W. Krygowski, Cóż za wody, cóż za świat!

Nie pamiętam tak deszczowego lata, jak 1934 roku. Zapamiętałem je na całe życie. Mieszkaliśmy na Hutach u Wojciecha Topora Huciańskiego, w domu pod jaworem przy ciurkadle tak uroczym, że do dziś dnia słyszę jego delikatne nieustanne ciągnięcie smyczka wciąż na jednej strunie, w które wsłuchiwałem się wieczorem. Kiedy zaczynało mżyć, a wszystkie deszcze tego lipca brały początek w ciepłej, duszącej mżawce, ciurkadełko wplatywało swoje ciurkanie w jednostajny spokojny poszum wielu dziesiątków źródeł i źródełek, udających niewidzialne skrzypce. Spadając z nieba słota osiadała na liściach mego jaworu, zmywała je z wierzchu i spodu, tak że lśniły w wieczornej ciemności tajemniczymi błyskami, gdy zapalałem poczciwą lampę naftową. O tej porze – a jest to pora czytania – odkładałem Bellę Giraudoux, którą tak lubiłem za wdzięk słowa i mądre obserwacje, patrzyłem i słuchałem, poddawszy się czarowi otoczenia. Nasłuchując, słyszałem, jak na dole Zosia rozmawia z matką i jak rozmowę przerywa przeciągły ryk krowy, do której właśnie zbliżała się zapewne gaździna na wieczorny udój. Potem znowu siąpiło i tylko do łagodnie szumiącej mżawki dołączał się dźwięk grubych kropel z liścia na liść na daszek mojego ganeczku. Za dnia liście jaworu czyniły cały pokoik jasnozielonym. Grube możne płazy jeszcze pachniały świeżą złotożółtą wonią, gdyż dom co dopiero zbudowano. Dom był piękny, góralski, bo sam Migiel go budował. Gdy świeciło słońce, pokoik na piętrze stawał się złoty od ścian, a zielony od jaworu, ale tego roku dni słoneczne należały do rzadkości.

To była na pewno niedziela, gdyż dzwony w Olczy dzwoniły o niedzielnej porze, i była to dokładnie połowa lipca. W powietrzu wisiała wilgotna parność tak duszna, że ciężko było oddychać. Ludzie szli do kościoła ociężale i ponuro, jakby przeczuwali, że to, co przyjdzie, nie będzie zwyczajnym deszczem. Szli Chycowie i Kaćkosy, Gawlaki i Szeligi, szli z Chłabówki i z Hrubego, od starego młyna i z Piszczorów, i Gackowie, i ci spod Zajęczyńca. Stojąc na ganeczku w rozpiętej koszuli, czułem niespokojne gorąco przylegające do ciała i musiałem ocierać pot z czoła, taka była wokoło lepka gorączka w powietrzu. Woda w potoku nie szumiała, lecz dudniła, choć była to zwykła Olczyska Woda, nieco tylko większa, niż zazwyczaj. Przez gałęzie jawora widać było niebo szarofioletowe, jakby dotykające dachu. Co mnie uderzyło, to że nie było widać ani jednego ptaka, jakby znikły z Hut i całej Olczy. A przecie budziły mnie zawsze rano wcześnie, dopóki nie przyzwyczaiłem się do ich hałasu. Z daleka, bo aż z drugiej strony potoku i od Kaćkosów przypełzał niebieski snujący się nisko dym, który przygniatała do ziemi wilgoć ciężkiego powietrza. W kuchni pokrzykiwała Huciańska bo nie chciało się palić i dymiło.
– Kisi się cosi – usłyszałem i rzeczywiście poczułem ciężki zapach dymu.

Szła od Oberconiówki zza potoku ciemność, ale chyba nie od nadciągającej chmury, bo wszystko dookoła przypominało obwisłą, naładowaną wodą deszczową chmurę, tylko jakaś ciemność od złowróżbnych przeczuć.

Pod wieczór tego dnia, nad Gubałówką, gdzie zwykle w pogodny czas chowało się słońce, ujrzeliśmy wielką, w obłąk ciemności ujętą czerwoność. Czy to przez niskie zamglenie tak zachodziło słońce, czy też gdzieś paliło się osiedle, wieś, wiele wsi, całe Podhale? Dość, że wybiegliśmy wszyscy za próg i patrzyliśmy – nie my jedni – gdyż gdzie tylko był dom, tam stali ludzie i patrzyli. Niektórzy żegnali się krzyżem. Trwało to niedługo, lecz nie wróżyło niczego dobrego. Było źle i miało być gorzej. Ziemia nie przyjmowała już wilgoci, leżała nasycona, zmęczona i zrezygnowana. Stary Wojciech Topór chodził jak chmura. Milczał więcej niż zwykle, choć należał do światłych gospodarzy i miał zawsze wiele do powiedzenia w sprawach Olczy. Gdy rozgadał się, a mówił zawsze do rzeczy, słuchało się go z uwagą. Teraz milczał. Czasem podchodził ku Kaćkosom, gdzie potok zbliżał się do domów najbardziej, oceniał przybór wody i zatrzymywał się na chwilę przy drewnianym moście. Potem wracał, lecz nic nie mówił, jakby chował dla siebie najgorsze przeczucia. Inaczej gaździna. Labiedziła, że ziemniaki pogniją, siana nie będzie, a już owsy całkiem przepadną. Zwykle małomówna, teraz mówiła i mówiła. I ja przechodząc przez most w drodze do sklepu Ochmańskiej, zbierałem po sąsiadach różne wiadomości, więcej złe niż dobre, a czego nie dowiedziałem się od nich, dowiadywałem się najpełniej w sklepie.
– Niech pan kupi więcej mąki, cukru i kaszy. Przy takiej słocie mogą nam nie dowieźć.

Posłuchałem rady i miało się wkrótce okazać, że dobrze zrobiłem, powiększając zapasy. W nocy z niedzieli na poniedziałek zbudził nas łomot ulewy po dachu. Zerwaliśmy się z łóżek, bo to nie była zwyczajna ulewa, przypominała burzę. Mówiliśmy sobie wtedy: to dobrze, po burzy ochłodzi się i przyjdzie pogoda. Ale to nie była burza, raczej nawałnica bez błyskawic i grzmotów. trwała aż do rana, po czym zamieniła się w ciepły, bardzo ciepły, drobniutki deszcz. Za nieba leciała woda jakby przez cieniutkie sito, a samo niebo zdawało się dotykać czubków świerków. Gdy deszcz przestał padać i zdawało się, że już koniec, przychodziło rozczarowanie. Co bowiem spadło na ziemię, natychmiast zaczynało parować i znów spadało, aby ponownie zamienić się w parę. Tak działo się przez kolejne trzy czy cztery dni. Byliśmy na łasce i niełasce chmur. Szumiało wokoło i już nie było wiadomo, co szumi, czy tylko potok Olczański, czy malutka strużka wody tuż koło domu, która waliła teraz z góry, gdzieś spod Cyrhli, czy huczy las pod siąpawicą, czy tylko mój jawor teraz tak ciężki od wilgoci, że przywierał gałęziami do dachu i ganeczku. Chodziliśmy podnieceni i rozdrażnieni, byle co nas denerwowało. Sprzymierzyły się też przeciwko ludziom rzeczy martwe: zginęła szczotka do zamiatania, rozbiły się talerze, to zamokły zapałki. Ale najważniejsze, ze woda zabrała nam most i byliśmy odcięci od sklepu, i to, że musiałem biegać po chleb na Bystre przez Cyrhlę.

Nikt nikogo nie odwiedzał, a gdy już ktoś przyszedł, wówczas musiała to być niedobra sprawa, jak ta, że umarł Kuba Król i że jego pochówek trwał bardzo długo, bo gdy miano go grzebać na Piszczorach, dół cały był w wodzie. Jakże Kubę kłaść do wody, musiano więc wylewać wodę, kopać i kamienie ułożyć pod trumnę. Wiadomości, które z chałupy do chałupy przechodziły, były przygnębiające. Wszędzie, gdzie waliła woda pod brzyzkami, podmywała i zrywała stoki. Tak było pod kościołem na Piszczorach, na Gawlakach zjechało całe zbocze wraz ze ścieżką, przy starym młynie woda wyrąbała trzy nowe koryta, zabrała ziemię jednym, przydzieliła drugim. To było u nas, a w Zakopanem Cicha Woda – och, cicha ona nie była – zabrała most pod szpitalem, na Kamieńcu potok Bystry zniszczył domy, wille i chałupy, zabrał słupy telefoniczne i elektryczne, rozmył koryto pod Kozińcem, zagroził elektrowni. Wszędzie była woda, rwąca i spieniona, gdzie indziej szeroko rozlana, stojąca i gnijąca, zawsze z chmurką much unoszącą się nad stawiskami i zastoinami, które nie mogły jeszcze wsiąknąć w ziemię i wyschnąć, bo wciąż z nieba leciały deszcze i deszcze.
Właśnie wtedy, gdy zdawało się, że ów potop nigdy się nie skończy, przyszła mi do głowy myśl, by w pierwszy pogodny dzień natychmiast wyjść w góry. Było to postanowienie podyktowane buntem przeciwko beznadziejności, która coraz bardziej zaczynała ciążyć. Tymczasem nic nie działo się dobrego, wody rosły, drogi zamieniały się w potoki, potoki w brudnoziemiste kaskady. W trzeci czy czwarty dzień od nocnej nawałnicy – był to czwartek lub piątek – pod wieczór coś się zmieniło w monotonii szumu i huku, w których żyliśmy już długo: Nie żeby wielki szum wód zelżał, powietrze ciągle dudniło głucho i groźnie, lecz w tej muzyce brakło stąpania deszczu po dachu, a to zmieniło krajobraz muzyczny. Po prostu owego wieczoru przestał padać deszcz, i to nie jak dotąd na chwilę, lecz na noc i dzień później. Jak przedtem było ciepło i parno, tak teraz było czym oddychać, chłodną rzeźwością i pierwszym po tylu dniach powiewem.

Wtedy to postanowiłem wcielić w życie powziętą parę dni temu myśl pójścia w góry. Ciągnęły mnie górskie wody, ale równocześnie należało myśleć, by nie trzeba było z nimi za wiele walczyć. Obmyśliłem sobie, że najlepiej będzie przejść przez Czerwone Wierchy i zejść w Kościeliską. W ostatniej chwili zdecydowała się towarzyszyć mi siostra żony, Wanda.

Wyszliśmy wcześnie, tak wcześnie, jak za mej młodości wychodziło się w góry. Świat był wymyty, błyszczący, niebo przejrzyste. Są takie chwile po burzach, po długiej słocie, że świat wydaje się nowo narodzony. Im wyżej – tym bardziej zdawał się inny niż ów sprzed powodzi. Dookoła szumiało, mało powiedzieć szumiało, to była nieustanna nawałnica szumu. Zwykle głosy potoku, wiatru, łąk i lasów ulegają ustawicznej zmianie, zależnie od miejsca, wyniosłości, kierunku i naporu powietrza. Teraz było inaczej. Szumy napierały ze wszystkich stron, jakby dziesiątki orkiestr uparło się naraz stroić instrumenty, a owa anarchia dźwięków zamieniała się pod tajemniczym dyrygentem w potężną manifestację wciąż rosnącą z jednakowym natężeniem, bez jakichkolwiek modulacji z jednego kręgu w drugi, z drugiego w trzeci i dziesiąty. W podnoszącej się muzyce nie miało już znaczenia, czy wiatr przynosi coś nowego, czy oddalenie ujmuje jakiś dźwięk z całości, jak to bywa, gdy rzeki i potoki oddychają swymi codziennymi dźwiękami, które raz są bliższe, raz dalsze, raz ściszają się, to znów rosną. Teraz czas był inny, niecodzienny. Górowało stałe fortissimo, stałe wszystko skłócone z sobą ale zawsze wspólne, gdyż nic poszczególnego nie liczyło się osobno. Im wyżej podchodziliśmy na Przełęcz pod Kopę Kondracką i na samą Kopę, tym bardziej głosy wód w dolinach i na zboczach z północy i z południe, z polskiej i słowackiej strony zespalały się w ogromną dźwiękową masę. Tak nas wrażenia słuchowe ogarniały, że prawie nie zwracaliśmy uwagi na to, co widziały oczy: na wylewający się przez próg Toporowego Stawku pienisty wodospad, widoczny już z Cyrhli, na powalone przez potoki smreki, na wydarte osuwiskami zbocza, na kamienne lawiniska.

Na grani owiał nas leciutki podmuch. Odczuliśmy go raczej przypływem nowych szumów dolinnych, które przybierały na sile, w miarę jak docieraliśmy do Krzesanicy. To przemówiła Kościeliska. Ominąwszy Ciemniak, zaczęliśmy schodzić na Tomanową Przełęcz, jak to się dawniej schodziło, a nie Czerwonym Żlebem. Byliśmy tu wyraźnie między dwoma szumami, z południa z Tomanowej Liptowskiej i Cichej oraz z Kościeliskiej. Zaczynał nas teraz poganiać czas. Młode nogi niosły w dół ku Smytniej, gdzie czekała na nas pierwsza niespodzianka, zerwany most na wezbranym potoku. Nie było wyboru, gdyż idąc po prawej stronie, nie miało się żadnej szansy przejścia przez cieśniny doliny koło Bramy Kraszewskiego nawet przy niskiej wodzie, cóż dopiero teraz. Po lewej natomiast stronie można było zawsze liczyć na przesmyknięcie się ponad potokiem, ale przedtem trzeba było przedostać się na drugą stronę. Niejeden raz przeprawiałem się przez potoki, po głazach, po drzewach, z kijem w ręku i bez kija, w butach i na bosaka, ale Kościeliska Woda nie była tutaj potokiem, lecz huczącym wodospadem zielonej wody i białej piany. Cóż z tego, ze opodal powódź podcięła sporego smreka. Smrek był gałęziasty i potężny, a jednak w jednym miejscu przewalała się przez powalony pień woda. Szukaliśmy bezskutecznie grubego drąga (żaden kij nic by nie pomógł), pozostawało tylko próbować przejść, trzymając się gałęzi, nad huczącą pułapką. Huk wody był taki, że chcąc porozumieć się, krzyczeliśmy do siebie. A jednak przeszliśmy i odtąd byliśmy skazani na marsz lewą stroną doliny, i to już do końca.

Do Krzyża Pola szło się jako tako, tu i ówdzie drogą, ale dalej zaczęły się zerwane mosty, a droga przerzuciła się na drugą stronę. Szliśmy więc na przełaj, upłazami, piarżyskami, przez żleby i żlebiki, to znów pokonując śliskie wapienne trawersy, płyty i rumowiska Raptawickiej Turni. BYły to prawdziwe obłazki nad huczącą w dole kipielą. Obchodziliśmy śliskie jak mydło turniczki popod krzesanymi ścianami Kominów i Raptawickiej, by przez gąszcze kłującej świerczyny dotrzeć do leżącej w dole Pisanej, a potem do Wściekłego Żlebu i dalej poprzez strome lasy Stołów, węsząc przejście między przepaścistymi urwiskami. Czasem łapaliśmy jakiś wątek perci w lesie, czasem gubiliśmy ją lub ona wyprowadzała nas zbyt wysoko lub za nisko. Przejście nasze wydłużało się w czasie i przestrzeni. Upadaliśmy ze zmęczenia od ciągłego przedzierania się przez zdziczałe i uschnięte chrusty, od nieuchronnego naddawania sobie drogi przy obchodzeniu powalonych drzew.

Najgorsze było pokonanie cieśniny przy Bramie Kraszewskiego. Musieliśmy tu piąć się z trudem do góry, by znaleźć możliwie bezpieczny trawers ku Starym Kościeliskom. Zawieszeni wysoko nad doliną wypełnioną wodą i hukiem, byliśmy na siebie źli i wyrzucaliśmy sobie lekkomyślność, ale równocześnie uradowani, że widzimy dolinę, tyle razy przemierzaną, w jakimś wstrząsającym krajobrazie, zupełnie przemienioną, jakby nie z tego świata i nie z tego czasu. W głowie huczało do bólu, a dolina nie chciała się skończyć. Znów zasłoniły nas ciemne lasy na zboczach Kopek i tylko raz w prześwicie zajaśniała Kira Miętusia. Nie można było rozpoznać tej polany, zasłanej teraz białymi kamieniami, które naniosła woda ze żlebu Żeleźniaka. Zrobiła się wielkim kamieniskiem, martwą polaną, prawie bez zieleni. Czekał nas jeszcze żmudny trawers stokami Kopek, ale już kres doliny się zbliżał.

Była piąta po południu, gdy siedzieliśmy w gospodzie Słowińskiego. Mieliśmy ledwo siły, by prosić o coś do zjedzenia, dużo do zjedzenia, dużo do picia. Słowiński – bo sam podawał nam zrazy z kaszą hreczaną – nie chciał uwierzyć, żeśmy do niego przeszli z Hut przez Czerwone Wierchy i Tomanową.
– Jeszcze w Czerwone Wierchy mogę uwierzyć – powiedział śmiejąc się – ale żeście przeszli całą Kościeliską!
– Jak pan nie chce wierzyć, to jakżeśmy przyszli tutaj, z niebaśmy spadli?

Śmialiśmy się, jedli i pili za cały dzień, a mnie ciągle świdrowała myśl, żeśmy może naprawdę spadli z nieba, b o wszystko, cośmy widzieli i słyszeli, było zupełnie inne; to dlatego, że powódź przeobraziła dolinę w młyn gwałtu i przemocy, miażdżący stary porządek arkadyjskiej doliny, odmieniła Smytniańskie Turnie i Pisaną, Sowę i Stare Kościeliska. Jak gdyby przyszły do głosu wszystkie podziemne wody z zapadlisk Czerwonych Wierchów, z Rzędów, z Raptawicy i czeluści pod Saturnem. Cały świat stał się inny, zrujnowany lecz oczyszczony, chaotyczny, lecz spragniony porządku, niszczący ale i tworzący. I nękała mnie myśl, że może i my wszyscy staliśmy się inni.

Jeszcze czekały nas ciężkie godziny powrotu. Nogi już odmawiały posłuszeństwa, ale szły, a Żelazna Droga pod reglami była tak samo długa jak dawniej, nie chciała się skończyć. Ale wreszcie się skończyła. Było już ciemno, gdyśmy docierali do Hut. Las ściekał kroplami wieczoru, zapachami wilgotnych jodeł, szumem zawodziły wody olczańskie. Jawor stał tam, gdzie zawsze i tulił się do domu. Ryczały krowy – znów była pora udoju. Wszyscy na nas czekali.
– Gdzieżeście byli? Gdzieżeście na miły Bóg chodzili?
– Żebyśmy to wiedzieli…

Władysław Krygowski, Wspinaczka po tęczy. Wydawnictwo Literackie 1986, s. 50 – 57.

Jedna odpowiedź to “W. Krygowski, Cóż za wody, cóż za świat!”

  1. W góry świeżo wymyte | przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] Czy i ewentualnie jak dwoje śmiałków przedostało się tuż po potopie z Kondratowej przez Czerwone Wierchy do Tomanowej a zwłaszcza Kościeliskiej – przekonają się Państwo na osobnej stronie: Cóż za wody, cóż za świat! […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: