Kronika wirtualnie-realna (9)

29 październik 2009 - autor: basiaacappella

Złota i plusze Teatru Słowackiego, kurtyna Siemiradzkiego podniesiona co prawda, ale jednak jest…
Trzygodzinny występ doborowych solistów oraz Europa Galante pod dyrekcją Fabia Biondiego: w serii „Opera Rara” wysłuchaliśmy w ostatni piatek „Agrippiny” – opery Haendla, która podbiła z kretesem italską publiczność dokładnie trzysta sezonów temu.

Realowi Odpowiednicy Koneserów (PRed Szwarcman, Beata, Jerzy60) krzywili się nieco po pierwszym akcie: ach te matowości, niemrawości i inne niecharakterystyczności (jak dla ludzi Biondiego) – ale dobrze im tak; niech nie chodzą-jeżdżą tak często na „ważne”* koncerty… ;|
…B poczuła się podbita realizacją partii tytułowej (Ann Hallenberg, mezzo). I urodą wieczoru, rozpoczętego na Zwierzynieckiej, gdzieś na wysokości Banku Śląskiego, kontynuowanego kolacją w Chimerze, przejściem na plac Św. Ducha (Realowy Odpowiednik PAKa zatroszczył się o bilety już w lipcu), spacerem powrotnym na Dębniki i nocnymi rajdami po Krakowie: najpierw ku obchodzącemu jubileusz neogotyckiemu kościołowi św. Józefa w Rynku Podgórskim, potem na Kopiec Kościuszki, w którego okolicach szukano intensywnie najlepszych widoków w kierunku miasta… – o dziwo, oboje amatorzy śliskich, wertepiastych ścieżek dysponowali latarkami a noc była ciepła i ogólnie sprzyjająca.
O pierwszej czy drugiej am ogólnie sprzyjające są też krakowskie ulice (nie licząc tabunów imprezowiczów i legitymującej ich policji). Inicjator wieczoru (i Zapraszający) powrócił do krainy swojej pociągiem o wdzięcznej nazwie „Śnieżka”, B po przebudzeniu zobaczyła, że uparcie w-dwóch-trzecich-zielony zaokienny klon zazłocił się tej nocy pod kolor operowych wrażeń, pudełka czekoladek „szwajcarskiej tradycji” i papieru w jaki były opakowane wraz z kolejnymi kilkudziesięcioma godzinami złotej muzyki. Wtajemniczeni Koneserzy poprawią z pewnością na „czarnej”… ;/

___
*Kolega – naukowiec, chórzysta, meloman – powiedział do B podczas drugiej przerwy: „Widuję Redaktor Szwarcman chyba na wszystkich ważnych koncertach… – podziwiam!”. Co przekazano Zainteresowanej, nie pytając Opiniodawcy o pozwolenie, a teraz utrwala się dla potomności…

Zarozumiały ignorant

19 październik 2009 - autor: basiaacappella

Któż z literatów, któż z ludzi wykształconych, któż z mędrców nawet posiada w należytym komplecie te “podstawy wiedzy i nauki”? Czy nie jest tak, że biblioteki nasze przerosły naszą pojemność, że wszyscy jesteśmy mniej lub więcej ignorantami i że jedyne co nam pozostaje, to z najlepszą wolą posługiwać się tym zasobem wiedzy, jaki posiadamy. [...]
W szóstej klasie byłem członkiem Klubu Dyskusyjnego i przypominam sobie, że to były najbardziej mordercze zarzuty – tym bardziej mordercze, iż jak piłka były odsyłane z powrotem: — To nie ja, to ty jesteś zarozumiały ignorant!

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956. WL 1988, s. 33.

Urwiska a sprawa polska

7 październik 2009 - autor: basiaacappella

Polsko-górskich rocznic i okazji mieliśmy-mamy w tym roku zatrzęsienie!…
…stulecie lawinowej śmierci Karłowicza na stokach Małego Kościelca; powiązane z tym wydarzeniem stulecie powstania Pogotowia – TOPRu; siedemdziesięciolecie pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, dwudziestolecie katastrofy „krakowskiej” w okolicach Lho La (jedyny stamtąd ocalony zginął tego lata na tatrzańskiej Pośredniej Grani…)

Gdy nie bardzo wiadomo, jak się z tym wszystkim zmierzyć – wyjdźmy od tyleż miniaturowej co inspirującej i przez jakiś czas budzącej grozę, stupięćdziesięciometrowej południowej ściany Zamarłej Turni. A potem wyjdźmy na Zamarłą Turnię… - niekoniecznie i nie od razu drogą Bednarskiego, lecz nią też można…

Zamarła Turnia – klasyczny Żuławski jak zwykle nieoceniony!

Grecki ‘miś’

5 październik 2009 - autor: basiaacappella

Gdy wracałyśmy z Przyjaciółką z naszej wspólnej podróży życia – autostopu po Grecji, połączonego (tak się pomyślnie złożyło) z bardziej stacjonarnym jabłkobraniem; pobytu, który przedłużyłyśmy samowolnie ponad ważność voucherowych wiz w stosunku 10:35 dni – obawiałyśmy się nieco konfrontacji granicznej. Bo wyglądało to tak, że albo się płaciło sporo i dostawało w paszporcie pieczęć jakby mniejszą i mniej groźną, albo odmawiało się opłaty i wtedy wbijali wielkiego ‘misia’, który był de facto zakazem wjazdu do Hellady Przepięknej (Orea) na 5 lat. Czasem jednak urzędnicy bywali – wieść niosła – wyjątkowo zirytowani… i namolnie naciskali na uiszczenie opłaty.
Troszkę pognębili i nas, ale mężnie wytrwałyśmy i ogromne pieczęcie ‘przyozdobiły’ nasze dokumenty podróży. Trudno, pocieszałyśmy się, najwyżej włożymy po pomidorze w paszporty i jako zniszczone (przez przypadek) trzeba je będzie wymienić na nowe… a ta mniejsza pieczątka tak czy owak nie dawała gwarancji ponownego wjazdu…
Że nie ponowimy przyjazdu do tego cudnego kraju w okresie tak długim, jak cała II Wojna* – nie mieściło nam się w głowach.

Od tego momentu upłynie w październiku 2009 roku 20 lat. Każda z nas wymieniła paszport trzykrotnie. Żadna nie miała jeszcze okazji pojechać do kraju Homera i Miltiadesa po raz drugi…

___
*Okrągłą rocznicę jej wybuchu uczciłyśmy na samym Akropolis…

Mój komentarz umieszczony w Blogu Owczarka Podhalańskiego w styczniu 2009

W górach damą być

16 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

2009_0908Malenstwo0014(2)

Z archiwum PAKa

“Zapewne widziałaś okładkę Gór i damski strój na szczyty? Zdjęcie zrobiłem dzisiaj na dworcu” – napisał tydzień temu PAK*.
PAK to teoretyk, B to praktyczka… i zaprawdę, zaprawdę powiadam wam wielka jest szansa, iż bardzo wielu górskich publikacji po prostu nie widziała… Ostatnio albo i wcale. Nawet w internecie, choć to o wiele prostsze, niż węszenie po kioskach, księgarniach czy bibliotekach za wszystkimi teoretycznymi zwieńczeniami interesujących nas sfer aktywności. Mogłoby się wszak zdarzyć, że na działalność samą nie starczyłoby już energii i/lub czasu…

Jednak fotka “uderzyła metaforyczną celnością”. Bo ten ostatni wyjazd… W zasadzie każdy kolejny samochodowy… B już przestała pokpiwać w duchu z Bratowej, oceniającej służbowe auta małżonka pod kątem bagażników**. Bo jeśli jedna osoba z trudem się mieści w bagażniku pojazdu zarejestrowanego na pięć (i cóż, że najmniejszego spośród jako-tako nowoczesnych) – to dla 3-4 osobowej rodzinki iveco powinno być standardem…

Zatem: namiot, karimata, śpiwór, 3 poduszki (nie wszystko w minimalnych, nowoczesnych rozmiarach-objętościach – dla samochodu wszak nie robi różnicy), paczuszka z żywnością, wszelkie możliwe termosy na zimne i ciepłe (specyfika początku września)… I walizeczka pełna ciuchów… I biżuteria tudzież kosmetyki w sporym wyborze. I… o wstydzie! – trzy wieszaki do wewnątrz samochodu… 5 par butów, wliczając górskie…
W przypływie przedwyjazdowego otrzeźwienia z trzech wieszaków zrobił się jeden (dość obciążony). Dodać też należy, że pogoda planowała się zmienić a nawet załamać. I że po górskiej części nastąpić miał polski epizodzik towarzyski. Ale żeby brać nie tylko klapki z”rybią łuską” i baletki, ale nawet sandałki na 12-cm szpilce?! (nb, przydały się! ;/) -
- Jeszcze w połowie października ubiegłego roku B była zadowolona (w Chochołowskiej), że się jej – ascetce objętościowej*** – chciało wrzucić do pustawego plecaka piankowe sandały trekingowe.

Auto definitywnie psuje człowieka. Ale za to można się wieczorem przespacerować na koncert do kurortów typu Smokowiec czy Sztyrbskie Pleso. I cóż, że nieco powłócząc nogami – grunt że w perfumach Chanel i kreacji w odcieniu złota (dziewczyny lubią brąz… – ale wolą złoto).

Tylko ta literatura – niby wiele by można przyswoić podczas trzygodzinnej laby na stokach Krywania, Rysów czy Gierlachu. A tu człowiek albo robi notatki z tego, co mu produkuje dotleniony i szczęśliwy umysł, albo po raz nie-wiem-który czyta w przewodniku opis jakiejś możliwej do przedreptania trasy marzeń…

___
*ROI, Realowy Odpowiednik Internauty (© – Wiadomo_Kto ;|)
**najlepszy w historii był mondeo combi, najnowsza wersja w czasach tuż przed epoką aut służbowych w ich rodzinie
***Zob. choćby luźno wyglądający i naprawdę lekki plecak “weekendowy” na Rohatce - były tam wszystkie rzeczy pozwalające na cywilizowane 3-4 górskie dni

Na obiecankach

14 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

Cars promise far more than they deliver, both as consumer products and as mainstays of manufacturing economies. They pledge the freedom of the open road, the wind in our hair and a guaranteed uplift in our sexual performance. Behind the wheel of a car every man feels like an alpha male – or at the very least a beta male if it is a Mondeo.

The reality is otherwise. Most car journeys are mandatory flogs rather than Kerouac-style Odysseys. They consist of commutes, school runs and business trips. Cars themselves, through convergent evolution, have achieved a peak of excellence that renders them uniform. No longer do they boast tailfins, half-timbering or gullwing doors. Rustproof and tamper-evident, their innards repel the attentions of the keenest amateur mechanic.

An industry running on romance alone
By Jonathan Guthrie -
Ze zbioru tekstów w Financial Times: In depth. Car industry in crisis

Z “Szewców”

11 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

SAJETAN
A to jest najgorsze, że praca nigdy nie ustanie, bo się nie cofnie ta, psiamać, machina społeczna. Ta będzie tylko pociecha, że wszyscy, jako jeden wstrętny mąż, z zapamiętaniem nieprzytomnym orać będą, że nie będzie nawet takich próżniaków…
I CZELADNIK (domyślnie)
Tych na naczelnych stanowiskach kontrolnych?
SAJETAN
Toś ty to sobie też myślał, brachu? Hej! Ale jak tu porównać dwa mózgi? Nie porównać – choć i to trudno – ale zrównać. Otóż pracować będą tak samo – chodzi o tę nieprzyjemność. Teraz jeszcze za dużo frajdy mają te dranie, bo jest twórczość – hej! A i ja też mogę nowy fason wymyślić, chociaż to już nie to – nie. Nie to! nie to!
(Zanosi się płaczem.)
I CZELADNIK
Bidny majster! Chce mu się, aby robota była równocześnie mechaniczna i żeby duchem tę mechanikę wyosobliwiać, jak te dawne muzykanty i malarze swoje wydzieliny, w unikaty osobowego przejawu. Czy ja mówię bez sensu?
II CZELADNIK
Nie – tylko obco. Ja to bardziej swojsko wypowiem. A może nie warto? (pauza, nikt go nie zachęca; mówi jednak
Przykra pauza. NIkt mnie nie zachęca. gadać jednak będę, bo mi isę tak chce, ze wytrzymać nie zdolen jezdem, wicie. Przyjdzie dzi’ pewno tu ta księżna ze swoim prokuratorskim psem i gadać będzie też i wiercić nama otworki w metafizycznych pępkach, jak to uni, ci pysni panowie nazywają w sobie te cukierki, co u nas wrzodami swędzącymi są i zostaną. To się wyraża w sprzecznościach, których nijak osiągnąć nie można – to są te rzeczy, ta sakra ich suka, ślachcickie odpadki, co oni nazywają swymi metafizycznymi przeżyciami. Łechcą sobie nimi spasione brzuchy, a każdy taki łecht nasyconego bydlaka to nasz ból w kiszkach. Chciałem mówić, wicie, i powiem: żyć i umrzeć, zacisnąć się w główkę od szpilki i rozprzestrzenić się na cały świat; puszyć się i tarzać w prochu… (nagła pustka we łbie nie pozwala mu mówić dalej) Nic więcej nie powiem bo mi się nagle pusto we łbie zrobiło, jak w stodole, ajk w gumnie.
I CZELADNIK
Tak – nie bardzoście się wysilili na ten spicz przez s, p, i “cze”. Ja, wicie, Jędrek, znam Kretschmera z wykładów tej tam intelektualnej lafiryndy, Zahorskiej, w naszej Wolnej Wszechnicy Robotniczej. Oj, wolna ona, wolna – raczej rozwodniona jest ta nasza Wszechnica. Sami się częstują twardą wiedzą, a na nas to tę biegunkę umysłową puszczają, aby nas jeszcze gorzej zatumanić, niż to chciały wszelkie religianty na usługach feudałówi ciężkiego się przemysłu wygłupiające. A wam mówię, Jędrek, że to schizoidalna psychologia. Nie wszyscy są tacy. To rasa ginąca. Coraz więcej jest na tym świecie pykników. Ma se radio, ma se stylo, ma se kino, ma se daktylo, ma se brzucho i nieśmierdzące, niecieknące ucho, ma se syćko jak się patrzy – czego mu trza? A sam w sobie jest ścierwo podłe, guano pogodne przebrzydłe. To je pyknik, wis? A taki niezadowolony ze siebie to ino mąt na świecie czyni, żeby siebie przy tym przed sobą wywyższyć i siebie sobie pokazać lepszym, niż naprawdę jest – nie być ino pokazać, i nie lepszym ino takim fajniejszym, wyhyrniejszym. Tak ci to wyhyrma przed sobą. (po pauzie) A ja to sam nie wiem, jaki jestem: pyknik czy schizoid?
SAJETAN (twardo wali w kopyto czy coś takiego)
Hej! Hej! Gadacie a życie ucieka. Ja bym chciał ich dziwki deflorować, dewergondować, nimi się delektować, jus primae noctis nad nimi sprawować, w ich pierzynach spać, ichnie żarcie żreć aż do twardego rzygu, a potem ichnim duchem od zaświatów się zachłysnąć – ale nie podrabiać to, co oni, tylko lepsze stworzyć: i nowe religie nawet – na pośmiewisko ino, i nowe obrazy, i symfonie, i poematy, i maszyny, i nową, całkiem zaistną, śliczną jak moja Hania… (przerywa) E – nie będę wymawiał – świętokradztwo w ichnim języku to się zwie. (gwałtownie) A co ja mam? A co ja z tego mam??
II CZELADNIK
Cichojcie!…
SAJETAN
Nie będę cichoł – te, frajer! Hej! Hej! Hej! Hej! Hej! (wali młotem) Syn przystał do tych tak zwanych wstrętnie “Dziarskich Chłopców”. Niby organizacja takich, co chcieliby wszystko od razu; oni chcą zużyć inteligencję, chcą nikogo nie mordować, chyba że już nie można inaczej. Hej!
(Z prawa wchodzi prokurator S c u r v y. Cylinder. Parasol. Strój żakietowy. W rękach urękawicznionych na jasno kwiaty żółte)
SCURVY
Jakże byście to chcieli: nie mordować, “chyba że już nie można”. Nigdy nie można, zawsze trzeba – tak to jest. Hehe

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Szewcy. Naukowa sztuka ze śpiewkami w trzech aktach (1934). PIW 1988, s. 103-105

***
Na obcych zresztą bardzo nie licz
U nas ciekawy był Witkiewicz.
Umysł drapieżny. Jego książek
Nie czytać – prawie obowiązek.
W ciągu najbliższych stu lat chyba
Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
Aż ta formacja co go znała,
Stanie się już niezrozumiała,
I jaka była w nim trucizna
Najlepszy spec się już nie wyzna.

- napisał Miłosz (w Traktacie moralnym). Od dawna czas mi był wielki wziąć się za obwąchiwanie tego kolosa na blogowe potrzeby. Kolos za bardzo się kolosił… aż przyszła kryska – zaledwie tydzień do 70. rocznicy samobójczej śmierci Witkacego. -

…Na przyszły piątek wypadałoby przepisać “wszystko i w całości…”

Numery

9 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

Live Path Number 9

Your path will lead you to understand the interconnectedness of all things. It’s a path of universal love that learns compassion and tolerance. Once you’ve learned this lesson, you’ll move on to the next phase – tolerance for all, and the importance of caring for each other.

You are a born healer, and your healing may take the form of writing, composing, painting or sculpting – reaching others by truly connecting to them, in other words. With a 9 Live Path Number, you will also be learning how to let go, to surrender the self for the greater good. People with 9 Live Path Number truly understand the Golden Rule – and don’t understand why others don’t.

The career/vocation options suited to the 9 Live Path include international business, the arts (including the stage, literature, filmmaking, dance sculpting pottery, painting, writing, and arts administration), education and health. In addition, any line of work that is designed to help, heal or humanize belongs to this humanitarian number.

For an in-depth discussion of the number 9, the number of completion, be sure to review Chapter 6

The complete idiot’s guide to numerology

Jacy ładni!…

7 wrzesień 2009 - autor: basiaacappella

Późne popołudnie, koniec lipca. Pędząc z Tyńca na rowerze nowo-otwartą częścią Trasy Bursztynowej, B “nagle” przypomniała sobie stylistykę, jakiej użył Andrzej Drawicz, powróciwszy do swej ukochanej Rosji po dłuższej przymusowej nieobecności:
“Rasa się poprawiła!” – piękne młode pokolenie wyrosło w czasie, gdy nie było mu dane wjeżdżać za wschodnią granicę.

Polskie obserwacje na początku trzeciego tysiąclecia nie mogą skłaniać do aż tak jednoznacznych stwierdzeń, istnieje jednak z pewnością kilka niezłych wizytówek kraju i jego ludzi. Na przykład w wielkich miastach, w miejscach, które odwiedzają “the upwardly mobile” – najszerzej rozumiani yuppies.
(Nie dość, że ma się szczęście obcować z takimi kilka razy w tygodniu, to dodatkowo kilka razy w krótkim odstępie czasu usłyszało się tego lata od zagranicznych gości, jak fajnie popatrzeć na “moving features” Rynku Naszego Najgłówniejszego… nawet otyłe Amerykanki nie psują wysokiej estetycznej przeciętnej…)

A już rolki, rowery, wysokie góry! Pięknie wyrzeźbione ciała* młodych, ale i starszych, opalenizna, uśmiech nawet przy ponad 30C, dobre-właściwe ciuchy, zgrabne, sprężyste ruchy, niezły sprzęt. Nawet marudy i waleczni z lekką nadwagą prezentują się OK…

…B rozpędziła się w peanie swym wielce optymistycznym, aż jej zaświtało, że gdy się samemu bywa na mocnym endorfinowo-serotoninowym haju – turbo-domieszka różowych wniosków z obserwacji wchodzi samorzutnie i wielce podstępnie…

Trwałość siły tego wrażenia zdumiewała ją przez całe lato… Nawet wzmocniona widokiem domów oflagowanych pierwszosierpniowo (ach te ukwiecone balkony w charakterze tła!) i środków komunikacji publicznej… Motyw euforycznej ładności powrócił w połowie sierpnia tudzież pod jego koniec i na początku września… na tle natrętnych bajań o młodej krwi przelewaniu…

Wtedy, pod koniec lipca, na łuku „Ścieżki Bursztynowej”, minął B i towarzystwo młodzian na bicyklu, perrorujący z pogodną werwą koleżance… czemu to on naprawdę i okropnie nie cierpi roweru.
Może chodzi właśnie o to – o krytycyzm, autoironię, zobaczenie siebie i spraw w krzywym, przewrotnym zwierciadle, umiejętność kwestionowania wszystkiego… lub prawie. W tej liczbie – owczych pędów większych i mniejszych. Nawet tych najszczytniejszych, jak przyjaźń, takie czy inne wartości wspólne, aktywizm jako taki i typowo sportowy wysiłek na świeżym powietrzu.

I żeby nie wyszło szowinistycznie-zaściankowo – tłumy Słowaków, wchodzących lekko i z uśmiechem na ustach na swój Krywań w swe święto narodowe, też prezentowały się niezwykle fotogenicznie.
Nawet „bardziej” jakby.
Bo poziom różowookularowego patrzenia na świat rośnie wraz z nabywaniem wysokości npm…

___
*normalnie-pięknie, po ludzku i na ludzką skalę – not genetically, surgically or digitally modified…

Kraków-Rzym’84 (7)

28 sierpień 2009 - autor: basiaacappella

Skarby, które pozostaną w pamięci…

Jak już powiedziano, swoistym mottem podróży było “szybciutko, szybciutko, nie ma ani chwili do stracenia, każda sekunda jest droga a nawet bezcenna!…” I trzeba przyznać, żeśmy te sekundy całkiem nieźle wykorzystywali.

Uczestnicy ‘dobrze zorganizowanych’ zbiorowych wyjazdów włoskich narzekają zazwyczaj na przeładowanie treściami “sztucznymi”, czego efektem jest zupełne pomieszanie się w pamięciach uczestników Florencji z Asyżem, Sieny z Perugią, Arezzo z Padwą a Pawii z Genuą tudzież Weroną…
Albo wola, pamięć i chłonność B były ponadprzeciętnie dobre (co nieprawdopodobne), albo i pod tym względem debiutant w roli organizatora pielgrzymek, Ks.W, miał właściwych doradców i odpowiednie “zasoby własne”… Owszem, jak wszyscy, i my zaliczaliśmy po kilka mega-hitów dziennie, najczęściej z kimś spośród nas w roli przewodnika. Co więcej – zawsze znalazła się jakaś dodatkowa “grupka inicjatywna” z pasją i teoretyczną podbudową, która była zdolna pociągnąć resztę a to do Św. Klary w Asyżu (zamknięta była, niestety), i Św. Damiana tamże, a to na peryferie Florencji, a to do Perugii (nic nie wiedziałam wcześniej o cywilizacji etruskiej i wizytę w tym mieście odebrałam jako jedno wielkie novum poznawcze… w sumie niewielki wstyd dla licealistki), a to pod krater Wezuwiusza, a to ‘na górkę’ na Capri, a to na Hiszpańskie Schody w Rzymie, a to, a to…
I jakoś się to wszystko utrwalało-strukturowało poziomami emocjonalnych zaangażowań i dumy, że my to wszytko i jeszcze więcej… bo sami chcieliśmy, bo nas ciekawiło. (O zmęczeniu i kryzysach kondycyjnych już pisałam – to co powyżej należy więc czytać w tamtym kontekście).

*******************

Osobiste highlights?

Bez dwóch zdań największym była środa 27.7. z mszą i audiencją prywatną w apartamentach papieskich a po niej – z audiencją generalną na Piazza San Pietro. Dopiero w trakcie tego drugiego wydarzenia serce uspokoiło swój rytm – tak niesamowite wrażenie wywierało na wielu – w tym na B – wejście za Spiżową Bramę, procedury przedaudiencyjne, ciche wprowadzenie do kaplicy. Jakkolwiek wcześnie nie pojawiliby się tam pielgrzymi – Papież był przed nimi, w modlitewnym skupionym bezruchu. I to jego niesamowite – wręcz legendarne spojrzenie podczas podawania komunii. A potem rozmowa z każdym – całkiem długa pogawędka w pierwszym moim przypadku (jak na warunki – czyli kilkuzdaniowa).

Dalej Alpy i burza w nich podczas podróży powrotnej. Daleka, ale niosąca się echem oraz błyskawicami. I my u podnóża tych olbrzymów, gotujący ryż na nadrzecznym piasku z użyciem wszystkich sześciu palników, jakie mieliśmy.

Neapol, Wezuwiusz, Sorento i Capri. Wiadomo – zobaczyć i umrzeć. Plaża na Capri, jakimś cudem niezatłoczona, pozostaje dla mnie miarą z Sevres wakacyjnego szczęścia.

Florencja jako zjawisko. Jakoś mniej upalnie w niej było, niż podczas moich późniejszych bytności – dało się więc objąć skarby zgromadzone nad rzeką Arno nie będąc potem “skutecznie mrtvym”.

Wyprawa w krzaczaste pagóry podrzymskiej miejscowości naszego tygodniowego rezydowania (kierunek Tivoli, z grubsza rzecz ujmując) w popołudnie poaudiencyjne. Poszłyśmy z koleżanką, studentką 2 roku uniwersyteckiej matematyki stosowanej… (wyróżnienie dla małolata, że się z nim “trzymała” ;/) w strojach ‘z audiencji’, jakie postanowiłyśmy nosić do końca dnia. Że też nie dostałyśmy udarów w ten upał na nieosłoniętych, wyprażonych italskim słońcem, ciernistych stokach!

Wjazd a potem wejście na kopułę San Pietro. Ogrody watykańskie – tak przyjemne poprzez fontanny i nasze nieustanne wchodzenie pod zraszacze nienagannych muraw. Nota bene – najlepsze zdjęcia ogrodów mamy właśnie z kopuły Bazyliki.
Monte Cassino i śpiew B – niemal solo, do mikrofonu – wszystkich zwrotek “Czerwonych Maków…”* nad grobem Andersa (z powodu nazwy dziecięcego zespołu, w którym śpiewała – znała pieśń na pamięć).

Z latami utrwaliły się te wspomnienia i wrażenia do postaci swoistego osobistego archetypu beztroski, idealnej sytuacji podróżnej, perfekcyjnego wakacyjnego pejzażu. W mózg i serce wdrukowała się świadomość, że cokolwiek by człowieka (nie) spotkało – dany był też, wśród innych, ten przywilej… wczesny, niezasłużony.

___
*Mieszanki marsza z tangiem, jak żartowali chórzyści krakowscy cztery lata później – wówczas mieliśmy szczęście posiadania w składzie śpiewaczym weterana walk w tym masywie. Prof. N zaprowadził nas (nie całkiem legalnie) do wszystkich ważnych i przełomowych miejsc Bitwy.