‘Josquin Desprez Gospodyni – z przyjemnością wysłuchałem, ten przynajmniej nie kombinował’ – skomentował ‘z dzisiejszego punktu widzenia’ zeen. W czerwcowy niedzielny poranek ‘pełne wyrazu zwroty kadencyjne porównywane do słynnych spojrzeń w niebo uduchowionych postaci z obrazów Rafaela’* zawiodły mnie do innego poranka, od którego dziś upływa 20 lat. Pierwszego lipca 1988, około siódmej rano, kończyliśmy nagranie, które trwało dzień i noc. A przygotowywane było na okoliczność podróży koncertowej do Włoch: śladami II Korpusu (którego weteran z nami śpiewał), na Festiwal w Castiglione del Lago oraz ‘do Papieża’. Sponsorował proboszcz – i słusznie: kilka kamer, mnóstwo lamp, ekipa, czas… coś się należało wiernemu chórowi i jego dyrygentce (a pleban wygłosił na początku filmu mowę… wszystko to JPII obejrzał podczas obiadu w swej letniej rezydencji w towarzystwie naszego księdza, późniejszego asystenta kościelnego TP). Repertuar podróży był bogaty i zróżnicowany; na kasecie zmieściło się nieco mniej, ale i tak sporo.
Josquin Desprez skojarzył mi się ex post z tamtą wiosną i latem nie ze względu na obfitość śpiewanych dzieł (wedle tego kryterium należałoby wyróżnić lata 1991-92 z Mszą L’homme arme sexti toni (w pojedynczej obsadzie głosowej), licznie rozczytywanymi i wykonywanymi motetami, madrygałami… i słuchaniem, słuchaniem, słuchaniem).
W 88 wykonywaliśmy jedynie Ave Maria (stary, bardzo lubiany hit ‘dużego’ chóru) oraz Salve Regina (świeżo wyćwiczone na konkurs PZChiO, dla mnie pamiętny jako pierwszy znaczący występ). Nagranie wspomnianych utworów poszło stosunkowo gładko. To przy wielekroć tu już wspominanej Mszy krótkiej o Janie Bożym Haydna reagowały bezpieczniki… a nasza solistka M – wówczas w życiowej formie – musiała startować do kolejnej powtórki Benedictus… wysyłając pozostałym ciarki ekstazy przez strunę grzbietową. Tory przemarszu owych ciarek określał pilnie pewien tenor… z zawodu chirurg (dziecięcy) – nie ma to jak niezły chór amatorski skupiający bystrzaków wszelkich profesji… (i jednocześnie łobuzów, zaczepiających nieśmiałe sopranistki, tuż przed ich pierwszym tournee).
Inne utwory dominowały i ‘gwiazdowały’ – Josquin pulsował ‘podskórnie’. Kunsztem, szlachetnością, rozmachem, ukojeniem… i wieloma rzeczami, których nie umiałam jeszcze nazwać… nie miałam czasu nazwać (pierwsze lata wymagających studiów: czas prób, emisji głosu, śpiewów niedzielnych, koncertów, wydawał się kradzionym… świetnym i potrzebnym relaksem, ale wyrywanym ‘obowiązkowi podstawowemu’ z pewnym poczuciem winy).
‘Książę muzyki’ porwał mnie dopiero podczas kolejnych włoskich wykonań… nawet tego u Św. Magdaleny na wzgórzu-starówce-półwyspie Castiglione del Lago (nad Jeziorem Trazymeńskim), kiedy to znów – i to dwa razy – zgasło światło (przeciążenie: lampy do realizacji transmisji plus chyba jakieś namiastki klimatyzowania owalnej świątyni o niewdzięcznym, dudniącym pogłosie). Fraza: ‘…dzięki ożywieniu rytmów i konstrukcyjnie pomyślanym pauzom uzyskiwał fakturę o oryginalnych walorach’** ma dla mnie od tamtego koncertu wyrazistą barwę strachu: co będzie, jak się wysypiemy na pauzach Ave Maria (następnego w programie, po prostym nota contra notam), jeśliby znów zapadły ciemności?!…
Na szczęście kompromitacji nie było. Czekało nas za to wykonanie szczególne. 27 lipca w prywatnej kaplicy papieskiej Castel Gandolfo, podczas Mszy z Janem Pawłem. Oprawą muzyczną były wyłącznie utwory polskie**** …oraz Ave Maria Josquina. ‘Mała Basia z sopranów’, choć najmłodsza (ex aequo z pewnym basem), jako jedyna w towarzystwie była na takiej Mszy Św. już po raz drugi. Więc starała się jak mogła patrzyć (podczas śpiewu) na dyrygentkę a nie na co poniektóre chórzystki, którym wzruszenie odbierało głos i blokowało oczy. Ale dobre trzymanie przepony i ładne piana były dla niej najtrudniejsze nie w Bogurodzicy (gdy widziała, jak odziewany w szaty liturgiczne Papież śpiewa z chórem), ale właśnie w motecie Josquina.
Bo niby jest to muzyka anty-czułostkowa. Nie bez kozery znaleziono dla niej określenie ‘musica reservata’: jakby zarezerwowana dla bardziej wykształconych słuchaczy. (‘Tu przypuszczalnie po raz pierwszy w dziejach muzyki następuje wyraźne rozgraniczenie muzyki serio, muzyki elitarnej, od muzyki powszechnie przyswajalnej’ – pisze w cytowanym kompendium Schaeffer). I ciekawe u Josquina jest to, że – będąc twórcą tak wyrafinowanych (i zdyscyplinowanych!) form polifonicznych, mistrzem kontrapunktu w stylu niderlandzkim (np. Ockeghem), skąd J się wywodził, ubóstwianym za życia w całej Europie wirtuozem ozdobników – jest równocześnie nieortodoksyjnym, nowatorskim twórcą przełomu epok, który – poprzez eksperymenty w obrębie akordyki równomiernej – otwiera drogę ewolucji muzyki polifonicznej w stronę homofonii.
Czasem się faktycznie popisywał, czasem przedrzeźniał, czasem nadozdabiał, czasem stosował styl ‘austere’. Jego światem był Mediolan, Rzym, Cambrai, Modena, Ferrara, dwór francuski Ludwika XII… – zewsząd czerpał inspiracje. Do słuchacza, czy wykonawcy, dla którego ‘zarezerwowana’ jest ta muzyka, przedzierają się zwłaszcza echa świeckich utworów śródziemnomorza. I gdy się wykonuje ‘skomplikowanego’, ‘cerebralnego’ Josquina w takim śródziemnomorskim kraju, czasem coś niespodziewanie chwyci za gardło… Niekoniecznie trzeba być gościem w Castel Gandolfo… ale to – naturalnie – pomaga.
Wróćmy z dalekiej podróży. Jest wciąż poranek pierwszego lipca… 1988. Na czerwonym dywanie zakrystii Kolegiaty Akademickiej ‘dogorywają’ chórzystki w długich, czarnych sukniach. Za chwilę ich dyrygentka (w ręcznie malowanych jedwabiach – tonacja od koloru gołąbkowego do głębokiej stali) zrobi ‘rozesłanie’. Za dziewięć dni start tournee; trzeba dopiąć zakupy i sprawy organizacyjno-aprowizacyjne, doćwiczyć to, czego nie było w programie nagrania.
Zaczyna się kolejny upalny dzień. B, z pustym wielkim koszykiem po rozczęstowanych truskawkach, zmierza do wylotówki z miasta. Truskawkobranie czeka.
___
*Bogusław Schaeffer, Dzieje muzyki. WSiP 1983, s.92
**Ibidem
***przyozdobionej alegoriami Bitwy Warszawskiej 1920, zleconymi przez jednego z poprzedników Papieża-Polaka na pamiątkę nuncjatury warszawskiej tegoż poprzednika w okresie bolszewickiej nawały…
****Bogurodzica oraz Msza Polska Nowowiejskiego oparta na tym temacie; Moja Piosnka II Norwida-Świdra i Czego chcesz od nas Panie Kochanowskiego- Świdra
1 lipiec 2008 o 9:57 am
No, no, światowa Basia a cappella w światowym Josquinie a cappella. Światowość niechybnie pomaga. Truskawki tym bardziej
1 lipiec 2008 o 10:04 am
Mogłabym napisać ‘Niech się Pan Szanowny każe wypchać’
– ale przecie mi nie wypada pod tak światowym wpisem
To tylko powiem, że z dwóch tytułów, do których nie jestem w równej mierze przekonana, długo minimalną przewagą cieszył się ‘Josquin, Europa, elity’ (ostatni człon a propos musica reservata ale nie tylko)…
… i wówczas to dopiero byłoby światowo
1 lipiec 2008 o 10:11 am
P.S. Byłam pewna, PAKu, że zakwestionujesz moje cytowania z Schaeffera… przecież są fajne książki (i inne źródła) o Josquinie, szkole niderlandzkiej, polifonii i kontrapunkcie (kontrapunktyzmie?
), muzyce dawnej…
… i ja będę musiała (się) tłumaczyć, czemu to służy…
Zawiódł mnie Pan!
1 lipiec 2008 o 10:53 am
Primo (ech, chyba od Fandorina się zaraziłem), piszę jak piszę, ale tak nałożyły mi się w wyobraźni te peregrynacje Josquina po Europie, z wizytami na dworach; i ten wyjazd, z wizytą ‘na dworze’, albo prawie — skoro w letniej rezydencji. Zapewne musi łączyć je coś więcej niż sama muzyka — coś z atmosfery.
Secundo: truskawki lubię. I to dlatego.
Tertio: Przyznaję, że szukający postępu w muzyce Schaeffer, jako rzucający mosty ku zrozumieniu przeszłości mnie zdziwił. Nieco. Ale traktuje jego prace z sympatią, więc właściwie dlaczego nie? Tym bardziej, że jeśli chodzi o samego Josquina to musiał bym znajomych ‘napuścić’. A to raczej niewykonalne…
1 lipiec 2008 o 11:02 am
Widzi Pan więc, że – jeśli się ma bystrych Czytelników, to wszystko zrozumieją nawet po podmienieniu tytułu bardziej łopatologicznego na bardziej egzaltowany
…
Też bardzo lubię truskawki. Nawet zbierać, choć to troszkę insza inszość (na dłuższą metę… bo parę łubianek – sama przyjemność)
1 lipiec 2008 o 11:30 am
To on był Truskawki czy Truskawski ? Chyba nie słyszałem….
Ja muszę kiedyś sięgnąć do wspomnień; jak kiedyś w Mołdziach pod Ełkiem chór męski ubrany w eleganckie gumofilce, trzymający każdy członek chóru w ręku szklane naczynie z kolorową nalepką, śpiewał – a jakże, a cappella – kończąc frazę przyłożeniem szyjki naczynia do ust, po czym znów śpiew. Zdawało się jakoby czerpali tę muzykę z naczyń i rozlewali po okolicy w uniesieniu wielkiem…. Dyszkanty podawały melodię a falsety po chwili ją podejmowały o sekundę przesunietą, czasem w dół, czasem w górę, eeech, piękne to było….
1 lipiec 2008 o 11:45 am
@zeen: To chyba był ten pułkownik Truskawkow z łubianki.
1 lipiec 2008 o 11:48 am
…a o sekundę wielką, czy małą – bo to wielka różnica…
P.S. zeen mon amour: ‘Zdawało się jakoby czerpali tę muzykę z naczyń i rozlewali po okolicy w uniesieniu wielkiem….’
)
(a że nie należy przynosić sobie lunchu przed komputer, zwłaszcza, jeśli są to porzeczki, powinnam już pamiętać… ale na szczęście, jakimś cudem się nie zakrztusiłam
1 lipiec 2008 o 11:49 am
@TesTeq: Maestro ma – jak zawsze – rację…
1 lipiec 2008 o 12:11 pm
basiu, jasne że różnica. Wielkość sekundy zależała pewnie od tego, czy łyk był wielki czy mały… Przy średnich łykach zaczynały się ćwierćtony, a skale nabierały cech nietemperowanych.
1 lipiec 2008 o 2:01 pm
Ech, pośpiewałbym sobie i ja tego Josquina…
1 lipiec 2008 o 4:21 pm
@foma: Nietemperowanych, powiada Pan… A moi, utemperowani-inaczej (czarujący
) Bracia miewali taki pomysł:
A fisharmonia – normalnie. W tym samym pomieszczeniu. I oni, gdy mieli wyjątkowo dobre humory, to sobie grali-improwizowali na te dwa instrumenty rozmaite rock’n'rolle. Bez transponowania.
Jakoś pianino było zawsze pół tonu niżej. Nie wiadomo, daczego, ale było
Ale już mąż mojej Przyjaciółki nie był aż tak wyluzowany. Do pewnego momentu pozwalał pierworodnemu popisywać się przed ‘Paniem Organistą’ w temacie postępów na pianinku… ale w końcu była chórzystka Taty musiała z bólem zaanonsować (podczas kolejnej wizyty), że małżonek zakazał grania pociesze na naszym instrumencie, żeby się małemu uszki nie zepsuły…
@Hoko: Nic prostszego! Oto teczka na L’homme arme sexti toni i mnóstwo nut!… A tu jeszcze kasetowe unikatowe okładki Josquinowskie (gdyby ktoś dotąd nie widział
)
Pięćsetlecie śmierci ‘Księcia muzyki’ już w 2021 roku
Czas zacząć opanowywać repertuar…
1 lipiec 2008 o 6:01 pm
Ta nieśmiałość sopranistek budzi moje wątpliwości…
1 lipiec 2008 o 6:19 pm
Hmmm, moje też
Ale to było 20 lat temu, nim jeszcze niektóre usłyszały o nieśmiałości jako rewersie pychy…
1 lipiec 2008 o 10:12 pm
Za to niesforność tenorów zostaje na całe życie…
1 lipiec 2008 o 10:15 pm
Zgadza się… a skąd Pan wie?…
1 lipiec 2008 o 10:42 pm
Z cyklu “nie mogłem się powstrzymać” – odsłona kolejna:
http://tiny.pl/k6c4
1 lipiec 2008 o 10:42 pm
Byłem przez dwa lata
1 lipiec 2008 o 11:13 pm
Patrzcie tenorka, a jak basuje
1 lipiec 2008 o 11:13 pm
Yhm, chciałem powiedzieć: basiuje….
2 lipiec 2008 o 5:20 am
@Quake: Rewelacyjne… Zawsze mnie śmieszą takie rzeczy… mimo, iż przez rok uczyłam polskiego (plus praktyki
)
@foma: W moim śnie (tym madrygałowo-salwatorskim) też był Pan tenorem… choć mam wrażenie, że potwierdzenie słyszę po raz pierwszy
@zeen: W moim dużym chórze wciąż uprawiano (i dalej są uprawiane) figle na kanwie basów i Basi. Ale wcale nie ze względu na moją osobę…
2 lipiec 2008 o 7:22 am
Wpadłem podziękować za Josquina, bo mnie zdopingował do przesłuchania płyty pożyczonej od Znajomych.
PS. Swoją drogą to Znajomi lubują się chyba w epatowaniu nagością: http://ecx.images-amazon.com/images/I/410M2zKeSqL._SL500_AA240_.jpg
3 lipiec 2008 o 8:08 pm
Ten okres chyba w ogóle ‘epatował nieco nagością’ przy okazji różnych chansons d’amour. Koleżanka, która mi przegrywała angielskie pieśni miłosne renesansu oraz takież francuskie utwory Josquina – zilustrowała kasetkę takim kolażem (druga od lewej w pierwszym rzędzie)
A na ilustrowaniu wszelakim to ona raczej się zna…