W świętej Cecylii (22.11) jedni chcą widzieć patronkę muzyki chóralnej, inni wokalnej, inni śpiewu kościelnego, jeszcze inni całej muzyki, bez oddzielania sacrum od profanum nieprzekraczalnymi zasiekami. My oczywiście będziemy szczodrzy i liberalnie przyznamy jej maksymalny zakres protekcji (i tak nie przelicytuje Barbary – ta ma prawie wszystko, od architektów do artylerzystów)…
Jeśli są Państwo w stanie – odsłuchają sobie „z okazji” motet Musica Dei donum optimi Orlanda di Lasso (w wykonaniu The King’s Singers lub nie gorszym).
Alternatywnie – jakieś Laudate, Cantate czy Exultate.
Może być Exultate Deo Scarlattiego w wersji chóru chłopięco-męskiego Katedry Tarnowskiej, Pueri Cantores Tarnovienses. Jako licealiści-studenci, zwaliśmy ich poufale „Zajączkami” na cześć założyciela i szefa, Ks. Prof. Andrzeja Zająca. Bo właśnie wówczas, w 2 połowie lat osiemdziesiątych, Tato zaliczał u Profesora Z to i owo w ramach podyplomowego studium organistowskiego*, jakie postanowił dołożyć do swych „papierów”… Tuż przed pięćdziesiątką postanowił (może pozazdrościwszy dzieciom indeksów lub ich bliskiej perspektywy). Dzięki temu powstał (z popiołów utraconego dzieciństwa, czyli reaktywował się) zespół gregoriańsko – czterogłosowy: Organista pilnie potrzebował królików doświadczalnych dla swoich kompozycji ćwiczebnych, sprawdzania chórmistrzowskich dydaktyk, liturgi(sty)cznych stosowności, etc., etc.
Szef Pueri Cantores szybko stał się idolem i wyrocznią Studenta i jego bliskich. Kibicowaliśmy jego chórowi, przeżywającemu wówczas czas świetności, żartowaliśmy z niezaspokojonych snobistycznych ciągotek krewnych i znajomych z wojewódzkiego miasta, których męska progenitura nie przeszła przez przesłuchaniowe sito – w pewnym momencie wyglądało na to, iż wszystkie tarnowskie mamusie z ambicjami zapałały miłością do śpiewu chóralnego, jakbyśmy mieszkali w polu rażenia jakiegoś Winchester albo wręcz Westminster Abbey.
20 lat temu Ks. Zając uczynił dzień cecyliański pretekstem do zwołania do katedry zlotu chórów działających w diecezji. W Bochni istnieli już Pueri Cantores Sancti Nicolai**… I jeszcze kilka zespołów dostało gruby pakiet nut obowiązkowych tudzież prośbę o zaprezentowanie dwóch utworów własnych”. Znaleźliśmy się w tym gronie, wyuczyliśmy się pilnie, pojechaliśmy, zaśpiewaliśmy razem i osobno (w miarę czysto i równo*** a nawet z dynamiką i wyrazem); kolejne spotkania listopadowe (oraz styczniowe-kolędowe) też były pamiętne… – lecz pierwsze utkwiło najżywiej, prawie na równi z mszą papieską na tarnowskich „Falklandach”,1987 (do 1,500-osobowego chóru zaproszono dziewczyny naszej Grupy).
Źle utrwalona fotka występu w Katedrze przypomina, jakim kamieniem milowym w pokonywaniu tremy był dla niektórych śpiewaków ten występ (choć historię koncertów gościnnych mieliśmy obiektywnie sporą, subiektywnie zaś imponującą: się dogadać, zobowiązać, zjechać z kilku odległych miejsc, odświeżyć repertuar (zgłębiany głównie latem, w wakacje)… – nie jest to prosta sprawa dla młodych-zagonionych!)
Dzisiejszy Tarnów – jeszcze piękniejszy… modny, promowany, ‘roztaczający aurę’ (jako polski biegun ciepła – nie ma wyjścia ;D), tętniący młodością i życiem kulturalnym – „fokusuje” budowniczych autostrady, inwestorów, turystów.
…Wszelako od tamtych czasów B jakoś nie zajrzała na Plac Katedralny ani nawet do Centrum miasta nad Białą i Wątokiem… Z jednym wyjątkiem – wyprawy koncertowej krakowskiego chóru w ’92.
Poproszę jakiś zlot, śpiewanko, inny ważny iwent!…
___
*Przy tarnowskiej katedrze
**W ocenie przemądrzałych uczniów i studentów dobrych placówek, z kilkoma afiliacjami w znanych zespołach miasta królewskiego; lecz na tę okazję występujących w barwach „macierzystych”: nikomu nie znanej wiejskiej parafii (byliśmy jedynym nie-miejskim zespołem, jaki został zaproszony do przygotowania repertuaru na pierwszy zlot) – Bochnianie małpowali „Zajączki” w absolutnie wszystkim; nawet w strojach. Jednak zespół bocheński „też” ma spore osiągnięcia: podróżowe cv, nagrania i prestiżowe zaproszenia (np. na krakowskie Błonia z okazji I Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Filmowej); przez mój chór krakowski (a raczej nasz – wówczas śpiewał też starszy z Braci) przewinęli się dwaj jego chórzyści – dobrych parę lat dojeżdżali na próby aż z solnego miasta… z koleżanką, która wciąż śpiewa… i dojeżdża
***Ograna ”recenzja”: Hmmm, czysto to państwo tym razem nie zaśpiewali… za to równo… też nie. (Wersja pisana niweczy 90% efektu).


