynej możliwości przejścia ściany. Rozpoczął się ostateczny szturm: końcowy okres zmagań człowieka z urwiskiem.

W roku 1935 Motyka i towarzysze przechodzą prawą część – ową nachyloną ku żlebowi Koziej Przełęczy południowo-wschodnią ścianę Zamarłej. Rok 1939 – ostatnie miesiące przed wybuchem drugiej wojny światowej przynoszą atak młodych wspinaczy zakopiańskich, braci Wrześniaków. Posiłkując się hakami nie tylko do asekuracji, ale i dla umożliwienia przejścia najbardziej niedostępnych fragmentów (czyli tzw. techniką hakową), zdobywają oni dwie drogi poprzez płyty środkowej części: tę, której próbowali Komarniccy, Schiele z Marusarzem i inni (Zacięciem Komarnickich), oraz tę, którą początkowo zaatakowali Bednarski i towarzysze. Wytyczają również jeszcze jeden nowy szlak, poprzez lewą część południowej ściany. W czasie wojny, w roku 1943, Siedlecki i Wicherkiewicz pokonują nową drogę na południowo-wschodniej ścianie, na prawo od szlaku Motyki. Wreszcie, w ostatnich czasach, w roku 1951 Strumiłło i Pietsch zdobyli krawędź, na której południowa ściana styka się z południowo-wschodnią – filar Zamarłej Turni. Wszystkie te drogi, zarówno pokonywane techniką klasyczną (tj. bez pomocy haków), jak i hakową – zaliczają się do nadzwyczaj trudnych.

Epopeja zdobywania Zamarłej skończona, każdy fragment ściany został poznany i pokonany. Dziś uczestnicy „taternickich kursów dla zaawansowanych” Sekcji Alpinizmu pod kierunkiem wykwalifikowanych instruktorów dziesiątkami przebywają drogi na Zamarłej. Ci młodzi – zaprawieni w technice wspinaczkowej na ćwiczebnych skałkach – zapewne wzruszają ramionami, gdy im się mówi, że Zamarła była przez długie lata rekordem trudności tatrzańskich, że budziła taką grozę, że wokół niej tworzyły się legendy i mity. Czy mają słuszność? Z pewnością nie. Uśmiechamy się przecież wyrozumiale, gdy wspominamy na przykład wyniki lekkoatletyczne, które trzydzieści lub czterdzieści lat temu były rekordami Polski. Rekordy te z łatwością biją dziś juniorzy. Na tym właśnie polega postęp w sporcie, postęp w taternictwie, w każdej dziedzinie życia. Wspinacze, którzy atakowali Zamarłą przed laty, o ile więcej mieli do przezwyciężenia! Ich odwaga i wytrwałość skruszyły najcięższego wroga taternika: lęk i ucisk psychiczny. Ich doświadczenia pozwoliły tak udoskonalić system asekuracji, że względnie bezpiecznie przebywamy dziś ściany trudniejsze od Zamarłej.

A zresztą czy Zamarła jest rzeczywiście taką bagatelką? Zapewne, dobrze przygotowany wspinacz nie znajdzie tam jakichś niezwykłych trudności, zwłaszcza w pogodę, przy suchej skale. Niech jednak niespodziewanie przyjdzie gwałtowny deszcz, grad, zimny wicher, a pewny siebie młodzieniec może się znaleźć w sytuacji krytycznej, nawet dramatycznej. Przecież stromość, przepaścistość ściany nie zmieniła się wcale, a piargi u jej stóp nadal cierpliwie czekają, gotowe pomścić się na tych, którzy przebiegają Zamarłą Turnię z zegarkiem w ręku, nie widząc tego, co jest najistotniejsze – piękna górskiego przeżycia.

Wawrzyniec Żuławski, Zamarła Turnia. [w] Wawrzyniec Żuławski, Sygnały ze skalnych ścian * Tragedie tatrzańskie * Wędrówki alpejskie * Skalne lato. Nasza Księgarnia 1967, s. 134-148

komentarze 4 to “W. Żuławski, Zamarła Turnia”

  1. basia Says:

    P.S. Opowieść o Zamarłej Turni przepisałam także ze względu na osiemdziesiątą rocznicę tragicznej próby siostr Skotnicówien, która minęła wczoraj…

  2. owcarek podhalański Says:

    A jo kie wiele roków temu przecytołek ten rozdział pona Żuławskiego, to zafciało mi sie uwidzieć jakiesi zdjęcie wyzej wymienionyk sióstr, coby sie przekonać, cy naprowde były tak śwarne, jako autor napisoł. Do tej pory to mi sie nie udało krucafuks! 😀

  3. Urwiska a sprawa polska « przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] Zamarła Turnia – klasyczny Żuławski jak zwykle nieoceniony! (W setną rocznicę oblężenia ściany i osiemdziesiątą – katastrofy młodych taterniczek) […]

  4. basia Says:

    Jakom przyobiecała, tako zaczynam nadrabianie zaległości pod-blogowych od tego miejsca — Owczarku, chyba nie tylko Ty jeden interesujesz się śwarnością sióstr Skotnicówien: od czasu publikacji mam wiele przekierowań wyszukiwarkowych a nawet listów z zapytaniami, czy nie wiem i nich czegoś więcej „w tym jak wyglądały” 😉 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: