- Patrz, ryby, ryby, naprawdę… i ile!…
Prawie-pociągnięty za rękaw młodzian rzuca zmęczonym, lekko zirytowanym głosem:
- Wiesz, jakoś mnie to nie fascynuje…
Pewnie, że nic szczególnego – ot ławica maleństw w Wiśle, tuż pod tyniecką skałą. Plus śliczna, filigranowa dziewczyna o delikatnym, melodyjnym głosie.
Zajechawszy tam we wczorajsze upalne przedpołudnie, po drodze na pływanie i żeglowanie, nie mogliśmy się nadziwić, że nas fascynuje aż tyle: podniesione wały powodziowe (ich inspekcja była celem odskoku), cegły porotherm trzymające się mocno, kolory i faktury pokryć dachowych, modne odcienie elewacji, mody damskie, męskie, dzieciowe czy babciowe (dziadziów nie dostrzeżono), liczba łódek na rzece, kolory ważek (i czy panny ważki co siedzą nad Odrą mają z musu sukienkę swą modrą?)… i co za drzewa już żółkną, i czy benedyktyni dalej prowadzą warsztaty chorału, i że dodatkowy spory parking a tłok jak zawsze (kiedy się wysyci?), i że rowerów tyyyyle na trasie bursztynowej i wokół (a nam nie przeszkadza nawet jak znienacka przejeżdżają drogę, bośmy Europejczyki w Słowacji przetresowane i jak mamy 40 to jedziemy… góra 45… w skrajnych przypadkach 50).
Słowem samozadowolenie i niedzielna radocha aż furczy, lecz za nią czai się zasadnicze pytanie – jak to jest z tymi pasjonatami i ich ‘poszczególnymi’ fascynacjami: na pewno dar boży, który każe brzdącowi plumplać w pianinko pokąd mu słuchu nie zdiagnozują i do szkół nie poślą… dalej rodzina i jej ‘szczepienia’, doświadczenia życiowe pozwalające kompetentnie poruszać się w różnych sportach, sztukach, spawaniu, lutowaniu, ważkach, ocieplaniu budynków, gencjanach, paretach i parytetach…
…Lecz gdyby okazało się, że jakiś przytłaczająco duży procent naszych “żywych” kompetencji i pasji zaczyna się od najzwyklejszej kindersztuby?… Od tego leciutkiego nadmiaru energii wydatkowanej ‘bez potrzeby’ na: “brzmi interesująco”, “opowiedz coś więcej”. “zagraj to jeszcze raz” “ok, zrobię to z tobą”, “skoro mówisz, coś w tym musi być…”
- Nie potrzeby a fatyczna funkcja języka u podstaw rozwoju osobowości?!
- A czy to nie na jedno wychodzi w danym przypadku?
Po czym mój kompan rzuca scenicznym szeptem do towarzyszki niezachwyconego (który znów się ociąga, więc raczej nie usłyszy):
- Rzuć go skarbie, jutro w południe będzie po bólu.
I o dziwo, zamiast oburzonego “Spadaj staruszku!” dostaje rozumiejące a może nawet porozumiewawcze spojrzenie…
12 Wrzesień 2011 o 6:28 am
Typ:
Zainteresowanie z potrzeby.
Podtyp:
Zainteresowanie z potrzeby wydatkowania energii fizycznej.
Podtyp:
Zainteresowanie z potrzeby wydatkowania energii duchowej.
Typ:
Zainteresowanie z infekcji.
Podtyp:
Zainteresowanie z infekcji kindersztubowej.
Podtyp:
Zainteresowanie z infekcji hobbystycznej.
12 Wrzesień 2011 o 6:46 am
Nie przez przypadek napisałam o ‘naszych „żywych” kompetencjach i pasjach’ — termin ‘zainteresowania’ jest w tym kontekście blady, pół-martwy, powiedziałabym;
…może oznaczać wszystko i nic… i nie wiem, czy najlepiej oddaje ‘potencjał interakcyjny’ jednostki (z ‘zainteresowaniami’ można sobie siedzieć w czterech ścianach, w wycinku zagadnienia – np. przeżuwanie ‘muzyki’ z nośników mechanicznych – pasją musisz się dzielić, obejmować nią coraz szersze pole, nabywać kompetencji pokrewnych, oglądać ‘teren’ z wielu punktów oświetlenia).
12 Wrzesień 2011 o 7:03 am
“Pasjonat” – temperament i dobrze ugruntowany nawyk, by w to co robimy angażować się całym sercem i umysłem.
Jako, że rzecz dotyczy też seksu, stosunków partnerskich, wychowywania dzieci – rada “Kompana” była słuszną. Po pewnym wieku nie da się zrobić pasjonata z anty-pasjonata.
12 Wrzesień 2011 o 7:06 am
Może by się dało, gdyby on sam chciał.
Z moich obserwacji teścia wywodzę jednak, że bardziej niebezpieczni są udawacze – zależy im do czasu na pracy i kilku innych sprawach
a potem szybko osiadają na laurach.
12 Wrzesień 2011 o 7:10 am
Pak, a ta infekcja hobbystyczna to niby co? – “Wezmę sobie hobby, bo ktoś ma hobby i dobrze byłoby też mieć hobby?”
12 Wrzesień 2011 o 7:16 am
Joszko, całkowicie się zgadzam! – Wrodzony temperament i nawyki zaszczepione w młodym wieku. Potem można co najwyżej próbować poudawać (bardziej albo mniej udatnie
).
Basiu, czytam, górskie zdjęcia obejrzałam dokładnie. Pozdrawiam Ciebie i Czytelników.
12 Wrzesień 2011 o 9:32 am
PAK, niema czegoś takiego, jak energia fizyczna rozdzielna od energii duchowej – zapomnij!
Są może wyjątki związane z czasową niemocą organizmu, są procesy geriatryczne, lecz zasada dla młodych i średnio młodych jest jedna…
12 Wrzesień 2011 o 2:34 pm
Wszystko przecież już widziałem
I dowcipy odeśmiałem,
Filmy z happy i nie endem,
Nic nowego nie zdobędę
Już…
12 Wrzesień 2011 o 9:31 pm
Nie kryje, ze barzo chętnie byk sie dowiedzioł, jaki bedzie dalsy ciąg tej historii jutro w południe. Zostało jesce niecałe śtyrnoście godzin i trzydzieści minut…
13 Wrzesień 2011 o 6:43 am
@Joszko: temperament i dobrze ugruntowany nawyk… i że po pewnym wieku niewiele się da…
…ale gdyby bardzo chciał… nagle go olśniło… że tak się żyje łatwiej i piękniej (choć się przyłożyć znacznie bardziej trzeba… starać — to jednak łatwiej, oczywisty paradoks
)
Skoro niektórzy ludzie potrafią się przestraszyć własnego przedwczesnego zejścia i zmieniają diametralnie swe elementarne nawyki (typ i styl się-odżywania, letarg versus aktywność ruchowa, etc.) — to może i tu? bodaj wybrańcy?
@Jankora: Dzięki Ci!
Nieudatne udawanie wychodzi jak szydło z worka. Nawet w idealnej sytuacji towarzyskiej wychodzi (wieczór, dekor, restauracja, taksówka)… a cóż dopiero, gdy podać delikwenta najdelikatniejszym próbom: upał, zmęczenie, pobłądzenie, przeszywające zimno w kolejce do wyciągu, presja czasu przed jakąś podróżą samolotem czy pociągiem… że już nie wspomnę o wspólnym coś-robieniu (‘służebne’ wolontariaty, sztuka, kampanie, etc.) — wszystko wychodzi w tempie raz-dwa-trzy!
@Nietoperek: Się zgadzam, że nie ma czegoś takiego, jak zmagazynowana energia (i jeszcze tak dziwnie rozszczepiona) — jest tak, że masz wolę, idziesz do ludzi albo w samotność, albo do pojedynczego człowieka… i w relacji dialogicznej wydatkujesz a jednocześnie wytwarzasz “to”… budujesz się i jednocześnie dajesz…
Zarówno praktyka najpotoczniejsza, jak i zgromadzone doświadczenia ludzkości pokazują, że to jest odpowiedni model. (A na dodatek zgodny z tischnerowską filozofią dialogu… schematem sceny… rzeczywistością ‘zwischen’)
@TesTeq: Wszystko przecież już widziałem
Oż, to Maestrowi zazdroszczę… Lub też nie zazdroszczę
Ale “nic nowego nie zdobędę” powiedzieć będzie można (ewentualnie
) dopiero po maratonie? Hę?…
@Owczarek: Rzecz działa się w niedzielne przedpołudnie czyli ‘odcierpieć’ miała do wczoraj… Mój towarzysz miał wielką nadzieję, że dziewczyna nie cierpi na decyzjofobię*… ja usiłowałam – na zasadzie adwokata diabła – szukać okoliczności łagodzących abnegację-apatię i fanpsujostwo młodziana…
____
) wybredności wobec facetów…
*sam ma prawie szesnastoletnią córkę i uczy ją (ogromnie gorliwie
13 Wrzesień 2011 o 7:41 am
facet gorliwie uczy córkę wybredności wobec innych facetów – ten świat zmierza szybkimi krokami ku katastrofie!
13 Wrzesień 2011 o 12:50 pm
Gdzie tam!
Świat zmierza ku lepszości!
Lepiej, by dziewczyna na poziomie spławiła szybko (nawet Wisłą, z tymi małymi rybkami) negatywnego fatyganta, niż gdyby miała się doń pół-przyzwyczaić lub – co jeszcze gorsze – “zakochać”… whatever (in) love means…
…Kobiety i kobietki mają w dzisiejszych czasach zbyt wiele do stracenia…
13 Wrzesień 2011 o 1:44 pm
aaa…
to fatygant ma zachwycać a nie zachwyca?
faceci w dzisiejszych czasach są zbyt mało pojętni.
– jeszcze jedno światło na oświecenie pogan… i jeszcze
dopóki stare żarówki w grze.
13 Wrzesień 2011 o 5:00 pm
faceci w dzisiejszych czasach są zbyt mało pojętni
— powiem dyplomatycznie (idiomem ludu krakowskiego): jak który i jak kiedy…
16 Wrzesień 2011 o 12:31 pm
Niniejszym dorzucam swiadectwo, ze nasz gatunek ludzi ma ryby gleboko pod woda. Egzaltacje rowniez. A jak slyszy och i ach to mu niedobrze. Bez wyrzutow sumienia.
Zachwyt nad pieknem ma wiele oblicz i bogaty wybor podmiotu.
4 Październik 2011 o 4:55 pm
Witam Cię serdecznie, Marto!
)
(I przepraszam za półmiesięczne czekanie…
Owszem, to co piszesz świętą prawdą jest… tyle że wpis jest o sprawie szczegółowej — malutkiej scenie i większych scenach stosunków międzyludzkich… o rozwoju poprzez podtrzymywanie więzi “żetonem” wspólnego zainteresowania, wstępne podzielenie werbalne zachwytów cudzych… ładne “zmuszenie się” czasem do tego…
Dalej idąc —
— …O tym lekko-nadmiarowym (dla nas, słowiańskich naburmuszałków) zainwestowaniu energii na “otwartą autoprezentację”… – te jasne, naturalne uśmiechy, gotowości, zapobiegliwości, opiekuńczości… te małe słówka i frazy, zawsze w gotowości i na swoim miejscu… — niby nic niekosztujące lecz jak się im przyjrzeć – czasem trudniejsze do wysupłania, niż największe pieniądze…
…Bo my tacy “szczerzy” jesteśmy… do bólu a często i wbrew naszemu osobniczemu, najegoistyczniejszemu interesowi…
3 Styczeń 2012 o 2:22 pm
[...] ja wam powiadam (i nie po raz pierwszy w tak zwanym krótkim przeciągu) – winne są nie-dość-wdrukowane, nie-dość-wytresowane, nie-dość-zautomatyzowane [...]