Pod wpływem wczorajszego wpisu TesTeqa przypomniałam sobie obiegowy wierszyk szkolnych pamiętników (wylądował również w moim dzięki koleżance z zespołu śpiewaczego):
chociaż życie ci dokuczy
zły los porwie, z nóg cię zetnie
na pytanie ‘jak ci idzie?’
odpowiadaj zawsze ‘świetnie!’
bo tak w życiu postępując
dwojakiego dopniesz celu
nieprzychylnym przykrość sprawisz
radość wzbudzisz w przyjacielu
I dobrze, i świetnie – ale jakim kosztem!
Jękoły idą sobie po prostu z dryfem, który każe człowiekowi – istocie z natury ponoć leniwej – zachowywać energię… i tak często, jak się da, pozwolić się ponieść prądowi.
A tu?! Nie dość, że trzeba wypracować jakieś podstawy dla swych przechwałek w rzeczywistości “empirycznej” – to ile jeszcze pułapek komunikacyjnych, poznawczych, kwalifikacyjnych!
Ile zastrzeżeń!
Może nie powinnam, bo rzeczywistość nie jest bynajmniej różowa, a “tylko ja” mam nawyk ponadnormatywnego optymizmu… oraz stawiania Barańczakowych makiet przed nieuchronnymi zniszczeniami i ciosami, jakie obficie dozuje nam życie?
Może nie im… Zbyt okrutne na danym etapie rozwoju rozmówców… – I cóż to w ogóle za cel: “nieprzychylnym przykrość sprawię”?! I czy przyjaciołom faktycznie radość, czy tylko irytację (w najlepszym razie)?
Nietaktycznie, nie te szerokości geograficzne… – biadolenie zbliża ludzi a wystawianie się na zawiść, węszenia, złe ploty i inne ataki podjazdowe (tudzież otwarte)* wymaga czasem kontr-mobilizacji i przeciwstawienia się.
Może więcej dałoby wejście do wewnątrz jakiejś wspólnoty w biadoleniu czy sekty schorowanej wyobraźni? I po miesiącu gadek o tym, jaki to kryzys okropny a ludzie w autobusach tudzież lekarze w przychodniach nie do zniesienia — “przekabacenie mniej beznadziejnych przypadków”?…
Może…
Jak się ktoś naczytał niepotrzebnie o kwestii smaku i że się trzeba uśmiechać rano do lustra, to teraz ma niewolę do końca życia – skwitowała kiedyś znajoma.
___
*na to zawsze znajdą energię, strategię, porozumienie, (samo)dyscyplinę…
19 czerwiec 2009 o 5:11 am
Pewnie że nie taktyczne w Polsce. Ale w Ameryce bardzo dobrze widziane.
Ważne, by właściwi ludzie grupowali się we właściwych miejscach.
19 czerwiec 2009 o 5:12 am
O, i “pracować” trzeba nad uzależnieniami!
19 czerwiec 2009 o 5:35 am
Jeszcze jedno postskriptum: Już tylko sto wpisów dzieli nas od liczby “666″
19 czerwiec 2009 o 5:48 am
Nie sugeruje mi Pan Szanowny (jednakowoż
) konieczności przeniesienia się w jedynie słuszne szerokości geograficzne?
A co do “666″ – jeszcze daleka droga! Po przebyciu której będziemy się wszyscy mieli się tak świetnie, jak obecnie
19 czerwiec 2009 o 6:08 am
Szerokości geograficzne? Ja typowałem raczej długości… Ale co kto woli.
Wierszyka pozytywnego nie znałem. Dla mnie optymizm, nawet trochę urzędowy, to kwestia pewnego ’szyku’, bo pierwszą osobą, którą z takim optymizmem poznałem był szkolny anglista (już kiedyś chwalony, oczywiscie nie za to jak mówię po angielsku
) — zawsze odprasowany garnitur, zawsze nienaganne maniery, pewien pedantyzm (włącznie ze sprawdzaniem na zegarku, czy jeszcze Good Morning, czy już Good Afternoon), rozpoczynanie lekcji z dokładnością do sekund, do tego fajka (nie, żebym popierał tytoń, ale fajka znamionuje pewien szyk, zresztą nauczyciel w ogóle trochę Geremka przypominał). I właśnie uśmiech i zawsze pozytywne odpowiedzi.
Taktycznie? Taktycznie to różnie… rzeczywiście. Ale mieć poczucie, że tak można, choćby dla własnej satysfakcji, duchowej higieny? Jak najbardziej.
(Co nie znaczy, że tego przestrzegam — czasem sobie narzekam, czasem noszę w sobie optymizm. Z jakimś takim poczuciem, że wiele rzeczy polega na poszukiwaniu równowagi i harmonii, w związku z czym należy się przeciwstawiać tendencjom skrajnym, nim nie jest za późno
)
19 czerwiec 2009 o 6:15 am
Oczywiście, optymizm “osobisty” nie polega na oszukiwaniu się, że już wszystko jest niebiańskie i nie da się świata tudzież siebie w żaden sposób ulepszyć, czy czegoś więcej osiągnąć. Nie, wprost przeciwnie!
Ale ten moment zatrzymania się i refleksji nad tym, co pozytywnego JEST (i ile gorzej by być mogło z różnych powodów) pomaga opanować (on day to day basis) wszelką bomisiowatość i niedasiowatość, jakiej tak dużo w pewnych długościach i szerokościach
(zatem wchodzi w krew, niszczy odporność organizmu, przenika, przecieka, dusi…
)
19 czerwiec 2009 o 6:42 am
Optymizm jest środkiem zalecany przez psychologów i należy go stosować zawsze (po przeczytaniu załączonej do niego ulotki, albo po skonsultowaniu się z lekarzem lub farmaceutą
)
PS.
A dlaczego Gospodyni wybrała oryginalną formę energiochłonność, zamiast energochłonności?
19 czerwiec 2009 o 7:30 am
Żeby przykuć do niej uwagę Czytelników. I odróżnić ją nieco od pojęcia “energochłonności” oznaczającej-denotującej najczęściej konwencjonalne nośniki energii – paliwa, en. el., etc.
Rzeczywiście wybrałam – POPRAWIŁAM
19 czerwiec 2009 o 7:35 am
A tak w ogóle – to pesymiści też mają dobry powód do odpowiadania (na pytanie, “jak ci idzie) – “świetnie!”:
— w relacji do złego kierunku, w jakim toczy-stacza się świat
19 czerwiec 2009 o 7:50 am
A ja już myślałem, że to aluzja do liudzkości pani Chauchat
Zżyma się często (też mi męstwo) jeden z drugim
na tę epokę, powiedzcie jak jej dosyć można mieć,
gdzie spojrzeć krew i klęski żywiołowe [...]
i wszędzie śmierć zagląda w oczy,
no żeby tak psioczyć, tak wybrzydzać, to przecież wszystko palce lizać,
zwłaszcza wieczorem przed telewizorem.
(Tak jakoś Czyżykiewicz mi się przypomniał…)
19 czerwiec 2009 o 7:55 am
U Szanownego Pana widzę z kolei aluzję do dzisiejszego wpisu TesTeqa
)
Gdzie spojrzeć – wpływologia (dlatego należy się obracać we właściwych towarzystwach
19 czerwiec 2009 o 7:56 am
O podobnym problemie – bezkrytycznym mówieniu “tak” traktuje film “Yes Man” (“Jestem na tak”) z Jimem Carreyem (ukazał się właśnie na DVD). Generalne przesłanie tago filmu jest następujące:
Staraj się mówić “TAK”, ale rób to szczerze.
Podobnie jest z deklaracją “jak się masz – świetnie”. Starajmy się mówić “świetnie” i róbmy wszystko, żeby to oświadczenie było prawdziwe.
19 czerwiec 2009 o 8:03 am
Robienie swoją drogą.
Ale swoją – ciągłe uświadamianie sobie, jak bardzo jesteśmy “obdarowani”: żyjąc tu i teraz, mając szanse i wygody, jakie mamy. Wszystko jest w ludzkiej głowie i wszystko zależy od punktu odniesienia: czy nim bedzie jakiś bezwzględny pieszczoch losu, czy mieszkanka Zairu…*
___
*por. Barbara Kingsolver, The Poisonwood Bible. Perennial 1998. Moja odniesieniowa “biblia”, którą powtarzam sobie raz na ok. 3 lata – spora powieść, 543 strony… – ale warto.
19 czerwiec 2009 o 8:31 am
E, Zair — liczą się sąsiedzi zza ściany czy płota!
19 czerwiec 2009 o 8:39 am
Nie z zairskiej ziemi zrodzon,
Ale z polskiej, tej nad Wisłą,
Nie ma słów, co mi dogodzą,
Bo me życie całkiem skisło
19 czerwiec 2009 o 8:44 am
@Mru: Właśnie, i jeszcze tych zza ściany czasem dołujemy uśmiechem czy sprężystym krokiem (z podskokami) o poranku… Niehumanitarne…
@TesTeq: Może – skoro słowa nie dogodzą – poskutkowałoby pogłaskanie po główce?… albo jakaś fajna zabawka zelektronizowana?…
19 czerwiec 2009 o 9:25 am
Dopiero teraz do TesTeqa zerknąłem. Od rana bawiłem się wczorajszymi zdjeciami
Więc raczej równoległość niż wpływologia.
***
Mru ma dużo racji. Staram się leczyć od tego patrzenia, podziwiania i zazdroszczenia, jak ktoś sobie ułożył życie, co sobie kupił itp., bo dostrzegłem, że zazdroszczę ludziom rzeczy, których nie mam nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego że mi nie leżą.
Co do tu i teraz — pamiętam (ech, ten szkolny angielski
) jak mieliśmy w szkole wskazywać, gdzie i kiedy chcielibyśmy żyć. I byłem jedny mówiąc, że tu i teraz (z naciskiem na teraz).
19 czerwiec 2009 o 9:37 am
W zatrzęsieniu
Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek
jak każdy przypadek.
Inni przodkowie
mogli być przecież moimi,
a już z innego gniazda
wyfrunęłabym,
już spod innego pnia
wypełzła w łusce.
W garderobie natury
jest kostiumów sporo.
Kostium pająka, mewy, myszy polnej.
Każdy od razu pasuje jak ulał
i noszony jest posłusznie
aż do zdarcia.
Ja też nie wybierałam,
ale nie narzekam.
Mogłam być kimś
o wiele mniej osobnym.
Kimś z ławicy, mrowiska, brzęczącego roju,
szarpaną wiatrem cząstką krajobrazu.
Kimś dużo mniej szczęśliwym,
hodowanym na futro,
na świąteczny stół,
czymś, co pływa pod szkiełkiem.
Drzewem uwięzłym w ziemi,
do którego zbliża się pożar.
Źdźbłem tratowanym
przez bieg niepojętych wydarzeń.
Typem spod ciemnej gwiazdy,
która dla drugich jaśnieje.
A co, gdybym budziła w ludziach strach,
albo tylko odrazę,
albo tylko litość?
Gdybym się urodziła
nie w tym, co trzeba, plemieniu
i zamykały się przede mną drogi?
Los okazał się dla mnie
jak dotąd łaskawy.
Mogła mi nie być dana
pamięć dobrych chwil.
Mogła mi być odjęta
skłonność do porównań.
Mogłam być sobą — ale bez zdziwienia,
a to by oznaczało,
że kimś całkiem innym.
Wisława Szymborska (Chwila, Znak 2002)
19 czerwiec 2009 o 9:38 am
To była oczywiście odpowiedź na komentarz PAKa…
I nie tylko…
BTW: Abnegat właśnie ogłosił w swym blogu to, co usłyszał od Pani Małżonki swej – że dziś jest najszczęśliwszy dzień w roku…
– I O TO CHODZI!!! – trza wszelkimi sposobami uświetniać i uszczęśliwiać siebie i innych (na siłę też, jeśli się nie da inaczej!…)
19 czerwiec 2009 o 11:06 am
Mój ulubiony dzień tygodnia? Jutro!
Ally McBeal
PS.
Szymborską czytałem, ale jakoś nie skojarzyłem tego wiersza.
19 czerwiec 2009 o 11:41 am
Chciałabym dożyć czasów,gdy do podstawy programowej szkół i przedszkoli wejdzie nakaz zaczynania dnia od “jest dobrze!”. Nie propaganda sukcesu,jak za komuny, ale proste wyjście od pozytywów, jakich pełno naokoło,a tylko my nie umiemy ich dostrzec odruchowo, i wciąż musimy się tego uczyć- tym mozolniej, że nasi rodzice tak nie postępowali- przynajmniej moi mnie nie nauczyli pozytywnej postawy,niestety.
To fakt, może i ona wymaga więcej włożonej energii- ale tylko na początku. Potem ta energia “niesie” człowieka (i dobre efekty, jakie z niej wypływają).
Basia napisała o dryfie z narzekaczami,a ta energia to jest koryto bystrej rzeki,nurt!
19 czerwiec 2009 o 8:23 pm
@PAK: A bo Szymborską to trzeba czytać znacznie częściej, niż tylko jeden raz
@Renata: Bardzo mi się podoba ten obraz koryta rzeki, jakie możemy sobie wydrążyć jedynie słuszną postawą…
Czyli energia się zwraca… pocieszające
19 czerwiec 2009 o 9:25 pm
Znalazłbym też paru innych Autorów i Autorek godnych czytania więcej niż jeden raz
Ale chwilowo na Szymborską mam przerwę. Bez podtekstów — po prostu chcę poczytać trochę innej poezji.
Co do obrazu koryta rzeki to ja mam gorsze skojarzenia… Już prędzej koło zamachowe
Najpierw trzeba włożyć energię, ale potem część energii oddaje i podtrzymuje ruch
19 czerwiec 2009 o 9:33 pm
Jęczenie czyli choroba Polska
Tak na marginesie – mieszkałem w czasie studiów z kolegą który twierdził że człowiek by być szczęśliwy – musi sobie pojęczeć. I uskuteczniał okrutne ryki wieczorne połączone z przeciąganiem i trzeszczeniem w stawach – aż nasza Gospodyni wpadła zaniepokojona co to za ruja i poróbstwo się u nas wyprawia. Od tej pory w trakcie jego rytuałów wychodziłem do kuchni na kanapki. Co się staruszka ma na mnie dziwnie patrzeć…
20 czerwiec 2009 o 6:48 am
@PAK: Nikt nie mówi, że tylko Szymborską. Ja w ogóle – za uniwersyteckimi Mistrzami – jestem zdania, że czytać należy nie ekstensywnie a intensywnie: wracać, przepracowywać ważne myśli i konstrukcje, internalizować je (zwłaszcza to ostatnie!!!)
@Abnegat.ltd: Jęk niejedno ma imię… I niejedną wymowę

)
(To musiało fajnie wyglądać!… A już brzmieć!!!…
20 czerwiec 2009 o 9:48 am
Przeciągam się rano. Czasem z jękami i ziewaniem.
Ale bez ryków. 
Może czas spróbować,bo jest powód- deszcze…
20 czerwiec 2009 o 9:49 am
A,przecież po “deszcze” powinno być takie coś: ”
”
JAK MOGŁAŚ,Renatko?!
20 czerwiec 2009 o 10:14 am
Może czas spróbować,bo jest powód- dreszcze…
…i wtedy wszystko jasne (albo prawie
)
20 czerwiec 2009 o 10:15 am
P.S. Mimo deszczy spokojnych (w pagórach także jutro, niestety) mam się świetnie…
20 czerwiec 2009 o 10:30 am
No jasne, że bez ryków — za sygnały dźwiękowe w mieście mandat można dostać
20 czerwiec 2009 o 11:32 am
Niby można dostać, ale czemu w takim razie te wszystkie autka typu “tindirindi” (określenie Bratanicy) – sprzedające obwoźnie lody, pierożki, etc., i ryczące przy tym potężnie – jeszcze nie splajtowały?
20 czerwiec 2009 o 11:59 am
W temacie. Może…
http://www.youtube.com/watch?v=WXvL2KgnsDs
(Nie od początku. Tak 2:45.)
20 czerwiec 2009 o 12:31 pm
W czasie deszczu dzieci się nudzą…
Ech, chyba sobie to powtórzę…
20 czerwiec 2009 o 2:53 pm
Renata pisze: “A,przecież po ‘deszcze’ powinno być takie coś:”
A przecież po “deszcze”
Powinno coś jeszcze
Swym licem złowieszczem
Obdarzać nas dreszczem…
20 czerwiec 2009 o 4:46 pm
Drrreszcze nieeespokooojnee….
20 czerwiec 2009 o 4:51 pm
Tak a propos dreszczy.
W dawnych komsomolskich czasach pojechaliśmy na obóz przyjaźni do quasi-zachodniego kraju – czyli DDR.
I po 16 piwie (mają takie wynalazki po 1,5% – cudo jak ktoś ma kamienie nerkowe) przetłumaczyliśmy naszą narodową epopeję jako “Vier Panzerfaust und hund”.
20 czerwiec 2009 o 5:11 pm
dreszcze złowieszcze – deszcze i deszcze
- pytam wpieniona – dużo was jeszcze?!!!
Mogę ponarzekać?…

Początek narzekania:
) – a tu na Nowy Targ z okolicami prognoza typu hopeless
Na “Miasto” – 0 opadów ale chmurzyska wielkie…
Koniec narzekania
- nie widzę sprzeciwu!
Mogłabym jutro wyskoczyć na południe – mniej niż 100km: czas jest, autko czeka (zatankowane… nie tylko z niecierpliwości, ale że benzyna drożeje wraz z początkiem wakacji szkolnych
Może choć jaki Miechów zrobię, Wiślicę albo Pustynię Błędowską, ale nędzny to zamiennik w porównaniu z apetytami…
20 czerwiec 2009 o 5:12 pm
@Abnegat.ltd:
…szesssssnaśśśśście pppppppiw…
20 czerwiec 2009 o 5:16 pm
No, no, Pani Gospodyni a narzeka
Życzę udanego wyjazdu, gdziekolwiek bądź
(Bo i zawsze warto mieć kierunki zastępcze.)
20 czerwiec 2009 o 5:20 pm
Jak mi sie bedzie chciało to moze pojadem. A jak nie – to sie bede wysypiać… A i jakiego kielicha se moze szczele w desperacji…
/b diagnozuje u siebie szybko postępującą degrengoladę moralno-mobilizacyjną/
20 czerwiec 2009 o 5:51 pm
A gdzie ta rzeka energii???
Nigdy nie byłem w Miechowie, a może powinienem był być, skoro moje miasto założono początkowo jako wieś, która ma utrzymywać kaplicę ze szpitalikiem, a wszystko to razem otrzymali Bożogrobcy z Miechowa.
Swoją drogą, coś mi się o uszy obiło, że wyremontowano (a raczej może odbudowano, biorąc pod uwagę stan) klasztor Cystersów w Rudach Raciborskich. Ale to zdaje się poza rewirem wycieczkowym Gospodyni? Poza tym internet dokończenia remontu nie potwierdza
20 czerwiec 2009 o 5:58 pm
Co znaczy – “poza rewirem”!

Nic nie jest poza rewirem B… Ani Wrocław, ani Poznań, ani Słowacja, ani Morawy czy Czechy /dobrze, B, nie napalaj się…/
A na Śląsk mam od dawna “chrapkę” – tylko trzeba dobrze czas zorganizować, bo jeżdżenie w tę i nazad… nie, żeby niefajne, ale jakieś takie niekryzysowe jest…
20 czerwiec 2009 o 6:19 pm
Basiu, to ichniejsze weiss to chyba nawet nie ma tego 1.5%… Trzeba wypić beczkę żeby poczuć działanie alkoholu. Za to jakżeż pięknie działa na układ moczowy
O mięśniu piwnym nie wspominając…
20 czerwiec 2009 o 6:24 pm
Mięsień piwny…
)
)
Nie wiem, co mnie bardziej zniechęca do alkoholi:
- propaganda anty (rodzinno-kościelno-społeczna
- ceny
- czy właśnie te horrendalnie puste kalorie (tak nieatrakcyjne w porównaniu z czekoladą, makowcem czy ptasim mleczkiem
20 czerwiec 2009 o 6:40 pm
No – ale taki Hardys o posmaku czarnej porzeczki z nieco przydługim choc aksamitnym smaku – mamusiu…
20 czerwiec 2009 o 6:46 pm
Hmmm… Hardys… pierwsze słyszę
(albo skleroza
)
— “zakonotuję” go sobie
– ten przydługi choć aksamitny smak to dla wielbicielki aksamitnych barytonów coś jak znalazł
20 czerwiec 2009 o 7:03 pm
Australijski producent. W zasadzie wszystko co robi jest mniam – ale shiraz w jego wykonaniu – klękajcie narody….
I jeszcze mi teraz Kennedy dołożył Masseneta…
Ech – piękne życie jest
20 czerwiec 2009 o 7:05 pm
Weź parasol w jedną rękę
I deszczową nuć piosenkę.
Kiedy leje, gdy grzmi burza,
Skacz obunóż po kałużach!
20 czerwiec 2009 o 7:09 pm
abnegat.ltd pisze: “Australijski producent.”
Właśnie dziś w Winarium Marka Kondrata kupiłem 24 butelki australijskiego czerwonego wina – stosowanego przeze mnie codziennie tylko i wyłącznie w celach leczniczych.
20 czerwiec 2009 o 7:10 pm
W folderku “przepisowym” założyłam “Abnegat – rekomendacje trunkowo-spożywcze” (boć i w Blogu SzPana już się nazbierało!)
…I te ceny w Jukeju – “łatwiej” się kupuje (tylko przywozi do kraju trudniej, niż z choćby takiego Monachiuma)
20 czerwiec 2009 o 7:12 pm
@TesTeq: Jak rozumiem, dawki też muszą być aptekarsko-lecznicze…
Ech, piękne jest życie… nawet deszczowe… Chyba zaraz podskoczę obunóż (po kałużach) po jakieś wino albo choć likierek…
20 czerwiec 2009 o 7:33 pm
TesTeq – a nie zdradził byś co za cudo MK sprzedaje? Może tu się to też kupi….
20 czerwiec 2009 o 8:16 pm
A ja spieszę tu by donieść, że u mnie, czyli jakieś 80 km od Krakowa, się przejaśnia (?!). Wygląda na to, że życzenia słonecznej i wycieczkowej niedzieli mają szanse się spełnić
20 czerwiec 2009 o 8:18 pm
PS.
Mało powiedziane — przejaśnia. Mam za oknem (i za drzewami) piękny zachód słońca, może tylko niebo szaro-różowe zamiast błękitno-różowego.
20 czerwiec 2009 o 9:47 pm
A tak w ogóle to mam o rzut kamieniem “Wianki”, o czym (przez te deszcze) sobie przypomniałam dopiero przed chwilą, gdy poszłam do kuchni zrobić wzmocnioną herbatę – z okna widać reflektory, helikopter…
Za chwilę powinny być ognie, ale mi się nie chce wychodzić, bo dotąd często odwoływano kanonadę w przypadku złej pogody… jeśli lokalni pirotechnicy już się nauczyli, jak przechytrzyć wilgoć – zobaczę zaraz efekty przez okno…
– słowem, jak się rzekło, mobilizacyjna degrengolada 
– dzięki, PAKu, za dobre życzenia!
)
(Ale budzik nastawiony ambitnie…
21 czerwiec 2009 o 6:54 am
Fajerwerków nie było…
aut)…
‘Dzicy’ parkingowicze* zmyli się z okolicy szybciutko (nie uszkodziwszy chyba ‘pełnoprawnych’**
Ech, jak sobie przypomnę ten upał zeszłoroczny i zachwyty Anglika, żeśmy prawie jak Włosi czy Hiszpanie w temacie życia nocnego!…
A dziś?… hmmm motyw dreszczy wywołał wilczka z lasu i trzeba go teraz co prędzej zdusić, póki mały (dobrze, przepłoszyć – żeby nam tu jaka liga against cruelty towards animals nie przybiegła z pretensjami
)
___
) – prawdopodobnie i z braku miejsca i z powodu nieco większego bezpieczeństwa ‘po tej stronie’
*Wianki to największy najazd na dzielnicę D, nie licząc momentów, gdy któryś z papieży jest akurat na Błoniach
**Właśnie spostrzegłam z okna kuchni samochód Blisko Spokrewnionego, parkujący w miejscu, gdzie go nie widzieli najstarsi górale (daleeeeko od jego budynku
21 czerwiec 2009 o 5:31 pm
abnegat.ltd mówi: “TesTeq – a nie zdradził byś co za cudo MK sprzedaje? Może tu się to też kupi…”
Nie za bardzo znam się na winach – wszak to tylko lekarstwo.
W Winarium kupiłem:
18 butelek “2004 Merlot Margaret River Wine of Australia” (Jarvis Estate)
6 butelek “2003 Cabernet Franc Margaret River Wine of Australia” (Jarvis Estate)
21 czerwiec 2009 o 6:53 pm
Chce Maestro powiedzieć, że w kwestii lekarstw wierzy Pan Szanowny bez reszty lekarzom?…
21 czerwiec 2009 o 8:07 pm
Hm. To tu Jarvisa nawet na lekarstwo…
22 czerwiec 2009 o 5:28 am
I dlatego społeczeństwo brytyjskie jest tak bardzo chore…