W niedzielę 26 sierpnia ‘07, podczas oglądania na Camden musicalu, w którym śpiewała córka znajomej P, trafiła się nam wszystkim nie lada gratka – 4 bilety na koncert The Rolling Stones: za trzy i pół godziny w O2 (Millenium Dome), na zakończenie World Tour. Jedyne £300 (cena nominalna – bodaj £170). P i jej musicalowa córka R nie wahały się ani chwili; ja wymówiłam się nadmiarem wrażeń jak na jedno popołudnie. Niewdzięcznica! Przepuścić okazję bycia pod tym samym (ogromnym) dachem z Mickiem i kompanami…
Tym bardziej niewdzięcznica, że nawet – zupełnie nie w moim stylu – miałam te £300 w kieszeni po niezrealizowanych sobotnich zakupach… A po takie atrakcje znajomi i kuzyni wyprawiali się byli aż do czeskiej Pragi. Inwestując sporo czasu, kasy…
‘Gdyby to była jakaś słynna śpiewaczka lub skrzypaczka…’ – rozpoczęła krytyczny komentarz koleżanka. ‘Może’ – weszłam jej w słowo – ‘za nie więcej, niż pół tej ceny’. Co także nie oddaje istoty rzeczy – planowałam przecież jakąś ekstra przyjemność urodzinową. Ale to ‘ocalone’ £300 kosztował okazyjny przelot powrotny do Monachium w porze świątecznego ruchu. Któż nie wymieniłby uwodzicielskiej buzi (i korpusu) Jaggera (w oddali, na telebimie) na roziskrzone Alpy pod stopami w okołonoworoczne poranki, dzionki i wieczory?!
Ale jednak te dwie rzeczy mają wiele wspólnego – są realne, jedyne w swych realizacjach. Jak pierwsze w życiu nawiedzenie Luwru dokładnie w niedzielę szczytu celebracji 200-lecia zburzenia Bastylii, jak snucie się po Paryżu (po zaliczeniu z samego ranka Amiens): od Pól Elizejskich poprzez Notre Dame, Sainte Chappelle, Ogrody Luksemburskie itd., po noc w podparyskim Arpagon – dokładnie w pewne urodziny.
W tej logice przeżywania jeden koncert, obudowany właściwie dostrojonymi i wyeskalowanymi emocjami i wysiłkami, wart jest więcej, niż tysiąc najdoskonalszych kompaktów: nawet, gdy za miesiąc nie pamięta się ani nutki – radość i wzruszenie zgromadzone ‘wewnątrz’ trwają, procentują, stają się częścią mnie, moją mocą.
W ostatnich latach – mimo dużego potanienia nośników obrazu i dźwięku – ludzie przestają chcieć płacić nawet drobne udziały za fizyczną płytkę, jej dystrybucję, prawa autorskie… Nie zapomnę ogromnych koszy skopiowanych sidików w bardzo bogatych niemieckich domach (o studentach nawet nie wspominając). Przy drastycznie malejących wpływach ze sprzedaży płyt – nawet dla ‘wielkich’ koncerty-spektakle stają się znaczącym zastrzykiem kasy, a dźwięk i obraz, utrwalone do wielokrotnego odtwarzania, przekształcają się w hm… promocyjną zanętę? Piękna edycja albumu, unikatowe dedykacje i wyjątkowość procesu nabywania pomagają, ale umiarkowanie – mówią spece od trendów na rynku fonograficznym.
Za dwa tygodnie koncert Celine Dion na Błoniach. Biletowany, ale łączka to wielka a krakowianie rozbestwieni licznymi okazjami darmowego uszczknięcia niepowtarzalności chwili…
13 czerwiec 2008 o 7:30 am
Od czasu, kiedy własna gnuśność nie pozwoliła mi udać się na koncert Queenu do Budapesztu, staram się nie przepuszczać takich okazji.
Koncert U2 w Warszawie to niezapomniane wspomnienie mimo swej celowo kiczowatej oprawy (Pop Mart).
Natomiast – bez urazy – za obecność na koncercie Celine Dion musiałbym dostać bardzo wysokie honorarium – znacznie więcej niż 300 funtów. Negocjacje moglibyśmy zacząć od 3 tysięcy funtów.
13 czerwiec 2008 o 7:34 am
Pewnie, że bez urazy – to była drobna prowokacja (nie jedyna w tym tekście)…
Ale Wyjąca Celina ma swych fanów… A koncert reklamowany jest jako ‘wydarzenie’ – więc de gustibus…
13 czerwiec 2008 o 7:38 am
jeden koncert [...] wart jest więcej, niż tysiąc najdoskonalszych kompaktów:
Ha! Dobrze wiedzieć, że na półce mam może ze dwa koncerty
nawet, gdy za miesiąc nie pamięta się ani nutki, radość i wzruszenie zgromadzone ‘wewnątrz’ trwają, procentują, stają się częścią mnie, moją mocą.
Dziwne. Owszem, pamiętam takie koncerty (ale właśnie: pamiętam, może bez szczegółów, jednak jako przezycie), ale po pierwsze, to nigdy nie byłem wcześniej pewien jak przyjmę koncert — czasem te wyczekiwane, wielki, kończyły się niby niczym, a te małe, niespodziane, bez wielkich oczekiwań i sław, pozostawały na długo.
Po drugie, ja pamiętam ‘wydarzenia’ związane z wysłuchaniem płyt. Owszem, podobnie kapryśnie jak z koncertami, dodam że rzadziej, choć płyt słucham częście, ale jednak pamiętam.
I na dokładkę nie wykluczam, że odpowiadając, że to za dużo jak na jeden dzień miałaś więcej racji niż sugerujesz…
13 czerwiec 2008 o 7:58 am
@PAK:
‘Ha! Dobrze wiedzieć, że na półce mam może ze dwa koncerty’ – dziś w zasadzie ilustruję zagadnienie muzyką pop, gdzie nagrania można zdobyć bardzo tanio a koncerty mega-gwiazd są ogromnie drogie. W klasyce jest to spłaszczone…
Tyle o finansach. Bo problem polega na całej sytuacji odbioru wymarzonego, ulubionego stylowo wydarzenia i jego rezonowaniu w pamięci. To jest ta wartość tysiąca kompaktów słuchanych w kapciach, bez wysiłku, w samotności. Oczywiście – prowokacją na nieco wyższym poziomie jest – dla kogo?… Nie wszyscy mogą pozwolić sobie (np. organizacyjnie) na taki styl przeżywania. Wówczas muzyka mechaniczna jest jakąś namiastką niepowtarzalnego wydarzenia…
Rozczarowanie po wielkim oczekiwaniu to też ‘głębokie przeżycie’
Jak niepewność podczas wyciągania korka z butelki naprawdę drogiego, ‘rocznikowego’ wina…
‘I na dokładkę nie wykluczam, że odpowiadając, że to za dużo jak na jeden dzień miałaś więcej racji niż sugerujesz…’ Pewnie, że miałam rację. The Rolling Stones to dla mnie nic osobistego. Nie lubię nadmiernego hałasu, dymu. Cisza, przestrzeń, ruch to znacznie lepsza inwestycja dla moich pieniędzy i czasu. Ale zdaję sobie sprawę, że niektóre ważne wydarzenia ‘nie z mojej bajki’ mogą stać się dla mnie przeżyciem. Wiele razy tak było…
13 czerwiec 2008 o 8:05 am
Gdybym się nie wybrał do Pragi na koncert Rolling Stones to pewnie bym żałował. Tak więc całe szczęście, że się wybrałem
13 czerwiec 2008 o 8:16 am
W bezpośrednim otoczeniu rodzinnym mam uczestników tego wydarzenia. Zgodnie twierdzą, że było wspaniale. Podobnie mówiły P i R o koncercie w Greenwich. Ale to motyw-argument do wpisu na nieco inny temat (który w zasadzie mam przygotowany od ponad miesiąca… może dam koło następnego piątku…
13 czerwiec 2008 o 8:20 am
PAK mówi: “Ha! Dobrze wiedzieć, że na półce mam może ze dwa koncerty”
Ja od pewnego czasu staram się nie chomikować nośników CD/DVD – przynoszę je do firmy i rozdaję. Zostawiam tylko te, które mogą liczyć na jeszcze jedno przesłuchanie/obejrzenie. A tego jest nie więcej niż 100.
13 czerwiec 2008 o 8:55 am
TesTeq:
Fakt. Do wielu dawno nie wracałem. Ale wracam całkiem nieoczekiwanie. I nie widzę szans by zejść poniżej setki. Tożto same “dzieła wszystkie Bacha” liczą coś koło 150 CD…
Basiu:
Bo problem polega na całej sytuacji odbioru wymarzonego, ulubionego stylowo wydarzenia i jego rezonowaniu w pamięci. To jest ta wartość tysiąca kompaktów słuchanych w kapciach, bez wysiłku, w samotności.
Primo: co złego jest w kapciach? Pewna moja znajoma zawsze pragnęła słuchać muzyki boso. Żeby słyszeć stopami
Ja wiem, że to przeciwieństwo kapci, ale… w butach też jest niedobrze
Ale ja nie o tym. Ja o tym, że co do ’słuchania bez wysiłku’, masz rację. Ale ’słuchanie bez wysiłku’, to nie jest kwestia samego tylko nośnika. Owszem, atmosfera wyjścia na koncert (albo wyjazdu), oczekiwania, przebywania wśród innych słuchaczy — to wszystko potrafi przydać smaku, a przede wszystkim wyrwać z codzienności. Ale jak mam dorby dzień (co się rzadko trafia, przyznaję) mogę się wyrwać z codzienności i bez tego. Pamiętam pierwsze (płytowe) przesłuchania Petera Grimesa i Billy Budda. Kolosalne przeżycia. Mimo kapci i domowego otoczenia.
13 czerwiec 2008 o 9:00 am
pak4 mówi: “dzieła wszystkie Bacha”
Chyba dzieła wszystkie Basi? Bacha brzmi chyba zbyt rubasznie.
13 czerwiec 2008 o 9:44 am
Z całym sacunkiem dlo pona Dżegera, ale kiebyk mioł do wyboru:
a) uwidzieć pona Dżegera nawet nie na telebimie, ba z bliska, być na scenie rozem z nim, a potem jesce póść z nim na piwo
b) Alpy w okołonoworocne… zabocyłek, co tam pedziałaś dalej, Basiecko
- wybierom ALPY!!!!!!!
13 czerwiec 2008 o 3:56 pm
Na Stonesow – nie…. nigdy nie lubilem ich muzyki, moze poza paroma wpadajacymi w ucho hitami. Prawde mowiac ta geriatria rockowa coraz mniej mniej bawi, szczegolnie ogladanie jej na zywo. Po koncercie P. Gabriela (ktorego bardzo lubie) z 2003 roku przekonalem sie, ze to juz nie te lata. Chlopakom brakuje tchu, aczkolwiek, poniewaz koncert Gabriela byl ostatnim z koncertow tury, to kapela dala prawie 3 godzinny show. Nie bylo czego zalowac, bo i muzyka, i naglosnienie, i oprawa sceniczna (R. Lepage) byly naprawde na medal. No tylko ze to juz nie ta sama kondycha i zadyszka po kazdym odspiewanym kawalku rosla, a “Don’t give up” powinno nazywac sie na koncertach “I give up”.
A wiec “Notre Celine Nationale” bedzie spiewac w Krakowie ? Celine Wyją ? Bez komentarza…
13 czerwiec 2008 o 6:17 pm
@TesTeq: Chomikowania najłatwiej się odzwyczaić ‘na walizkach’ – gdy człowiek się musi co czerwiec wynieść z akademika. Albo zmienia mieszkania w jakimś drogim mieście, by nie zarabiać tylko na czynsz, ale coś zaoszczędzić. Albo pobył wśród ludów niemieckojęzycznych z ich new frugality i ascetycznymi upodobaniami do nieco-pustych pomieszczeń, gładkich, wysmakowanych płaszczyzn (całkowite przeciwieństwo wciąż-wiktoriańskiego gustu anglosaskiego)…
@PAK: Co jest złego w kapciach? – oczywiście zupełnie nic!
Ale przychodzi moment przesytu – gdy kolejna płyta nie daje już tej radości, tej zmiany jakościowej w naszym rozumieniu, tego szczęścia i doładowania akumulatorów… I, oczywiście, tetryczejemy w naszych bezpiecznych czterech ścianach… czasem nawet nie ma z kim przedyskutować tego, co się właśnie odsłuchało.
)
Podstawowe rozróżnienie dla mnie: muzyka (sztuka) ma budować człowieka – silniejszego, wolniejszego, pewniejszego swej wartości… a nie sługę sztuki dla sztuki.
(Ale bardzo trudno byłoby dziś ‘świadomemu melomanowi’… znawcy czegokolwiek – bez wybrednego słuchania z ‘nośników’
@TesTeq (9:00): Allllle koneksje!
@Owczarek: ‘wybierom ALPY!!!!!!!’ Ja też (wybrałam). Ale w sierpniu nie wiedziałam jeszcze, że okazja alpejska w ogóle pojawi się na horyzoncie…
dana w Wielkanoc ‘93 przez pewną Irlandkę a przytoczona w Pocztówce 28/2005:
A ‘przyświeca’ mi wskazówka życiowa
“Gdy 12 lat temu zaczęłam bezwiednie nucić ‘along’ transmitowanej w Wielki Piątek w tv Pasji Janowej Bacha – wykształcona (również muzycznie) w znakomitej irlandzkiej convent school pani domu przyłączyła się na chwilę, potem przerwała, popatrzyła na mnie z lekka ironicznie i rzekła: ‘you know, Barbara, when you are over thirty – forget about chamber choirs, debating societies, metaphisical poets, indeed – dead poets’ societies, and concentrate on staying fit, to be of any use to your family, your vocation, to yourself… In other words: before thirty you invest in your soul, after – in your body… remember it later, when you have a dilemma whether to enjoy a nice concert or a nice bike ride… the latter is much better to you and to those around you’
Well I am now thirty, so it is time to pass this enlightened tip down to you…”
@Jacobsky: Też mam od dawna mieszane uczucia co do dinozaurów (od kontestacji do ‘obscenicznego’ trzepania kasy) ale i do młodszych (np Madonny, na której koncercie akurat byłam… jedna megagwiazda w życiu nie zaszkodzi… a akurat rezydowała – chyba z 10 dni – na pobliskim Earl’s Court). Stonesi ponoć zachwycają kondycją, zwłaszcza lider. Madonna to samo – legendarnie! Ale już londyńskie recenzje Led Zepps były… Hmmm – prosty lud się zachwycał (kupił b. drogie bilety) a krytycy zostawili może dwie-trzy suche nitki.
) – powrót Cepelinów to – oczywiście – super-sukces…
)
(Natomiast w ‘opinii’ recenzenta Gazety (który na koncercie nie był
Taaak, oprawa wiele zamaskuje. Klient w końcu za coś płaci!…
Czemu Celine bez komentarza?
Całe miasto od dawna oplakatowane dziewoją z rozwianym włosem…
)
Jej Tout l’or des hommes było strrrasznie długo na playlistach RMFu… akurat w czasie, gdy musiałam ‘cierpieć’ brzęczenie tego radia… i Celinkę po 20 razy dziennie. Do tej pory rozśmiesza mnie nie gorzej, niż pewien Freddie (bo lubię trochę kiczu na poranne wybudzenie w domu lub samochodzie
13 czerwiec 2008 o 9:06 pm
Zmęczonym po całodziennym podróżowaniu i załatwianiu spraw, ale ciągnie mnie tutaj, bo towarzystwo zacne i uczciwe stawianie spraw. Mogę się nie zgadzać z różnymi poglądami tutaj wyrażanymi, ale podkreślam: uczciwość w ich prezentowaniu jest rzadkością dziś i to bardzo cenię …
Mam wrażenie, że coś niecoś zrozumiałem (odkodowałem), aleć brak dziś woli na zapasy, popisy i takie tam…
Zgadzam się całkowicie z przesłaniem i dodam, że tak niewielu zadaje sobie pytania w chwilach umożliwiających im realizację marzenia, pragnienia, chęci.
Bo odpowiedzi znać chcą wszyscy, ale ból jej budowania jest zwyczajnie passe…
13 czerwiec 2008 o 11:31 pm
basia,
mam alergie na punkcie Celine. W Quebeku bylo jej po prostu za duzo, do tego stopnia, ze czlowiek bal sie uzyc srodkow higieny, zeby sie przez przypadek nie podeprzec Celine. Mega-kicz i koszmarna buffonada ze strony Celinki i jej Starego (czyli meza). A jej piosenki… powiedzmy, ze nie moj styl.
A propos Freddy’iego: w zeszlym tygodniu PBS nadala koncert Queen z Montrealu, z 1981 roku. Chlopaki jak sprezyny, koncert jak koncert. Zastanawialo mnie zawsze, ze przy calej kasie, jaka trzepal Freddie, nie bylo go stac na wyprostowanie zgryzu…
13 czerwiec 2008 o 11:36 pm
O rany, Jacobsky!
Chwytny był! Chwytny!
14 czerwiec 2008 o 6:47 am
@zeen: ‘tak niewielu zadaje sobie pytania w chwilach umożliwiających im realizację marzenia, pragnienia, chęci.’ Święte słowa… A troszkę o tym więcej (i przekorniej… chyba) będzie – wreszcie – w najbliższy piątek…)
Dobrego weekendu!
I miło mi z powodu Twej opinii o dyskusjach toczących się w tym miejscu
@Jacobsky: Wyobrażam sobie Twą alergię na punkcie Dion bo też jej miałam dość po tej ‘przymusowej’ styczności z RMFem… A stylistyka? – to się sprzedaje
Freddie? Te zęby były chyba częścią wizerunku. Scenicznego i pozascenicznego
14 czerwiec 2008 o 6:50 am
Ha! A ja wczoraj czytałem, że Mahler lubił Nietzschego i w jego Symfonii “Tragicznej” należy się doszukiwać rozumienia tragedii przez tego drugiego. Podsumowując:
“By experiencing this through the medium of tragedy, the spectator could acquire the strength and courage to face the horror and meaningless cruelty of existence — or as Nietzsche put it, ’say Yes to life.’”
Z przesytem masz rację. Ale odbiór zawsze jest kwestią splotu tylu czynników…
Co do funkcji sztuki — unikałbym mówienia o jakiejkolwiek funkcji. Sztuka jest i tyle. To jak z górami
Czy góry mają wzmacniać, dodawać sił, dla czego jedyną alternatywą miałoby być zostanie ich sługą?
14 czerwiec 2008 o 7:09 am
‘Czy góry mają wzmacniać, dodawać sił, dla czego jedyną alternatywą miałoby być zostanie ich sługą?’
– Oczywiście, że mają!
I naturalnie – bywa, iż człowiek staje się niewolnikiem gór – swego narkotyku. A tu trzeba na pare latek zapomnieć, pieniążki na zupełnie inne rzeczy przeznaczać, zaprząc się do zupełnie-nieromantycznego, ostrzejszego, niż dotąd, kieratu. Po to, by stać się pełniejszym, silniejszym człowiekiem (ale bagaż wspomnień pomaga… i nadzieja na przyszłe ‘jeszcze pochodzimy’ pomaga)
Ja po prostu jestem przeciw czułostkowemu pięknoduchostwu…
14 czerwiec 2008 o 9:17 am
Ilekroć słyszę po jakimś utworze: “Jakie to śliczne”, to mam może i podobne odczucia. Tyle, że jestem przeciwny przypisywaniu sztuce (jak i górom) jakichkolwiek funkcji społecznych, czy wychowawczych.
14 czerwiec 2008 o 9:37 am
Tu nie idzie o ‘przypisywanie ich’ naturze czy pojęciu – tu idzie o człowieka dokonującego wolnego i poinformowanego wyboru. I o proces autorefleksji, nawet na drodze wyglądającej nobliwie, pieknie, ’słusznie’…
bo nie jest światło, by pod korcem stało
ani sól ziemi do przypraw kuchennych
bo piękno na to jest, by zachwycało
do pracy, praca by się zmartwychwstało
I to ‘zmartwychwstało’ proszę rozumieć (bo można bez większego trudu… a nawet – bez wypaczania myśli Norwida ) nie w duchu chrześcijańskiego prozelityzmu czy indoktrynacji, ale metaforycznie: natura i kultura to ważne rzeczy, ale w centrum tego wszystkiego jest człowiek – dokonujący wysiłku, ulepszający siebie… a gdy (skoro) już siebie – to i świat.
, że przejście całego GSB (Głównego Szlaku Beskidzkiego) czy gromadzenie pieniążków albo wygospodarowywanie czasu, by wreszcie odwiedzić Prado* nie ma funkcji społecznych czy wychowawczych. Bo ma, niezależnie, czy ‘przypiszemy’ je, czy nie. I oczywiście, realne (realowe) ‘czynienie’ jest znacznie lepsze (dla formowania charakteru ale i gospodarki, poznawania się ludzi), niż namiastkowe, zapośredniczone ‘lizanie szybki’ poprzez głośniki, książkę, ekran monitora…

I proszę mi nie mówić
___
*to mi – i Ermitaż – wciąż wisi nad głową jako niezrealizowane marzenie o ‘naprawdę wielkich’ europejskich galeriach sztuki…
21 lipiec 2008 o 6:18 am
[...] Staram się, by w moim blogu (i nie tylko) uzyskiwać coraz lepszą proporcję ‘przeżyte’ do ‘przeczytane’ (czy pozyskane wskutek innego zapośredniczenia). Mówił o tym choćby wpis ‘Niepowtarzalne’. [...]