W.Żuławski, Pochwała samotności

Światło dzienne odgania wszystkie strachy i niepokoje, zwłaszcza, gdy ranek jest słoneczny, ciepły i świeży. Wraca pogodny, beztroski nastrój, wraca poczucie bezpieczeństwa – aż nieprawdopodobne się wydaje, że było ono choć przez chwilę zachwiane.
Wyłażę leniwie ze śpiwora, zrzucam z siebie wszystkie swetry, biorę kąpiel w stawie, gotuję śniadanie, a potem w spodenkach kąpielowych wyciągam się twarzą do słońca.

Mógłby ktoś zapytać, czy taka perspektywa bezczynnego dnia, i to bez możności zamienienia z kimkolwiek paru słów, nie jest po prostu nużąca? Z pewnością nie nudziłem się tam ani chwili. Oczywiście, bezczynnego leżenia nie wytrzymałbym długo, ale gdy się po roku nieobecności przybędzie do dobrze sobie znajomej doliny – ileż tam jest do oglądania! Modrozielony staw, przykryty jeszcze u przeciwległego brzegu płatem topniejącego śniegu i lodu. Rozkoszna łączka, rozciągająca się pomiędzy stawem a zwałem głazów, z których pierwszy u skraju kryje kolebę. Kępa lila dzwonków rosnących w pęknięciu skalnym nie rozkwitła jeszcze, ale wydaje się, że będzie ich w tym roku dużo. Jak wiele na tej łączce pachnących ziół i kwiatów! Rozrzucone wokół bloki skalne, głazy o tych samych niezmiennych w ciągu lat i dziesięcioleci kształtach, głazy, które się wita jak starych, wiernych przyjaciół.

A przy tym – czyż rzeczywiście jestem sam? Na płat śniegu pod ścianami Litworowego Szczytu wbiegło stadko kozic. Trzy dorosłe i dwoje małych koźląt. Małe są rozkoszne. Biegają, wpadają na siebie, przewracają – bawią się jak dzieci. Zjeżdżają po śniegu na siedzeniach, wyprężając przed siebie przednie kopytka. Stare pilnują ich jak niańki, przechadzając się dostojnym krokiem lub schodząc na stok obok śniegu, by szczypać trawę. Tuż koło mnie, może o dziesięć kroków, zza kamienia wynurzył się ostrożnie młody świstak. Gwizdnął przeraźliwie i znikł w skalnej szparze. Ale po jakimś czasie ciekawość przemogła. Wylazł znów na wierzch i stanął słupka, wyprężając swoje śmieszne, tłuste ciałko małego misia i świdrując mnie ciemnymi oczkami. Stał tak dłuższą chwilę – gdybym miał aparat fotograficzny, byłoby wspaniałe zdjęcie. Uciekł wreszcie, ale w ciągu dnia zjawiał się jeszcze kilkakrotnie.

W pewnej chwili słyszę jakiś dziwny hałas wewnątrz koleby. Czyżby znowu „duchy”? W biały dzień? Zaglądam. Widok jest niesamowity. Jedno z jabłek zostawionych w środku samo drga i trzepoce się gwałtownie w powietrzu w którymś kącie pod sufitem koleby. Gdy jednak spojrzeć uważniej – widać wyglądające spoza jabłka małe, świecące żarłocznie ślepka. To łasica. Ukradła jabłko, zataszczyła aż tutaj, ale teraz jabłko ani rusz nie chce się prześlizgnąć przez wąską szparę, choć łasiczka ciągnie ile sił zębami za ogonek. Rezygnuje wreszcie, jabłko stacza się z powrotem, a przez ułamek sekundy miga mi w półmroku szpary ostry, spiczasty pyszczek i białe podgardle.

Dolina Litworowa uchodzi ku zachodowi w dół ku Dolinie Kaczej. Stamtąd właśnie wczoraj przyszedłem. Od wschodu wysoki próg, przez który bije siklawa, oddziela ją od Zmarzłego Stawu – górnego piętra Doliny Świstowej. Stronę południową i południowo-wschodnią zagradzają ściany Litworowego i Wielickiego Szczytu. Mogę godzinami wpatrywać się w grzebień Litworowych Turni, w urwiste kominy spadające z przełączek, w rysy, rynny, skośne zachody – i odkrywać wzrokiem nowe szlaki, które by można w przyszłości poprowadzić w tym silnie rozczłonkowanym terenie wysokogórskim. Obok, tuż na lewo, piękna płytowa ściana północno-zachodnia Wielickiego Szczytu.

Nie te ściany jednak przyciągają najsilniej mój wzrok. Gdy obrócę się w tył, ku północy, widzę niewielką odosobnioną piramidę skalną Hrubej Turni. Opada ku dolinie niezbyt wysoką, ale nieprzystępną południową ścianą, uzbrojoną w dolnej części czerwonawymi dachówkami wielkich przewieszek. Na ścianie tej – dotąd nie zdobytej – przeżyłem przed niespełna rokiem jedną z najgroźniejszych mych przygód taternickich. Gdy patrzę znów na Hrubą Turnię, w umyśle mym rozwija się szereg obrazów ostrych i wyrazistych, jakby utrwalonych na taśmie filmowej:

Wyruszyliśmy wtedy we dwóch z mym bratem Juliuszem. Jest to nasz pierwszy wspólny, poważny, samodzielnie podjęty „problem” taternicki. W mej osiemnastoletniej głowie widzę już siebie jako zdobywcę tych odstraszających przewieszek. W parę chwil dochodzimy do stóp ściany.

Wytyczamy wzrokiem najlepszy – jak nam się wydało – szlak. Wiedzie on płytkim, pionowym kominkiem czy też rysą, zamkniętą od góry potężnym okapem. Stąd trzeba trawersować skośnie w prawo w poprzek wielkich, płytowych dachówek i próbować się dostać do głębokiego komina. To będzie najcięższe – komin powinien już chyba jakoś „puścić”.

Ruszam pierwszy terenem niezbyt trudnym, ale stromym i bardzo kruchym. Szybko wychodzę na długość liny. Brat dochodzi do mnie – asekurowałem go z ręki, nie zważając na to, że w razie szarpnięcia wyleciałbym prawdopodobnie z mych niepewnych stopni. Teraz Juliusz obejmuje prowadzenie. Wspina się powoli, gdyż dalszy odcinek rysy jest dużo trudniejszy i ciągle kruchy, a zresztą brat jest ode mnie starszy i o wiele ostrożniejszy. Zatrzymuje się po kilkunastu metrach, pod przewieszkami, i przygotowuje się do zaasekurowania mnie. Stanowisko ma bardzo niewygodne: ledwie stoi na jakichś trawkach, usiłuje więc wbić hak asekuracyjny. W kruchym terenie nie jest to takie proste – gdzie nie wbije, hak wyłazi szarpnięty ręką. Wreszcie znajduje odpowiednie miejsce, bije zaciekle. Patrzę na zegarek. Trwa to już prawie godzinę. Niecierpliwię się, z całą nieprzezornością mojego wieku krzyczę, by już dał spokój z tym hakiem, ale brat z uporem robi swoje. Wreszcie daje sygnał, że mogę iść.

Szybko, niedbale wspinam się w górę i dochodzę do stanowiska brata. Mijając go, gdyż pójdę teraz znowu jako pierwszy – zauważam, ze jedno z włókien naszej liny jest nadcięte w odległości kilku metrów ode mnie. Prawdopodobnie szkodę tę wyrządził jakiś kamień, których kilka spadło w czasie naszej dotychczasowej wspinaczki. Nie komunikując nawet o tym bratu ruszam do ataku na kluczową partię naszej drogi.

Wznoszę się kilka metrów w skos w prawo i wychodzę na owe dachówki. Są to rzeczywiście wielkie, rudawej barwy płyty skalne, długości kilkunastu metrów, szerokości kilku, a grubości ponad półtora, ułożone na podobieństwo bardzo spadzistego dachu. Powierzchnia każdej warstwy płyt jest zbyt stroma, by się na niej utrzymać, a grubość warstwy tworzy pas przewieszonych skał, oddzielających ten dach od następnego pieterka dachu.

Przy pomocy nie tyle mikroskopijnych chwytów i stopni, ile tarcia mego ciała o szorstką powierzchnię płyt, przesuwam się parę metrów w prawo. Dalej nie idzie. Trzeba spróbować wyjrzeć ponad przewieszki – może tam, na następnym pasie płyt będzie trochę lepiej. Szukam chwytów w skałach przewieszki. Są, ale niestety tylko tzw. podchwyty, to jest występy skalne dające się przytrzymać dłońmi od dołu. Stojąc na stopniach można się przy pomocy takich podchwytów utrzymać w równowadze, ale nie można na nich oczywiście zwisnąć na rękach. A stopni niestety nie ma na lekarstwo. Łapię się podchwytów i przy ich pomocy usiłuję zmienić pozycją na klęczącą, rozmyślając jednocześnie, o ileż byłoby łatwiej, gdyby tę niekorzystnie uwarstwioną ścianę obrócić do góry nogami. Ani mi do głowy nie przyszło, by spróbować wbić następny hak asekuracyjny, choć ekspozycja jest całkowita, a od poprzedniego, jedynego haka i stanowiska asekuracyjnego brata jestem odległy o jakieś osiem metrów w linii poziomej, a dwa do trzech w linii pionowej. Zresztą haków mam mało – trzy lub cztery – mogą się przydać później. Z pewnością będzie jeszcze trudniej.

Stopa nie ustoi mi na spadzistej płycie, ale rośnie na niej maleńka kępka trawy – tak akurat na jedną nogę. Nie mając wyboru staję na skalnej ławce i delikatnie wyprostowuję się do pozycji pionowej. Już stoję na wyprostowanej prawej nodze, druga luźno opiera się o płyty, ręce na podchwytach utrzymują ciało w równowadze – teraz wysuwam ostrożnie głowę ponad przewieszkę, by rozejrzeć się w dalszej drodze.

Wtem czuję, że prawa noga zjeżdża mi w dół. Wątły trawniczek nie utrzymał ciężaru. Cały misterny układ równowagi został zniweczony, podchwyty przestały odgrywać jakąkolwiek rolę, Padam płasko na płytę z rozmachem, który wyklucza możliwość zatrzymania się przez tarcie. Błyskawicznie uświadamiam sobie, że upadek w przepaść jest nieunikniony…

Podobno w takich chwilach staje przed oczyma całe dotychczasowe życie, dom, rodzina, bliscy… Być może. Mnie się jednak nic podobnego nie zdarzyło. Natomiast w błyskawicznym skrócie przeprowadziłem bilans sytuacji: hak wbity w kruchy teren nie wytrzyma szarpnięcia, Juliusz, stojący na nędznych stopniach, poleci za mną ściągnięty liną – a zresztą lina jest przecież naderwana, trzaśnie pod moim ciężarem.

Leciałem w sposób niebezpieczny jeszcze później dwa razy w życiu – raz w Tatrach i raz w Alpach. Ale wtedy do ostatka myślałem o ratunku i wiedziałem, że istnieją ku temu poważne możliwości. Tu jedyny raz spadałem, uświadamiając sobie dokładnie, że nie mam żadnych szans. Koniec. Pasjonująca gra mego osiemnastoletniego życia skończona. Pozostało jedynie „zachować twarz” do ostatka; zsuwając się jeszcze ciągle po płycie odwracam głowę w stronę stanowiska asekuracyjnego, które znalazło się teraz na mojej wysokości, i głosem, jak mi się wydaje – spokojnym, normalnym, opanowanym mówię wyraźnie:
– Lecę!
Jednocześnie odczuwam jakąś dziecinną satysfakcję: moi pierwsi „mistrzowie” taternictwa, starsi bracia, Marek i Jacek, byliby teraz zadowoleni ze swego ucznia.

W krótkim ułamku sekundy widzę Juliusza na stanowisku asekuracyjnym. Jest spokojny, skupiony, naprężony – zwrócony twarzą do ściany, linę trzyma po obu stronach karabinka, głowę ma schyloną nad hakiem. Na moje „lecę” odpowiedział kiwnięciem głowy i jakimś odmruknięciem. Na moment zalała mnie fala ciepłego uczucia za ten uspokajający gest.

Płyta, po której zjeżdżałem na brzuchu, skończyła się. Lecę teraz powietrzem i natychmiast obróciło mnie do góry nogami. Czuję potężne uderzenie w głowę – prawdopodobnie o następne „pięterko” płyt. Skutkiem uderzenia odwraca mnie znowu, robię salto w tył i przez sekundę na wysokości oczu widzę wielką, rozpryśniętą na płycie kałużę mej własnej krwi. Lecę znowu w próżnię. Dachówki się skończyły – teraz głęboko w dole pod nogami dostrzegam piargi. Za chwilę poczuję szarpnięcie, lina się zerwie i polecę dalej ku głazom, cierpliwie czekającym pod ścianą…

Szarpnięcie nastąpiło – potwornie silne, wgniatające mi w żebra młotek zatknięty za pasem, tak bolesne, że aż wydarł mi się jęk, a potem, nagle… Martwa cisza, ustał szumiący w uszach pęd powietrza, nie obijam się już więcej o ścianę. Nogi zwisają mi luźno w powietrzu. Nie spadam już. Wiszę.

Z góry dochodzi mnie trochę niepewny głos:
– Żyjesz?
– Żyję.
– Gdzie jesteś?
– Wiszę.

Rozglądam się: metr czy dwa pod sobą widzę dosyć obszerną platforemkę.
– Opuść mnie kawałek niżej! Prędko, bo długo nie wytrzymam!

Lina drgnęła, zjechałem jak windą i wylądowałem na piarżystej platforemce. Rozluźniłem trochę zaciśnięty mocno węzeł na klatce piersiowej i odetchnąłem swobodniej. Zacząłem łapać zduszony oddech.
– Zjedziesz do mnie? – pytam po chwili.
– Zaraz.
– Sprawdź, czy hak jeszcze dobrze siedzi – raptem stałem się bardzo ostrożny. Hak istotnie mógł być mocno osłabiony szarpnięciem.

Słyszę stukanie młotka, a tymczasem wspieram się o jakiś występ skalny, bo nogi trzęsą się pode mną z wrażenia.
– Hak siedzi doskonale! – woła brat już trochę weselszym głosem. Za chwilę słyszę chrobot liny, potem znad przewieszki zjawiają się jego nogi, wreszcie sam staje obok mnie. Obie dłonie ociekają mu krwią, bo lina przy szarpnięciu zdarła z nich skórę i ciało prawie do kości. Ja mam tylko rozbitą głowę, a raczej rozciętą na sporej przestrzeni skórę i ze dwa lub trzy żebra prawdopodobnie pęknięte. Zakrwawieni jesteśmy obaj nieludzko, ale to głupstwo. Przecież niewiele brakowało, by jeden lub dwa trupy legły pod ścianą.

Schodzimy ostrożnie na piargi, a potem w dół, do Litworowego Stawu…

*
Teraz jest czerwiec, rok 1935 i siedzę bezpiecznie na głazie przed kolebą. Ale ściana przyciąga mnie, fascynuje, nie pozwala oderwać wzroku.
– Trzeba ją obejrzeć jeszcze raz z bliska, zobaczyć to miejsce, sprawdzić, czy szlak naszej próby był rzeczywiście trafnie wybraną możliwością przejścia ściany.

Tak, jak stałem, w kostiumie kąpielowym i gumowych trampkach, wspinam się po piargach i trawach do podnóża ściany. Wzdłuż niej ciągnie się w prawo ku górze spory żleb, ograniczony wybitną grzędą, wybiegającą na wschodnią grań Hrubej Turni. Z owej grzędy będzie widać ścianę doskonale, na wprost, a towarzyszy jej ona aż do szczytowej partii.

Włażę na grzędę i lustruję ścianę. Świetnie widzę kruchy kominek i dachówkowate przewieszki, i platformę, nad którą zawisłem na linie. O, widzę i hak z karabinkiem, pozostawiony w zeszłym roku przy odwrocie. Właściwie można by się teraz wspiąć po niego i wybić. Teren poniżej haka nie jest zbyt trudny – tyle że pionowy i kruchy. Ale nie! – samotnie, bez asekuracji nie zaryzykuję.

Rok dzielący mnie od wypadku na Hrubej to nie tylko rok życia więcej. To jakby całe lata pozyskanego doświadczenia wysokogórskiego: mocne uderzenie w głowę owego sierpniowego dnia rozjaśniło mi w niej – i to nie tylko w przenośni. W czwartym roku uprawiania taternictwa ze zdolnego, dobrze wspinającego się adepta zmieniłem się w pełnowartościowego taternika – ostrożnego i obdarzonego poczuciem odpowiedzialności za siebie i innych.

Natomiast grzęda, na której się znajduję, przedstawia się całkiem łatwo, to znaczy jest może „nieco trudna”, według przyjętej ogólnie skali taternickiej. Postanawiam ją przejść w całości. Wspinam się po trawkach i wielkich mocnych blokach skalnych, zatrzymując się często i oglądając kolejne fragmenty „swojej” ściany i hipotetycznej drogi, którą by należało przez tę ścianę poprowadzić. (Południową ścianę Hrubej Turni zdobyli w kilka lat później, w roku 1939, Stanisław Braun i Tadeusz Orłowski drogą nadzwyczaj trudną, cokolwiek różniącą się w dojściu do głównego komina naszej próby).

Dotarłszy do głównej grani robię jeszcze jakiś „dość trudny” wariant na uskoku i w ten sposób „pierwsze wejście na Hrubą Turnię od południa” zostało dokonane. Droga „częściowo dość trudna”, może niezbyt „honorna”, ale w sam raz dla samotnika, no i zawsze – nowa.

Na wąskiej grani szczytowej korzystam znów z ciepła, a potem zbiegam w kilkanaście minut z powrotem do koleby. Czas już zebrać drzewo na opał, zapalić ognisko, zagotować kolację. Krzątam się po mym niewielkim gospodarstwie – teraz już znów ubrany w sweter z powodu wieczornego chłodu – i mogę sprawdzić doświadczalnie, że pewien szczegół opowiadań samotnych podróżników lub rozbitków nie jest wyssany z palca. Mianowicie, przebywając zaledwie drugą dobę z dala od ludzi, zaczynam sam do siebie głośno mówić, zadawać pytania, odpowiadać – bodaj czy nie spierać się nawet sam ze sobą.

Wieczór przy ognisku z kubkiem mocnej herbaty w jednym ręku, a papierosem w drugim, pod wygwieżdżonym niebem, przy cichym plusku stawu, dostarcza znów – jak zawsze – niezapomnianych przeżyć i rozkoszy. A potem znów – nocne lęki i niepokoje. Wybieganie przed kolebę, świecenie i nawoływanie z silnym przeświadczeniem rozumowym, że ulegam złudzeniom, i z wewnętrzną obawą, czy jednak tym razem ktoś naprawdę nie potrzebuje pomocy.

Następny dzień – równie słoneczny jak poprzednie – był dniem mego powrotu do ludzi. Żywność mi się skończyła, ponadto miał przyjechać z Warszawy kolega, Józef Orenburg, z którym byłem umówiony na najbliższy okres. Wystarczyło jednak, bym dotarł do Roztoki na wieczór – miałem więc przed sobą cały dzień czasu. Postanowiłem wobec tego wyjść na Polski Grzebień, przejść granią przez Wielicki i Litworowy na Litworową Przełęcz i zejść z niej do Doliny Kaczej i Roztoki. Aby z Kaczej nie wracać już w górę do koleby po rzeczy – cały dobytek zabrałem w plecaku ze sobą.

Niosąc więc dosyć ciężki – jak na wspinaczkę – worek, z którego sterczał metrowy szpic czekana, zabranego z uwagi na sporą jeszcze ilość śniegu w górach – pomaszerowałem na przełęcz. Miałem tego dnia wyjątkowe szczęście, gdyż na uczęszczanym zwykle szlaku przez Polski Grzebień nie spotkałem żywej duszy. Odsapnąwszy chwilę na przełęczy ruszyłem granią. Pokonując niewielkie zęby skalne i uskoki grani, wkrótce dotarłem do wierzchołka Wielickiego Szczytu. Stąd znów mogłem spojrzeć na Litworowy Staw, na łączkę, na której znajduje się niedawno opuszczona koleba, na nieefektowną stąd, nisko w dole leżącą Hrubą Turnię i jej południową ścianę.

Tuż za Wielickim natknąłem się na najpoważniejszą przeszkodę tej nietrudnej zresztą drogi: wysoki, bardzo stromy uskok, opadający w dół na wąską, dalszą część grani. Uskok ten ma być „nieco trudny”, przynajmniej robiony w odwrotnym kierunku – w wejściu. Można go pokonać i wprost, i z prawej strony. Kręcę się, zaglądam tu i tam – jakoś nie widzę tych „nieco trudnych” możliwości, a ekspozycja w każdą stronę – ogromna. Decyduję się w końcu na zejście po stronie Doliny Litworowej. Zapewne – nie było to „trudne”, ale więcej niż „nieco trudne”, zwłaszcza z odciągającym mocno do tyłu plecakiem. Ówczesny redaktor „Taternika”, Jan Alfred Szczepański, stwierdził później, że było to pierwsze zejście tym wariantem. Dobrze, ze tego wtedy nie wiedziałem. W pewnym momencie – już w dole uskoku – musiałem się zdecydować na opuszczenie się na rękach na całą długość ciała i ryzykować w tych okolicznościach zeskoczenie na leżącą z pół metra poniżej półeczkę. Tego dnia jednak szczęście mnie nie opuszczało: mogłem nie ustać na nogach po skoku – ale ustałem. Dalej grań była już łatwa i po niedługim czasie stanąłem na Litworowym Szczycie, skąd po wielkich blokach skalnych zbiegłem szybko na Litworową Przełęcz.

Ogromny żleb spadający z przełęczy na górne piętro Kaczej Doliny był jeszcze zawalony śniegiem. Okoliczność to dla mnie sprzyjająca, gdyż miałem ze sobą czekan. Wyjąłem go z plecaka, wsadziłem pod pachę i mogłem teraz użyć do woli szybkiej, a bezpiecznej, dzięki czekanowi, jazdy po śniegu na butach. Nie wiem, czy trwało dłużej, niż trzy minuty, gdy znalazłem się na końcu górnego piętra Kaczej. Nie tracąc rozpędu zbiegałem dalej przez wysoki próg oddzielający je od głównego piętra doliny.

Zajęty wspinaczką i zejściem ani zauważyłem, że piękna od wielu dni pogoda poczyna się psuć. Zerwał się wiatr. Od południowego zachodu napłynęły ciężkie burzowe chmury, a teraz, gdy już byłem prawie na dnie doliny, zahuczał grzmot i spadły pierwsze, grube krople deszczu. Rozejrzałem się dokoła za jakimś schronieniem. W Dolinie Kaczej nie istniała jeszcze wówczas znana dziś koleba, odkryta i wyporządzona w rok później przez Antoniego Kenara i Stanisława Zielińskiego, ani też „luksusowa”, wyposażona w drzwiczki, okienka i prycze koleba, zbudowana po ostatniej wojnie przez Pawła Vogla. Nad stawem znajdowała się wprawdzie mała i dosyć nędzna koleba, ale byłem jeszcze dostatecznie od niej oddalony, aby kompletnie zmoknąć.

Miałem jednak tego dnia ciągle wyjątkowe szczęście: ledwie rzuciłem okiem – dostrzegłem tuż, o parę kroków, wielki, wspaniały okap skalny, pod którym mogłem nie tylko swobodnie siedzieć, ale nawet stać. Wewnątrz było zupełnie sucho i o tyle ciepło, że nie dochodziły uderzenia wiatru.

Zaledwie znalazłem się w kryjówce, burza rozszalała się na dobre. Z nieba lały się całe strugi deszczu, a spływając z okapu mego schronienia tworzyły coś w rodzaju wodnej firanki. Błyskawice raz za razem rozjaśniały szarość ulewy. Nieustanne grzmoty, wzmacniane echem górskiej kotliny, łączyły się w prawie nieprzerwany łoskot. Tylko ten, kto widział burzę w górach, może sobie uzmysłowić tę piekielną orgię hałasu.

Siedząc sucho i wygodnie, obserwowałem to wspaniałe szaleństwo żywiołów z uczuciem zadowolonego widza w teatrze, w pierwszym rzędzie foteli. Pomyślałem sobie, że do pełni rozkoszy brak mi tylko gorącej, mocnej herbaty. Nie ruszając się z miejsca wyjąłem z plecaka maszynkę spirytusową, zapaliłem, wysunąłem czajnik na zewnątrz i po krótkiej chwili był napełniony deszczową wodą. Za parę minut herbata będzie gotowa.

Wtem w przerwie między piorunami usłyszałem jakieś kroki, tym razem najzupełniej realne. Wyjrzałem. O kilkanaście metrów od koleby biegła na oślep jakaś zmoknięta kobieca postać.
– Tutaj! – krzyknąłem. – Proszę do mnie. Tutaj!

Postać szarpnęła się w tył jak spłoszony koń, rozejrzała się i zobaczywszy mnie wreszcie, przypędziła do koleby.
Zdumiałem się. Była to kobieta o wyglądzie na skutek przemoknięcia tak pożałowania godnym, że nie umiem dziś określić, czy była młoda czy niemłoda – ładna czy brzydka. Prawdopodobnie nie wyróżniała się ani wiekiem ani urodą. Była szara i doskonale przeciętna. Natomiast uwagę zwracał strój, zupełnie taki, jaki się bierze na spacer po Krupówkach: letnia sukienka, gabardynowy płaszczyk i tzw. „sportowe” półbuty na niskim obcasie. Skąd taka się wzięła tu, w środku gór? Wyjaśniła, że wyszła dziś rano na spacer z Roztoki, a że „lubi dużo chodzić”, więc szła, szła i szła – aż dotarła tutaj. Gdy rozpoczęła się burza, widać straciła nieco poczucie kierunku, bo zamiast ku Roztoce – pobiegła w głąb doliny.

Dałem jej trochę suchych zapasowych ubrań, okryłem śpiworem, nalałem kubek gorącej herbaty. Rozmowa się nie kleiła. Prawdę mówiąc nie byłem zbytnio zachwycony pojawieniem się tu tej przygodnej turystki. Moja trzydniowa samotność została przerwana zbyt nagle i zbyt nieoczekiwanie. Nastrój kontemplowania żywiołów prysnął. Teraz niecierpliwie czekałem na rozpogodzenie, aby ruszyć w drogę. Nie wyjaśniłem, skąd się tu wziąłem, na zapytania odpowiadałem monosylabami.

Przypuszczam, że sytuacja ta poczęła mej towarzyszce ciążyć. Zmęczenie dosyć długą drogą, przestrach spowodowany poczuciem osamotnienia w pustej, odległej dolinie, w szalejącej burzy, wreszcie zmoknięcie i zziębnięcie – spowodowały lekki wstrząs nerwowy.

A teraz ten zagadkowy, nieogolony facet, który się tu znalazł ni stąd, ni zowąd, w środku burzy, suchy, popijający spokojnie herbatę, milczący, trochę jakby niechętny. Zbieg polityczny? Uciekinier z więzienia? Bandyta? A może… Kilkakrotnie przyłapuję skośne, niespokojne spojrzenie, patrzące na mnie ukradkowo z zabobonnym lękiem.

Burza minęła tak raptownie, jak przyszła. Poprzez kłębiące się w dolinie resztki mgieł przebija słońce, oświetlając lśniące wilgocią ściany Rumanowego i Ganku. W żlebach i kominach przerzynających urwiska szumią i huczą białe spienione wodospady. Niedługo spłyną one w dolinę, słońce wysuszy skały i trawy – tylko wezbrane na przeciąg najbliższych kilku godzin potoki będą świadczyć o gwałtowności minionej burzy.

Nie od razu wyruszyliśmy, gdyż właśnie gotowała się na maszynce następna porcja herbaty. Siedliśmy na mokrych głazach przed kolebą. Pogoda poprawiła z lekka nastroje. Moja towarzyszka patrzyła na mnie nieco śmielej, a nawet przerwała milczenie pytaniem:
– Co to właściwie są za szczyty przed nami?

Trochę się ożywiłem objaśniając jej panoramę górską. Co tu gadać – wielu taterników lubi opowiadać o szczytach, ścianach, drogach, historiach z nimi związanych i ja pod tym względem nie należę do wyjątków.

– To jest Żłobisty, a to Rumanowy Szczyt i jego północno-wschodnia ściana – opowiadałem przechodząc od ogólników do szczegółów. – Widzi pani to wielkie koryto, przerzynające dolne i środkowe partie ściany? Tamtędy idzie droga pierwszych zdobywców, aż pod turnię szczytową – tę w kształcie regularnego trapezu – a potem w prawo, na żebro i na grań wierzchołkową. Ale jest i droga samym środkiem ściany szczytowej, a także całym lewym żebrem. Tę ostatnią zdobyli Chwiaściński, Stanisławski i Wojsznis. Wie pani? – ten sławny Stanisławski, który zginął dwa lata temu na Kościółku, niedaleko stąd. O, za tą granią, w Batyżowieckiej Dolinie. Dalej, na prawo, to wschodnia ściana Ganku, jedna z największych w Tatrach – przeszło 800 metrów wysokości. Widzi pani ten ogromny żleb, którym teraz bije wodospad? To żleb z Gankowej Przełęczy. Ogranicza on wschodnią ścianę z lewej strony. A ta pionowa krawędź w środku ściany – widzi pani? – ta z taką ciemniejszą turniczką w połowie wysokości – to filar Ganku, zdobyty przez Birkenmajera i Kupczyka. Birkenmajer tu później zginął w czasie próby zimowego przejścia. Widzi pani tę bulę u stóp fliara? Wydaje się mała a ma ponad 150 metrów wysokości – tyle, co cała Zamarła Turnia. Birkenmajer i Groński przeszli ten głęboki komin na lewo od buli i biwakowali na siodełku za bulą. Potem próbowali pokonać filar, ale burza śnieżna zmusiła ich do szukania ucieczki ze ściany. Przetrawersowali w prawo – o, tak, jak wiodą te półki trawiaste, które pani widzi – i osiągnęli skraj Galerii Gankowej. Tam Birkenmajer zmarł z wyczerpania…

Z początku słuchała z zainteresowaniem, ale w miarę opowiadania zauważyłem, że wywiera ono efekt zgoła nieoczekiwany. Dla człowieka „niewtajemniczonego”, przybysza z nizin, góry kształtują się początkowo jako jakieś niewyraźne, trudne do odróżnienia, postrzępione kontury grani i jednolite, odstraszające urwiska. Widzenie i dostrzeganie rzeźby ściany, wszystkich żlebów, kominów, kominków, rys, żeber, półek czy zachodów – to już późniejsza sprawa. Sprawa wyrobienia turystycznego i taternickiego.

Tak też było zapewne z moją przygodną towarzyszką. Moja normalna u każdego taternika znajomość szczegółów i szczególików zdumiewała ją, przerażała, wydawała się czymś niemal niesamowitym. Spojrzała na mnie znów z trwogą.
– A właściwie – zapytała – właściwie, to skąd pan zna tak doskonale każdy kamień w tej okolicy?

Wiem, że to, co zrobiłem, było z mojej strony podłe. Wstydzę się tego do dzisiaj, ale okazja okrutnego żartu była zbyt silna, abym mógł się jej oprzeć.

Spojrzałem na nieszczęsną turystkę z bladym uśmiechem, a ręką wskazałem na widoczną stąd w dali południową ścianę Hrubej Turni…
– Bo widzi pani – powiedziałem z wahaniem – od kiedy spadłem na tej oto ścianie – strasznie lubię te strony i ciągle się tu włóczę…

Miałem tego dnia rzeczywiście wyjątkowe szczęście: mogła przecież zemdleć – ale nie zemdlała. Patrzyła tylko na mnie osłupiałym wejrzeniem szaroniebieskich oczu, a usta miała półotwarte od wstrzymywanego krzyku.

*****

Wawrzyniec Żuławski, Pochwała samotności. [w] Wawrzyniec Żuławski, Sygnały ze skalnych ścian * Tragedie tatrzańskie * Wędrówki alpejskie * Skalne lato. Nasza Księgarnia 1967, s. 304-316.

Jedna z gawęd wspomnieniowych o pierwszym okresie wypraw wysokogórskich (1934-35) poety, kompozytora i taternika.
Pisanie tego zbioru, zatytułowanego ‚Skalne lato’, rozpoczął Żuławski (1916-1957) na krótko przed swą ostatnią wyprawą w Alpy. Zginął tam, zasypany lawiną lodową, podczas akcji poszukiwawczej zaginionego towarzysza – nb. wymienionego w gawędzie ‚Pochwała samotności’ Grońskiego-‚Mojżesza’.
18.08 zeszłego roku upłynęło pół wieku od śmierci jednego z największych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Zaabsorbowana londyńskimi przygodami – zapomniałam. Teraz nadrabiam; na tydzień przed kolejną rocznicą.

komentarze 2 to “W.Żuławski, Pochwała samotności”

  1. Od kiedy spadłem na tej oto ścianie… « przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] Zakończenie wspomnieniowej gawędy kompozytora, poety, człowieka gór Wawrzyńca Żuławskiego Pochwała samotności z nieukończonego tomu Skalne lato. Całość (w tym opis kontekstowego wypadku) – na oddzielnej stronce. […]

  2. Górska łąka, wiosna górska | przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] a nawet no risk, no fun… Zresztą sam klasyk Żuławski w końcu nie oparł się pokusie (np. drugi akapit)… nie mówiąc o tabunach i taboriskach pomniejszych górołazów-góropisarzów. Tak czy […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: