Skarby, które pozostaną w pamięci…
Jak już powiedziano, swoistym mottem podróży było “szybciutko, szybciutko, nie ma ani chwili do stracenia, każda sekunda jest droga a nawet bezcenna!…” I trzeba przyznać, żeśmy te sekundy całkiem nieźle wykorzystywali.
Uczestnicy ‘dobrze zorganizowanych’ zbiorowych wyjazdów włoskich narzekają zazwyczaj na przeładowanie treściami “sztucznymi”, czego efektem jest zupełne pomieszanie się w pamięciach uczestników Florencji z Asyżem, Sieny z Perugią, Arezzo z Padwą a Pawii z Genuą tudzież Weroną…
Albo wola, pamięć i chłonność B były ponadprzeciętnie dobre (co nieprawdopodobne), albo i pod tym względem debiutant w roli organizatora pielgrzymek, Ks.W, miał właściwych doradców i odpowiednie “zasoby własne”… Owszem, jak wszyscy, i my zaliczaliśmy po kilka mega-hitów dziennie, najczęściej z kimś spośród nas w roli przewodnika. Co więcej – zawsze znalazła się jakaś dodatkowa “grupka inicjatywna” z pasją i teoretyczną podbudową, która była zdolna pociągnąć resztę a to do Św. Klary w Asyżu (zamknięta była, niestety), i Św. Damiana tamże, a to na peryferie Florencji, a to do Perugii (nic nie wiedziałam wcześniej o cywilizacji etruskiej i wizytę w tym mieście odebrałam jako jedno wielkie novum poznawcze… w sumie niewielki wstyd dla licealistki), a to pod krater Wezuwiusza, a to ‘na górkę’ na Capri, a to na Hiszpańskie Schody w Rzymie, a to, a to…
I jakoś się to wszystko utrwalało-strukturowało poziomami emocjonalnych zaangażowań i dumy, że my to wszytko i jeszcze więcej… bo sami chcieliśmy, bo nas ciekawiło. (O zmęczeniu i kryzysach kondycyjnych już pisałam – to co powyżej należy więc czytać w tamtym kontekście).
*******************
Osobiste highlights?
Bez dwóch zdań największym była środa 27.7. z mszą i audiencją prywatną w apartamentach papieskich a po niej – z audiencją generalną na Piazza San Pietro. Dopiero w trakcie tego drugiego wydarzenia serce uspokoiło swój rytm – tak niesamowite wrażenie wywierało na wielu – w tym na B – wejście za Spiżową Bramę, procedury przedaudiencyjne, ciche wprowadzenie do kaplicy. Jakkolwiek wcześnie nie pojawiliby się tam pielgrzymi – Papież był przed nimi, w modlitewnym skupionym bezruchu. I to jego niesamowite – wręcz legendarne spojrzenie podczas podawania komunii. A potem rozmowa z każdym – całkiem długa pogawędka w pierwszym moim przypadku (jak na warunki – czyli kilkuzdaniowa).
Dalej Alpy i burza w nich podczas podróży powrotnej. Daleka, ale niosąca się echem oraz błyskawicami. I my u podnóża tych olbrzymów, gotujący ryż na nadrzecznym piasku z użyciem wszystkich sześciu palników, jakie mieliśmy.
Neapol, Wezuwiusz, Sorento i Capri. Wiadomo – zobaczyć i umrzeć. Plaża na Capri, jakimś cudem niezatłoczona, pozostaje dla mnie miarą z Sevres wakacyjnego szczęścia.
Florencja jako zjawisko. Jakoś mniej upalnie w niej było, niż podczas moich późniejszych bytności – dało się więc objąć skarby zgromadzone nad rzeką Arno nie będąc potem “skutecznie mrtvym”.
Wyprawa w krzaczaste pagóry podrzymskiej miejscowości naszego tygodniowego rezydowania (kierunek Tivoli, z grubsza rzecz ujmując) w popołudnie poaudiencyjne. Poszłyśmy z koleżanką, studentką 2 roku uniwersyteckiej matematyki stosowanej… (wyróżnienie dla małolata, że się z nim “trzymała” ;/) w strojach ‘z audiencji’, jakie postanowiłyśmy nosić do końca dnia. Że też nie dostałyśmy udarów w ten upał na nieosłoniętych, wyprażonych italskim słońcem, ciernistych stokach!
Wjazd a potem wejście na kopułę San Pietro. Ogrody watykańskie – tak przyjemne poprzez fontanny i nasze nieustanne wchodzenie pod zraszacze nienagannych muraw. Nota bene – najlepsze zdjęcia ogrodów mamy właśnie z kopuły Bazyliki.
Monte Cassino i śpiew B – niemal solo, do mikrofonu – wszystkich zwrotek “Czerwonych Maków…”* nad grobem Andersa (z powodu nazwy dziecięcego zespołu, w którym śpiewała – znała pieśń na pamięć).
Z latami utrwaliły się te wspomnienia i wrażenia do postaci swoistego osobistego archetypu beztroski, idealnej sytuacji podróżnej, perfekcyjnego wakacyjnego pejzażu. W mózg i serce wdrukowała się świadomość, że cokolwiek by człowieka (nie) spotkało – dany był też, wśród innych, ten przywilej… wczesny, niezasłużony.
___
*Mieszanki marsza z tangiem, jak żartowali chórzyści krakowscy cztery lata później – wówczas mieliśmy szczęście posiadania w składzie śpiewaczym weterana walk w tym masywie. Prof. N zaprowadził nas (nie całkiem legalnie) do wszystkich ważnych i przełomowych miejsc Bitwy.