Gdy przestaje być tanio…

Czwartek, słowackie Wysokie Tatry, grań między Kołowym Przechodem a Jagnięcym Szczytem. Dwóch Polaków schodzi, jeden wychodzi nieco przede mną. Zatrzymują się na rozmowę. Głośną – typowych pewnych siebie wąsaczy (w uładzonej wersji wąsacza, ale jednak). I zaczynają pomstować na słowacką drożyznę. Jak to, żeby tak wywindować ceny?! Jedno euro za wrzątek do termosu? Jak benzyna, skandal! Przecież wrzątek był i powinien być w schroniskach za darmo! Jedno euro, to bym sobie maszynkę zabrał gdybym wiedział!
Mijając ich ‚zauważam’, że w większości polskich schronisk wrzątek od dawna nie jest darmowy.
Pan pnący się do góry wraca do tematu na wierzchołku. Człowiek nieprzygotowany, widzi pani, zawsze było tanio…
Może wreszcie zrozumieli, jak atrakcyjne są Tatry? A uważają się za biedny naród… Do tego efekt wprowadzenia wspólnej waluty. I widział pan, jak mozolnie piął się ten samochód z balami drewna do schroniska, jednego z najdogodniej położonych po południowej stronie?… Korzystaliśmy pokąd się dało, teraz pora zejść na ziemię… – odpowiadam.

Na dopiero-co osiągniętym Jagnięcym, 2229 m npm, nikt nie myśli jeszcze o schodzeniu na ziemię – wprost przeciwnie. Ale mi natychmiast kojarzy się mnóstwo podobnych zjawisk… – łatwego przyzwyczajania się do pewnych czasowych stanów rzeczy, budowania na bazie przypadkowych czy trzeciorzędnych czynników naszego poczucia błogostanu, pewności siebie, własnej wartości, miejsca w szeregu…
Jakkolwiek małe nie byłyby nasze budżety rodzinne czy osobiste – można było przez ostatnie niemal 20 lat pojechać „na” Słowację i przez chwilę być „panem”… w różnych skalach i kategoriach.

Tak, jak nasza brytyjska* diaspora potrafiła nawet ze „stypendium Elci” (czyli zasiłku dla bezrobotnych) wygospodarować kilka funciaków na przelot do Warszawy (koniecznie British Airways, żadnym tam LOTem) i zadanie szyku, opowiedzenie spragnionym krewnym i znajomym o wolności, organizacji życia, dobrobycie, samodyscyplinie społecznej i czym tam jeszcze.
Trwało to przez parę pokoleń… dla ostatniej generacji przez parę dekad. Aż się skończyło i pewne normalne i „należne” efekty przestają być osiągalne w kraju łatwo czy wręcz darmochowato. Pięćset funtów (o stu nie wspominając) to nie żadna kasa, ludzie jeżdżą takimi samymi autami, mieszkają niejednokrotnie lepiej, swobodnie podróżują po świecie; młodsi znają języki już od dziecka i zabawiają się nimi (ojczystym też) z całą dezynwolturą ludzi przyzwyczajonych do wyboru, spontaniczności, twórczości, rebelii.
Zamiast spijać z ust „cudzoziemca” ogólniki o wolności i lepszości „tam”, oczekują szybkiego przekroju wysiłków czy legislacji takich czy owakich, błyskotliwego ale i precyzyjnego szkicu zmian nastrojów społecznych w interesującej ich kwestii… a tak w ogóle to daj mi, ciociu, linkę do twojego udziału w dyskusji o in vitro w kraju gdzie płacisz podatki (przynajmniej sobie niemiecki czy francuski podszkolę) [a nie truj mi tu banałami wykreślimy; staropolska gościnność nie pozwala irytować ciotuni.]

Gdy „tam” przyjadą – też nie padają na kolana. Wprost przeciwnie, zdolni są wykrzyknąć „ale to syf!” na widok sypiącej się i łuszczącej substancji nieruchomościowej w hiper-pożądanej dzielnicy Kensington…

I czym tu zaimponować?!… Irytacja się nawarstwia, bo starzenie dobitnie uświadamia nam, że i tu i tam gnuśnych i wygodnickich dopadną wyrzuty sumienia na temat celu i sensu naszej łatwiejszej czy trudniejszej egzystencji (ułatwienia oznaczają przecież zobowiązania).

A kiedyś…w młodości… było tak łatwo, miło i książęco. I takim niezastąpionym doładowaniem akumulatorów, potwierdzeniem słuszności osobistej czy rodzinnej decyzji o „daniu nogi” była każda wizyta w kraju…

Dobra już, dobra… – napiszesz przecież kiedyś ten planowany pamflet na diasporę. Teraz jedz twoją polską czekoladę i fotkuj zakupionym w Polsce aparatem telefonicznym. Ci dwaj mili i obeznani w panoramkach Rodacy na pewno ci spreparują kilka fajnych wizerunków… zupełnie nie zgryźliwych…

___
*i pewnie niejedna inna…
**faktycznie, tanio nie jest (3 fotki)… (nb, łóżko w tym schronisku kosztuje od 15€)
***anonsowanie i linkowanie 4 albumów z dwóch słowackich dni miało miejsce pod poprzednim wpisem

Komentarzy 17 to “Gdy przestaje być tanio…”

  1. Tom Says:

    Ten typ emigranta, o którym piszesz, się już kończy. Może nie już-natychmiast, ale wkrótce. 😉 Ma lat 50+
    Młodsi są normalniejsi, choć dla wielu z nich głównym celem roku to pojechać i zaszpanować wśród swoich.
    Tylko to trudne, więc bardziej się „opłaca” zachowywać normalnie: tak samo na Kanarach jak i w Sanoku. 😉

  2. basia Says:

    Nie wiem, czy ten typ emigranta się definitywnie kończy. Na pewno mamy do czynienia z jakimś momentem przełomowym… który trzeba uchwycić-opisać… znacznie szerzej, niż blogowymi muśnięciami.

    A co do „zaszpanowania”, jak sę wyrażasz – sądzę, że wiele zależy od pierwotnych kontekstów emigranta – kontekstów wyjściowego ‚odczucia niedostatku’ – rodzinnego czy środowiskowo-terytorialnego. Sanok, Ełk, Sokółka wciąż jeszcze bywają polem do popisu… ale czy tylko one?

    Tak, młodsze i średnie pokolenie zachowuje się na ogół normalniej. (Ech te lies, damned lies and statistics!) – Np. przyjeżdża do kraju i natychmiast rusza z polskimi przyjaciółmi dalej – powiedzmy na Chorwację, tam wydając tyle albo i więcej, ile wydaliby na jakiejś Krecie, Cyprze czy innych „popularnych destynacjach”… 😉

  3. TesTeq Says:

    I tylko jednego dziś rano mi żal:
    Najlepszych kasztanów na Placu Pigalle…

  4. basia Says:

    Mi – najlepszego wyprażanego syra – tak powszechnie dostępnego niegdyś każdej kieszeni wędrowniczej i narciarskiej… 😎

  5. marzena Says:

    człowiek się łatwo przyzwyczaja do dobrego. tanio to tanio. planuje budżet według tego, co wie – a potem szok. 🙂

  6. marzena Says:

    „a potem szok” może mieć też taką konkluzję kufową: ” 😦 ” 😉

  7. basia Says:

    Lepsza ta pierwsza – niesie obietnicę możliwości (re)adaptacyjnych organizmu… 😉

  8. TesTeq Says:

    Gdy przestaje być tanio,
    Płacić daj paniom! 🙂

    Równe prawa przy kasie –
    Tu i w Mombasie ❗

  9. basia Says:

    Byłbyż naprawdę Maestro w stanie
    pozwolić, by płaciły panie?!!!!!!!!!

    😯 😐

  10. TesTeq Says:

    Być dżentelmenem – to myśl odkrywcza –
    Łatwo, gdy z tobą jest Moc… nabywcza. 🙂

  11. basia Says:

    Ano… że tak odpowiem, po słowacku 🙂

  12. Tom Says:

    „sądzę, że wiele zależy od pierwotnych kontekstów emigranta – kontekstów wyjściowego ‘odczucia niedostatku’ – rodzinnego czy środowiskowo-terytorialnego.”

    I właśnie – względne odczucie niedostatku… czy też odczucie względnego niedostatku… a także poczucie, że nam się „coś więcej” od życia należy – pcha przecież ludzi do zmiany kraju zamieszkania, nieprawdaż?

  13. basia Says:

    Co pcha…
    – Czasem miłość. Ale do niedawna regułą par polsko-innych było osiedlanie się w kraju o wyższym statusie ekonomicznym. To dopiero w moim pokoleniu widzi się przypadki par – powiedzmy – polsko-szwajcarskich, mieszkających niedaleko wstrętnych krakowskich plant Dra D, choć mogliby nad jeziorem N naprzemiennie z okolicami miłego Leninowi miasta Z i czegoś tam jeszcze trzeciego (już nie pomnę szczegółów)…

    – Dalej zauroczenie przyrodą, czystością i schludnością tudzież całą organizacją życia, możliwościami własnej realizacji zawodowej, społecznikowskiej, wyzwanie i chęć sprawdzenia się, pragnienie zostawienia jakiegoś etapu za sobą i zaczęcia od czystej karty…
    Itede, itepe…

    – Plan zarobienia, odłożenia i powrotu…

    /mondrzy to wszystko ‚pobadali’ i usystematyzowali już dawno temu/

  14. Anonimowy Celebryta Says:

    Witam – zregenerowany (jak sądzę) 🙂 i w te pędy zabieram się do czytania zaległości a zwłaszcza do przeglądania zdjęć tatrzańskich! 🙂

  15. basia Says:

    Cieszę się i życzę zdrowia!!! 🙂

    Sama ‚sobie’ wczoraj zajrzałam do tych fotek… – Taki kontrast (zwł. termiczny)!… Ale mówią, że ma być jeszcze ponad 30C… 😉

  16. abnegat.ltd Says:

    Ha – wczoraj na grilu u sąsiadów opowiadałem England-bylcom jak to się czuł Polak wśród braci Europejczyków w latach osiemdziesiątych. I jakoś uwierzyć nie mogli że tak się żyć dało. Chyba dobrze że te czasy odchodzą na półki.

    Natomiast ciekawy punkcik(kontra) odnośnie wyjazdów i naszego zaistnienia tutaj wymodził się w trakcie degustacji polskiego kabanosika – jeden z grilowaczy jest przedsiębiorcą budowlanym. Tubylczym. I właśnie zatrudnił dodatkowych dwóch robotników. Polaków. Bo jak sam twierdzi – Angole to lenie. Jak się na to spojrzy dramatycznie (z zadęciem patriotycznym), można zadać pytanie – gdzie byśmy teraz byli gdyby nie pięćdziesięcioletni okres przymusowej szczęśliwości.

  17. basia Says:

    Oj, ileż ja razy słyszałam, że Angole to lenie…
    Jednocześnie wieść gminna niesie, iż od dziesięcioleci czy nawet stuleci firmy budowlane zatrudniały/rekrutowały się spośród Irlandczyków. I nawet dobrobyt (osiedlenie się od wielu pokoleń na większej wyspie) im ponoć tak nie przeszkadza (=nie wpływa tak demoralizująco) jak na co poniektórych „Polaków po 10-ciu latach”…
    Relata refero – sprzedaję jak nabyłam, nie wierząc za bardzo w uniwersalność tych prawidłowości (zdemoralizowanych Polaków, gł. emigrantów okolic ’81, usiłujących się jednakowoż brac za budowlankę, widziałam w L bardzo wielu… 😦 )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s


%d blogerów lubi to: