Wciąż żywa

It has become an embarrassing memory, like a mawkish, self-pitying teenage entry in a diary. We cringe to think of it. It is our collective moment of madness, a week when somehow we lost our grip. A decade on, we look back and wonder what came over us.

There were some who felt that way at the time, but they were the minority. Indeed, they complained they were a marginalised, even oppressed, group – gagged dissidents in a new totalitarian state of the emotions. Some looked at the mountain of Cellophane-wrapped bouquets that piled up outside Buckingham Palace – a million of them, it was said – and sniffed „floral fascism” in the air.

Całość (13 Aug 2007)

Ten czas!…
Być w samym środku terytorialnie i „kontaktowo”, chłonąć. Co więcej, podejmować w Londynie dłużej i krócej gości z odmiennych rzeczywistości (popowodziowych)… Podróżować wspólnie po znaczących zakątkach kraju, wędrować po Szkocji – przed, w momencie pogrzebu.

I wciąż głodnym być (poniekąd) wyjaśnień, tekstów kulturowych na kanwie

Reklamy

Komentarzy 18 to “Wciąż żywa”

  1. gradus Says:

    Wtedy wybuchły, teraz emocje rządzą światem. 😦

  2. pak4 Says:

    @gradus:
    Infotainment w telewizjach 24/7?
    Swoją drogą, to emocje wybuchają mniej (klęski, katastrofy, żałoby, śluby) lub bardziej (mundial, olimpiada) regularnie 😉

    @tekst:
    Nie byłem tam. Ale jednak wątpię, by to była mniejszość. Wątpie, pamiętając dynamikę polskich żałób narodowych. Po prostu często większość nie ma nic do gadania w przekazie. (Oj, jak ja pamiętam tych spikerów telewizyjnych, mówiących że „cała Polska wstrzymała oddech”, a wystarczyło zerknąć za okno, by zobaczyć że zupełnie zdrowo oddychając młodzież gra w piłkę, rodzice wyjeżdżają z dziećmi na spacer, ktoś idzie do, czy ze sklepu…) Bo gorąca emocja w mediach przeważa nad mieszanymi uczuciami, a tym bardziej nad jakimkolwiek indywidualizmem. I jeszcze jeszcze ten efekt, o którym pisało się w przypadku Stalina i jego klakierów. Że owacje były długie, bo kto pierwszy by je przerwał, byłby podejrzany. Bo jest coś takiego, że nie wypada okazywać dystansu do zbiorowych emocji, przynajmniej w mediach. Bo jesteś wtedy ten zły, dźiwny, bez serca i empatii…

  3. basia Says:

    Gradusie, coś jest na rzeczy, aliści, jak słusznie zauważa Pak4, zjawisko jest generalnie cykliczne…
    Dodam: w UK wówczas dało się ono zaobserwować w niesamowicie wyrazistej postaci; niektórzy prawią – krystalicznie czystej, lecz to już dawno zamącono egzegezami owadzionogimi, tysiącami załganych książek wspominkowych, itp.
    Trzeba też koniecznie wypunktować, że, z wyjątkiem „tej niedzieli”, która faktycznie zaczęła się od włączenia tiwi, wszelkie obserwacje miały miejsce W REALU — na ulicach SKen i Centralnego Londynu, w ważnych kościołach (Westminster Abbey, Edynburg, itp.), w ludzkich domach, hotelach, salach koncertowych, wspólnotach…

    A teraz?… Teraz są fora społecznościowe a coraz bardziej wirtualne i wikarialne przeżywanie emocji dawno sięgnęło nowych den Płycizny Jako Takiej…

  4. Wiedzmin Says:

    Wirtualnym wikarialnym wspolczuc a nie die nasmiewac.

  5. basia Says:

    No pewnie, że głównie współczuć.
    Naśmiewać się o tyle, o ile trzeba im czasem zwrócić uwagę, że życie to nie (tylko) teatr, tani bigbraderyzm, kiss and sell, lans… Bo już może zapomnieli, że przyjaźń to zupełnie nie to, co na fejsie i innych plakaciarniach. Albo nigdy nie mieli… Młodsi, bo ci po czterdziestce powinni jeszcze byli zdążyć coś takiego wypracować… Lecz często sprawiają wrażenie, jakby to coś spotkane na wirtualnych roz- i bezdrożach było najlepszymi relacjami ‚Zwischen’ jakie się im w ogóle przytrafiły w toku żywota ich nędznego…

    Dla tych wszystkich… Diana jako fenomen socjologiczny stanowi wcale niezły punkt wyjścia, focal point.

  6. pak4 Says:

    Ja miałem nieprzyjemność widzieć, jak się reaguje na śmierć „w realu” i „w medialu”… 😦
    Nie, żebym narzekał na real. On jest bardziej życiowy ze swoją cichą żałobą. Ale kontrast bije po oczach… I czasem pewna niesprawiedliwość, że wylewa się łzy nad obcymi, z którymi nic poza szklanym ekranem nas nie wiązało, których za życia czasem sie nie lubiło, a przynajmniej nie ceniło; a śmierć kogoś znanego od dziecka, czyją wartość zna się osobiście, przechodzi cicha i niezauważona.

  7. Jaś Beskidzki Says:

    Myślę sobie czasem, że dzisiejsi ludzie (nie wszyscy, lecz wielu) tak się boją bólu śmierci, że zastępczo wybierają niebolącą żałobę – a to po Dianie, a to po ofiarach katastrofy lotniczej, a to po kimś z internetu, kogo spotkali kilka razy albo wcale.

    Myślę sobie też, że ludzie boją się klasycznej przyjaźni, lojalności, zobowiązań, bezkompromisowości, które za tym idą. Wolą przyjaciela obrazkowego albo korespondencyjnego. Nawet gdy dla takiego trzeba się poświęcić, pojechać na kraj świata na ratunek, to przynajmniej o tym dowie się cały świat. 😉

    Kto w dawnych czasach rozgłaszał, co i dlaczego zrobił dla Przyjaciela?

  8. basia Says:

    Cóż tu dodać — śpieszmy się mieć, pielęgnować, odświeżać przyjaźnie… takie, o jakich żaden internet się nie dowie, nikt wszystkowyjawiającej książki nie napisze (miejmy nadzieję). Śpieszmy się żegnać naszych bliskich (albo bliskich naszych bliskich) tak godnie, dyskretnie, stosownie (niekiedy ofiarnie), jak to drzewiej bywało. I jak nas stać, wciąż nas stać… a choćby tylko dlatego, że istnieje rzecz zwana lustrem, w którą czasem trzeba zerknąć…

  9. Wiedzmin Says:

    Dzisiejsi boja sie wysilku.

  10. pak4 Says:

    @Wiedzmin:
    Ale też chyba taki jest charakter tego przekazu. Pamiętam kontrast z 2010 roku — na początku żałoby narodowej zmarł mój sąsiad.
    I zacząłem się łapać na tym, że bardziej przeżywam śmierć członka owej delegacji, bo go pokazują uśmiechniętego w telewizji, gdy sąsiada, którego znałem od dziecka (zawsze z Dziadkiem i z sąsiadem chodziliśmy do kościoła na tę samą mszę, Dziadek i sąsiad dyskutowali przy tym o wszystkim) prawie nie pamiętam. I to było coś bardzo niepokojącego — bo sąsiad był realnością. W zasadzie nie znam żadnego powodu, by którąś z ofiar katastrofy smoleńskiej opłakiwać bardziej niż owego sąsiada. Nawet z tak politycznego punktu jak „zasługi dla kraju” — cóż, sąsiad to były partyzant BCh, a w czasie wojny to oznaczało ryzykowanie życia dla kraju, co nie każdy polityk może o sobie powiedzieć. Tyle, że sąsiada nie miałem na żadnym zdjęciu, na żadnym filmie. I zmarł po kilku latach alzheimera, który go stopniowo oddalał od rzeczywistości, zacierał w pamięci. (Nie tylko nas w jego, ale i jego w nas.)

    A piszę to po to, że ja rozumiem to budzenie emocji przez media. Media tak na mnie działają, a ja przecież dawkuję je oszczędnie. Tłumaczyłem sobie, że ludzie znani z mediów (politycy, czy celebryci) stają się niejako domownikami, przez to, że wciąż ich widzimy i słyszymy. Nawet jeśli ma się do nich zastrzeżenia, to ich śmierć staje się śmiercią „domownika”. Staram się przed tym bronić, bo przecież realność jest ważniejsza, ale to nie jest tak, że włączam jakiś przycisk i przestaję reagować na medialne emocje. To jest tak, że muszę się przed tym czynnie bronić. To coś innego niż wysiłek — to świadomy sprzeciw.

  11. TesTeq Says:

    Oftopikowo acz na kanwie. Pada słowo „cellophane”. Zmiana jednej literki i jaki wspaniały motyw marketingowo-telefoniczny:
    – albo cell’o’phone.
    – albo cello-phone.

  12. basia Says:

    TesTequ, kupuję drugie! 🙂

    Paku4, temat ocean… im dalej w morze, tym więcej… rekinów? 🙂

    Wiedźminie, chciałabym wiedzieć, kiedy się nie bano wysiłku, bólu, myśli o sprawach nieodwołalnych?!
    — Od pewnego czasu zaczęło uchodzić przyznawanie się do nieradzenia sobie z tym wszystkim… Do braku chęci wkładania pracy, by to zmienić… I poleciałooo… 🙂 [ 😦 ]

  13. TesTeq Says:

    Gospodyni pyta: chciałabym wiedzieć, kiedy się nie bano wysiłku, bólu, myśli o sprawach nieodwołalnych?

    Winnetou nie bal się niczego. W XIX wieku. A w XX? Chuck Norris.

  14. basia Says:

    co racja… 🙂

  15. jankora Says:

    Wrócili żywi?Chyba tak! 🙂
    Czytelnictwo czeka na nowe pożywne treści.:-)

  16. basia Says:

    Żywi, cali a nawet zdrowi jak ryby morskie i śródlądowe 😎 😎

    Tyle, że natłok zajęć plus genialnie poprawiona pogoda nie sprzyjają pisalnictwu, (do)czytalnictwu a nawet przeglądalnictwu fotek własnych (a imię ich… nie miliony, ale tysiące na pewno 😮 )

  17. Mela Woman Says:

    Czekam.

  18. basia Says:

    Doczekają się powoli… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: