W. Krygowski, O capie, który nie chodził znakowanymi szlakami

Nie było jak placki owsiane zwane moskalami, które piekło się na blasze góralskiego pieca. Upieczone i przypieczone na brązowo pachniały łanem owsa, lecącym w dół do potoku, świerczyną gubałowską nachyloną nad obejściem Gąsienicy Krawca na Gładkiem. Smak ich zależał też od tego, czy były ciepłe czy gorące, co dopiero zdjęte z blachy, a przede wszystkim od głodu naszych młodych żołądków. Jadło się je mimo przestróg: nie jedz, będzie cię brzuch bolał. Nic nie smakowało tak po całym dniu gonitwy po lesie i potokach, jak zimne kwaśne mleko, które łagodziło gorące ciasto owsiane.

Dwa miejsca w tych czasach posiadały w sąsiedztwie nieprzeparty urok. Tajemnicze ciemności pod chałupą, która stojąc na stoku, miała tylko dwie kamienne podpory od frontu, tak że dostawszy się pod dom, było się właściwie pod podłogą werandy, izby i kuchni. Wśród znajdujących się tu gospodarskich gratów ileż można było znaleźć nieoczekiwanych rzeczy, ileż było tu kryjówek.

Drugim ukochanym miejscem była kuźnia. Stała tuż przy drodze w sąsiedztwie chałupy starego Stryka. Nikt nie nazywał inaczej tego samotnika, który grywał na kobzie, a czasami znikał na kilka dni. Mówiło się, że poluje. Kuźnia Stryka nie była zwykłą kuźnią. Przede wszystkim od lat nie podkuwało się w niej koni, a poza tym nikt nie pamiętał, by żył tu kiedy kowal. Nosiła więc tylko nazwę kuźni i pewnie dlatego jeszcze bardziej stała się dla nas tajemnicza. Była raczej drewutnią, bo leżały w niej deski, nastroszone wióry i trzaski, wszystko suche jak igły, pełne mysich szmerów i śpiących pajęczyn, gniazd os i trzepotania ptasiego pod daszkiem. Brakowało tylko gacków. Ale najdziwniejszą rzeczą była przywalona deskami podłużna skrzynia. Wyszukałem ją w samym rogu, naprzeciwko wiszącego na kołku podartego serdaka. Chytry był ten, który ów serdak powiesił w przeciwnym kącie. Przyciągał on bowiem uwagę każdego, kto wszedł do kuźni. Skrzynię znalazłem przypadkiem, a na przypadek nie ma rady. Ciekawość jest największym sprzymierzeńcem siedmiolatków, a takim wtedy byłem. Dogrzebałem się jakoś do skrzyni, otwarłem i ujrzałem rzecz niezwykłą i najmniej spodziewaną w tym miejscu – strzelbę. Leżała w skrzynce i pachniała w szczególny sposób. Zapach pochodził od smaru, który pokrywał metalowe części broni. Przyjrzałem się jej uważnie, zamknąłem skrzynkę, przykryłem ją jak mogłem najlepiej, zacierając ślady mojej bytności. Nie wiem sam, jak się to stało, lecz odkrycie uczyniło mnie jakby poważniejszym. czułem, że jestem w środku jakiejś tajemnicy i to sprawiało mi nieznaną, już nie dziecięcą przyjemność. Czułem się ważny. Tajemnica była wyłącznie moja, gdyż nie mogłem się z nią z nikim podzielić. Ojca nie było wtedy w Zakopanem, matka nie wchodziła w rachubę, gdyż na pewno powiedziałaby mi tylko: nie szperaj w cudzych rzeczach, nie ruszaj, co nie twoje. Poza tym cóż mogła w ogóle wiedzieć o strzelbie, o flincie – jak mawiał gazda Gąsienica krawiec. Nawet nie wiem, czy znała to słowo, tak jak nie znała na pewno tajemniczego słowa „rabsic”. Kogóż miałem się więc pytać? Gazdy? A może to była jego flinta? Byrcynów? Ciaptaków? Samków? Nosiłem więc w sobie nierozwiązaną zagadkę z uczuciem niedosytu, ale i przyjemności, że w niej uczestniczę. Tajemnicza broń w kuźni miała więc skrytkę we mnie samym. Skrytka zarastała nowymi wydarzeniami, wieściami o niepokojach i grożącej wojnie, zarastała jak staw skrzekiem i rzęsą wodną. Byłbym może całkiem o niej zapomniał, gdyby nie późniejsze wypadki.

Po pierwszej wojnie, gdzieś w dwudziestych latach, już – jak się mawiało – za Polski, przyjechaliśmy z ojcem w jesieni na parę dni do Zakopanego. Wiele się zmieniło tymczasem na świecie. Krucho było z pieniędzmi, których wartość leciała w dół na łeb na szyję, ale pojechaliśmy. Ojciec był po pięćdziesiątce, ja zaś miałem szesnaście czy siedemnaście lat. Przekonałem się jednak, że nie trzeba mieć pięćdziesięciu lat, by stwierdzić, że nie ma niczego smutniejszego, jak mijanie.

Szliśmy więc na Gładkie. Już odeszła w lewo droga na Górkę, już pięła się nasza stromo, przypominały mi się znajome miejsca. Pamiętałem starą lipę przed chałupą Stryka Kobziarza, gdyż zawsze pod nią słyszało się w lecie nieustanny bzyk tysięcy pszczół. Od lipy zbaczało się trochę w prawo i już stawało się przed progiem. Dobrze go pamiętałem, bo gdym chłopcem wchodził do sieni, zahaczyłem raz o niego nogą i grzmotnąłem o boisko, tak był wysoki.

Weszliśmy do izby w lewo. Wydawała się pusta, toteż ojciec zawołał głośno:
– Jest tu kto?
Nie była pusta. W zacienionym kącie na ławie, która służyła za legowisko, coś się poruszyło. Podniósł się stary, siwiuteńki, bardzo pomarszczony na twarzy góral, jakoś niepodobny do Stryka.
– Pochwalony – rzekł ojciec – toście wy, Stryku?
– A wyście kto? – wymamrotał starzec.
Czułem, że w ojcu coś się dzieje. Wydawało mi się, ze jest zły, gdy mówi:
– Nie poznajecie mnie?
– Ocy słabe, nie boce wos, poćcie blizej.
Ojciec podszedł ku ławie i powiedział po góralsku:
– Zabacyliście mnie, Stryku, ale capa na Dubrawiskach pamientocie!

Stała się rzecz dziwna. Starzec wstał z ławy, na której dotąd przysiadł, spojrzał na ojca i nic nie odpowiadając, rześkim krokiem wyszedł z izby. Zaskoczyło nas to trochę, ale zdziwienie trwało krótko, bo oto Stryk Kobziarz znowu stanął w drzwiach. To nie było zwykłe wejście. Nie zamykając za sobą drzwi – bo obie ręce miał zajęte – stanął przed ojcem jakiś inny i zmieniony. Trzymał przed sobą w rękach poziomo, z powagą i namaszczeniem sztucer, w którym od razu – mimo nikłego światła w izbie – rozpoznałem tamtą broń, kiedyś chowaną w starej kuźni.
– I wos pamientom i capa, panie – powiedział Stryk.
I położywszy broń na stole, objął rękami mego ojca.

Dziś, kiedy odtwarzam tę chwilę, wydaje mi się, ze była to scena z antycznego widowiska, tak była ludzka i dojmująca, że nie potrafię jej zapomnieć.

Gdy schodziliśmy z powrotem, opowiedział mi ojciec, że owa flinta była jego darem. Kiedy bowiem raz, przed laty, Stryk strzelił do capa na Dubrawiskach i chybił w zupełnie pewnej sytuacji, bo flinta Stryka okazała się rozlatującym gratem, ojcu memu zrobiło się żal górala i kupił mu niezawodnego sztucera. Cap – mówił ojciec – był chytry i wiedział, co robić, gdy Stryk spudłował, bo to był cap, który nie chadzał po górach znakowanymi ścieżkami. Było to zresztą na początku stulecia, kiedy capy były mądrzejsze, a wielu późniejszych zagorzałych ochroniarzy polowało w górach na grubego zwierza. Bo trzeba było – jak się okazuje – wielu kłusowników, by urodziła się ochrona przyrody.

– Gdy pójdziemy jutro czy pojutrze z Hali Gąsienicowej do Roztoki, pokażę ci, gdzie to było – powiedział ojciec. – Nie zejdziemy do Czerwonego stawku lecz skręcimy wcześniej w dół Pańszczycy na Butorów. Zobaczysz, jakie tam kosówki, jaki las. Wiedział o nim cap i tam właśnie uciekł. Przysiągłbym, że się nawet z nas śmiał.

Nie uwierzycie, ale ilekroć idę dziś tamtędy, przystaję na Dubrawiskach przy potężnej wancie, wystającej z kosodrzewiny, i czy chcę czy nie chcę, przypominam sobie czas owsianych placków, starą kuźnię i lepką od wazeliny flintę Stryka, który grał na kobzie na Gładkiem a zbójował na capy w Pańszczycy, za nic sobie mając, że to capy Uznańskiego, kiedyś pana na Szaflarach i nad częścią Tatr.

Władysław Krygowski, Wspinaczka po tęczy. Wydawnictwo Literackie 1986, s. 41 – 44.

Jedna odpowiedź to “W. Krygowski, O capie, który nie chodził znakowanymi szlakami”

  1. Zanim urodziła się ochrona przyrody | przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] trzeba było wielu kłusowników – twierdzi Władysław Krygowski w gawędzie wspomnieniowej O capie, który nie chodził znakowanymi szlakami. Rzecz dzieje się w epoce placków owsianych zwanych moskalami. Chłopiec, który uwielbia je […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: