Do pracy, Rodacy!

Wpis gościnny. Autor: Pak4

Weźmy taki rok 1918, było nie było, 100 lat temu. I weźmy taką kolej.

Obserwując budowę autostrad, przetargi na konkretne odcinki, dyskusje o tym, czy to jeszcze schemat połączeń i plan z czasów Gierka, czy Piasta, albo, co gorsza, płacąc za A4 między Katowicami i Krakowem (czy kto tam jeździ po A2, czy inaczej…) prywatnej spółce, trudno nam może być zrozumieć, jak budowano „autostrady” z wcześniejszego stulecia, czyli jak w naszą ziemię wrastała kolej żelazna.

A było trochę jak z autostradami, a trochę inaczej. Trochę jak, bo też było to połączenie wysiłków państwowych i prywatnych. Ale trochę inaczej, bo tym państwowym nie szło o „dobro obywateli”, o to by dojechać sobie „Autostradą Solidarności” nad morze, ani o to, by towar z miejsca A przejechał do miejsca B. Państwowym wysiłkom szło o to, by szybko przerzucić wojsko z punktu zbiorczego na front.

W efekcie linie kolejowe wyglądały jak macki wyciągnięte ze stolicy w kierunku granic i nie przejmujące się powiązaniami gospodarczymi. Najbardziej znane jest to w wykonaniu rosyjskim, czemu towarzyszy narzekanie na nieeuropejską kulturę, bo stacje kolejowe i tory mijały często miasta szerokimi łukami (w końcu miasta w transporcie na front przeszkadzają). Ale i inni mieli tak samo — przecież cały słynny plan Schlieffena był oparty na tym, że niemieccy żołnierze po szybkim pokonaniu Francji, przejadą świetnymi niemieckimi kolejami na wschód i pokonają szybko Rosję, zanim ta ściągnie żołnierzy swoimi gorszymi kolejami przez swoje większe terytorium*… Niemcy więc dopłacali do nieefektywnych gospodarczo kolei, by mieć w zanadrzu potęgę, którą zadają ciosy sąsiadom.

Inni robili tak samo. Owszem, bywały linie komercyjne, ale zwykle te drugorzędne, a często wręcz wąskotorowe.

I przychodzi ten rok 1918 i co mają Rodacy zrobić, skoro linie kolejowe kończą się u progu dawnych granic i wciąż nimi najłatwiej dojechać z jednym miejsc do Moskwy, z innych do Berlina, a jeszcze innych do Wiednia, względnie Koszyc i Budapesztu… Niby jest to połączenie, kolej Warszawsko-Wiedeńska, z połączeniami na dzisiejszym pograniczu Małopolski i Śląska w obie strony (na Kraków i Górny Śląsk), ale… mało tego**…

Polska rodzi się wśród bólu wojny. Mamy taką legendę „dobrej wojny”, wojny gdy bili się inni, a Polska dostała w prezencie niepodległość i się pięknie odrodziła. Ale przecież ci „inni”, to często Polacy***, przez Polskę przechodzi front, niosąc zniszczenie, głód, choroby… Polska się odradzała całe dwudziestolecie międzywojenne i tylko ledwo, ledwo zdołała to zrobić.

Wojna miała jedna swoje malutkie plusiki. Dobudowała linie kolejowe, które szły na posuwający się na wschód front. A inne przystosowała do rozmiarów europejskich torów. Troszeczkę więc już Niemcy nam kraj zjednoczyli, gdy przyszedł ten 1918… Wojna pozostawiła też po sobie porozrzucane zabawki — tabor kolejowy, który trzeba było „tylko” zinwentaryzować (choć to mogło przyprawić o ból głowy…) i używać.

Ale i tak, mimo paru niespodziewanych prezentów od wojny, pracy do zrobienia było bardzo dużo. Trzy różne typy taborów, linie kolejowe biegnące tam, gdzie kiedyś podróżowali żołnierze i towary, a co teraz zamknęła granica. Co więcej — trzy różne rodzaje sygnalizacji, bo niemieckie „stop” wyglądało inaczej niż rosyjskie, czy austriackie… Jak się w tym wyznać, jak sobie z tym poradzić?

Wyznano się. I zbudowało się. Może też potrzeba była matką dobrych kompromisów? Rozwiązań przejściowych? W 1921 roku, już, udało się zrobić „kolejową A2”, tj. połączyć koleją Warszawę z Poznaniem (odcinek Kutno-Strzałków), w 1922 połączono Hel z Puckiem (znowu ta armia i jej potrzeby), potem kolejne linie.

Potem była II wojna. I odbudowa. I przebudowa. I dostosowywanie do ekonomii. Wciąż jednak widać w schemacie linii kolejowych zabory.

____________
*) Poniekąd Niemcy przegrały tę wojnę, bo koleje rosyjskie były lepsze niż się im zdawało…
**) Można powiedzieć, że tacy Czesi ze Słowakami też mieli kiepsko. Niby tylko jedna granica, ale żeby z Pragi dało się do Bratysławy dostać drogą wodną, trzeba się po drodze wydostać na Morze Północne (Kisch mi świadkiem), a żeby dostać się koleją to trzeba podbić Śląsk Cieszyński…
***) Polaków-żołnierzy zginęło więcej w I wojnie światowej niż w II. Z cywilami było odwrotnie, ale gdyby mówić o zniszczeniach przez przechodzący front… trudno mi powiedzieć.

Reklamy

Komentarzy 18 to “Do pracy, Rodacy!”

  1. basia Says:

    W swojej słynnej książce* Marcin Kącki wspomina też o braku kolejarzy (i innych fachmanów tego typu) gdy po pierwszej wojnie wyjechali Niemcy: zaborca dbał bardzo o obsadzanie „pewnymi” ludźmi nawet takich – mniej „świecznikowych” – posad. — Gdy zbyt wielu Polaków uzyskiwało kwalifikacje – przesiedlał ich w głąb państwa.

    (Do Wielkopolski musiano sprowadzić kadry wielu specjalności, nie tylko kolejnictwa. Co stało się powodem zadrażnień na długie lata)

    ______
    *Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu. Czarne 2017.
    https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/poznan

  2. pak4 Says:

    Na Śląsku też były podobne zadrażnienia, bo generalnie sprowadzano ludzi do lepiej płatnych prac… A znam nie z książki, tylko z drugiej ręki…

  3. pak4 Says:

    Może powinienem poczekać na poniedziałek, ale niech będzie…

  4. basia Says:

    Pracujemy, pracujemy… bez zachęt…

    …No cheba zeby sarlotka… 😆

  5. to ja Says:

    dzieki za ten kawałek, dzieki za zaduszkowe zdjecia

    mam nadz ze temat balkanski wroci jeszcze
    czekam z wytesknieniem bo zimno tu gdziem jestem

  6. pak4 Says:

    @to ja:
    Bałkany… ja nie chcę straszyć, ale temat wróci 🙂

  7. pak4 Says:

    PS.
    Nie chcę straszyć, bo właśnie jestem po lekturze dwóch książek o zbrodniach na Bałkanach… Brrr…

  8. basia Says:

    A ja jestem – świeżusieńko, bo rano, przed udaniem się do lokalu w. – po lekturze książki o Turowiczu „Gen ryzyka w sobie miał”*…
    I tam Ochojska wspomina o wysyłaniu/wyruszaniu pierwszego konwoju PAH – do Sarajewa…

    Tak się zresztą zastanawiam, czy do każdej takiej elementarnej informacji kulturowej należy już powoli dodawać przypis: PAH powstała… Sarajewo było oblężone w… przez czas…

    Niby bystrzy młodzi (bardzo młodzi;) ) nie mają prawa, ba, nie mają obowiązku… ba, lepiej, żeby nie pamiętali… Ale…
    Na szczęście jest Google i wszelkie szybko naprowadzające maszynki.

    W lokalu w. byłam pierwsza. Dawniej daliby (ponoć) kwiatki. Teraz pusta urna niby-szklana. Brrrrrr…

    🙂 🙂

    _____
    * http://lubimyczytac.pl/ksiazka/130771/gen-ryzyka-w-sobie-mial

  9. pak4 Says:

    PS.2.
    Dla spragnionych — piętrowy cytat z wcześniejszej lektury:

    A mimo to Lyall szczerze obstawał przy twierdzeniu, że dla obcokrajowca Bałkany nie są bardziej niebezpieczne od innych miejsc na ziemi:

    „Miejscowi strzelają tylko do przyjaciół i znajomych, rzadko wtrącają się w sprawy obcych. W Paryżu lub Chicago zabiją człowieka, ponieważ może mieć pieniądze w kieszeni na coś do wypicia, a na Bałkanach zabija się z chęci czynienia dobra, na przykład z powodu różnic w poglądach politycznych, czy dlatego że czyjś stryjeczny dziadek zastrzelił kiedyś czyjegoś kuzyna, albo tez z jakiegoś równie ważnego powodu. Gdyby przyszła komuś ochota pospacerować po jednym z bałkańskich miast o trzeciej nad ranem, ryzyko dostania w głowę jest tak niewielkie, że nie warto tłumić tego pragnienia.”

    Ten komentarz Lyalla pochodzi z fragmentu o Albanii, gdzie bardzo mu się podobało, pomimo ostrzeżeń przed tym „strasznym krajem”, jakich udzielił mu perski prezbiterianin towarzyszący mu przez pewien czas w Atenach. Dziwnie słucha się śmiesznych wyrzekań Persa, czyli uprzedzeń Wschodu, a nie jak zazwyczaj — Zachodu. W ujęciu zachodnim standardowym przewinieniem Bałkanów jest nadmierne wykazywanie cech wschodnich; a w hierarchii cywilizowanego mieszkańca Wschodu pejoratywnym odniesieniem jest Afryka:

    „Po cóż kce pan jechać do Albanii, dhogi panie? Nie ma tam nic do oglondania, tylko czahne kamienie. I nie ma domów, tylko małe twiehdze ze szphami i otwohami, z któhych wystajom kahabiny, a to siedzom Albańczycy i robiom pah-pah-pah. Gorzej niż na Dzikim Zachodzie: Kentucky! Tennessee! To som wobec Albanii siehoty! Siehoty! Dzieci! Tam jest Timbuktu, dhogi panie, sam środek Timbuktu. Niech pan obieca, że pan nie pojedzie do Albanii. Szkoda. Pan taki młody […]. Powiem tylko tyle, dhogi panie, Bóg stworzył Albańczyków po kłótni z teściową.”

    Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Magdalena Budzińska, Jan Dzierzgowski i Piotr Szymor, Czarne, 2014

    Cytaty z Archibald Lyall, The Balkan Road, London, 1930

  10. basia Says:

    Dzięki! Smakowite… Ale ja bym to wrzuciła pod naszą ekspres-Albanię… 🙂

  11. pak4 Says:

    Hm… Tylko My 🙂
    Wszyscy czytają przez szkła, w ten ponurawy poranek?

  12. to ja Says:

    my czytamy

    Wy piszecie

    podzial pracy jest

    hej do pracy rodacy

    jej

  13. pak4 Says:

    @to ja:
    Ja mogę pisać, jeśli tylko klawiatura działa. Ale ktoś jeszcze, po drodze, musi robić kontrolę jakości. Bo z częstego pisania nic dobrego nie wynika…

  14. basia Says:

    😀 😀 … 😎

  15. Wiedzmin Says:

    Pak4, i znowu mega ciekawe informacje.

    Jeżeli już zeszło na Wielkopolskę, mnie zawsze frapowało pewne poczucie wyższości tamtych Polaków. W zasadzie wstydzili się germańskiego buta, ale jak już przyszło do czego, to chełpienie się drylem i porządkiem, od buta właśnie otrzymanymi nie należało do rzadkości, wciąż nie należy. 😉

    Basia, nie było wielkiego wyboru, ale wygrał mniej zły jak zgaduję? 😉

  16. basia Says:

    Hmmm, nigdy na to nie zwróciłam uwagi, ale faktycznie, gdy się zastanowić, pogrzebać w pamięci, zauważa człowiek tego typu schizofrenię u niektórych rozmówców z Wielkopolski.

    Natomiast przypomniałam też sobie kolejną rzecz, jaka mnie uderzyła podczas lektury książki Kąckiego – skala przejściowych (i trwalszych) autonomii w częściach scalanego państwa. Zazwyczaj, gdy już zapomnimy maturę z historii czy nawet egzamin na studiach z tejże, to pamiętamy – dobrze, jeśli w szczegółach – o odrębnej pozycji Śląska. A to także dotyczyło Wielkopolski.

    *** * ***

    Basia, nie było wielkiego wyboru, ale wygrał mniej zły jak zgaduję?

    Hmmm, takkk…

    Najzabawniejsze z tego wszystkiego jest, iż 4 (cztery) lata temu w drugiej turze jedna taka oddała głos nieważny. Po raz pierwszy w swej wyborczej karierze. Bo z jednej strony znane jej były skutki rozmaitych majchrowskich sitw, zastojów, inercji i w ogóle… Z drugiej zaś… kontrkandydat…
    Tym razem… To samo nazwisko wybrane zarówno w pierwszej jak i w drugiej turze. I „nasz” zwycięża! — Ha, ha, ha! 😈

    Na pociechę powtarzałam sobie anegdotę przeczytaną bardzo niedawno we wspominanej tu dopiero co książce o Turowiczu „Gen ryzyka w sobie miał…”
    Kozłowski przywołuje politykę redakcyjno-autorską „Tygodnika” w latach 80.:

    Krzysztof Kozłowski […] Nie baliśmy się kontroli finansowej, ale kontroli, która była nakierowana wyraźnie na poszukiwanie nazwisk. Z trudem dochodzili do tego, kto kryje się pod pseudonimem. Wie pani, jeśli pisał do nas dość liczne teksty przez lata pierwszy sekretarz Ppdstawowej Organizacji Partyjnej [PZPR – dop. BM] na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, to sama pani rozumie, że wolał nie robić tego pod własnym nazwiskiem. Używał na łamach dwóch czy trzech fikcyjnych na zmianę, by jedno powtarzające się zbyt często nie wydawało się podejrzane. Pisał ciekawe historyczne teksty o dwudziestoleciu międzywojennym. A dzisiaj mówi o sobie: „Ja, prezydent miasta wychowany przez „Tygodnik Powszechny””…

    Joanna Podsadecka Tym autorem był prezydent Krakowa – Jacek Majchrowski?

    K.K. Tak. Zresztą mówiąc o tym, że nam coś zawdzięcza, mówi prawdę, bo go hołubiliśmy. Wysłaliśmy go na stypendium do Włoch. Emigranci rzymscy krzyczeli na nas, że jakiegoś komucha przysłaliśmy, a my na to, że trzeba miec ludzi rokujących, a niebędących po naszej stronie.

    Ach ci rokujący, ach te rokowania… Z samym sobą, z samą sobą… też… 🙄

  17. Wiedzmin Says:

    Nie znałem „Tygodnikowej” przeszłości Prez. Majchrowskiego.
    Rzeczywiście, dość to zabawne, ale tylko dla pamiętających, co to były za czasy.

    Cóż, nadeszła chwila, że słusznie dajemy przypisek, o jaką partię chodzi w „POP”. Latka lecą…

  18. basia Says:

    Fruną, jak motylki — Albo jak inne zjawy (z pieśni Piwnicznej) – leciuteńko, na paluszkach… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: