Dostarczanie wyjątkowych doświadczeń

21 Styczeń 2012

Czy jakieś modele biznesowe przeżywają dziś rozkwit? Wspomniała pani o dostarczaniu klientom wyjątkowych doświadczeń w kontakcie z marką.

Niektóre modele biznesowe mają większą siłę przebicia niż inne. Zasada brzmi: należy szukać modelu, który niczym lep na muchy przywiązuje klienta do firmy, zachęca go do lojalności lub cechuje się wysokimi barierami wejścia na rynek… [...]

Prof. Rita Gunther McGrath z Columbia Business School odpowiada Harvard Business Review*.

*** *** ***

najwyjątkowsze doświadczenia konsumenckie?
- piórnik chiński pudełkowo-plastikowy z lustereczkiem i egzotycznymi ptakami?… marka nieznana (niepamiętana)
- etui skórkowe na długopisy (rocznik 1976), wciąż codziennie używane?
- buty ‘nartowe’ (bo nie narciarskie) Podhale? – jest marka, wreszcie jest!… lecz wierności być nie mogło bo o produkty bywało trudnawo…
- pierwsze narty marki najwyższej czyli „Dziadziu”? – dzioby wygięte niezawodną techniką włożenia do wielkiego, gorącego i dymiącego gara z uparowanymi ziemniakami…

marka niemiecka też dostarczyła wyjątkowych doświadczeń w latach 1999 – 2001…
i także wierność okazała się niemożliwa.

____
*Harvard Business Review Polska, grudzień 2011 – styczeń 2012. Wydanie specjalne: Zarządzanie zmianą, s. 63 (Gdy twój model biznesowy przeżywa kryzys)

Futerkowcy

14 Styczeń 2012

Na pierwszy rzut oka zwierzątko, które zabiera Prawdziwemu Narciarzowi cenne miejsce w kolejce na Kasprowy, do miłych stworzeń nie należy. Rzec można więcej – obciach buciczków a la świnka Piggy i kaptur obszyty włochatą tkaniną* powinny wołać o odszkodowanie za poniesione straty moralne (nie po to my za nasze goreteksy setkami drogą kupna!…)

Dla Zwierzątka Futerkowego (odwiecznego – kiedyś były lisy albo nutrie) zaliczyć oba zakopiańskie wagoniki – to mus. Nie zraża się nawet całodzienną kolejką do kolejki (się kosteczki nieodwracalnie powykrzywiają w bucikach Piggy…)

Górale są, niestety, za całkowitą i skuteczną ochroną Futerkowca. Mądry baca po szkodzie (pomór Sylwestrowca Zwyczajnego 2011/2012), ale nawet przed szkodą był mądry — śniga nakurzyło, przyjiżdżojcie panocki z dutkami… z deskami, kijami abo i bez; pokoju/-ów dla syćkich dostatek!…

Co więcej, jak przekonuje Paweł Skawiński, Pirsy Gazda TPNu, Futerkowiec dowolnej pododmiany ma wiele zalet dla ochrony przyrody: nawet nie depnie Beskidu, Goryczkowych Czub czy Hali Gąsienicowej; dobrze gdy wylizie na taras przed restauracją… gdzie zresztą też może zapotrzebować interwencji TOPRu (syćka som równo (nie)ubezpiecone, nie pomstujcie panocku!)

Dochuchiwana i dodmuchiwana jest i będzie zwłaszcza pododmiana Peltsoidus Varsoviensis – one zaś prawie zawse majom dutki… i honor panie, coby się pokozać między swojemi i między obcemi… A honor dla gazdy wielko rzec.

Narciarzy uprasza się serdecznie i stanowczo o nie-płoszenie Futerkowca.
Jak postępować, gdy się go spotka na (swej) drodze?
- Proste, nie taksować wzrokiem z góry na dół i z lewego na prawy bok kaptura, nie uśmiechać się znacząco (nieznacznie na wszelki wypadek też nie). I pod żadnym pozorem nie czynić uwag… nawet gdy przedstawiciel chronionego gatunku wchodzi w marcu do kuźnickiego wagonika w sandałach – JUŻ zmienia futro, wolno mu, a wam…

Problem (i ewentualne rozejście się dróg z Pirsym Parkowym Gazdą) zaczyna się, gdy w tchórzofretkę wstępuje odwaga i zaczyna (odwaga wraz z t-f) postulować stojąc na Kasprowym tarasie (raczej w restauracji stojąc, tak czy inaczej teatr swój widzi ogromny) …pobudowanie jeszcze czterech kolejek: na Beskid, Świński Wierch (sic!), Giewont… Żeby było jak w Europie, jak w Alpach.

_____
Inspiracja to zakopiańska korespondencja P. Bolechowskiego dla Radiowej Jedynki (9.01.2012) oraz najnowsze obserwacje własne.

Epifania… kolejna

6 Styczeń 2012

THE MAGI

Now as at all times I can see in the mind’s eye
In their stiff, painted clothes, the pale unsatisfied ones
Appear and disappear in the blue depth of the sky
With all their ancient faces like rain-beaten stones,
And all their helms of silver hovering side by side,
And all their eyes still fixed, hoping to find once more,
Being by Calvary’s turbulence unsatisfied,
The uncontrollable mystery on the bestial floor.

W. B. Yeats (1865-1939). Tu jego dwa epifanijne klasyki.

Podjęcie wątku tam, gdzie pozostawił go nasz zeszłoroczny znajomy, T.S. Eliot — taką interpretację wędrówki myślowo-motywicznej przejmie pewien kaznodzieja natchniony

Ach, zawsze lubiłam kazania z poezją! — Nie trzy a sto razy mędrszymi mi się zdawały, niż umoralniające bajeczki o łatwych na-oczy-przejrzeniach, objawieniach i konwersjach. Zatem – Boh trojcu lubit – tylko podlinkować nasze własne cytowanie naszego własnego poety Jana — i do mnie, do mnie po inspirację i źródła wszyscy nowi natchnieni in spe!
Nie tylko kaznodzieje.

Złe maniery i reszta

3 Styczeń 2012

W okolicach zmiany daty kombinujemy sobie czasem, skąd się bierze to tak zwane całe zło świata. Jedni optują, że z lenistwa, inni że z tchórzostwa, jeszcze inni, że z egoizmu… albo ze wszystkiego tego, przemnożonego do entej silnia.
Księża którzy jeszcze pamiętają, czego ich uczyli w seminariach, będą kazali obwinić trzy pęknięcia natury ludzkiej (mind you – fault lines!): pożądliwość ciała, pożądliwość oczu, pychę żywota (i.e. gromadzenie, zmysły, żądzę zdominowania innych)

A ja wam powiadam (i nie po raz pierwszy w tak zwanym krótkim przeciągu) – winne są nie-dość-wdrukowane, nie-dość-wytresowane, nie-dość-zautomatyzowane maniery… Dogłębne przekonanie, że każdy człowiek ma swoje wyraźnie zakreślone granice, strefę wolności, której drugiemu ludziowi nie wolno przekroczyć, chyba że ten pierwszy wyraźnie zezwoli… Że w gęstych i coraz bardziej zagęszczających się społecznościach istnieją konwencje, role, sytuacje społeczne – wykształcone przez stulecia, ba tysiąclecia! – i my ciągle gramy lepiej lub gorzej (beznadziejnie też się trafi) flirty, transakcje, pogrzeby, nastąpienia bliźnim na odciski, podania piłki na główkę, podania filiżanki herbaty (po japońsku, chińsku, angielsku, polsku), zatrzymania stopa na autostradzie, zatrzymania podejrzanego…

Tak …grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą – Polak wie to na ogół teoretycznie (;D) a prawie każdy Brytyjczyk praktycznie.

Wiedział. Brytyjczyk. Najwyraźniej musimy tu zacząć używać czasu przeszłego a może i za-.

Miesiąc temu, śledząc społeczne i prawne następstwa osławionych angielskich riots z lata 2011, natknęłam się na taki tekścik:

Were the riots caused by bad manners?
As Parliament, police and press have attempted to explain the cause of England’s August riots in a series of reports over the last week, one surprising word has bubbled up to the surface.

No, it is not „criminality” or „underclass” or „greed”. It is „courtesy” – or a lack of it from the police.

Today’s Guardian /LSE Reading the Riots research reflects on how a „discourteous manner” from officers conducting stop and search in many of the districts where rioting occurred was a „significant factor in sparking the disturbances”.

Last week’s interim report from the government’s Riots, Communities and Victims Panel found the same thing. „Many people told the Panel that police stop and search was consistently carried out without courtesy,” their report to Ministers said. „The Panel calls on the police to work with communities and across forces to improve the way in which stop and search is undertaken.”

Całość.

Niby pamiętamy, że adding insults to injuries bywa przypisywane (sobie nawzajem przez strony sporu) w manierze tyleż emocjonalnej co arbitralnej…
Niby mamy świadomość, że wszystko parszywieje ogólnie a wszystko związane jakkolwiek z polityką – szczególnie…
Lecz gdy dostajemy stempel rządowy na diagnozie, że nawet courtesy przekochanego bobbiego z ulicy jest lub zmierza do konsystentnej non-egzystencji*

„O tempora, o mores!” a może nawet „Czas umierać!”. W dowolnej konwencji. ;/

(przed)Sylwestrowo

28 Grudzień 2011

Radosnych

21 Grudzień 2011

Od dawna mam wrażenie, że życzenie ‘wesołkowania’ przy świątecznych okazjach jest co najmniej podszyte histerią: musi się udać, pomożemy-wspomożemy czym się da… alkoholem, żarełkiem, nowymi rzeczami, hałaśliwością, tłumnością w kościele czy przy stole…

Radość to co innego – może cię przepełniać po brzegi, a cichą być, pełną nadziei i siły, harmonijną, wyważoną… i zważającą na nastroje innych, ich ostatnie troski, przejścia. Zawierać momenty powagi i refleksji.

Radosnych zatem! Się-weselenie niech będzie jednym z odcieni radości… dziecięcej, prezentowej, muzycznej (w tym – pastorałkowej… ileż tam smakowitych ‘głupawek’!), wspólnotowej, przedsylwestrowej…

Myślenie

14 Grudzień 2011

Siedzieli my na polanie w cieniu z ks. Michałem Hellerem, bo to było lato i słónko zdrowo prazyło i cytali jakómsi ksiązke, juz nie bocym, jakóm. I musieli my mieć miny niewyraźne, bo Wawrzek pedzioł: nogłupsy tyn, co się myślami męcy. Dobrze pedzioł. No bo przecie Pon Bóg nie doł nóm rozum po to, co by my się męceli, ino po to, co by my mieli jakóm takóm ulge w męce. Takie myślenie co męcy, to naprawde nie jest myślenie. Ino tak udaje.

Józef Tischner, Wieści ze słuchanicy/2/ – O biydzie [Cyt. za: Myśli wyszukane, wyb. Wojciech Bonowicz. Znak 2001, s.148.]

*******

Ostatnio wszyscy ostro myślą:
że myśleli
jak by tu dłużej przemyśleć
na nowo pomyśleć
przestać o tym myśleć
lub już w ogóle nie myśleć
bądź pokombinować zastępczo
ale nieprzestępczo
czy też sprawić, by inni zaużywali mózgownice swe
do dobrego albo złego…

A ja się łapię tej jesieni na frajdzie myślenia w działaniu – nawet a może zwłaszcza w działaniach banalnych, automatycznych, życiowo-bytowych.
Zdumiewające, jak bardzo frajda + używanie mózgownicy pomagają mniej się zmęczyć, robić maksymalny użytek ze sprawności, współpracy, eksperymentu, wyżyłowanej efektywności!

…Żeby my mieli jakom-takom ulgę w tym i owym.

Niezapomniane

12 Grudzień 2011

Skoro można wydać sto jeden zestawień stu najklasyczniejszych aut – można też z powodzeniem zamknąć pomiędzy dwiema okładkami sto kiecek: a dress to impress, a power dress, a revenge (and retribution) dress, a dress to look a million dollars, That Dress, The Happy Birthday Dress, The Wedding of the Millenium Dress…
Widzieliśmy je nie raz, podziwialiśmy, (lekko) zazdrościliśmy nosicielkom…
Na kofitejblu (albo w poczekalni dentysty) książka będzie jak znalazł, zwłaszcza, że opisano opakowania znanych, utytułowanych, młodych, pięknych, bogatych, w przełomowych momentach ich pracy lub życia.

‘I/lub życia’ – piszą automatycznie palce me – bo wiedzą, że świat dzisiejszy nad tym rozziewem stoi i, rozdziawiając swe kolektywne usta, gapi się na czeluść: ja – suknia ma; meritum – dostępne środki; pozór i ułuda a twardy rdzeń; pijar a tak zwana autentyczność (ktoś ją gdzieś widział? gdzie? ile dekad temu? komu i za ile się potem sprzedała?)

A więc libiamo, meine Damen und Herren! Mizantrop każdego pokolenia z łatwością wykrzyczy (dramatycznymi koloraturami), iż jeszcze nigdy strój do tego stopnia nie czynił człowieka… A niedawno zmarła Violetta Villas jest tu tylko ciut przerysowanym memento. Imprezy przedświąteczne, wigilie, święta, sylwester, karnawał — czas na wzmożone maskarady, duszno-kryzysowe narzeczone i anty-depresyjne odwety. I will survive, anyway – zaśpiewają egzekutorzy i dyktatorzy. I będą mieć rację bo suknia i przebieranki to w sumie fajna rzecz – ubarwia pojedyncze życie, współtworzy kulturę… i pekabe, last but not least.

Wszyscy jesteśmy pinokiami

6 Grudzień 2011

Kilka tygodni temu na rynek księgarski trafiło nowe polskie wydanie toskańskiej opowieści sprzed 130 lat o drewnianym pajacu przechodzącym szkołę życia, drogi oraz bezdroża nabywania mądrości. (Przekład Jarosława Mikołajewskiego, niesamowite ilustracje Roberta Innocentiego).

B nie mogła przegapić tego faktu, bo zżyta z Pinokiem od dziecka. Dokładniej od pewnego grudniowego wieczoru, gdy do sporego już domowego zbioru bajek-przeźroczy doszły dwie rolki zaczynające się od słów

Do rąk majstra Dżepetto dostał się raz kawałek drewna, który mówił ludzkim głosem. Staruszek wystrugał zeń pajaca i nazwał go Pinokio…

Obrzęd wyświetlania bajek: późna jesień lub zima, ciemny pokój, ekran albo biała ściana, odczytywanie ‘premier’ przez Tatę; koncerty życzeń i preferencji powtórkowych, asertywne spory na tym tle; po kilku obejrzeniach dopowiadanie albo wręcz chóralna recytacja kwestii (nie tylko znaliśmy, ale wciąż umiemy większość na pamięć, choć niektóre ulubione mają narrację pod ponad stu obrazkami, nie licząc klatek z ‘czystym tekstem’) — we wczesnym dzieciństwie nie było lepszego zajęcia wieczornego! Później bajki uzupełniane były opowieściami w stylu „Na szlakach wielkich przygód i podróży odkrywczych”, klasyką („W pustyni i w puszczy”), zagadkami. Mówiliśmy między sobą cytatami z przeźroczy, debatowaliśmy zawzięcie nad przygodami, zagrożeniami, ocenami postępowania. I bardzo nas wkurzało, gdy ktoś nam „zabawiał wyświetlanie”* (które w starszym wieku zastąpiła wspólna lektura książek podróżniczo-przygodowych i konkursowe opowiadanie improwizowanych historii).

Nie trzeba przejść uniwersyteckiego kursu literatury dla dzieci i młodzieży (zwanego przez studentów czule ‘michałkami’), by zauważyć, że dydaktyczno-moralizatorski smrodek wieje od Przygód Pinokia na kilometry. Wieje też (bynajmniej nie śródziemnomorski a jakiś północny) ziąb niepewności i zagrożenia – słabeśmy i popękane stwory, wola nasza ułomna, postanowienia nierealizowa(l)ne a bolesne nauczki nie zawsze nas reformują.

Zauważyłam w ostatnich latach dziwną prawidłowość – o ile rodzice w coraz większym procencie wydają się nie mieć nic przeciwko nie-asystowanemu oglądaniu przez pociechy okrutnych kreskówek japońskich, przeciwko grom pełnym przemocy, różnym wprawkom do ‘wyścigu szczurów’ – to budzi się w nich nadopiekuńcza troska na sugestię, by poczytać i podyskutować Andersena**, Grimmów czy choćby Collodiego. Bo to takie smutne, pesymistyczne, pełne niewiary w człowieka.
Nie wiem, czy dokładnie ci sami opiekunowie unikają zabierania pociech na pogrzeby dziadków i wymigują się jak tylko mogą od rozmów o smutniejszych aspektach życia, sprawach ostatecznych („bo on jest taki wrażliwy, jeszcze mi nie będzie sypiał po nocach…”)

A to wszystko istnieje i czai się za węgłem – hazard, alkohol, depresje, uzależnienie od dominujących rodziców (problemy samego Collodiego), pycha, buta, chciwość, małostkowość, zawiść, łgarstwa, krętactwa, gnuśność, bezmyślność…
I pewnie do końca czasów istnieć będą dwie szkoły na temat przekazu ad usum delfini: wersja ulizana, kojąca versus pokazująca (niech nawet w złagodzonej, niech nawet w atrakcyjnej, przygodowej formie) dramaty i wybory dorosłych i dzieci.

Tylko, że o tej drugiej trzeba rozmawiać. Dużo, mądrze…
A tu nawet ze wspólnym czytaniem bywa kłopot.

________________________
*najczęściej byli to koledzy Taty przychodzący ćwiczyć wspólnie z nim np. trąbkę, klarnet, gitarę
**nasza domowa podstawowa lektura, bezobrazkowe wydanie klasyków literatury polskiej i obcej jest moją własnością – pierwszą poważną książką, jaką dostałam w prezencie (od Taty)… oczywiście cała rodzinka korzystała z niej tak intensywnie, że dziś tom nie nadaje się do pokazania postronnym

Której imię śpiewają w hymnie

4 Grudzień 2011

Dziwnymi tropami idzie* ludzka pamięć.
I ludzka pamięć pamiętania.
Jedne dzieci przywołują ‘rzecz pierwszą’, bo była tak wyrazista, przerażająca, radosna…
Inne – bo im często przypominano słowa, zachowania, odtwarzano nagrania.

B pamięta jako pierwsze „będziemy cię nazywali Basią”.
Nie „postanowiliśmy przed zapisem**, że…” lub coś w tym rodzaju, lecz czterowyrazowa decyzja, idealny przejaw sprawczej funkcji języka, na tyle dziwaczny, że raczej nikt jej go nie wmówił, i na tyle typowy dla ciągłego zaabsorbowania tożsamością-odrębnością („ale mamo, dlaczego ja to ja?!”), że z powodzeniem mogła go sobie wmówić sama – np. czteroletnia, jako próbę odkopania (i zmitologizowania) pamięci dwulatki.

Że imię-tożsamość najlepsze z możliwych jest – nigdy nie podlegało kwestii: ten Hymn, ten Hajduczek, ten Baczyński (znaczy – żona…), ta multi-sprawczość. O szorstkości formy brzmieniowej (zwłaszcza w językach, gdzie nie ma zdrobnień) i o nadwystępowalności w polskiej imiennej przyrodzie przekonała się znacznie później…

Obroty przyrody, obroty sfer… stoickie pogodzenie się z pluchą Bożego Narodzenia gdy imieninowi goście watują korki (Strych był ogrzewany elektrycznie i na tyle nieskutecznie, że od watowanych kurtek lepsze byłyby czasami puchowe)… Poza tym harmonia obrotowo-obrzędowa – można nadrobić zapomnienie o Barbara Zweige… przed-wielkanocną wersją bukietu.

Wieczne przytłoczenie wielością patronatów Świętej, doskonałością mądrości Baś i Basiek idealnych i realnych, skalą ich talentu, pracowitości, uporu, wolumenem fantazji…

…Gorzej mają tylko Marie. Albo lepiej. Albo dziwniej. Albo…

_______
*idzie, chodzi a nawet chadza ;/
**nb kilka lat temu widziała tę księgę, zapis… i podpis


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.