Pohoda w kontekście

Bóg w pohodie
Pewien recenzent zarzucił zbiorowi opowiadań autorstwa Jana Balabána, że słowo „Bóg” występuje w nich aż trzydzieści pięć razy, podczas gdy on, recenzent, używa go może raz w roku.

Jan Balabán (kiedy rozmawiamy, ma 45 lat), pisarz z Ostrawy – jego zbiór opowiadań Możliwe, że odchodzimy został Książką Roku 2004 – wychowany w ewangelickiej rodzinie, wierzący.

– Chodzić do kościoła tu, w Ostrawie, mieszance przemysłu i komunizmu, oznaczało w moim dzieciństwie coś niezwykłego – opowiada. – Kiedy kolega zobaczył u nas w domu Biblię, dostał ataku śmiechu. W szkole byłem ośmieszany. „Balabán jest pobożny, cha, cha!”.

Bohaterowie jego książek żyją w blokowiskach Ostrawy, między szybami kopalń. Nie są dowcipnymi Czechami. Są samotni i po przejściach. Często ich życie wydaje się im zbędne. Są jak postacie z obrazów Edwarda Hoppera: tkwią nieruchomo w hotelowych pokojach, ale czujemy tam obecność jeszcze czegoś lub kogoś. Książka Balabána Możliwe, że odchodzimy mogłaby się więc nazywać „Możliwe, że nie jesteśmy sami”.

Pisarz uważa, że pokazuje ludzi z potrzebą pytań: co nas przewyższa? dlaczego tu jestem? a recenzenci twierdzą, że po prostu pisze o nieudacznikach. – Piszę o prawdziwym społeczeństwie, tylko to nie pasuje do czeskiego poczucia pohody – wyjaśnia.

W Czechach pohoda jest niezbędna jak tlen.

Benjamin Kuras, brytyjski dramaturg czeskiego pochodzenia, w swojej analizie czeskiego charakteru zauważa, że akceptację Anglika pozyska się dla rzeczy, które dobrze brzmią, bo to naród słuchowców. Niemiec (wzrokowiec) zaakceptuje coś, co przyzwoicie i czysto wygląda. Włoch musi mieć rzeczy w dobrym guście. Czech natomiast, aby cokolwiek zaakceptował, musi się dobrze w tym czuć.

W Czechach najważniejsza jest pohoda. Słowo bardziej przydatne niż „ideologia” czy „honor”. Pohoda to dobry nastrój, spokój, pogodne usposobienie, przytulność miejsca, bezkonfliktowe związki. Słowem, nie robić ludziom i sobie przykrości. Pohoda lubi piwo.

„Wszystko w pohodie” – może powiedzieć człowiek po stosunku, gość do kelnera po przyniesieniu dań, aktorka do koleżanki po pierwszym akcie. „Wszystko w pohodie” – to jedno z najbardziej pożądanych wyznań.

Dlatego socjalizm miał tu „ludzką twarz”, a rewolucję opakowano w „aksamit”. „Chcesz lojalności Czecha, musisz mu najpierw zapewnić pohodę” – pisze Kuras. Na pierwszym miejscu Czech stawia bowiem samopoczucie. Wyssać z każdego drobiazgu coś pozytywnego.

„Bawmy się, cieszmy, jesteśmy przecież Czechami” – woła bohater jednego z ważniejszych czeskich filmów lat sześćdziesiątych. To film Odwaga na co dzień – o tym, że kto nie ma odwagi spojrzeć w twarz rzeczywistości i dławi sumienie, ten sam skazuje się na los rozbitka.

– Ta cała pohoda jako dominująca część czeskiej kultury mnie denerwuje – mówi Jan Balabán. – Nie wierzę w nią. Kiedy brakuje Boga, zaśmianie lęków jest bardzo przydatne. Tylko że to nie pozwala zbliżyć się do tego, co w nas przykre. Żarty, hece, ironia mają spowodować duchową homeostazę. Że tak naprawdę wszyscy jesteśmy fajni.

– A może Czesi sobie stworzyli kulturę jako prozac? – zastanawiam się.

– Ale przecież prozac to ucieczka od prawdy.

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj. Czarne 2010*

Reklamy

%d blogerów lubi to: