‘Biedni’, pomyślałam w sobotni wieczór 31 maja, dochodząc do miejsca na Błoniach, gdzie nad estradą, pozostałą po występie Francuzów z ubiegłego dnia, rozpięto gigantyczny ekran – dla pierwszego w Europie a drugiego w świecie wyświetlenia Władcy Pierścieni – Drużyny Pierścienia z akompaniamentem muzycznym realizowanym live. Przyjezdny dyrygent z nazwiskiem, Sinfonietta Cracovia, chóry, w tym Pueri Cantores Sancti Nicolai z Bochni ( obserwowany przeze mnie – z wielu sentymentalnych powodów – od zarania działalności)…
Biedni – bo jakoś się utarło, że plenerowy śpiew ujdzie ‘po nocnej rosie’ albo po wodzie… Ach, jakże się niosły madrygały i staropolskie pieśni miłosne (kilka ulubionych motetów zresztą też) w sierpniowe wieczory nad zalewem w Kryspinowie! – Goście moich ówczesnych urodzin do dziś wspominają…
W Austrii czy Szwajcarii mieszkańcy czy inni plażowicze dzwonią czasem po policję (we Włoszech carabinieri sami przyjeżdżają)… za zaśmiecanie akustyczne ich środowiska (co miało miejsce w 1991, w Villach)… Inni wdzięczni są za perełki artyzmu, jakie się zdarza przy takiej okazji rozsiać. Jak dwóch narciarzy letnich, którzy w lipcu 1995 zatrzymali się byli w połowie żlebu pod Pflerschner Tribulaum, 3096 (otoczenie Gschnitztal) – w tym niezwykłym amfiteatrze zachciało się chórowi zaśpiewać Czego chcesz od nas Panie na ukoronowanie całodziennej wycieczki. Choć nie mogło to być dobre wykonanie – zmęczenie, nierozgrzane głosy, zbytnie ‘wczuwanie się’…
Na początku września ‘96 autokar, wiozący do Francji kolegę i mnie, miał dłuższy postój na przejściu granicznym w Olszynie (związany z problemami proceduralnymi jednego z pasażerów). Człowiek pęta się wtedy po betonowych chodnikach… w pewnym momencie, ni w pięć, ni w dziewięć, zaczęliśmy śpiewać partię basową i sopranową Alma Redemptoris Mater… I Palestrina, rezonujący niepełnymi akordami pod zadaszeniami i o budki celników, stał się dla B pożegnaniem z ojczyzną. Na dwa i pół roku.
…Plenerowy śpiew ujdzie po nocnej rosie albo po wodzie. Ale wykonywany profesjonalnie – odbierany jest przez niektórych jako zło konieczne, czasem chałtura, degradacja artysty (i skarbu, jakim jest jego lepiej lub gorzej ukształtowany głos). Tak, jakby muzyczne wyjście na zewnątrz było odwrotnością malarskiego (z wszystkimi zyskami: rozjaśnienia-rozbielenia palety, nacisku na przeżycie i impresję chwili, itd., jakie tamtemu procesowi towarzyszyły). Nic to, że i wiele budowli (w tym nobliwych sakralnych) ma fatalną akustykę – co sprawdzaliśmy systematycznie, bo chór miał zwyczaj dawać nieco głosu w każdym zwiedzanym obiekcie. Gdy jednak okazywało się, że organizatorzy zaplanowali koncert na dziedzińcu, pod arkadami, na estradzie… a już nie daj Boże z nagłośnieniem – wielu (w tym szefostwo) wpadało w zniesmaczenie i/lub panikę.
Ulegałam temu stylowi myślenia. Ale też zawsze pociągały mnie wyzwania i nieprzewidywalność takiego spektaklu. Jak choćby – występu we włoskim Tolentino (prowincja Marche) sprzed dokładnie dwudziestu lat: nie dość, że na wolnym powietrzu i do mikrofonów, to jeszcze z okazji festynu miejscowej partii komunistycznej! A wyszedł świetnie (nie mówiąc o bankiecie po nim). Czasowe obniżenie tonu (byle nie tonacji) okazało się pożyteczne, twórcze, relaksujące… bez szkody dla muzyki.
Bywają też niespodziewane zwyżki tonu. Jak choćby podczas ostatniej mszy Jana Pawła w Krakowie w sierpniu 2002. Nasz chór brał udział w oprawie muzycznej (wraz w wieloma krakowskimi zespołami), a bracia i ja – stojąc w większej grupie w ‘szeregowym’ sektorze – nie mogliśmy się powstrzymać od włączania się w śpiew znanych nam utworów (każdy w swoim głosie). Zerkając na nich dyskretnie, miałam nieodparte wrażenie, że w takich chwilach przywilej wzruszenia jest sprawą uniwersalną.
Nic, że dźwięk szedł w tłum i powietrze jak w gąbkę – nawet lepiej…
23 lipiec 2008 o 7:00 am
Przywilej wzruszenia jest zdecydowanie uniwersalny, co nie znacza, że ludzie wzruszają się synchronicznie. Wam się udało, ale to wyraźnie kwestia wcześniejszego (niekoniecznie świadomego) treningu
23 lipiec 2008 o 7:02 am
Masz na myśli trening wokalny ‘od małego’?…
23 lipiec 2008 o 7:42 am
Było kiedyś takie hasło:
Każdy głos na wagę złota.
23 lipiec 2008 o 7:47 am
Oryginalnie chyba kłos…
Twoja mutacja wyborcza może być do pewnego stopnia pożyteczna propagandowo…
…Choć mój duży chór to zespół kameralny – 25-28 osób maksimum. Małe grupy i zespoły liczyły (ą) od 4 do kilkunastu osób… słowem less is more – ważne, KTO śpiewa
23 lipiec 2008 o 8:00 am
basia mówi: “Twoja mutacja wyborcza może być do pewnego stopnia pożyteczna propagandowo”
Czyżby fakt, że przed pójściem do urny przeszedłem mutację był “do pewnego stopnia pożyteczny propagandowo”? Nie wiedziałem! A jaka partia na tym skorzystała?
23 lipiec 2008 o 8:08 am
…Twoja mutacja wyborcza hasła o kłosach…
Mutacje są smutne dla chórzystów… ale najbardziej napaleni powracają do śpiewania, na szczęście. I te nagrania chłopięcych sopranów bliskich osób! (Zawsze miałam kompleksy, że Brat potrafi wziąć wyższe dźwięki, niż ja…)
Ad rem: Która partia skorzystała? Może nawet FJN
To zależy, kiedy poszedłeś po raz pierwszy do urny. Ja tam dopiero w 1989 roku (zbojkotowałam raz czy dwa)…
23 lipiec 2008 o 8:24 am
basia zbojkotowała?
FJN = Unisono
23 lipiec 2008 o 8:28 am
Tak, Basia miała okazję zbojkotować…
a Szef jej Rady Grodowej – już nie
(Zawsze zazdrościłam starszym kolegom z chóru, że pamiętają transmisje radiowe ekscesów Gomółki… )
FJN – bardzo fałszywe unisono…
23 lipiec 2008 o 9:38 am
Fajny ten Palestrina… Cztery minuty czekałem na koniec intro
Ale tak sobie pomyślałem, że pięknie by się tego słuchało patrząc w jakąś górską, zieloną dolinę…
23 lipiec 2008 o 10:07 am
Jeśli słuchałeś w wyk. Monteverdi Choir Gardinera (podmieniłam; wcześniej było coś anonimowego z niepotrzebnymi wibratami) – strasznie wolno śpiewają… a już na Gardinera
Trochę nudne, faktycznie… ale przynajmniej względne intonacyjnie…
Tak, zupełnie inaczej się słucha i śpiewa w Alpach… Ten wyjazd z przełomu czerwca i lipca 1995 do Austrii, Innsbrucku i Gschnitztal, ze śpiewaniem i chodzeniem, był niesamowity – pierwsze moje doświadczenie przyrody alpejskiej w jej maju… intensywności barw i zapachów kwiecia nie odda żaden technikolor. A wyżej – tylko śnieg i śnieg (bo duże opady były wówczas późną wiosną, więc i leżał sobie).
‘Alma…’ w Olszynie = (oczywiście
) zmelanżowanie się głosów osób, które w stosunku do siebie… itd. A niepełność brzmienia tego duetu dobrze współgrała z końcem lata i rychłą koniecznością rozstania po pięknych kilku tygodniach w Europie i Polsce.
Późniejsze dwa i pół roku poza krajem (wyjeżdżając, nie wiedziałam, że mi wypadnie aż tyle bez odwiedzin) dodatkowo zmitologizowały cały proces przekraczania granicy.
Lecz śpiewaliśmy tak czy owak ‘ładnie’ – bez dwóch zdań…
[jakieś dygresyjki (i nostalgijki)... zamiast pracować wytrwale w ten zimny, deszczowy poranek
]
23 lipiec 2008 o 10:46 am
Może ci dwaj narciarze przestraszyli się, że śpiew spowoduje lawinę?
23 lipiec 2008 o 10:50 am
Popatrz Pan!!!
Na to nikt dotąd nie wpadł… przez czternaście lat
…ale jednak nam pokadzili, że ładnie żeśmy śpiewali… choć nie musieli…
23 lipiec 2008 o 10:55 am
Uhm, nie ma to jak ekscesy Gomółki…
http://youtube.com/watch?v=wxq6lvIRWYM
23 lipiec 2008 o 11:05 am
‘Nieście chwałę’ służyło i służy nam/mojemu chórowi do sprawdzania akustyki zwiedzanych obiektów… Ale chyba nie udałoby się nam wykonać tego aż tak skandalicznie…
BTW: Ciekawe, czy tow. Wiesław umiał śpiewać… a może nawet w dzieciństwie był chórzystą?…
23 lipiec 2008 o 11:15 am
Prawnik rzekłby, że to “eksces intensywny”…
23 lipiec 2008 o 11:23 am
O, pięęęękne, eksces intensywny – powtarzam… kupuję…
23 lipiec 2008 o 12:00 pm
basia mówi: “(Zawsze zazdrościłam starszym kolegom z chóru, że pamiętają transmisje radiowe ekscesów Gomółki)”
To ci koledzy muszą być nieźle posunięci w wieku – wszak Mikołaj Gomółka urodził się ok. 1535 w Sandomierzu, zmarł po 30 kwietnia 1591, najprawdopodobniej 5 marca 1609 na Ukrainie (Jazłowiec) (Wikipedia).
Z tego, co wiem król Zygmunt August lubił siadać przy odbiorniku, żeby owych ekscesów wokalnych i dętych wysłuchać.
23 lipiec 2008 o 12:14 pm
No dobrze już, doooobrze… chodziło mi o tow. Wiesława…
…Ale nie wiem, czy to pośpiech, czy deszczowy poranek, czy zasugerowanie nazwiskiem kompozytora, czy konieczność wyszukiwania (ostatnio) wielu inf. o Władysławie w obcym piśmiennictwie (gdzie go często piszą przez ‘ó’ i ‘o’ – proszę sprawdzić w Wikipedii)
… sprawiły, że wkradł się błąd – dostrzeżony wkrótce po zaakceptowaniu komentarza, ale nie poprawiony ku uciesze Bystrzaków
A Mikołaja Gomółkę moi koledzy znają na wyrywki. Na jakiś koncert (festiwal) do Sandomierza nauczyliśmy się ‘wszystkich najpiękniejszych’ (psalmów)… Reszty douczaliśmy się sukcesywnie – w niedzielne poranki, by je za chwilę wykonać na mszy św. jako responsoria…
23 lipiec 2008 o 1:16 pm
W naszym chórze podczas wykonywania ekscesów Gomółki nieraz dokonywało się przeróbek tekstów ekscesów psalmisty/Kochanowskiego… częściowo były one niecenzuralne oczywiście… A do sprawdzania akustyki służyło nam “Jesu meine Freude”

)
A co do występów na świeżym lufcie, to jeśli używa się pulpitów do nut, niezbędnym sprzętem są klamerki do bielizny
(wypowiedziała się pewna nieprofesjonalna Pani Redaktor – fakt, nie studiowała dziennikarstwa ani nawet polonistyki
23 lipiec 2008 o 1:30 pm
To niby polonistki (o absolwentach dziennikarstwa nie wspominając) użyłyby czegoś innego zamiast tych klamerek?…
My sprawdzaliśmy akustykę różnościami… co tylko większość potrafiła w danym momencie na pamięć… i nie za długie było…
Uświadomiłam sobie teraz, przy tym ‘świeżym lufcie’ Pani Kierowniczki, że powinnam była tu też nadmienić o zdzieraniu głosów na mrozie (piąty akapit)… w sumie rodzaj wody, ale specyficzny
23 lipiec 2008 o 1:30 pm
Kolorystyka klamerek może wzbogacać wrażenia estetyczne odbiorców…
23 lipiec 2008 o 1:55 pm
Zimny luft bardziej przejrzysty,
Pierwszy plan i dalszy czysty,
Widać wszystko jak na dłoni.
Ciepło chłód wreszcie dogoni,
Ostrość planów zamazując,
Kwiaty życia wszak ratując.
Tak przed zgubnym zimna wpływem -
Zimno martwem, ciepło żywem!
23 lipiec 2008 o 4:11 pm
Ojej, chwilowo coś za zimny ten luft na południu…
W Krk ciągle pada (i będzie do jutrzejszego wieczora… w Ciężkowicach, niedaleko Arkadii, słyszę, komitet przeciwpowodziowy powołany, podobnie na Podhalu lokalnie… )
Przypomniały mi się opisy wielodniowych ulew tatrzańskich…
23 lipiec 2008 o 5:15 pm
No proszę, a niektórzy mówią, że to na mazurach ciągle pada…
23 lipiec 2008 o 5:27 pm
Na Mazurach to już wogle przechlapane – ciągle pada notorycznie
Ale południe ma swoją renomę… więc nawet dwudniowe ulewy są bardzo niekorzystne wizerunkowo…
Wzięłam gorącą kapiel z olejakmi róż(a)nemi… zamierzam też wziąć ze schowka puchową kołdrę… a dotąd miało się wrażenie, że człek nie zmarzluch
23 lipiec 2008 o 6:56 pm
Niestety, dzisiaj nie dość, że pada (stąd nie tak daleko do Krakowa, PKP podaje, że 85 km), to jeszcze słuchałem organisty synchronizującego spontaniczne narzekanie obecnych…
23 lipiec 2008 o 7:12 pm
A propos zimna i @1:30 – na mrozie nie śpiewałam, ale zimą, i owszem… przy 15 stopniach na pewnym placu we Włoszech. Nie pamiętam w tej chwili dokładnie (nie będę liczyć, ile to było lat temu
), ale chyba to było Sorrento, przed Wigilią. Całe miasto już świętowało i w ramach tegoż świętowania kazali nam śpiewać na estradzie na rynku. Wykonaliśmy dwa utwory i odmówiliśmy dalszej współpracy 
Śpiewaliśmy im na drogę chyba właśnie Psalmy Gomółki…
Za to potem, w niewielkim amfiteatrze, wzięliśmy udział w najprawdziwszej szopce. Ludzie wchodzili na widownię ze świeczkami z czerwonymi kapturkami z papieru, a za nimi orszak: Józef, Maria w błękicie (śliczna młoda dziewczyna), osiołek i… lalka w wózku jako Jezus
23 lipiec 2008 o 7:34 pm
Za czasów Gomółki było zimniej…
24 lipiec 2008 o 6:39 am
@Pani Kierowniczka: 15C to faktycznie jak w Krk wczoraj… Tyle, że – jeśli Sorrento – to jeszcze gorzej (przeszywający ziąb nadmorskiej zimy)…
też było wietrzne, zimne, przed-deszczowe… zupełnie nie-włoskie. Ale prowincja Marche leży w dzikich górach i następujący bezpośrednio po niej tydzień nad Jez. Trazymeńskim ‘odkuł się’ na nas upałem i duchotą… niesamowitą.
Nb, Tolentino wczorajsze-tylko-20-lat-wcześniej
Ach, te włoskie zwyczaje świętowania religijnych okazji na ulicach!… Procesje, ‘happeningi’ itp. Dobrze, że najczęściej wieczorami – mniej utrudniają ruch uliczny
@PAK: ’synchronizującego spontaniczne narzekanie obecnych…’ powiadasz…
Jako córkę organisty, naumianą od zawsze na pamięć wszystkich zwrotek pieśni religijnych, zdumiewały mnie zawsze jękolenia, których nie ma w ‘literaturach’ katolickich (a już na pewno – protestanckich) na Zachodzie
z tej biednej ziemi, z tej łez doliny
tęskny się w niebo unosi jęk [...]
Serce Jezusa, ucieczko nasza
zlituj się zlituj nad ludem Twym
albo:
słuchaj Jezu jak Cię błaga lud
słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud
przemień o Jezu smutny ten czas
o Jezu pociesz nas
Jeszcze Tato to przynajmniej potrafił to ładnie zaintonować i trzymać tempo, sprężystość… ale jak się trafił jakiś wioskowy niezdara muzyczny!…
I te schematy wchodzą w krew pokoleniom… samopowielające się jękolenie. Zupełnie nie ma tego w optymistycznej hymnicznej literaturze dewocyjnej ‘tam’…
P.S. 85 to i tak dalej, niż 75 do mojego Domu rodzinnego… też sporo się wydaje czasem… gdy korki albo efekty pogodowe…
@foma: Nieee, to w średniowieczu było zimno (inni mówią, że za ciepło – por. winnice w Anglii) – renesans wprowadził wszędzie postęp i harmonię
25 lipiec 2008 o 8:31 am
A te gospody na skutym lodem Bałtyku to kiedy?
25 lipiec 2008 o 7:00 pm
Na Bałtyku za zimno, w Anglii za ciepło… już wtedy mieli problemy ze złotym środkiem… dlatego ten gotyk taki jakiś śpiczasty jest…