Cykle

Przez ową drogę prawie co chwila przebiegały bażanty, a co kilka minut przejeżdżał peleton cyklistów w średnim wieku, z determinacją pedałujących na nowoczesnych rowerach i w zuniformizowanych koszulkach oraz obowiązkowych kaskach i profesjonalnym obuwiu. I jedynie wiek i waga, bo część z nich była już nie tylko siwa, ale też prezentowała wyraźny nadmiar ciała, różniły ich na oko od zawodowych kolarzy. Wypacali wczorajsze piwo i kiełbaski, spalali kalorie, desperacko walczyli ze śmiertelnością, usiłowali odwrócić bieg czasu, a na niektórych twarzach rysowało się prawdziwe cierpienie.

W Sopronie w restauracji Fogás na obrzeżach starówki, gdzie zjadłem pierwszą w sezonie zupę rybacką, co stanowi zawsze specjalny rytuał, także dominowali cykliści. Była to ubrana w jednolite niebieskie koszulki kolarskie grupa Czechów, również w średnim wieku. Nigdzie na Węgrzech nie widziałem zuniformizowanej grupy dwudziesto- czy trzydziestolatków na markowych rowerach. To strach przed starością, otyłością, niedołężnością i chorobami układu krążenia dopingował tych wszystkich posiwiałych rowerzystów do wydawania grubych pieniędzy na sprzęt i stroje. Ale naturę trudno przechytrzyć, szczególnie gdy po wysiłku dopada człowieka atawistyczny głód i w diabły idzie zdrowy styl życia. Czesi z ulgą zdjęli ciasno opinające ich nabrzmiałe ciała koszulki i przyjmowali z apetytem panierowane mięsa i frytki, popijając je zimnym lanym piwem i naturalnie robiąc jedzeniu zdjęcia, ponieważ wszyscy obecnie zajmują się fotografowaniem jedzenia i wrzucaniem tych zdjęć do internetu. Nastąpiła prawdziwa mania fotografowania posiłków przed ich pochłonięciem, a ja czekam spokojnie na to, aż ludzie zaczną fotografować wydalane na skutek procesu przemiany materii pozostałości z tych obiadów. Na razie, zanim użyją łyżki czy noża i widelca, używają swoich smartfonów, tak jak tamta męskiej urody kobieta, która w hotelu Sport w słoweńskiej Postojnej dokładnie obfotografowała wszystkie miski z płatkami śniadaniowymi i dopiero po wykonaniu tej dokumentacji z ociąganiem zabrała się do jedzenia; najwyraźniej bardziej sycące i smaczniejsze było fotografowanie płatków. Choć trzeba przyznać, że hotel Sport o standardzie akademika oferował istotnie niebywały wybór płatków śniadaniowych, którymi pożywiali się także starsi, żylaści i wysportowani niemieckojęzyczni rowerzyści. Naprawdę doceniałem tę ich walkę – najedzeni płatkami i owocami wsiadali na swoje rowery i ruszali szturmować słoweńskie wzniesienia, podczas gdy ja wsiadłem w niezdrowy samochód i pojechałem do Piranu, do restauracji Ivo przy nadmorskiej promenadzie, by jeść kalmary faszerowane serem i szynką oraz wspominać dawne w Piranie pobyty. I myślałem o tym, że Węgrzy powinni odpuścić już sobie te rewizjonistyczne tęsknoty za odzyskaniem Słowacji i Siedmiogrodu, a zamiast tego podbić Słowenię i odzyskać Chorwację, żeby mieć dostęp do morza, jeść kalmary, sardynki i mule, pić lekką, białą, żywiczną malvaziję i wdychać woń Adriatyku, a może też – jak rozwrzeszczana młodzież na pirańskim bulwarze – wskakiwać do bardzo słonej, ciepłej wody. Niechby nawet zmienili stare komunistyczne nazwy ulic, które wciąż mają się tam świetnie, niechby zmienili plac 1 Maja, ulicę Lenina albo Antonio Gramsciego na plac Męczenników, ulicę Horthyego i aleję Tragedii nad Donem, proszę bardzo, nie ma sprawy, ale na pewno byłoby im lepiej w nadmorskim Piranie niż na wysuszonej puszcie. I jakoś bliżej emocjonalnie było mi do tych Czechów z nadwagą, którzy wreszcie po wymuszonym wysiłku kolarskim pozwolili sobie na niezdrowe obżarstwo, niż do uważnie jedzących płatki śniadaniowe i owoce żylastych niemieckich rowerzystów w Słowenii, którzy niezwykle uprzejmie uśmiechali się do nieznajomych, a jednak dawało się odczuć ich poczucie wyższości w stosunku do wszystkich, którzy nie wybierali się akurat na wycieczkę rowerową po pięknym regionie Notranjska.

K. Varga, Langosz w jurcie – nasz ulubiony Gulaszożerca objeżdża (+-wzdłuż granic) południowy zachód Węgier. Samochodem ;p

Reklamy

komentarzy 20 to “Cykle”

  1. pak4 Says:

    Uhm… Czescy rowerzyści to specyficzna grupa, idealnie pasuje np. do takich, których spotkaliśmy w lednickim parku (o, tu siedzą właśnie w niebieskich koszulkach: https://goo.gl/photos/zeJSERjbncnkkp4r7).

  2. basia Says:

    …przecząc swym wyglądem tezie Naszego Ulubionego Gulaszożercy (NUG), jakoby w grupach i innych zuniformizowanych peletonach pedałowali wyłącznie starsi… Może na Węgrzech tak, ale w wielu innych miejscach Europy – niekoniecznie. Ja z grupami amatorskich kolarzy (na wypasionych sprzętach) zetknęłam się na poważniej latem 1996 na pograniczu francusko-belgijskim (w postaci belgijskich Królewskich Towarzystw Cyklistycznych) i były one dość mieszane wiekowo – choć z powodu wakacji i wczesnej pory (bodaj niedziela, uciekliśmy przed upałem) przeważali starsi – jak dla mnie ówczesnej 🙂

    ***

    Trudno wytrzymać bez bicykla. I dobrze: zimno, wietrznie, pięknie. Tylko bzów szkoda: kwitną, pachną a – paradoksalnie albo i nie – nie uwietrzniają się (w chłodnej aurze, w zimne poranki i wieczorki)… — Nic to! Przeczekamy… i z fasonem! 😎

  3. Hamak W Pokrzywach Says:

    Nie lepiej se to siednąć?

  4. TesTeq Says:

    Słowo „zuniformizowany” kojarzy mi się z „uniformed”, które wydaje się być zubożoną wersją „uninformed”. Czy tak?

  5. pak4 Says:

    @TesTeq:
    Czyżby szło o to, że nie poznali najnowszych kolekcji Armaniego? 😀

  6. basia Says:

    Hamaku W Pokrzywach, siędnąć to jedno, ciągle (się) bujać, to drugie 😀
    Witam Cię serdecznie! 🙂
    Nb, masz dobrze wytrasowaną ścieżkę do się? Ktoś ją odkasza na bieżąco? (odsierpia? odmaczetowuje?)… Jak często? 🙂

    TesTequ, wciąż się dziwię, jaką rewelacją może być – rok w rok – postawienie (i to przed całkiem podrośniętą młodzieżą) kwestii:: z jednej strony deklaracje nieugiętego indywidualizmu, z drugiej plecaki, torby, telefony, ciuchy tych samych firm, takie same, jak kolega, koleżanka… chińska armia i jej kufajki? Niewiarygodne! 😉 🙂

    Paku4, jak ktoś tyle czasu spędza w siodełku, to na poznawczość może nie mieć… 🙄 🙂

  7. pak4 Says:

    @Hamak W Pokrzywach:
    Podobno ludzie, którzy intensywnie (w sensie ruchu) żyją, też wyjątkowo sprawnie odpoczywają 😉

  8. Kumaty Says:

    Ja bym może i polubił rower, tylko to siodełko!;D

  9. Krakowianka Jedna Says:

    „Ale naturę trudno przechytrzyć, szczególnie gdy po wysiłku dopada człowieka atawistyczny głód”

    No nie wiem. Może mężczyźni mają inaczej. -Ja po dużym wysiłku czuję coś na kształt mobilizacji,żeby tego nie zniweczyć niemądrym nadjadaniem. Potrzebuję prysznic lub kąpiel, nieco odpoczynku, do lodówki ciągnie mnie sporadycznie, nigdy do kucharzenia.

  10. Prawie Znajomy Says:

    Oj, widzę, że kogoś wkurzają niewinne praktyki innych ludzi. Ja z kolei bardzo lubię oglądać zdjęcia żarełka cudzego, nawet nadjedzonego, (byle ze smakiem he he..)

  11. Ja Says:

    Co jest ze strony p. Vargi niekonsekwencją, jako iż z lubością i w obfitości opisuje pokarmy i proces jedzenia. Więc jak to – literatom wolno, zaś artystom fotografikom nie?

  12. basia Says:

    Pak4, work hard, play hard 😀

    Kumaty, bywają miękkie. A i pantalony rowerowe coraz bardziej się zaawansowały w kierunku wygody 🙄 😀

    Krakowianko Jedna, też mi na ogół szkoda zniszczyć „tyle czasu, wysiłku”, i szczególnie się staram, by jeść tylko naprawdę dobre rzeczy. Ale miałam i przypływy wilczego głodu — po prostu nie można ruszać „na głodniaka”, a tak się często dzieje wieczorem w tygodniu, aby zdążyć przed zmierzchem 😀

    Prawie Znajomy, zdjęcia nadjedzonego ze smakiem to wewnętrzna sprzeczność – mogą być zdjęcia pustego talerza, Po Żarcie ze smakiem (że nawiążę finezyjnie do poprzedniego wpisu 🙄 ) 😀

    Ja, pan literat odpowiedziałby zapewne, że jemu wolno a grafomanowi nie, artyście foto wolno a selfikowcowi nie. Na co my byśmy z kolei odpowiedzieli, iż… … … 😉 😀

    **** * ****

    Kilka godzin ciepełka — i są efekty: klon prawie idealnie wypełniony listowiem (najwyższa pora, wszak kwiecie mu się rozpękło 31 marca 🙂 ) a na trawniki przed południem wypełzły wstrętne hałasujące kosiary…
    A teraz pada – ale… na majowo, że tak powiem. — Marek włożył ogarek (of sorts, 2017-style 🙂 )

  13. Z Węgier był mój dziad Says:

    Czy ja mogłabym pod tym wątkiem podziękować za Węgierskie albumy zdjęć? Miałam to zrobić w zeszłym roku, ale jakoś zeszło, kilka tygodni temu byłam w szpitalu, skąd nie mogłam się odezwać pod cytatami P. K. Varga. Tym razem się odważę, może się uda.
    I za Siedmiogród oczywiście dziękuję jak najserdeczniej.

  14. basia Says:

    Z Węgier był mój dziad, witam Cię serdecznie! 🙂
    Bardzo mi miło! A nawet nam! Dzięki! Życzę zdrowia i informuję, że w temacie wielkowęgierskim mamy też w repertuarze prawie całą Słowację, a Węgry potrianońskie przewijają się wrześniowo od 2014 roku. Zapraszam! Zawsze staramy się, by było ciekawie, i znacznie szerzej, niż tylko pocztówkoidalnie! 🙂

  15. Przyjaciel Smutnego Diabła Says:

    Z moich obserwacji, nie widzę cienia smutku i przygnębienia w rowerzystach starszych i młodych, którzy „zrzucają, żeby nadjeść”. Jak ktoś chce być silny i sprawny, przy tym odstresować się trochę i lubi też zjeść w domu czy na wychodnym… Nie trzeba wciskać ludziom tych egzystencjonalnych bzdur, tylko samemu sprawdzić, ile PRZYJEMNOŚCI daje i jedzenie i relaks aktywny na łonie natury.

    Dziś niestety pada, na długi weekend zapowiadają poprawę, oby.

  16. basia Says:

    Krzysztof Varga konsekwentnie pokazuje Węgry i Węgrów (a nawet turystów, szuflą) w nieco depresyjnych tonacjach. Niekiedy nawet bardziej, niż nieco. – Ot licentia poetica, chwyt, konwencja, by się i swoje opusy wyróżnić… zwłaszcza, iż w szeroko pojętym podróżopisarstwie, także tym eseistycznym, z ambicjami, panującą konwencją jest – wciąż i mimo wszystko – …hmm, nazwijmy to pozytywna zanęta (erudycyjna, żartobliwa, aktywnościowa, reklamiarsko- biuropodróżowa, co chcesz…) —
    — Mieliśmy okazje troszkę skonfrontować kreacje KV z oryginałem (ale tylko troszeczkę, bo gdzie tu porównywać się z osobą jeżdżącą tam od dziecka, znającego język, kulturę, mającego wielu krewnych i znajomych, spędzającą długie miesiące w stolicy, innych miastach, podróżach i objazdach wszelkiego typu!…) …i przelotny-pobieżny werdykt brzmi: tak, zdecydowanie coś jest na rzeczy, ale hiperbole PanaKrzysztofowego narratora też są łatwe do rozpoznania a nawet zdemaskowania. Na całkowite utożsamienie narratora z autorem, jakkolwiek kuszące, oczywiście nie damy się nabrać — nie z nami te brunery, numer! 😀
    (Ale zauważmy, że gdyby autor zewnętrzny mieszkał nie w stolicy Polski a gdziekolwiek indziej, miał tryb życia nieco mniej hektyczny – punkty widzenia i wyważenia narratora jego „węgierskich” opowieści mogłyby być odmienne.)

  17. zawada Says:

    – Jemy dobrze i właściwie.
    – Ruszamy się i ćwiczymy by nie przytyć, mieć dobre mięśnie, być zdrowym.
    – Wszystko pozytywnie.

    Gdybym ja miał tylko zmartwienia, ile ważę – życie było by bajką!

  18. basia Says:

    Jeśli ktoś bywa kołczem i kołczanem a nawet przewodnikiem w bardzo wysokie góry, to chyba nie ma wyjścia… tylko wyjść na zdrowie… 😀 …Lecz my, śmiertelnicy w siedzącej pracy?… 😥 😉

    Ale jest pozytywizm -dostałam właśnie sms WYSYŁAM CI ANIOŁA SZCZĘŚCIA, PRZYNIESIE MIŁOŚĆ I PIENIĄDZE, MASZ GODZINĘ BY GO PRZYJĄĆ…

    I tylko złoty dwadzieścia trzy grosze… Okazja! 😆

  19. pak44 Says:

    Okazja? A jakby tak odliczyć VAT?

  20. basia Says:

    Oj, a propos watu nie masz ci nic lepszego od klasyka sprzed dziewięciu lat bez sześciu dni! 😉
    https://basiaacappella.wordpress.com/2008/05/09/jagodzianki/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: