Kilka tygodni temu na rynek księgarski trafiło nowe polskie wydanie toskańskiej opowieści sprzed 130 lat o drewnianym pajacu przechodzącym szkołę życia, drogi oraz bezdroża nabywania mądrości. (Przekład Jarosława Mikołajewskiego, niesamowite ilustracje Roberta Innocentiego).
B nie mogła przegapić tego faktu, bo zżyta z Pinokiem od dziecka. Dokładniej od pewnego grudniowego wieczoru, gdy do sporego już domowego zbioru bajek-przeźroczy doszły dwie rolki zaczynające się od słów
Do rąk majstra Dżepetto dostał się raz kawałek drewna, który mówił ludzkim głosem. Staruszek wystrugał zeń pajaca i nazwał go Pinokio…
Obrzęd wyświetlania bajek: późna jesień lub zima, ciemny pokój, ekran albo biała ściana, odczytywanie ‘premier’ przez Tatę; koncerty życzeń i preferencji powtórkowych, asertywne spory na tym tle; po kilku obejrzeniach dopowiadanie albo wręcz chóralna recytacja kwestii (nie tylko znaliśmy, ale wciąż umiemy większość na pamięć, choć niektóre ulubione mają narrację pod ponad stu obrazkami, nie licząc klatek z ‘czystym tekstem’) — we wczesnym dzieciństwie nie było lepszego zajęcia wieczornego! Później bajki uzupełniane były opowieściami w stylu „Na szlakach wielkich przygód i podróży odkrywczych”, klasyką („W pustyni i w puszczy”), zagadkami. Mówiliśmy między sobą cytatami z przeźroczy, debatowaliśmy zawzięcie nad przygodami, zagrożeniami, ocenami postępowania. I bardzo nas wkurzało, gdy ktoś nam „zabawiał wyświetlanie”* (które w starszym wieku zastąpiła wspólna lektura książek podróżniczo-przygodowych i konkursowe opowiadanie improwizowanych historii).
Nie trzeba przejść uniwersyteckiego kursu literatury dla dzieci i młodzieży (zwanego przez studentów czule ‘michałkami’), by zauważyć, że dydaktyczno-moralizatorski smrodek wieje od Przygód Pinokia na kilometry. Wieje też (bynajmniej nie śródziemnomorski a jakiś północny) ziąb niepewności i zagrożenia – słabeśmy i popękane stwory, wola nasza ułomna, postanowienia nierealizowa(l)ne a bolesne nauczki nie zawsze nas reformują.
Zauważyłam w ostatnich latach dziwną prawidłowość – o ile rodzice w coraz większym procencie wydają się nie mieć nic przeciwko nie-asystowanemu oglądaniu przez pociechy okrutnych kreskówek japońskich, przeciwko grom pełnym przemocy, różnym wprawkom do ‘wyścigu szczurów’ – to budzi się w nich nadopiekuńcza troska na sugestię, by poczytać i podyskutować Andersena**, Grimmów czy choćby Collodiego. Bo to takie smutne, pesymistyczne, pełne niewiary w człowieka.
Nie wiem, czy dokładnie ci sami opiekunowie unikają zabierania pociech na pogrzeby dziadków i wymigują się jak tylko mogą od rozmów o smutniejszych aspektach życia, sprawach ostatecznych („bo on jest taki wrażliwy, jeszcze mi nie będzie sypiał po nocach…”)
A to wszystko istnieje i czai się za węgłem – hazard, alkohol, depresje, uzależnienie od dominujących rodziców (problemy samego Collodiego), pycha, buta, chciwość, małostkowość, zawiść, łgarstwa, krętactwa, gnuśność, bezmyślność…
I pewnie do końca czasów istnieć będą dwie szkoły na temat przekazu ad usum delfini: wersja ulizana, kojąca versus pokazująca (niech nawet w złagodzonej, niech nawet w atrakcyjnej, przygodowej formie) dramaty i wybory dorosłych i dzieci.
Tylko, że o tej drugiej trzeba rozmawiać. Dużo, mądrze…
A tu nawet ze wspólnym czytaniem bywa kłopot.
________________________
*najczęściej byli to koledzy Taty przychodzący ćwiczyć wspólnie z nim np. trąbkę, klarnet, gitarę
**nasza domowa podstawowa lektura, bezobrazkowe wydanie klasyków literatury polskiej i obcej jest moją własnością – pierwszą poważną książką, jaką dostałam w prezencie (od Taty)… oczywiście cała rodzinka korzystała z niej tak intensywnie, że dziś tom nie nadaje się do pokazania postronnym