Inwestorzy (*)

13 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Ulica Centralna – to brzmi dumnie i obiecująco, nieprawdaż? Jednak centralność krakowskiej Centralnej jest nieco problematyczna: owa kameralna arteria łączy co prawda przemysłowe tereny elekrociepłowni Łęg z brzegiem mieszkaniowej Nowej Huty i bywa kluczowa do „kontynuowania dalej” bądź oblania egzaminu na prawo jazdy (test zaczyna się w MORD* na niedalekiej Koszykarskiej i wiedzie najczęściej do Huty, gdzie są mniejsze korki, zatem egzaminowany może się wykazać)… Ale poza tym – za…uroczy…sty zakątek i tyle.

Nieco więcej, niż tyle. Od kilku lat przy Centralnej odbywają się na przykład Krakowskie Targi Książki – największa tego typu impreza w Polsce (mogąca się równać tylko z warszawską… międzynarodową, posiadającą kilkudziesięcioletnią tradycję, dogodny termin).

Namiot targów** jest dość przestronny i nawet wygodny. Pod identycznymi odbywają się cyklicznie choćby Chelsea Flower Shows czy London Fashion Weeks… Ale ich zaletą jest autentycznie-centralna, tradycyjna i super-atrakcyjna lokalizacja (odpowiednio: ogrody Chelsea Hospital i Natural History Museum – nie jakieś Leytonstone czy Harrow!) Westchnienia ambitnych krakowian idą więc od lat w tym samym kierunku: chcemy i to szybko centra kongresowo-konferencyjne, hale sportowe i koncertowe, powierzchnie wystawiennicze z prawdziwego zdarzenia…

Coś-tam się ostatnio kręci w pożądanym kierunku, a będzie wręcz niebiańsko tuż po roku 2012, gdy przy Centralnej otworzy swe podwoje magistrackie Centrum Obsługi Inwestora. Celem COI jest*** „zlokalizowanie w jednym miejscu wydziałów Urzędu Miasta uczestniczących w szeroko pojętym procesie inwestycyjnym” (Architektura, Urbanistyka, Geodezja, Infrastruktura Miasta, Kształtowanie Środowiska, Planowanie Przestrzenne, Skarb Miasta, Strategia i Rozwój), z podziemnym parkingiem na minimum 400 stanowisk, salami konferencyjnymi, itd. Jednak miasto aktualnie… nie ma pieniędzy na tę inwestorską inwestycję (o powierzchni 18,000 m2, projektu Claudio Nordiego, koszt – drobnych 200 mln PLN). Mimo zamiaru zbycia kilku obecnie użytkowanych nieruchomości****, Kraków musi się więc uciec do „partnerstwa publiczno-prywatnego”. Tym bardziej musi, że ma i inne „drobiazgi inwestycyjne”: dwa stadiony (Wisły, gdzie koszty rosną niepokojąco, i Cracovii); halę sportową w Czyżynach; Centrum Kongresowe, Centrum Sztuki Współczesnej*****… i coś tam jeszcze – spamiętać nie sposób.
Obrazu dopełniają budowy i remonty dróg – za rogatkami i wewnątrz (najbardziej będzie doskwierać rozpoczynająca się „kompleksowa modernizacja” Ronda Ofiar Katynia – u północno-zachodniego wylotu z miasta, z niewielkimi możliwościami objazdów).

Wróćmy do realności czyli namiotu Targów Książki na Centralnej. Kilkuset wydawców-wystawców dwoi się i troi. Czytelnicy oblegają i kupują nie bacząc na kryzys. A ja widzę wokoło jeszcze innych inwestorów. Na przykład tych – jak choćby poznani osobiście w niedzielę PP Adamczewscy – którzy swój styl życia, szyk i urok osobisty, wiedzę, doświadczenie, całą osobowość, proponują a niekiedy uwodzicielsko narzucają rówieśnym i młodszym, bliskim i przelotnie spotkanym. Kapitał ogromny, szczodrość i rozmach biznesplanów nieraz onieśmiela. . – beneficjentom pozostaje nie zapomnieć o rozszerzonej definicji stóp zwrotu…

___
*Nic groźnego, naprawdę ;| – to tylko Małopolski Ośrodek Ruchu Drogowego.
**Różnych targów. Treść biletu wstępu to po prostu: „Targi w Krakowie”.
***”Dziennik Polski, 9 listopada 2009, s.B3.
****np. Wielopole 17a, Kasprowicza 29, Grunwaldzka 8.
***** Podwawelskim tematem ostatnich dni jest pomysł zainstalowania na budowach Centrum Sztuki Współczesnej i obu stadionów kamer… Bezpośredni obraz postępu prac będzie można zobaczyć na portalu Magiczny Kraków…

“Czegóż potrzeba strzelcowi…

10 listopad 2009 - autor: basiaacappella

…do zestrzelenia cietrzewia drzemiącego w dżdżysty dzień na strzelistym drzewie?”

Gdyby jakiemuś chórmistrzowi, treserowi dziennikarskiej młodzi lub innemu maniakowi dykcji mało było królów Karolów kupujących w Szczebrzeszynie królowej Karolinie korale koloru koralowego… i cóż, że ze Szwecji?… – krakowska Biblioteka Polskiej Piosenki podrzuca mu mniej znane a równie efektowne łamańce. Więcej – inicjuje szukanie i wymyślanie kolejnych, do czego zachęca wiernych fanów bardzo w porę: święta narodowe to czas największej popularności formacji… I cóż, że… „Kampania na rzecz czystości brzmienia języka ojczystego” brzmi nieco pretensjonalnie*, skoro patronują jej dwa uniwersytety, zacne ciała, rozgłośnie?

Finał akcji – XXXV Lekcja Śpiewania odbędzie się 11 listopada 2009 o(d) 17:00 na Rynku Najgłówniejszym… Podobno tym razem wydrukowano aż 4,500 śpiewników; B nigdy dotąd się nie załapała na egzemplarz sponsorowany przez Prezydenta (Miasta), co jej specjalnie nie smuciło, bo te kilkaset pieśni i piosenek ojczystych zna się przecież na pamięć. Zawalczenie o tę sympatyczną pamiątkę (i cóż, że łokciami) w tym roku też odpada – z powodu ogromu wokalnych zobowiązań własnych listopadowe wydzieranie się na wolnym powietrzu jest absolutnie wykluczone. O wolności, hej strzelcach wraz i siadaj na koń bolszewika goń pośpiewamy więc z radiem. Murmurando_z_niewątpliwie_nienaganną_dykcją – żeby nie było, żeśmy zbojkotowali w święto narodowe kampanię na rzecz czystości brzmienia**

(Skorzystano z wczorajszych doniesień Dziennika Polskiego – nb największej gazety lokalnej nad Wisłą)

____
*dla B – bardzo pretensjonalnie…
** prowadzimy ją wszak ostatnio intensywnie w co drugi wieczór – (a na luzy i zwolnienia póki co się nie zanosi ;D)

Mało-polskie drogi, bardzo-polskie drogi. I przyśpieszenia…

9 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Dawno, dawno temu wszystkie niedziele były słonecznie-świetliste, zapach upominków oszałamiał niczym narkotyk a chwile oczekiwania na wspólne wyświetlanie bajek lub seans konkursowego ich wymyślania do tej pory promieniują adrenaliną i ekscytacją. (Podobnie, jak niepewność, jak też porażająco niesprawiedliwe będą dołki startowe, ustalone arbitralnie-nieodwołalnie przez Tatę na potrzeby wyścigów rodzinno-sąsiedzkich*)…
Dawno, dawno temu Rodzeństwo M wyobrażało sobie – pół-baśniowo (konkursowo!), pół-wyczekująco – że szczęście świetlanej nowoczesności ziści się, gdy do ich rodzinnej miejscowości „dojedzie pociąg”.

Wiek pary i elektryczności… Oraz mit elektryfikacji wsi – Wieszczony i sławiony tak przez funkcjonariuszy ówczesnej władzy, jak i przez społeczników przedwojennej tradycji (a tego chowu byli przodkowie z obu stron) – odszedł jak sen jaki złoty na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy tłoczenie się w opóźnionych, zimnych, brudnych, hałaśliwych pociągach i łokciowanie do przesiadkowych autobusów ustąpiło wyczekiwaniu „na stopa/okazję” w upatrzonych punktach wylotowych miasta stołeczno-królewskiego.
Z miasta posiadającego drugi co do wielkości rynek średniowieczny dojeżdżano do domu rodzinnego stopem „od zawsze”… w słotę, spiekotę, zadymkę, gołoledź. W piątek po południu, w niedzielę tuż po obiedzie: kilka pieszych kilometrów wieńczyło długie kwadranse albo i godziny oczekiwania na zmiłowanie kierowcy-bliźniego-twego – nic dziwnego, iż dla osobników naznaczonych tym doświadczeniem szkoły średniej, pociąg pozostał uporczywą opcją całych studiów i dalej – aż po moment zakupu własnego 126p. (precyzyjny zarys historyczny awersji i preferencji (kolejowych versus drogowych) Rodzeństwa to materiał na oddzielną bajeczkę, a co najmniej – na banalny aforyzm).
Niepostrzeżenie gruźliczanka wyparowała z sądeckich i krakowskich saturatorów a awersje ewoluowały w kierunku zdumienia niezasłużonym luksusem: „zadzwoń gdy będziesz w J to po ciebie wyjadę”, albo: „będę czekał do skutku przy stacji kolejowej S w drodze z nabożeństw w Sz…” (aż B dojedzie tuż przed północą z krakowskich pień wielkosobotnich ze swoim chórem… lub też prosto z Monachium – na Wigilię… – przypomnijmy, iż 126p miały mało doskonałą instalację grzewczą, co się szczególnie dawało odczuć w trybie postojowym tego niezapomnianego bolidu.

I oto nadszedł – jeszcze bardziej niepostrzeżenie (jak pół strzału z dyliżansowego bata) koniec października 2009. Z półrocznym poślizgiem dożyliśmy tej pociechy, że Gród Kraka ma już nie tylko dwie trzecie obwodnicy, ale i autostradę w dwóch kierunkach. W tym 20 km w najbardziej nas interesującym – na wschód. Siedem do dziesięciu minut jazdy (choć nawierzchnia mocno niedoskonała); siedemdziesiąt kilometrów dzielące miasto od mitycznego centrum wszechświata nigdy nie było tak krótkie, jak w ostatnie „złote święta”: powrót pierwszego listopada pomiędzy szesnastą a siedemnastą** zakrawał wręcz na cud… – godzina z bardzo małym ogonkiem. Za kilkanaście miesięcy, gdy oddadzą odcinek ku Tarnowowi – marzenie dzieciństwa, czyli komunikacyjny cud modernizacyjny, ziści się całkowicie (choć nieco inaczej, niż w samo-wymyślonych baśniach). ;|

___
*Najstarsi (B ;/) dostawali najdalszy punkt startu, nawet gdy młodszy brat biegał już szybciej ;\ ; podobnie arbitralne były wyniki konkursów piosenkarskich – Sopotów i Kołobrzegów, Zielonych Gór i Opoli… na świeżo wylanym stropie garażu… ze skakanką w funkcji mikrofonu i publicznością wszystkich dorosłych, którzy mieli czas w jedną z wiecznie-pogodnych niedziel.

**Dokładnie w przewidywanej porze szczytu, dokładnie w czasie, gdy z cmentarzy wychodziły tysiące wiernych (nieszpory żałobne i różaniec za zmarłych) – zapchaliśmy się w dwa spore korki: w P.U. (gdzie przed południem złożyliśmy wizyty kurtuazyjne pradziadkom) i Jadownikach. (Na początku i u końca sześciokilometrowego skrótu przez Rogal i prehistoryczne grodzisko Bocheniec – ów skrót wymaga wdrapania się na sporą górkę z obłędnymi widokami Pogórza i Beskidu Wyspowego oraz ku Kotlinie Nadwiślańskiej ze Szczepanowem, Lasami Radłowskimi, itd.
Babcie i panie z sąsiedztwa wnosiły regularnie na tę górę kosze z setkami jaj i innymi wiktuałami – najkrótszą drogą pieszą na targ do Brzeska (jedyne 13-14 km w jedną stronę). Każda niosła dwa wielkie kosze. Czternasto-piętnastolatka walczyła już w kategorii seniorskiej. Trzeba było wyruszyć w środku nocy, nieważne, jak pracowity był poprzedni dzień. Babcie opowiadały cuda o „jeszcze twardszych” kobietach wcześniejszej generacji – egzotyka nie do objęcia zmysłami nawet dla pokolenia potrafiącego się jeszcze autentycznie zachwycić niepowtarzalnym, „ciągnikowym” warkotem nowego diesla wjeżdżającego off road (=„po strykowym”) pod dziadziowe bucze… – co dopiero dla później-urodzonych!)

Conrad przed zaśnięciem

6 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Stephen Spender podróżował po rozbitych Niemczech; jego żywe i ciekawe sprawozdanie ukazało się po niemiecku w „Neue Schweizer Rundschau”, budząc w nas lekką grozę swoim pełnym obrzydzenia opisem tragicznych wynurzeń pisarzy niemieckich w całej ich bezużytecznej rozlazłości i sentymentalnym zarozumialstwie – i nadto lekkie przerażenie wobec poczynań „emigracji wewnętrznej”. „W oczach Zachodu” mógł był się nazywać ów artykuł, podobnie jak arcydzieło Józefa Conrada, którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem: zacząłem od „Lorda Jima”, po czym nastąpiło „Zwycięstwo”, i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie, że jest u nas rzadka, lecz której nam po prostu b r a k.

Późna wiosna 1946; Thomas Mann, po wyjściu ze szpitala, zmaga się z rekonwalescencją i drugą częścią Faustusa… (Tomasz Mann, Jak powstał Doktor Faustus. Powieść o powieści. Przeł Maria Kurecka. Czytelnik 1960, s. 155.)

W Krakowie właśnie odbywają się Targi Książki. I Festiwal Conrada (w Anglii rokiem conradowskim był 2007 – czyli stulecie największego ferworu twórczego na pisarskim biurku Wielkiego Marynarza zauważono i tu i ówdzie).
Tej jesieni B poczytała całkiem sporo (w tym – Manna i Conrada właśnie). Przed zaśnięciem.. Czy drogą tej osmozy powstanie jakiś ekwiwalent Doktora Faustusa? – oto jest pytanie. ;/

Zobaczymy

2 listopad 2009 - autor: basiaacappella

If I die, I forgive you; if I recover, we shall see.

Porzekadło hiszpańskie, często cytowane w UK

Kronika wirtualnie-realna (9)

29 październik 2009 - autor: basiaacappella

Złota i plusze Teatru Słowackiego, kurtyna Siemiradzkiego podniesiona co prawda, ale jednak jest…
Trzygodzinny występ doborowych solistów oraz Europa Gallante pod dyrekcją Fabia Biondiego: w serii „Opera Rara” wysłuchaliśmy w ostatni piatek „Agrippiny” – opery Haendla, która podbiła z kretesem italską publiczność dokładnie trzysta sezonów temu.

Realowi Odpowiednicy Koneserów (PRed Szwarcman, Beata, Jerzy60) krzywili się nieco po pierwszym akcie: ach te matowości, niemrawości i inne niecharakterystyczności (jak dla ludzi Biondiego) – ale dobrze im tak; niech nie chodzą-jeżdżą tak często na „ważne”* koncerty… ;|
…B poczuła się podbita realizacją partii tytułowej (Ann Hallenberg, mezzo). I urodą wieczoru, rozpoczętego na Zwierzynieckiej, gdzieś na wysokości Banku Śląskiego, kontynuowanego kolacją w Chimerze, przejściem na plac Św. Ducha (Realowy Odpowiednik PAKa zatroszczył się o bilety już w lipcu), spacerem powrotnym na Dębniki i nocnymi rajdami po Krakowie: najpierw ku obchodzącemu jubileusz neogotyckiemu kościołowi św. Józefa w Rynku Podgórskim, potem na Kopiec Kościuszki, w którego okolicach szukano intensywnie najlepszych widoków w kierunku miasta… – o dziwo, oboje amatorzy śliskich, wertepiastych ścieżek dysponowali latarkami a noc była ciepła i ogólnie sprzyjająca.
O pierwszej czy drugiej am ogólnie sprzyjające są też krakowskie ulice (nie licząc tabunów imprezowiczów i legitymującej ich policji). Inicjator wieczoru (i Zapraszający) powrócił do krainy swojej pociągiem o wdzięcznej nazwie „Śnieżka”, B po przebudzeniu zobaczyła, że uparcie w-dwóch-trzecich-zielony zaokienny klon zazłocił się tej nocy pod kolor operowych wrażeń, pudełka czekoladek „szwajcarskiej tradycji” i papieru w jaki były opakowane wraz z kolejnymi kilkudziesięcioma godzinami złotej muzyki. Wtajemniczeni Koneserzy poprawią z pewnością na „czarnej”… ;/

___
*Kolega – naukowiec, chórzysta, meloman – powiedział do B podczas drugiej przerwy: „Widuję Redaktor Szwarcman chyba na wszystkich ważnych koncertach… – podziwiam!”. Co przekazano Zainteresowanej, nie pytając Opiniodawcy o pozwolenie, a teraz utrwala się dla potomności…

Zarozumiały ignorant

19 październik 2009 - autor: basiaacappella

Któż z literatów, któż z ludzi wykształconych, któż z mędrców nawet posiada w należytym komplecie te “podstawy wiedzy i nauki”? Czy nie jest tak, że biblioteki nasze przerosły naszą pojemność, że wszyscy jesteśmy mniej lub więcej ignorantami i że jedyne co nam pozostaje, to z najlepszą wolą posługiwać się tym zasobem wiedzy, jaki posiadamy. [...]
W szóstej klasie byłem członkiem Klubu Dyskusyjnego i przypominam sobie, że to były najbardziej mordercze zarzuty – tym bardziej mordercze, iż jak piłka były odsyłane z powrotem: — To nie ja, to ty jesteś zarozumiały ignorant!

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956. WL 1988, s. 33.

Urwiska a sprawa polska

7 październik 2009 - autor: basiaacappella

Polsko-górskich rocznic i okazji mieliśmy-mamy w tym roku zatrzęsienie!…
…stulecie lawinowej śmierci Karłowicza na stokach Małego Kościelca; powiązane z tym wydarzeniem stulecie powstania Pogotowia – TOPRu; siedemdziesięciolecie pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, dwudziestolecie katastrofy „krakowskiej” w okolicach Lho La (jedyny stamtąd ocalony zginął tego lata na tatrzańskiej Pośredniej Grani…)

Gdy nie bardzo wiadomo, jak się z tym wszystkim zmierzyć – wyjdźmy od tyleż miniaturowej co inspirującej i przez jakiś czas budzącej grozę, stupięćdziesięciometrowej południowej ściany Zamarłej Turni. A potem wyjdźmy na Zamarłą Turnię… - niekoniecznie i nie od razu drogą Bednarskiego, lecz nią też można…

Zamarła Turnia – klasyczny Żuławski jak zwykle nieoceniony!

Grecki ‘miś’

5 październik 2009 - autor: basiaacappella

Gdy wracałyśmy z Przyjaciółką z naszej wspólnej podróży życia – autostopu po Grecji, połączonego (tak się pomyślnie złożyło) z bardziej stacjonarnym jabłkobraniem; pobytu, który przedłużyłyśmy samowolnie ponad ważność voucherowych wiz w stosunku 10:35 dni – obawiałyśmy się nieco konfrontacji granicznej. Bo wyglądało to tak, że albo się płaciło sporo i dostawało w paszporcie pieczęć jakby mniejszą i mniej groźną, albo odmawiało się opłaty i wtedy wbijali wielkiego ‘misia’, który był de facto zakazem wjazdu do Hellady Przepięknej (Orea) na 5 lat. Czasem jednak urzędnicy bywali – wieść niosła – wyjątkowo zirytowani… i namolnie naciskali na uiszczenie opłaty.
Troszkę pognębili i nas, ale mężnie wytrwałyśmy i ogromne pieczęcie ‘przyozdobiły’ nasze dokumenty podróży. Trudno, pocieszałyśmy się, najwyżej włożymy po pomidorze w paszporty i jako zniszczone (przez przypadek) trzeba je będzie wymienić na nowe… a ta mniejsza pieczątka tak czy owak nie dawała gwarancji ponownego wjazdu…
Że nie ponowimy przyjazdu do tego cudnego kraju w okresie tak długim, jak cała II Wojna* – nie mieściło nam się w głowach.

Od tego momentu upłynie w październiku 2009 roku 20 lat. Każda z nas wymieniła paszport trzykrotnie. Żadna nie miała jeszcze okazji pojechać do kraju Homera i Miltiadesa po raz drugi…

___
*Okrągłą rocznicę jej wybuchu uczciłyśmy na samym Akropolis…

Mój komentarz umieszczony w Blogu Owczarka Podhalańskiego w styczniu 2009

W górach damą być

16 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

2009_0908Malenstwo0014(2)

Z archiwum PAKa

“Zapewne widziałaś okładkę Gór i damski strój na szczyty? Zdjęcie zrobiłem dzisiaj na dworcu” – napisał tydzień temu PAK*.
PAK to teoretyk, B to praktyczka… i zaprawdę, zaprawdę powiadam wam wielka jest szansa, iż bardzo wielu górskich publikacji po prostu nie widziała… Ostatnio albo i wcale. Nawet w internecie, choć to o wiele prostsze, niż węszenie po kioskach, księgarniach czy bibliotekach za wszystkimi teoretycznymi zwieńczeniami interesujących nas sfer aktywności. Mogłoby się wszak zdarzyć, że na działalność samą nie starczyłoby już energii i/lub czasu…

Jednak fotka “uderzyła metaforyczną celnością”. Bo ten ostatni wyjazd… W zasadzie każdy kolejny samochodowy… B już przestała pokpiwać w duchu z Bratowej, oceniającej służbowe auta małżonka pod kątem bagażników**. Bo jeśli jedna osoba z trudem się mieści w bagażniku pojazdu zarejestrowanego na pięć (i cóż, że najmniejszego spośród jako-tako nowoczesnych) – to dla 3-4 osobowej rodzinki iveco powinno być standardem…

Zatem: namiot, karimata, śpiwór, 3 poduszki (nie wszystko w minimalnych, nowoczesnych rozmiarach-objętościach – dla samochodu wszak nie robi różnicy), paczuszka z żywnością, wszelkie możliwe termosy na zimne i ciepłe (specyfika początku września)… I walizeczka pełna ciuchów… I biżuteria tudzież kosmetyki w sporym wyborze. I… o wstydzie! – trzy wieszaki do wewnątrz samochodu… 5 par butów, wliczając górskie…
W przypływie przedwyjazdowego otrzeźwienia z trzech wieszaków zrobił się jeden (dość obciążony). Dodać też należy, że pogoda planowała się zmienić a nawet załamać. I że po górskiej części nastąpić miał polski epizodzik towarzyski. Ale żeby brać nie tylko klapki z”rybią łuską” i baletki, ale nawet sandałki na 12-cm szpilce?! (nb, przydały się! ;/) -
- Jeszcze w połowie października ubiegłego roku B była zadowolona (w Chochołowskiej), że się jej – ascetce objętościowej*** – chciało wrzucić do pustawego plecaka piankowe sandały trekingowe.

Auto definitywnie psuje człowieka. Ale za to można się wieczorem przespacerować na koncert do kurortów typu Smokowiec czy Sztyrbskie Pleso. I cóż, że nieco powłócząc nogami – grunt że w perfumach Chanel i kreacji w odcieniu złota (dziewczyny lubią brąz… – ale wolą złoto).

Tylko ta literatura – niby wiele by można przyswoić podczas trzygodzinnej laby na stokach Krywania, Rysów czy Gierlachu. A tu człowiek albo robi notatki z tego, co mu produkuje dotleniony i szczęśliwy umysł, albo po raz nie-wiem-który czyta w przewodniku opis jakiejś możliwej do przedreptania trasy marzeń…

___
*ROI, Realowy Odpowiednik Internauty (© – Wiadomo_Kto ;|)
**najlepszy w historii był mondeo combi, najnowsza wersja w czasach tuż przed epoką aut służbowych w ich rodzinie
***Zob. choćby luźno wyglądający i naprawdę lekki plecak “weekendowy” na Rohatce - były tam wszystkie rzeczy pozwalające na cywilizowane 3-4 górskie dni