J. Hajdukiewicz, Dent Blanche

Historia o Dent Blanche jest długa i rozpada się na dwa etapy. Na początku był Tadeusz K., po wyjeździe Teodora jedyny człowiek w obozie, którego udało mi się, choć na krótko, porwać dla sprawy.
Miał on jednak swe narowy i niełatwo go było przekonać o przydatności raków i czekana na lodowcach alpejskich. Ostatecznie mimo to zgodził się wyruszyć ze mną na Dent Blanche.

Przepustki otrzymaliśmy tylko na niedzielę, na Grand Conier. Kapitan Pelloud, z którym zawarłem ciche zawieszenie broni, zapewnił mnie, że zna góry okoliczne, a ojciec jego był znanym alpinistą. On, kapitan nie da się oszukać. Gdy oznajmiłem mu cel naszej wycieczki i zaznaczyłem, że szczyt „stoi” tuż za obozem, kreśląc ręką obszerne półkole z północy na południowy zachód, kapitan odrzekł, że szczyt zna osobiście i był na nim kilkakrotnie.

W rzeczywistości fikcyjnym celem naszej wyprawy był piękny trzytysięczny szczyt, znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie Dent Blanche, z tą tylko różnicą, że nazywał się Grand Cornier, a nie Conier. Grzesząc często przeciwko ortografii, tym razem zgrzeszyłem z rozmysłem…

Zgłosiwszy się po przepustki w sobotę rano, wyruszyliśmy nie czekając niedzieli – zaraz po ich otrzymaniu.
W Sion zaistniał moment krytyczny. Gdy zażądałem dwóch biletów do Les Haudères, kasjer spojrzał na mnie znad okularów – i zapytał o nazwisko.
Odczułem pustkę w głowie. Nogi stały się dziwnie miękkie i jakby wrośnięte w ziemię. Byłem przekonany, że nasza eskapada ma się ku końcowi. Nie myślałem o kilku dniach aresztu w siońskim zamku. Wszy? Do tych przyzwyczaiłem się już we Francji. Lecz w górze, ponad Val d’Hérens stał Biały Ząb, jeden z najhonorniejszych szczytów w Wallis.
– Nazwisko – powtórzył kasjer.
– Georges Schneider – warknąłem w bezsilnej złości. Ten zapisał i podał mi kartkę.
W kilka minut później konduktor autobusu wykrzyknął gromko:
– Georges Schneider, dwie osoby!
Gdy wóz ruszył, otarłem pot z czoła. Tadeusz wypluł pestkę moreli przez okno.

Most na Rodanie, serpentyny, ziemne piramidy w Dixence i Val d’Hérens. Gdy dojeżdżaliśmy do Les Haudères (1450 m), nad Dent Blanche ukazały się pierwsze chmury. Myśląc, że zastraszymy je szybkim tempem marszu, ruszyliśmy bezzwłocznie, pożyczywszy uprzednio czekan u poczmistrza. A jakże, w Les Haudères była przecież poczta i dwa hotele.

Do schroniska Bricolla (2426 m) droga wiodła przez limbowy las i piękne progi skalne. Za Bricolla wkroczyliśmy na lodowiec. Był zupełnie pozbawiony zdradliwej pokrywy śniegu. Szliśmy nie związani liną, omijając z dala widoczne szczeliny. Śledząc nikły ślad na nieznanym lodowcu, nie zauważyliśmy nadciągających od południa chmur, w których beznadziejnie nurzał się Biały Ząb, ukazując jedynie na krótkie chwile swą szlachetną głowę. Gdy mijaliśmy Roche Noire, szkwał idący od Col d’Hérens zahuczał niczym daleki grom i plunął w nas kłębowiskiem mokrych płatków śniegu.
Na stromej buli lodowcowej, doprowadzającej do Caban Rossier (3600 m) śnieżyca rozpętała się na dobre. Walcząc z wichurą, z trudem rozparliśmy drzwi schroniska.

Tu poznałem mademoiselle Hélène. Była wysoka i szczupła a przy tym przystojna. To nie ulegało wątpliwości. Lecz kim była w rzeczywistości – tej zagadki nie udało mi się nigdy rozwiązać. Twierdziła, że ma wykształcenie pielęgniarki, a pracuje jako projektodawczyni w zuryskim salonie mód. Dziś skłaniam się raczej do koncepcji, iż właściwym jej zajęciem była praca w szwajcarskim kontrwywiadzie.

W schronisku zastaliśmy pięć osób. Georges Le Skieur, przewodnik, nalewał herbatę swoim dwóm turystom – lekarzowi z Lozanny i jego żonie. Antonio, oficer dezerter z włoskiej marynarki wojennej, leżał na ławie, opierając głowę na kolanach mademoiselle Hélène i miłym tenorem nucił operetkowe arie.
Przybyciem naszym wywołaliśmy pewne zdziwienie. Pora była już dosyć późna, a pogoda raczej fatalna. Lecz zdziwienie wzrosło jeszcze, gdy w czasie rozmowy wyszło na jaw, że jesteśmy internowanymi Polakami. Stereotypowym zapytaniom – czy mamy w Polsce góry – i wróżbom na temat, kiedy skończy się wojna – nie było końca.

Dopiero gdy burza rozszalała się na dobre nad schroniskiem i pioruny zaczęły ostro walić w okoliczne szczyty, mogliśmy zabrać się do przyrządzania kolacji. Chcąc uzupełnić zapas śniegu do topienia, wyszedłem z izby. Przywitała mnie wichura, zwalająca z nóg. Śnieg prał w twarz, ręce trzymające metalową konew marzły.
Z masztu flagowego biły w górę metrowe miotły płomieni świętego Elma. Grzmot nie milknącym echem odbijał się od zerw skalnych.

Na drugi dzień pogoda uległa minimalnej poprawie. Wiatr stracił an sile, a wyładowania atmosferyczne ustały zupełnie. O ataku na szczyt nie było mowy. Georges Le Skieur twierdził, że zejście w dolinę jest wielkim ryzykiem. On – doświadczony przewodnik – stanowczo nam odradza ten czyn. Sekundował mu dzielnie lekarz z Lozanny.
Odpowiedziałem jednak, że śmierć górska swoją drogą, ale bezwarunkowo dziś jeszcze musimy być w obozie. Inaczej czeka nas areszt w Sionie.

Mademoiselle Hélène, widząc nasze zdecydowanie, przekonała Antonia i oboje zdecydowali się wyruszyć razem z nami. Związaliśmy się liną już w schronisku. Tadeusz K. pierwszy, ja jako ostatni w zespole, dla ubezpieczenia całości w zejściu.

Na stromym stoku buli śnieżnej wiatr natarł na nas ostrym podmuchem. Śnieg prał w twarz, zalepiając oczy. Antonio bezzwłocznie odwrócił się plecami do wiatru, kucając w śniegu. Żadne prośby nie pomogły. Pomyślałem o sromotnym odwrocie do schroniska i ewentualnych przycinkach przewodnika. Gorycz widocznej porażki i perspektywa aresztu przeważyły szalę. Odwróciłem „kota ogonem” i ruszyłem jako pierwszy w dół. Wyszarpnięty ze swej niechlubnej pozycji Antonio jęknął przy tym pierwszym zrywie. Był związany liną, którą ciągnąłem z całych sił, więc musiał iść. Mademoiselle Hélène spisywała się gracko, a Tadeusz asekurował wystarczająco w tym właściwie łatwym terenie.
Na wysokości Roche Noire wiatr zelżał wyraźnie, a na płaskim lodowcu zamiast śniegu padał już tylko deszcz. Antoniowi nie odpowiadało tempo naszego marszu. Na lodowcu ślizgał się paskudnie i co chwila przewracał. Raz zgubił czekan, który Tadeusz z mozołem wyciągnął z płytkiej szczeliny.

Na morenie zdjęliśmy mokrą linę. Byliśmy przemoczeni zupełnie, więc poszliśmy ostro ku Bricolla. Antonio twierdził, że jest wyczerpany. My powinniśmy iść pierwsi, gdy tymczasem on zejdzie powoli z mademoiselle Hélène.
Przejrzeliśmy z Tadeuszem jego zamiary. Chciał po prostu zostać sam, bez konkurencji. Oświadczyłem więc, że jest to wykluczone i sprzeczne z zasadami alpinizmu. Wyszliśmy razem ze schroniska, zejdziemy więc razem do Les Haudères.
Antonio ruszył markotny naprzód i już na pierwszym zakręcie przewrócił się ze złości na kamienie. Pomogliśmy mu wstać. Kulał, opóźniając marsz wśród strug deszczu.
Na łączce przed schroniskiem Bricolla zwiększyliśmy tempo i zdążyliśmy już wypić po jednym koniaku, gdy nasz specjalista od łodzi podwodnych ukazał się w drzwiach.

Płonne jednak były nadzieje Antonia. Z Bricolla wyruszyliśmy mimo wszystko razem, według klasycznych zasad alpinizmu. Antonio przestał panować nad sobą, zapomniał o wyczerpaniu i rozbitym kolanie. Pomknął w dół ostrym galopem, przesadzając bloki skalne i spienione strumienie. Dogoniliśmy go dopiero przy samym Les Haudères.

Przy wejściu do wsi spotkaliśmy szereg ludzi pnących się w górę, wzdłuż wzburzonego potoku. Lodowcowe jeziorko zerwało morenę i masy wód runęły w dolinę. Szkody były znaczne, jedna jałówka i dwa stare szałasy.
Żądni sensacji szli oglądać spustoszenie.
Minąwszy w pędzie starszą kobietę w stroju wallijskim – usłyszałem za sobą okrzyk:
– Monsieur!
Jeszcze tego brakowało. Do autobusu już niedużo czasu – a tu jakaś góralka czegoś chce ode mnie.
Przyspieszyłem kroku.
– Monsieur, monsieur!
Odwróciłem się. Z góry schodziła kobieta w wysokim regionalnym czepcu i w szerokiej czarnej spódnicy.
– Pan Hajdukiewicz, nieprawdaż?
– Ach, pani profesorowa Krupska! Co za spotkanie! Zupełnie nie poznałem, przepraszam.
Okazało się, że profesor Krupski, Polak z pochodzenia, prowadzi swe badania naukowe w Val d’Hérens.
Profesorowa, kobieta o złotym sercu, zaprosiła mnie, abym ich przy pierwszej sposobności odwiedził w Evolena, pół godziny drogi od Les Haudères.

Przeprosiwszy panią profesorową, dopiero przed pocztą dogoniłem swych towarzyszy. W trójkę z Antoniem poszliśmy na grzane wino.
Mademoiselle Hélène przyrzekła zjawić się za chwilę.
Antonio opowiadał o swych sukcesach podwodnych. Był bezsprzecznie wielkim bohaterem. Wino rozgrzewało, mokre swetry parowały.

Do kafejki weszła smukła dziewczyna o doskonałej prezencji. Ciemna sukienka, lakierowane paznokcie, modna fryzura.
Poznaliśmy ją dopiero wtedy, gdy stanęła przed nami.
– Mademoiselle Hélène! Co za przemiana!
Poderwaliśmy się z krzeseł.
Antonio zgrzytnął zębami i zaszurgał nogami pod stołem. Mademoiselle uśmiechnęła się.
Czasu na pogawędkę nie pozostało już wiele. Przy autobusie umówiliśmy się jeszcze na wspólną wyprawę na Dent Blanche.
Do Chateauneuf przyjechaliśmy mokrzy, zmarznięci i zadowoleni.
Na myśl o Antoniu ogarniał nas beztroski śmiech.

Po nieudanej wyprawie na Dent Blanche przycupnąłem cicho na kilka dni. Lecz szczyt nie dawał mi spokoju. Męczył po nocach, targał mą wyobraźnią i wzywał. Po dziesięciu dniach stałem się nerwowy, nuda obozowa dusiła mnie.
Poszedłem do kapitana N. i zakomunikowałem mu, że bez przepustki – na którą nie miałam przecież żadnych szans – idę w góry. Nie miał nic przeciwko temu. Meldunek przyjął jako zwierzenie prywatne.

Podróż do Les Haudères przeszła bez żadnych niespodzianek. Te zaskoczyły mnie dopiero na miejscu.
Wysiadając z autobusu natknąłem się wprost na mademoiselle Hélène. Siedziała przed hotelem w towarzystwie trzech mężczyzn, sącząc vermouth.
– A, Georges! Co pan tu robi? Dent Blanche?
– Tak, oczywiście.
– Musi pan być ostrożny – rzekła odciągając mnie na bok. – Tych dwóch – wskazała w kierunku stolika – to tajni agenci żandarmerii. Szukają Mussoliniego. Cicho, niech pan nic nie mówi, pójdę z panem na Dent Blanche, niech pan czeka przy dużym głazie, kilkaset metrów w górę doliny. Przyjdę za pół godziny.

Nadrabiając miną prześlizgnąłem się obok stolika i wolnym krokiem ruszyłem w górę. Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć, czułem jednak, że bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło.
Przy umówionym głazie zapaliłem fajkę i rozpocząłem czekanie. Po niespełna godzinie ukazała się na ścieżce mademoiselle Hélène w towarzystwie swego trzeciego znajomego od stolika.
Gdy mnie już minęli, gwizdnąłem. Mademoiselle Hélène odwróciła się.
– Ach, nie ma się pan czego obawiać, to student geologii z Lozanny, Holender.
Przedstawiła mnie i ruszyliśmy dalej w trójkę. Historia z Mussolinim była nader ciekawa. Duce znikł we Włoszech i nikt nie wiedział gdzie się podziewa. W Val d’Hérens zalęgła się plotka, zrazu zwiewna i nieuchwytna, potem coraz konkretniejsza. Mussolini przekroczył incognito granicę Szwajcarii i ukrywa się obecnie w La Sage, gdzie spędził zresztą swój urlop przed kilkunastu laty. Agenci policji wojskowej mieli za zadanie sprawdzić autentyczność pogłoski. Ciężar spadł mi z serca. W swej naiwności podejrzewałem, że to moja osoba jest głównym obiektem ich zainteresowań. Przyznać trzeba, że konkurenta miałem nie lada.

Przed Bricolla Holender odłączył się od nas. Interesowały go skutki przerwania moreny lodowcowego jeziorka. Szliśmy sami i mademoiselle Hélène zaczęła wyraźnie opadać z sił. Wziąłem od niej najpierw chlebak, potem sweter i wiatrówkę.
Coramina zdopingowała ją tylko na kilkanaście minut. Przed wejściem na lodowiec oświadczyła mi, że dalej nie jest w stanie iść. Byłem wyraźnie speszony. Jeszcze cztery godziny do schroniska. Szmat drogi. We dwójkę idzie się o wiele raźniej. Siedliśmy nad potoczkiem i mademoiselle Hélène rozpoczęła swą spowiedź.
– Wie pan, całą noc tańczyłam. Wypaliłam mnóstwo papierosów a Chateauneuf du Pape było takie dobre…
Myślałem, myślałem i nic wymyślić nie mogłem. Aż nagle – olśnienie. Poderwałem się na równe nogi, rozwiązałem worek i z denkiem maszynki do gotowania skoczyłem do potoku po wodę. Potem chleb, suszona kiełbasa, czekolada, owoce. Mademoiselle Hélène jadła, aż miło było patrzeć. Po przehulanej nocy była po prostu głodna, z czego nie zdawała sobie sprawy. Typowe dla kobiety. Mężczyzna zawsze wie, kiedy jest głodny.

To, co nastąpiło później, było potwierdzeniem mojego rozpoznania a zarazem moją klęską osobistą. Mademoiselle rwała w górę. Początkowo szła dobrze. Potem zwiększyła tempo i nie miałem już czasu na podziwianie smukłej Aiguille Za de Zan. Musiałem dobrze patrzeć pod nogi i skoncentrować się, aby iść jak najekonomiczniej. Jednak powyżej Roche Noire poddałem się. Mademoiselle Hélène zdystansowała mnie i wygrała podejście z różnicą pełnych dziesięciu minut.
Stała przed schroniskiem zaróżowiona wysiłkiem i śmiała się ze mnie. Tak. Po prostu śmiała się. Dałem jej do zrozumienia, że ciężki worek z prowiantem i sprzętem nie ułatwiają podejścia, a Cabane Rossier to jeszcze nie Dent Blanche. Zobaczymy, co będzie jutro.
W schronisku ani żywej duszy. Byliśmy zaskoczeni. Przy tak wspaniałej pogodzie to przecież coś nadzwyczajnego.
Kolacja minęła przy wzajemnym przekomarzaniu się, dlaczego Polacy mają takie kolosalne powodzenie u Szwajcarek. W końcu herbatą wypiliśmy braterstwo.

1 września 1943. Pobudka o czwartej. Hélène twierdzi, że pogoda jest tak wspaniała, iż szkoda iść na szczyt. Czuje się zresztą rozbita po wczorajszym podejściu.
O godzinie 5:05 wyszedłem ze schroniska, zostawiając Hélène zapakowaną w stertę koców. Pogoda była rzeczywiście wspaniała…

Bezpośrednio za tylną ścianą schroniska strome zbocze lodowe prowadziło ku grani. Zbocze było podcięte i wymagało pewnej uwagi. Hélène opowiadała, że jakiś zespół schodzący ze szczytu zjechał tym zboczem w ziejące w dole olbrzymie szczeliny. Jedna z wielu tragedii alpejskich.
Raki wgryzały się wspaniale w szorstki lód, tak że bez rąbania stopni czekanem szybko zdobywałem wysokość. Stok powoli zaczął się spłaszczać – zbliżałem się do grani. Przyspieszyłem kroku, wiedząc, co grań kryje przede mną. Wiedziałem, a jednak byłem zaskoczony wychynąwszy zza niej.
Słońce. Lawina blasku odbita od lodowca Zmutt, leżącego głęboko pode mną. Stałem przez chwilę oślepiony i powoli, bardzo powoli zacząłem rejestrować wrażenia. Matterhorn stał czarny, w aureoli blasku. Od niego, a raczej od Col du Lion, biegła ku zachodowi poszarpana grań Tournanche, kulminując w szlachetnej sylwecie Dent d’Hérens. Północna ściana tego szczytu lśniła się obrywami wiszących lodowców. Ujrzałem ją po raz pierwszy i zostałem od razu olśniony jej pięknem. Zdała mi się niedostępna, pełna uroku i grozy – nieosiągalna. Gdyby mi ktoś szepnął, iż w dwa lata później dokonam dziesiątego przejścia tej ściany, uważałbym go za profana.

Ruszyłem dalej granią płaską i szeroką. Pod Wielkim Żandarmem skręciłem z grani w lewo do zalodzonego żlebu, wymagającego bacznej uwagi. Był eksponowany, a ja nie miałem najmniejszej ochoty zakończyć swej samotnej wędrówki o kilkaset metrów niżej – na lodowcu.
Po przejściu żlebu wydostałem się z powrotem na grań. Lita, sucha skała dawała duże zadowolenie ze wspinaczki. Trudności w sam raz jak na samotną wyprawę. Szedłem szybko, zadowolony w głębi duszy, że Hélène została pod górą koców w schronisku. Gdy skalna część grani znikła w lodowym stoku, szczyt był już blisko, zdjąłem plecak i zupełnie bez obciążenia ruszyłem w górę.

O godzinie 8:35 stanąłem na punkcie zwornikowym trzech grani Dent Blanche. Stroma Ferpecle, spadająca wprost na halę Bricolla, była niewidoczna, grań Czterech Osłów, biegnąca na północny wschód, szczerzyła nierówne zęby swych turni, na grani południowej, w dziewiczym śniegu, wił się wianuszek moich śladów.
Było prawie bezwietrznie. Rozległa panorama Alp od Mont Blanc aż hen, ku wschodowi i północy, mamiła niezliczoną liczbą szczytów. Snucie planów przyszłych wypraw – to chyba najmilszy wycinek życia alpinisty. Poddałem się więc temu czarowi, kopcąc fajkę bez pamięci.

W zejściu miałem dwa godne uwagi momenty. Pierwszy – to trudności ze znalezieniem worka. Zszedłem zbyt nisko i musiałem znów kilka minut podchodzić. Drugi – to zejście z pomocą liny przez zalodzony żlebek pod Wielkim Żandarmem. Lina, wzięta podwójnie, starczyła tylko na łatwiejszą partię, a potem musiałem schodzić już bez asekuracji. Nie było to przyjemne, lecz obeszło się bez żadnych zgrzytów.

Stojąc nad lodowym stokiem, opadającym ku schronisku, zajodłowałem a Hélène ukazała się i szybko znikła.
Złaziłem powoli. Firn, leżący na lodzie, był już mokry i lepił się do raków wielkimi bryłami. W takich warunkach ostrożność była nakazem bezwzględnym. Przypomniała mi się opowieść Hélène o tragicznej historii tego zbocza. Wreszcie stanąłem nie tyle ponad, ile za schroniskiem i okrążywszy je ujrzałem Hélène. Mimo najszczerszych chęci nie mogłem ukryć zdumienia. Hélène przypominała pisankę wielkanocną. Jej makijaż był imponujący. W Lucernie czy Zurychu zrobiłaby na pewno furorę, ale tu, w górach? Wszedłem do schroniska i podałem jej wymownym ruchem ręcznik. Zrozumiała…

Jerzy Hajdukiewicz, Góry mojej młodości. Iskry 1988, s. – 135

Jedna odpowiedź to “J. Hajdukiewicz, Dent Blanche”

  1. Góry i konkury | przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] Co było wcześniej, co było dalej… ;/ (Jerzy Hajdukiewicz, Góry mojej młodości, Iskry 1988, s. 132 – 134.) […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: