Telefon

TELEFONY

W mieszkaniu był telefon, więc żyję. Na początku okupacji firma telefoniczna z Berlina otworzyła filię w Warszawie. Na założenie czekało się kilka dni, kosztowało stosunkowo niewiele. Instalował, kto mógł. Niemcom chyba wtedy rozum odebrało – przecież gdyby nie telefony, konspiracja z pewnością nie byłaby tak skuteczna. Wskaźnik aparatów w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców Warszawy w dniu wybuchu powstania osiągnięto ponownie dopiero na początku lat siedemdziesiątych. Mama opowiadała, jak latem czterdziestego drugiego roku, mniej więcej na miesiąc przed moim urodzeniem, umówiła się z kimś na mieście. Już była w drzwiach, kiedy ten ktoś zadzwonił i odłożył spotkanie, bo na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej śnieżyca. Niech mama nie wychodzi, bo się przeziębi. Śnieżyca w środku lata, taki był język tamtych rozmów telefonicznych. Mama odbierała wiadomości dla stryja Tadeusza, żeby wziął trzy najsolidniejsze rakiety oraz tuzin piłek cytrynowych i w piątek o siódmej był na kortach albo że jest zaproszony na spływ kajakowy, wiosła własne, zbiórka tam gdzie zawsze lub żeby upiekł czekoladowy tort z migdałami, dodając do ciasta siedem deko rodzynków i dwanaście ziarenek pieprzu. Tadeusz tłumaczył, że u nich w „Parasolu” panuje zabobon, że im głupsze albo śmieszniejsze hasło, tym lepiej powiedzie się akcja. Zresztą to nie zabobon, tylko najszczersza prawda.

W ciągu pierwszych kilkunastu lat Polski Ludowej nie mieliśmy telefonu, to było naturalne. Skoro tylko dostaliśmy nakaz na nowe mieszkanie, mama złożyła wniosek. Był to formularz, z którego wynikało, że wnioskodawca chciałby rozmawiać z domu przez telefon i gotów jest za to płacić. Czyli nic nie wynikało. Ważniejsze były załączniki, zwane podkładkami. One dawały odpowiedź na pytanie, kim jest wnioskodawca. Mama zgromadziła, co się dało: redakcja zapewniała, że musi się ze swoją pracownicą we dnie i w nocy komunikować; lekarz, że babcia miewa ataki. Nawet Komenda Hufca Mokotów Zachód Związku Harcerstwa Polskiego łgała w żywe oczy na całą stronę A4, że bez telefonicznych kontaktów ze mną nie da sobie rady, kończąc tradycyjnym: Czuwaj! Innych załączników nie pamiętam, ale było ich kilkanaście. Odpowiedzieli stereotypowo,że zainstalują, jak będą mieli moce przerobowe, kable, aparaty i numery, czyli najwcześniej za lat dziesięć. No i dobrze – nikt się przecież nie spodziewał, że od razu. Chodziło jedynie o zaklepanie miejsca w kolejce. Gazety zachodziły w głowę, komu telefon jest bardziej potrzebny: lekarzowi, profesorowi uniwersytetu, publicyście, a może zasłużonemu zawałowcowi? Pewien pan przechwalał się w towarzystwie, że wracając do domu, spotkał monterów na klatce schodowej, wyskoczył po pół litra, zaprosił do mieszkania i spytał przymilnie, czy nie mogliby przy okazji założyć również u niego? Odpowiedzieli, że owszem, ale styki należy posmarować, żeby nie śniedziały. – Ależ rozumiem, oczywiście, jestem na to przygotowany! Zainstalowali na poczekaniu, następnego dnia odpowiednio poinstruowany poszedł do urzędu, wywołał panią Haneczkę i uiścił. Pani Haneczka przełożyła wniosek z jednego pudełka do drugiego. Pan potoczył dumnie wzrokiem sprawdzając wrażenie, jakie uczynił, a gdy odszedł, ktoś ze słuchaczy westchnął: cóż za wodolejca…

Osoba, której przydzielono telefon, nazywała się urzędowo abonentem. Aparat i kabel w mieszkaniu był własnością Urzędu. Aparatów w wolnym handlu nie było. Podobnie wtyczek. Telefon był zamontowany na stałe; abonent nie mógł go wyłączyć, jeśli na przykład przyszła mu ochota porządnie się wyspać. Co jakiś czas przypominano, że ogłoszenia prasowe: Zamienię mieszkanie, superkomfort (to znaczy gaz, łazienka i kaloryfery), telefon… są niezgodne z prawem, bo abonent opuszczający mieszkanie zobowiązany jest zgłosić ten fakt, gdzie należy; pozostawienie aparatu jest wykroczeniem i podlega karze (nie słyszałem, by kogoś za to ukarano). Jeśli mąż po rozwodzie się wyprowadzał, a telefon był na niego, miał obowiązek to zgłosić; wówczas telefon lege artis wyłączano i zabierano, kobieta była bezsilna, mogła złożyć podanie i czekać od nowa, niekiedy kilkanaście lat. Czasem były mąż robił byłej żonie tę pożegnalną złośliwość, czasem nie. Zresztą rozwód nie oznaczał automatycznej wyprowadzki, niektórzy się rozwodzili, a potem jak dawniej mieszkali wspólnie, bo nie mieli dokąd iść. Gdy abonent przenosił się do wieczności, rodzina nie zgłaszała tego faktu w urzędzie, słusznie obawiając się utraty telefonu. Książki telefoniczne pełne były nazwisk osób zmarłych, które regularnie płaciły rachunki. Ministerstwo Łączności świetnie o tym wiedziało, a usiłując uporządkować kartotekę, co jakiś czas ogłaszało tak zwaną amnestię telefoniczną. Okazywało się, że trzydzieści, czterdzieści procent telefonów domowych wymagało aktualizacji danych. Niektórzy bali się wychylić, nie wierzyli w prawdomówność i szczerość intencji władz, bo z tym bywało różnie. Mama figurowała w spisie abonentów jako Zofia Krok, znajomi radzili jej siedzieć cicho, bo jeśli zgłosi poprawkę, to przy tak dobrej okazji mogą zabrać telefon. Ostatnia taka amnestia była w lipcu dziewięćdziesiątego roku. Można było wtedy (za opłatą) przerejestrować aparat z poprzednika na siebie bez radykalnych konsekwencji.

„To nie na telefon” – mawiało się czasami, niekiedy na zakończenie dłuższej perory, z której jasno wynikało, cóż to konkretnie jest nie na telefon. Nie musiała to być od razu poufna wiadomość o charakterze politycznym, kryminalnym albo obyczajowym, niekiedy rozmówca po prostu wzdragał się przed użyciem jakiegoś mocniejszego epitetu albo nie chciał zbytnio rozwijać tematu, ponieważ rozmawiając przez telefon, nie mógł sobie pomagać gestami. Powiedzonko zostało, choć aura tajemniczych rozmów dawno się rozwiała, przynajmniej w moim środowisku. Pod telefonem się było, czekało, siedziało, można było wisieć na telefonie (jak ciocia Jadzia, gdy przyjeżdżała do nas do Warszawy). Ważne telefony stawiały na baczność. Ludzie na stanowiskach nie dzwonili, lecz wykonywali telefony, zaś pospólstwo przedzwaniało albo oddzwaniało. Domem z telefonami – nazywano gmach KC PZPR. Odeszło w przeszłość telefoniczne poczucie humoru. Zestarzały się panienki, które nie bacząc na długą kolejkę pod budką, szczęśliwe i roześmiane, dzwoniły pod znajome numery, ćwierkając: „Halo, czy to zakład pogrzebowy?”. Albo: „Halo, czy to ZOO? Nie? To dlaczego małpa przy telefonie?”. Albo: „Dzwonię z urzędu telefonów, robimy remanent, jak długi jest kabel przy telefonie? Dziękuję. Znaczy wystarczy, żeby się pan powiesił!”. Nieco subtelniejszy i bardziej dalekosiężny żart był dziełem gazetowego felietonisty. Pierwszego kwietnia napisał, że na mocy rozporządzenia ministra łączności każdy prywatny abonent będzie zobowiązany do powieszenia na drzwiach tabliczki z symbolem aparatu i udostępniania telefonu każdemu, kto musi pilnie zadzwonić w losowej sprawie. Wielu, bardzo wielu rodaków potraktowało ten dowcip poważnie, pewnie im się kojarzył z innymi zarządzeniami władz, wybuchła chryja. Telefony towarzyskie, zamawianie rozmów międzymiastowych, zwłaszcza międzynarodowych (zwykłych, pilnych oraz ekspresowych – różnice w cenie, niekoniecznie w czasie), cenne przyjaźnie z paniami telefonistkami i wiele innych zjawisk pominąłem. Nie przyszło mi to łatwo. Termin płatności rachunku wynosił siedem dni, zaliczek nie przyjmowano, więc po sezonie urlopowym następował sezon podań o ponowne przyłączenie telefonu do sieci oraz sezon felietonów gazetowych na ten temat. Ale nie wszystkich to dotyczyło. Na początku lat sześćdziesiątych pan Wańkowicz, u którego pracowałem, miał powody sądzić, że jego telefon jest na podsłuchu. Ktoś mu podpowiedział, żeby przestał płacić rachunek. Jeśli rzeczywiście podsłuchują, telefonu nie wyłączą. Gdy się z nim rozstawałem, był dłużny urzędowi telefonów ładną sumkę, twardo nie płacił, a urząd znosił to z anielską cierpliwością.

Wyprowadzając się z Warszawy, zgłosiłem rezygnację z telefonu. Dostałem zaświadczenie, że w nowym miejscu zamieszkania należy mi się poza kolejką. Tam obejrzeli dokument z wyraźnym zainteresowaniem, po czym wykazali zaniepokojenie stanem moich władz umysłowych. – Drogi panie, tu nie Warszawa. Złóż pan podanie i czekaj pan spokojnie. Złożyłem, z grubym plikiem załączników, między innymi z wydawnictwa Iskry (tłumaczyłem dla nich książkę). Urzędniczka przejrzała papiery, zerknęła na mnie uważnie. – Naprawdę pracuje pan w Iskrach? A może pan załatwić Sztukę kochania Wisłockiej? – Spróbuję – odpowiedziałem; orientacja pani zza biurka w stosunkach wydawniczych szczerze mi zaimponowała. Załatwiłem (nie bez trudności) Sztukę kochania, zaniosłem. Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, pani urzędniczka podziękowała bardzo wylewnie, głośno przeczytała cenę, uparła się zapłacić, nie chciała reszty. To był jak najgorszy prognostyk. Nie chce przyjąć książki, więc telefonu nie popchnie. Nie przyjmuje reszty, znaczy płaci mi z a g r z e c z n o ś ć, dług wyrównany, jesteśmy kwita. A tymczasem ja, głupek, już kupiłem na Marszałkowskiej aparat telefoniczny, taki na ścianę, bo w ramach odnowy pojawiły się w wolnej sprzedaży, bohatersko wywierciłem w betonie trzy dziurki, powiesiłem telefon i spokojnie czekałem. Gdy sprawa się wyjaśniła, ofiarowałem komuś niepotrzebny aparat, a dziurki w ścianie szydziły ze mnie przez ładnych parę lat.

Mama mieszkała na Muranowie. Po sąsiedzku było przedszkole, które chciano rozbudować, więc zaproponowano jej przeprowadzkę. Postawiła warunek: telefon. – Ależ oczywiście! Załatwimy! Przenieśli mamę na Mokotów, obiecali telefon w ciągu miesiąca, czekała spokojnie, a gdy miesiąc minął, okazało się, że termin również minął, za późno na pretensje i reklamacje. Urząd Telefonów na Muranowie twierdził, że wszystkie papiery przesłał na Mokotów, na Mokotowie powiedzieli, że obietnice złożone przez Muranów ich nie wiążą, a telefonu nie dadzą, bo nie mają. Ale trzeba trafu, zbliżały się wybory. Usłuchałem rady przyjaciela, który młodość spędził w radzieckim Lwowie i o komunizmie wiedział więcej niż my. – Napisz skargę do komisji wyborczej. – Coś ty, przecież te wybory to jedna wielka lipa. – Może lipa, ale oni ją bardzo poważnie traktują. Spróbuj, co ci szkodzi, nic nie ryzykujesz. Siadłem do maszyny i wystukałem pismo do komisji wyborczej: „Niedługo wszyscy pójdą głosować na kandydatów Frontu Jedności Narodu. W kraju zapanuje radosna atmosfera. Ja niestety na wybory nie pójdę, nie mogę cieszyć się wraz z całym społeczeństwem, gdyż zostałam oszukana…”, po czym następował opis sprawy. Na oryginale podrobiłem podpis mamy, kopię schowałem. Minęło kilka dni. Siedzę z mamą, rozmawiamy, aż tu stuk puk, komisja. Sumitują się od proga, pytają, czy mama łaskawie znajdzie czas, aby jutro wpuścić monterów. Mama uprzejma, choć nieco zdezorientowana. Komisja wychodzi, kłaniając się, przepraszając za najście. Wyciągam pismo. Mama czyta. Odkłada i mówi z podziwem: – Ty idioto.

Antoni Kroh, Starorzecza (Kindle Locations 8182-8269). Iskry.

Załapałam się jeszcze (na przełomie 1999/2000) na przeczołgiwanie klienta przez Tepsę podczas „przywłaszczania” numeru (pozyskanego drogą zakupu „mieszkania z telefonem”). Pół dekady później, gdy złożyłam wymówienie usług, załapałam się też na całomiesięczne, superprzymilne nagabywania do pozostania…

Odpowiedzi: 14 to “Telefon”

  1. TesTeq Says:

    A teraz każdy ma telefon w kieszeni. Albo dwa. I ludzkość jest szczęśliwa i miła dla siebie jak nigdy…😦

  2. pak4 Says:

    @Temat:
    Coś mi się obiło o uszy, że podczas wyzwalania Holandii Niemcy zapomnieli zablokować telefony i holenderskie podziemie miało łatwy kontakt z Aliantami. Niestety, ci ostatni (podobno przez zadufanie) słabo z informacji podziemia korzystali.

    A, tak, tak, z telefonami to było załatwianie. Miałem dość operatywną Mamę i jedni z pierwszych mieliśmy telefon (przed moim urodzeniem) — bywał używany „grzecznościowo” przez sąsiadów.

    @TesTeq:
    Dwa telefony to mała wygoda. Nie lepszy telefon dwukartowy?
    Ale fakt… Siadłem sobie kiedyś rano do pociągu, widzę: pustawo i jedzie dziewczę, całkiem ładne. No to dlaczego nie siedzieć z ładnym widokiem, skoro za oknem jeszcze ciemno i krajobrazów nie widać? Niestety, nie tylko widziałem, ale i słyszałem, a nawijała do telefonu aż do końcowej stacji bez przerwy… Choć nie było tak źle — trafiało się jej wymawiać inne słowa niż te na k i j. Może nawet ze 30% słów nie było przekleństwami?

  3. basia Says:

    TesTequ, ma myślę, że miłość i szczęście idą po skosie jedno- bądź wielokomórkowstwa…😎 (nie w jakiejś wprost- czy odwrotnej proporcjonalności) 😉

    Paku4, ale do dwukartowego nawijała czy do dwóch naraz, każdego przy jednym uszku?🙄 😛 😎

  4. zawada Says:

    Stryj, partyjny załatwiał takie rzeczy rodzinie. Normalnie uważany za czarną owcę, w przypadkach szczególnych szły ku niemu umizgi…🙂

  5. pak4 Says:

    @Gospodyni:
    Sądząc po jej słowach, to w gruncie rzeczy mogła rozmawiać jednocześnie i z czterema odbiorcami🙂

  6. basia Says:

    Taaaakkk…🙂 🙂

    Ciekawy był też okres, gdy jedni sobie sprawiali komórki, inni zaś (często ci z odwiecznymi stacjonarnymi) odgrażali się, że nigdy-przenigdy… By za parę lat stać się/zostać nawet i wielokomórkowcami.

    Mam komórkę od późnej zimy 99 (czyli od tuż po-powrocie z Anglii. Wciąż ten sam numer.
    W UK i Bawarii używałam ichniejszych kart (ach te przekładania simów podczas podróży!…)

    I te dowcipy (w Krk mówi się też „kawały”): Dlaczego on ma aż trzy komórki? Centertela, by pokazać, że miał od zawsze, Plusa bo go stać a Erę bo coś tam w niej tanio (nie pamiętam, co… a może zasięg lepszy?…) 😀
    Jeśli już o zasięgu – w busie z Monachium podsłuchane: Dlaczego Małysz przegrał ze Schmittem w Lahtii? Bo się przerzucił na Ideę i stracił zasięg”. Oczywiście w lot łapią tylko ci, co wiedzą/pamiętają, jak to z zasięgiem Idei bywalo… – „krajowcy” 😎

  7. Kumaty Says:

    A umiecie wyłączyć komórę na 3 dni powiedzmy?;D

  8. pak4 Says:

    @Kumaty:
    O! Ja miałem wyłączoną ostatnio na miesiąc! To bardzo proste, jak ma się dwie😀

  9. basia Says:

    😀 😀

  10. basia Says:

    Zmarł Kardynał Franciszek Macharski – mądry i dobry człowiek…

    https://www.tygodnikpowszechny.pl/kardynal-franciszek-macharski-nie-zyje-34845

  11. pak4 Says:

    @Kumaty:
    Ale czy opłaca się wyłączać? Telefon to urządzenie wielofunkcyjne.
    Np. taka scenka z sobotniego wieczoru — harcerz-ratownik spotyka kolegów harcerzy-ratowników idąc z nowo poznaną Francuzką. Przedstawia wszystkich wszystkim, po czym przechodzi do dyskusji po polsku. Francuzka najpierw robi parę kroków w jedną, potem w drugą stronę, aż w końcu sięga po telefon i z kimś rozmawia. Wtedy harcerz-ratownik postanawia ją „że tak powiem podholować”.
    Telefon spełnił nie mniej niż trzy funkcje:
    — pozwolił znieść nudę niezrozumiałej rozmowy w obcym języku,
    — nawiązać rozmowę z kimś bliskim,
    — dać do zrozumienia, że oczekuje się opieki.
    I wszystko to w takim małym pudełku🙂

  12. Kumaty Says:

    PAK,jednak się opłaca bo się wysilą i pofatygują za tobą do domu a ja lubię gdy się coś się dzieje;D

  13. Jankora Says:

    Nie mam z wyłączaniem komórki najmniejszego problemu!:-D

  14. basia Says:

    Ja także nie mam – zwłaszcza, gdy mi się rozładuje podczas podróży-wędrówek a w kolejce do samochodowej ładowarki są pilniejsze rzeczy, np. różne smartfony i dźipiesy…🙂

    Co do fatygowania się do domu – w latach 90. na moim Strychu w Alejach nie było z tym najmniejszego problemu: życie towarzyskie kwitło, tętniło, B. w razie czego biegała do automatu w hotelu Cracovia… najczęściej zbierała wiadomości spod drzwiowej kołatki (przecudnej!)…
    …Aż do czasu, gdy znajomi stali się rodzicami stadek i gromadek (jedno to jeszcze żaden problem jeśli idzie o wizyty) a czas generalnie zdrożał. Komórkę POLECIŁ mi nabyć (więcej, odstąpił swój pierwszy numer!) student Najmłodszy: „nie może nie być z Tobą kontaktu!”…😎

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: