Tarnowskie rozśpiewania

20 listopad 2009 - autor: basiaacappella

W świętej Cecylii (22.11) jedni chcą widzieć patronkę muzyki chóralnej, inni wokalnej, inni śpiewu kościelnego, jeszcze inni całej muzyki, bez oddzielania sacrum od profanum nieprzekraczalnymi zasiekami. My oczywiście będziemy szczodrzy i liberalnie przyznamy jej maksymalny zakres protekcji (i tak nie przelicytuje Barbary – ta ma prawie wszystko, od architektów do artylerzystów)…

Jeśli są Państwo w stanie – odsłuchają sobie „z okazji” motet Musica Dei donum optimi Orlanda di Lasso (w wykonaniu The King’s Singers lub nie gorszym).
Alternatywnie – jakieś Laudate, Cantate czy Exultate.
Może być Exultate Deo Scarlattiego w wersji chóru chłopięco-męskiego Katedry Tarnowskiej, Pueri Cantores Tarnovienses. Jako licealiści-studenci, zwaliśmy ich poufale „Zajączkami” na cześć założyciela i szefa, Ks. Prof. Andrzeja Zająca. Bo właśnie wówczas, w 2 połowie lat osiemdziesiątych, Tato zaliczał u Profesora Z to i owo w ramach podyplomowego studium organistowskiego*, jakie postanowił dołożyć do swych „papierów”… Tuż przed pięćdziesiątką postanowił (może pozazdrościwszy dzieciom indeksów lub ich bliskiej perspektywy). Dzięki temu powstał (z popiołów utraconego dzieciństwa, czyli reaktywował się) zespół gregoriańsko – czterogłosowy: Organista pilnie potrzebował królików doświadczalnych dla swoich kompozycji ćwiczebnych, sprawdzania chórmistrzowskich dydaktyk, liturgi(sty)cznych stosowności, etc., etc.
Szef Pueri Cantores szybko stał się idolem i wyrocznią Studenta i jego bliskich. Kibicowaliśmy jego chórowi, przeżywającemu wówczas czas świetności, żartowaliśmy z niezaspokojonych snobistycznych ciągotek krewnych i znajomych z wojewódzkiego miasta, których męska progenitura nie przeszła przez przesłuchaniowe sito – w pewnym momencie wyglądało na to, iż wszystkie tarnowskie mamusie z ambicjami zapałały miłością do śpiewu chóralnego, jakbyśmy mieszkali w polu rażenia jakiegoś Winchester albo wręcz Westminster Abbey.

20 lat temu Ks. Zając uczynił dzień cecyliański pretekstem do zwołania do katedry zlotu chórów działających w diecezji. W Bochni istnieli już Pueri Cantores Sancti Nicolai**… I jeszcze kilka zespołów dostało gruby pakiet nut obowiązkowych tudzież prośbę o zaprezentowanie dwóch utworów własnych”. Znaleźliśmy się w tym gronie, wyuczyliśmy się pilnie, pojechaliśmy, zaśpiewaliśmy razem i osobno (w miarę czysto i równo*** a nawet z dynamiką i wyrazem); kolejne spotkania listopadowe (oraz styczniowe-kolędowe) też były pamiętne… – lecz pierwsze utkwiło najżywiej, prawie na równi z mszą papieską na tarnowskich „Falklandach”,1987 (do 1,500-osobowego chóru zaproszono dziewczyny naszej Grupy).

Źle utrwalona fotka występu w Katedrze przypomina, jakim kamieniem milowym w pokonywaniu tremy był dla niektórych śpiewaków ten występ (choć historię koncertów gościnnych mieliśmy obiektywnie sporą, subiektywnie zaś imponującą: się dogadać, zobowiązać, zjechać z kilku odległych miejsc, odświeżyć repertuar (zgłębiany głównie latem, w wakacje)… – nie jest to prosta sprawa dla młodych-zagonionych!)

Dzisiejszy Tarnów – jeszcze piękniejszy… modny, promowany, ‘roztaczający aurę’ (jako polski biegun ciepła – nie ma wyjścia ;D), tętniący młodością i życiem kulturalnym – „fokusuje” budowniczych autostrady, inwestorów, turystów.
…Wszelako od tamtych czasów B jakoś nie zajrzała na Plac Katedralny ani nawet do Centrum miasta nad Białą i Wątokiem… Z jednym wyjątkiem – wyprawy koncertowej krakowskiego chóru w ’92.
Poproszę jakiś zlot, śpiewanko, inny ważny iwent!…

___
*Przy tarnowskiej katedrze
**W ocenie przemądrzałych uczniów i studentów dobrych placówek, z kilkoma afiliacjami w znanych zespołach miasta królewskiego; lecz na tę okazję występujących w barwach „macierzystych”: nikomu nie znanej wiejskiej parafii (byliśmy jedynym nie-miejskim zespołem, jaki został zaproszony do przygotowania repertuaru na pierwszy zlot) – Bochnianie małpowali „Zajączki” w absolutnie wszystkim; nawet w strojach. Jednak zespół bocheński „też” ma spore osiągnięcia: podróżowe cv, nagrania i prestiżowe zaproszenia (np. na krakowskie Błonia z okazji I Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Filmowej); przez mój chór krakowski (a raczej nasz – wówczas śpiewał też starszy z Braci) przewinęli się dwaj jego chórzyści – dobrych parę lat dojeżdżali na próby aż z solnego miasta… z koleżanką, która wciąż śpiewa… i dojeżdża
***Ograna ”recenzja”: Hmmm, czysto to państwo tym razem nie zaśpiewali… za to równo… też nie. (Wersja pisana niweczy 90% efektu).

Historia

18 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Zakonnik patronem placu
Bezimienny do tej pory plac położony przed kościołem św. Idziego, między ulicami Grodzką a św. Idziego, będzie nosił nazwę placu im. ojca Adama Studzińskiego. W uzasadnieniu do uchwały radni piszą: „Ojciec Adam Studziński – generał brygady Wojska Polskiego, harcmistrz, harcerz Rzeczypospolitej, kawaler orderu Virtuti Militari i Orderu Orła Białego, wielki opiekun polskich żołnierzy, weteranów, rodzin katyńskich, harcerzy, Honorowy Obywatel Miasta Krakowa, zmarł 2 kwietnia 2008. Wolą wielu mieszkańców Krakowa, wolą wielu przedstawicieli samorządu było właściwe uhonorowanie pamięci tego Wielkiego Krakowianina. Najlepszym sposobem takiego uhonorowania będzie nazwanie Jego imieniem miejsca z Nim związanego. Wniosek w tej sprawie podpisało 37 radnych, co dobitnie świadczy o poparciu”.
Ojciec Adam Studziński przez lata opiekował się kościołem św. Idziego, to dzięki jego wysiłkowi kościół ten był remontowany. Ojciec Adam Studziński był dla wielu krakowian uosobieniem patrioty i wielkiego Polaka. Proponowany termin nazwania placu jego imieniem – 11 listopada – będzie więc wielce symboliczny.

(Kraków.Pl – bezpłatny dwutygodnik miejski, 14 października 2009, s.17)

A było-bywało to zaledwie przedwczoraj (albo – jak kto woli – ca ćwierć wieku temu ;/): ilekroć zostawało się w mieście na weekend – w niedzielny poranek człowiek biegł (z wytęsknieniem) przez puste miasto do kościółka Św. Idziego na harcerską „Dziewiątkę”. Niektórzy mieli dylemat typu „osiołkowi w żłobie dano” – o tej samej porze u Dominikanów, w macierzystym klasztorze Ojca Pułkownika, odprawiano najbardziej atrakcyjną (kaznodziejsko i towarzysko) mszę studencką. Lecz do korzystania z gościnnych dominikańskich przestrzeni i wydarzeń harcerze mieli wszak nieskrępowany dostęp o wszelkich innych porach… Jakżeby nie – z TAKIM protektorem!…)
…I te zdumione pytania starszych, zasiedziałych Krakusów (gdy zakonnik szeroko i łagodnie oduśmiechnął się w reakcji na pozdrowienie, albo i zagadnął*): „Jakim cudem i tytułem ty (w domyśle – ‘małolacie’) jesteś na takiej stopie z bohaterem spod Monte Cassino?!…”
W upalne lipcowe południe 1988, podczas chóralnej wyprawy do Włoch, inny Weteran II Korpusu zaprowadził nas do kluczowych punktów bitwy o słynny masyw, opowiadając m.in. o kilku wyczynach żołnierskich i kapłańskich Adama Studzińskiego**. Poczułam, poczuliśmy wszyscy, że ocieramy się o Historię przez bardzo duże „H”. Tydzień temu, w ciemne i dżdżyste Święto Niepodległości, postawiono w tej kwestii kropkę nad i. U stóp Wawelu…

___
*…co miało miejsce najczęściej na Grodzkiej, którędy przemieszczał się pomiędzy kościołem Św. Idziego a klasztorem na Dominikańskiej, gdzie mieszkał.
**Por. jedną z (trzech) wersji monumentalnego dzieła Melchiora Wańkowicza…
***A poza wszystkim – „nasi ludzie” (czyli harcerze z dobrych drużyn, w tym co najmniej dwóch z mojej własnej) są od 19 lat „dość” prominentnymi postaciami w Radzie Miasta. – Niewtajemniczeni mogliby nie wpaść na pomysł nadania pewnego imienia pewnemu niepozornemu placykowi u wylotu Grodzkiej…

Inwestorzy (*)

13 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Ulica Centralna – to brzmi dumnie i obiecująco, nieprawdaż? Jednak centralność krakowskiej Centralnej jest nieco problematyczna: owa kameralna arteria łączy co prawda przemysłowe tereny elekrociepłowni Łęg z brzegiem mieszkaniowej Nowej Huty i bywa kluczowa do „kontynuowania dalej” bądź oblania egzaminu na prawo jazdy (test zaczyna się w MORD* na niedalekiej Koszykarskiej i wiedzie najczęściej do Huty, gdzie są mniejsze korki, zatem egzaminowany może się wykazać)… Ale poza tym – za…uroczy…sty zakątek i tyle.

Nieco więcej, niż tyle. Od kilku lat przy Centralnej odbywają się na przykład Krakowskie Targi Książki – największa tego typu impreza w Polsce (mogąca się równać tylko z warszawską… międzynarodową, posiadającą kilkudziesięcioletnią tradycję, dogodny termin).

Namiot targów** jest dość przestronny i nawet wygodny. Pod identycznymi odbywają się cyklicznie choćby Chelsea Flower Shows czy London Fashion Weeks… Ale ich zaletą jest autentycznie-centralna, tradycyjna i super-atrakcyjna lokalizacja (odpowiednio: ogrody Chelsea Hospital i Natural History Museum – nie jakieś Leytonstone czy Harrow!) Westchnienia ambitnych krakowian idą więc od lat w tym samym kierunku: chcemy i to szybko centra kongresowo-konferencyjne, hale sportowe i koncertowe, powierzchnie wystawiennicze z prawdziwego zdarzenia…

Coś-tam się ostatnio kręci w pożądanym kierunku, a będzie wręcz niebiańsko tuż po roku 2012, gdy przy Centralnej otworzy swe podwoje magistrackie Centrum Obsługi Inwestora. Celem COI jest*** „zlokalizowanie w jednym miejscu wydziałów Urzędu Miasta uczestniczących w szeroko pojętym procesie inwestycyjnym” (Architektura, Urbanistyka, Geodezja, Infrastruktura Miasta, Kształtowanie Środowiska, Planowanie Przestrzenne, Skarb Miasta, Strategia i Rozwój), z podziemnym parkingiem na minimum 400 stanowisk, salami konferencyjnymi, itd. Jednak miasto aktualnie… nie ma pieniędzy na tę inwestorską inwestycję (o powierzchni 18,000 m2, projektu Claudio Nordiego, koszt – drobnych 200 mln PLN). Mimo zamiaru zbycia kilku obecnie użytkowanych nieruchomości****, Kraków musi się więc uciec do „partnerstwa publiczno-prywatnego”. Tym bardziej musi, że ma i inne „drobiazgi inwestycyjne”: dwa stadiony (Wisły, gdzie koszty rosną niepokojąco, i Cracovii); halę sportową w Czyżynach; Centrum Kongresowe, Centrum Sztuki Współczesnej*****… i coś tam jeszcze – spamiętać nie sposób.
Obrazu dopełniają budowy i remonty dróg – za rogatkami i wewnątrz (najbardziej będzie doskwierać rozpoczynająca się „kompleksowa modernizacja” Ronda Ofiar Katynia – u północno-zachodniego wylotu z miasta, z niewielkimi możliwościami objazdów).

Wróćmy do realności czyli namiotu Targów Książki na Centralnej. Kilkuset wydawców-wystawców dwoi się i troi. Czytelnicy oblegają i kupują nie bacząc na kryzys. A ja widzę wokoło jeszcze innych inwestorów. Na przykład tych – jak choćby poznani osobiście w niedzielę PP Adamczewscy – którzy swój styl życia, szyk i urok osobisty, wiedzę, doświadczenie, całą osobowość, proponują a niekiedy uwodzicielsko narzucają rówieśnym i młodszym, bliskim i przelotnie spotkanym. Kapitał ogromny, szczodrość i rozmach biznesplanów nieraz onieśmiela… – beneficjentom pozostaje nie zapomnieć o rozszerzonej definicji stóp zwrotu…

___
*Nic groźnego, naprawdę ;| – to tylko Małopolski Ośrodek Ruchu Drogowego.
**Różnych targów. Treść biletu wstępu to po prostu: „Targi w Krakowie”.
***”Dziennik Polski, 9 listopada 2009, s.B3.
****np. Wielopole 17a, Kasprowicza 29, Grunwaldzka 8.
***** Podwawelskim tematem ostatnich dni jest pomysł zainstalowania na budowach Centrum Sztuki Współczesnej i obu stadionów kamer… Bezpośredni obraz postępu prac będzie można zobaczyć na portalu Magiczny Kraków…

“Czegóż potrzeba strzelcowi…

10 listopad 2009 - autor: basiaacappella

…do zestrzelenia cietrzewia drzemiącego w dżdżysty dzień na strzelistym drzewie?”

Gdyby jakiemuś chórmistrzowi, treserowi dziennikarskiej młodzi lub innemu maniakowi dykcji mało było królów Karolów kupujących w Szczebrzeszynie królowej Karolinie korale koloru koralowego… i cóż, że ze Szwecji?… – krakowska Biblioteka Polskiej Piosenki podrzuca mu mniej znane a równie efektowne łamańce. Więcej – inicjuje szukanie i wymyślanie kolejnych, do czego zachęca wiernych fanów bardzo w porę: święta narodowe to czas największej popularności formacji… I cóż, że… „Kampania na rzecz czystości brzmienia języka ojczystego” brzmi nieco pretensjonalnie*, skoro patronują jej dwa uniwersytety, zacne ciała, rozgłośnie?

Finał akcji – XXXV Lekcja Śpiewania odbędzie się 11 listopada 2009 o(d) 17:00 na Rynku Najgłówniejszym… Podobno tym razem wydrukowano aż 4,500 śpiewników; B nigdy dotąd się nie załapała na egzemplarz sponsorowany przez Prezydenta (Miasta), co jej specjalnie nie smuciło, bo te kilkaset pieśni i piosenek ojczystych zna się przecież na pamięć. Zawalczenie o tę sympatyczną pamiątkę (i cóż, że łokciami) w tym roku też odpada – z powodu ogromu wokalnych zobowiązań własnych listopadowe wydzieranie się na wolnym powietrzu jest absolutnie wykluczone. O wolności, hej strzelcach wraz i siadaj na koń bolszewika goń pośpiewamy więc z radiem. Murmurando_z_niewątpliwie_nienaganną_dykcją – żeby nie było, żeśmy zbojkotowali w święto narodowe kampanię na rzecz czystości brzmienia**

(Skorzystano z wczorajszych doniesień Dziennika Polskiego – nb największej gazety lokalnej nad Wisłą)

____
*dla B – bardzo pretensjonalnie…
** prowadzimy ją wszak ostatnio intensywnie w co drugi wieczór – (a na luzy i zwolnienia póki co się nie zanosi ;D)

Mało-polskie drogi, bardzo-polskie drogi. I przyśpieszenia…

9 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Dawno, dawno temu wszystkie niedziele były słonecznie-świetliste, zapach upominków oszałamiał niczym narkotyk a chwile oczekiwania na wspólne wyświetlanie bajek lub seans konkursowego ich wymyślania do tej pory promieniują adrenaliną i ekscytacją. (Podobnie, jak niepewność, jak też porażająco niesprawiedliwe będą dołki startowe, ustalone arbitralnie-nieodwołalnie przez Tatę na potrzeby wyścigów rodzinno-sąsiedzkich*)…
Dawno, dawno temu Rodzeństwo M wyobrażało sobie – pół-baśniowo (konkursowo!), pół-wyczekująco – że szczęście świetlanej nowoczesności ziści się, gdy do ich rodzinnej miejscowości „dojedzie pociąg”.

Wiek pary i elektryczności… Oraz mit elektryfikacji wsi – Wieszczony i sławiony tak przez funkcjonariuszy ówczesnej władzy, jak i przez społeczników przedwojennej tradycji (a tego chowu byli przodkowie z obu stron) – odszedł jak sen jaki złoty na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy tłoczenie się w opóźnionych, zimnych, brudnych, hałaśliwych pociągach i łokciowanie do przesiadkowych autobusów ustąpiło wyczekiwaniu „na stopa/okazję” w upatrzonych punktach wylotowych miasta stołeczno-królewskiego.
Z miasta posiadającego drugi co do wielkości rynek średniowieczny dojeżdżano do domu rodzinnego stopem „od zawsze”… w słotę, spiekotę, zadymkę, gołoledź. W piątek po południu, w niedzielę tuż po obiedzie: kilka pieszych kilometrów wieńczyło długie kwadranse albo i godziny oczekiwania na zmiłowanie kierowcy-bliźniego-twego – nic dziwnego, iż dla osobników naznaczonych tym doświadczeniem szkoły średniej, pociąg pozostał uporczywą opcją całych studiów i dalej – aż po moment zakupu własnego 126p. (precyzyjny zarys historyczny awersji i preferencji (kolejowych versus drogowych) Rodzeństwa to materiał na oddzielną bajeczkę, a co najmniej – na banalny aforyzm).
Niepostrzeżenie gruźliczanka wyparowała z sądeckich i krakowskich saturatorów a awersje ewoluowały w kierunku zdumienia niezasłużonym luksusem: „zadzwoń gdy będziesz w J to po ciebie wyjadę”, albo: „będę czekał do skutku przy stacji kolejowej S w drodze z nabożeństw w Sz…” (aż B dojedzie tuż przed północą z krakowskich pień wielkosobotnich ze swoim chórem… lub też prosto z Monachium – na Wigilię… – przypomnijmy, iż 126p miały mało doskonałą instalację grzewczą, co się szczególnie dawało odczuć w trybie postojowym tego niezapomnianego bolidu.

I oto nadszedł – jeszcze bardziej niepostrzeżenie (jak pół strzału z dyliżansowego bata) koniec października 2009. Z półrocznym poślizgiem dożyliśmy tej pociechy, że Gród Kraka ma już nie tylko dwie trzecie obwodnicy, ale i autostradę w dwóch kierunkach. W tym 20 km w najbardziej nas interesującym – na wschód. Siedem do dziesięciu minut jazdy (choć nawierzchnia mocno niedoskonała); siedemdziesiąt kilometrów dzielące miasto od mitycznego centrum wszechświata nigdy nie było tak krótkie, jak w ostatnie „złote święta”: powrót pierwszego listopada pomiędzy szesnastą a siedemnastą** zakrawał wręcz na cud… – godzina z bardzo małym ogonkiem. Za kilkanaście miesięcy, gdy oddadzą odcinek ku Tarnowowi – marzenie dzieciństwa, czyli komunikacyjny cud modernizacyjny, ziści się całkowicie (choć nieco inaczej, niż w samo-wymyślonych baśniach). ;|

___
*Najstarsi (B ;/) dostawali najdalszy punkt startu, nawet gdy młodszy brat biegał już szybciej ;\ ; podobnie arbitralne były wyniki konkursów piosenkarskich – Sopotów i Kołobrzegów, Zielonych Gór i Opoli… na świeżo wylanym stropie garażu… ze skakanką w funkcji mikrofonu i publicznością wszystkich dorosłych, którzy mieli czas w jedną z wiecznie-pogodnych niedziel.

**Dokładnie w przewidywanej porze szczytu, dokładnie w czasie, gdy z cmentarzy wychodziły tysiące wiernych (nieszpory żałobne i różaniec za zmarłych) – zapchaliśmy się w dwa spore korki: w P.U. (gdzie przed południem złożyliśmy wizyty kurtuazyjne pradziadkom) i Jadownikach. (Na początku i u końca sześciokilometrowego skrótu przez Rogal i prehistoryczne grodzisko Bocheniec – ów skrót wymaga wdrapania się na sporą górkę z obłędnymi widokami Pogórza i Beskidu Wyspowego oraz ku Kotlinie Nadwiślańskiej ze Szczepanowem, Lasami Radłowskimi, itd.
Babcie i panie z sąsiedztwa wnosiły regularnie na tę górę kosze z setkami jaj i innymi wiktuałami – najkrótszą drogą pieszą na targ do Brzeska (jedyne 13-14 km w jedną stronę). Każda niosła dwa wielkie kosze. Czternasto-piętnastolatka walczyła już w kategorii seniorskiej. Trzeba było wyruszyć w środku nocy, nieważne, jak pracowity był poprzedni dzień. Babcie opowiadały cuda o „jeszcze twardszych” kobietach wcześniejszej generacji – egzotyka nie do objęcia zmysłami nawet dla pokolenia potrafiącego się jeszcze autentycznie zachwycić niepowtarzalnym, „ciągnikowym” warkotem nowego diesla wjeżdżającego off road (=„po strykowym”) pod dziadziowe bucze… – co dopiero dla później-urodzonych!)

Conrad przed zaśnięciem

6 listopad 2009 - autor: basiaacappella

Stephen Spender podróżował po rozbitych Niemczech; jego żywe i ciekawe sprawozdanie ukazało się po niemiecku w „Neue Schweizer Rundschau”, budząc w nas lekką grozę swoim pełnym obrzydzenia opisem tragicznych wynurzeń pisarzy niemieckich w całej ich bezużytecznej rozlazłości i sentymentalnym zarozumialstwie – i nadto lekkie przerażenie wobec poczynań „emigracji wewnętrznej”. „W oczach Zachodu” mógł był się nazywać ów artykuł, podobnie jak arcydzieło Józefa Conrada, którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem: zacząłem od „Lorda Jima”, po czym nastąpiło „Zwycięstwo”, i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie, że jest u nas rzadka, lecz której nam po prostu b r a k.

Późna wiosna 1946; Thomas Mann, po wyjściu ze szpitala, zmaga się z rekonwalescencją i drugą częścią Faustusa… (Tomasz Mann, Jak powstał Doktor Faustus. Powieść o powieści. Przeł Maria Kurecka. Czytelnik 1960, s. 155.)

W Krakowie właśnie odbywają się Targi Książki. I Festiwal Conrada (w Anglii rokiem conradowskim był 2007 – czyli stulecie największego ferworu twórczego na pisarskim biurku Wielkiego Marynarza zauważono i tu i ówdzie).
Tej jesieni B poczytała całkiem sporo (w tym – Manna i Conrada właśnie). Przed zaśnięciem.. Czy drogą tej osmozy powstanie jakiś ekwiwalent Doktora Faustusa? – oto jest pytanie. ;/

Zobaczymy

2 listopad 2009 - autor: basiaacappella

If I die, I forgive you; if I recover, we shall see.

Porzekadło hiszpańskie, często cytowane w UK

Kronika wirtualnie-realna (9)

29 październik 2009 - autor: basiaacappella

Złota i plusze Teatru Słowackiego, kurtyna Siemiradzkiego podniesiona co prawda, ale jednak jest…
Trzygodzinny występ doborowych solistów oraz Europa Galante pod dyrekcją Fabia Biondiego: w serii „Opera Rara” wysłuchaliśmy w ostatni piatek „Agrippiny” – opery Haendla, która podbiła z kretesem italską publiczność dokładnie trzysta sezonów temu.

Realowi Odpowiednicy Koneserów (PRed Szwarcman, Beata, Jerzy60) krzywili się nieco po pierwszym akcie: ach te matowości, niemrawości i inne niecharakterystyczności (jak dla ludzi Biondiego) – ale dobrze im tak; niech nie chodzą-jeżdżą tak często na „ważne”* koncerty… ;|
…B poczuła się podbita realizacją partii tytułowej (Ann Hallenberg, mezzo). I urodą wieczoru, rozpoczętego na Zwierzynieckiej, gdzieś na wysokości Banku Śląskiego, kontynuowanego kolacją w Chimerze, przejściem na plac Św. Ducha (Realowy Odpowiednik PAKa zatroszczył się o bilety już w lipcu), spacerem powrotnym na Dębniki i nocnymi rajdami po Krakowie: najpierw ku obchodzącemu jubileusz neogotyckiemu kościołowi św. Józefa w Rynku Podgórskim, potem na Kopiec Kościuszki, w którego okolicach szukano intensywnie najlepszych widoków w kierunku miasta… – o dziwo, oboje amatorzy śliskich, wertepiastych ścieżek dysponowali latarkami a noc była ciepła i ogólnie sprzyjająca.
O pierwszej czy drugiej am ogólnie sprzyjające są też krakowskie ulice (nie licząc tabunów imprezowiczów i legitymującej ich policji). Inicjator wieczoru (i Zapraszający) powrócił do krainy swojej pociągiem o wdzięcznej nazwie „Śnieżka”, B po przebudzeniu zobaczyła, że uparcie w-dwóch-trzecich-zielony zaokienny klon zazłocił się tej nocy pod kolor operowych wrażeń, pudełka czekoladek „szwajcarskiej tradycji” i papieru w jaki były opakowane wraz z kolejnymi kilkudziesięcioma godzinami złotej muzyki. Wtajemniczeni Koneserzy poprawią z pewnością na „czarnej”… ;/

___
*Kolega – naukowiec, chórzysta, meloman – powiedział do B podczas drugiej przerwy: „Widuję Redaktor Szwarcman chyba na wszystkich ważnych koncertach… – podziwiam!”. Co przekazano Zainteresowanej, nie pytając Opiniodawcy o pozwolenie, a teraz utrwala się dla potomności…

Zarozumiały ignorant

19 październik 2009 - autor: basiaacappella

Któż z literatów, któż z ludzi wykształconych, któż z mędrców nawet posiada w należytym komplecie te “podstawy wiedzy i nauki”? Czy nie jest tak, że biblioteki nasze przerosły naszą pojemność, że wszyscy jesteśmy mniej lub więcej ignorantami i że jedyne co nam pozostaje, to z najlepszą wolą posługiwać się tym zasobem wiedzy, jaki posiadamy. [...]
W szóstej klasie byłem członkiem Klubu Dyskusyjnego i przypominam sobie, że to były najbardziej mordercze zarzuty – tym bardziej mordercze, iż jak piłka były odsyłane z powrotem: — To nie ja, to ty jesteś zarozumiały ignorant!

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956. WL 1988, s. 33.

Urwiska a sprawa polska

7 październik 2009 - autor: basiaacappella

Polsko-górskich rocznic i okazji mieliśmy-mamy w tym roku zatrzęsienie!…
…stulecie lawinowej śmierci Karłowicza na stokach Małego Kościelca; powiązane z tym wydarzeniem stulecie powstania Pogotowia – TOPRu; siedemdziesięciolecie pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, dwudziestolecie katastrofy „krakowskiej” w okolicach Lho La (jedyny stamtąd ocalony zginął tego lata na tatrzańskiej Pośredniej Grani…)

Gdy nie bardzo wiadomo, jak się z tym wszystkim zmierzyć – wyjdźmy od tyleż miniaturowej co inspirującej i przez jakiś czas budzącej grozę, stupięćdziesięciometrowej południowej ściany Zamarłej Turni. A potem wyjdźmy na Zamarłą Turnię… - niekoniecznie i nie od razu drogą Bednarskiego, lecz nią też można…

Zamarła Turnia – klasyczny Żuławski jak zwykle nieoceniony!