- ‘Hello, darling… your rear light seems to be non-existent, my dear… and the front one looks much the same…’
Połowa listopada 1997, po piątej pi-em: pedałuję energicznie ulicą Outer Circle wzdłuż południowych obrzeży Regent’s Park. Pustawo, jak zwykle (dlatego tamtędy jeżdżę). W pewnym momencie wyprzedza mnie policyjny motocyklista, zatrzymuje się, zatrzymuje mnie, zagaja jak wyżej, uznaje, że odblask mam ok (ostry seledynek ukośnie przez plecy, migająca lampka – na moim wszakże ramieniu, a nie na rowerze). Tłumaczę się, że właśnie jechałam na Fulham, by w znajomym sklepie nabyć komplet oświetleniowy (skradziony z mojego poczciwego rumaka kilka dni wcześniej) – wszystko prawda, ale brzmi idiotycznie. ‘Jak to jest – wszyscy zatrzymani mówią, że właśnie jadą kupić oświetlenie’ – kpi dobrodusznie policjant. ‘Widocznie jest sezon na złodziei świateł… dni coraz krótsze…’ Żartujemy chwilę; wreszcie poucza mnie ‘finalnie’ i odjeżdża.
Stare dobre czasy… by przedstawiciel władzy na służbie mógł bez bolesnych konsekwencji zwrócić się ‘w ten sposób’ do kobiety!…
Od wczoraj namiot audio-bezpieczeństwa (niechciane awanse werbalne jako część sexual harassment) rozciągnięto również nad najbardziej ponoć zaczepianą grupą – barmankami. Zatem pracodawca – zobowiązany od 2006 chronić pracowników (w praktyce – raczej pracownice) przed zaczepkami słownymi innych pracowników (oraz swymi własnymi) – będzie musiał też jakoś temperować klientów. Jak?! Jak wyplenić odruchowe (zazwyczaj sympatycznie brzmiące, choć protekcjonalne) słówko ‘love’, wtrącane podczas pubowo-knajpkowych interakcji tak często, że aż strach?…
Jakie komplikacje może to powodować (i przeciw komu się w efekcie obrócić) – pisze Deborah Orr. Statystyczna brytyjska studentka ma zazwyczaj w temacie ‘hospitality business’ wrażenia z pierwszej ręki. Krótsze lub dłuższe, pozytywne bądź negatywne. Osobiście ogromnie sobie cenię trzytygodniowe doświadczenie kelnerki (Wielkanoc ’96): codziennego wyważania pomiędzy profesjonalną, uśmiechniętą uprzejmością (i utrzymywaniem wewnętrznej pogody ducha podczas ciężkiej pracy) a bardzo istotnymi w moim przypadku ‘względami godnościowymi’.
Nowe czasy, nowe zwolnienia od gimnastyki umysłu i woli?…
I tylko tych paru odruchów bezpodtekstowego ciepła w przelotnych stosunkach międzyludzkich jakby trochę żal…
7 Kwiecień 2008 o 7:47 am
Kaloryfer zapewnia doskonale bezpodtekstowe ciepło i to bez odruchów!
7 Kwiecień 2008 o 7:56 am
Czyta Pan w intencjach (a może i uczuciach) legislatorów Her Majesty…
7 Kwiecień 2008 o 8:26 am
No wiesz, Kochanie, ogólną zasadą wszelkich regulacji, począwszy do zasad logiki i matematyki, poprzez prawo na tradycji kończąc, jest zwalnianie z myślenia. Albowiem, Moja Droga, spóźnienie w myśleniu, albo brak wyczucia, potrafią boleśnie zranić uczucia. I regulacją bronimi się przed tym. Zresztą, Kochanie, wiesz to nie gorzej ode mnie. Wszystkim nam pozostaje, więc znajdowanie złotego środka między wolnością, a regulacją. Gdzieś tam, Moja Droga znajduje się ludzka godność.
PS. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tych drobnych uprzejmości za złe. Zresztą, Kochanie, ja się bardzo pilnowałem, by nie zwracać się per “miodku”, “słodziutka”, ani nie przesyłać całusów między wierszami. Pozostało więc, nieszczęśliwie sformalizowane i uznane za dopuszczalne przez Ciebie, Moja Droga, oraz policję brytyjską Anno Domini 1997, a przy tym ubogie w wyrazie: “Kochanie” i “Moja Droga”…
7 Kwiecień 2008 o 8:39 am
P.S. Logicy i matematycy się obrażą… śmiertelnie i odruchowo. Albo na odwrót
7 Kwiecień 2008 o 9:48 am
„Ostatecznym celem matematyki jest eliminacja jakiejkolwiek potrzeby używania umysłu.”
Ronald L. Graham, Donald E. Knuth, Oren Patashnik „Matematyka konkretna” (studencka uwaga na marginesie, wydrukowana za aprobatą autorów).
7 Kwiecień 2008 o 1:14 pm
Trwam w przerażeniu (na myśl o tym celu ostatecznym…
)
7 Kwiecień 2008 o 1:23 pm
Jak zatem w świetle uwagi PAK-a brzmi: matematyczny umysł
7 Kwiecień 2008 o 1:39 pm
Wolę, zeenie, już na tym etapie wyeliminować potrzebę używania umysłu (jakąkolwiek)
…Bo mam w towarzystwie kilku Zarozumialców (przemiłych
), żyjących z tak lub inaczej rozumianej matematyki…
7 Kwiecień 2008 o 1:50 pm
zeen:
Chodzi o to, że celem nauki jest rozwiązywanie problemów. A celem ostatecznym — rozwiązanie wszystkich problemów. Na co zaś używać rozumu, gdy wszystkie problemy są rozwiązane? Nawet rozmowy towarzyskie staną się mało interesujące… A przecież coś między to ‘kochanie’ i ‘moja droga’ wypadałoby wstawić…
7 Kwiecień 2008 o 1:51 pm
PS.
I to niekoniecznie wstawić łyk, czy kęs…
7 Kwiecień 2008 o 5:58 pm
Nie wiem, czy te wszystkie “lovy”, “darlingi” i “honey’e” rzeczywiscie wnosily cieplo do anonimowych, przelotnych, jednorazowych kontaktow miedzy zupelnie przypadkowymi osobami. Wnosily co najwyzej pewna lepkosc zdan, ktore sluzyly wymianie miedzy dwoma osobami. Mysle jednak, ze ustawowe regulowanie tego typu kwestii to lekka przesada.
Nie wiem, jak to jest w pubach brytyjskich, ale tu, u mnie, wiecej dobrego dla kelnerek zrobiono wprowadzajac zakaz palenia niz zakazujac uzywania czulych slowek do obslugujacej nas osoby.
Pisze “osoby”, bo przeciez zyjemy w epoce, kiedy wyszczegolnianie plci rowniez moze byc poczytywane jako seksizm, a wiec zachowanie naganne… A poza tym co stoi na przeszkodze powiedziec “darling” lub “love” do obslugujacego mnie kelenra lub barmana ?
7 Kwiecień 2008 o 7:24 pm
@Jacobsky:
‘As of tomorrow, if you believe the media, it will be illegal to call a barmaid “love”, and another of the simple joys of human interaction will have been extinguished by the nanny state. The banning of the use of the word “love” was neither pledged in a manifesto, nor brought before Parliament, so “love” has been banned without reference to the Will of the People. Now an otherwise craven nation awaits the emergence of the first man brave enough to stand up against the fatwa and declare himself a “love” martyr. Will anyone rise to the challenge?’ – tak zaczyna swój tekst (zalinkowany w mojej notce) Debbie Orr. (Tytuł: Cheers! But it’s a shame we need a law on ‘love’ to prawie dokładnie Twoje zamknięcie pierwszego paragrafu.
‘Te słówka’ są więc zaledwie symbolem szerszej sprawy – de facto, domknięcia legislacji, jaka dokonała się jakiś czas temu.
Owszem, niechciane awanse kierowane są (i były) niezależnie od płci. W trzecim tygodniu mojej ‘przygody’ wiosną ’96 współkelnerował syn szefa, więc komentowaliśmy przebiegi spraw na bieżąco. I oczywiście rozróżnialiśmy doskonale pomiędzy:
-Mocno starszą panią, traktującą nas jak dzieci (a nawet wnuki) i obsypującą wszelkimi możliwymi czułymi określeniami.
-’Normalnymi’ turystami wysypującymi się z V&A (albo z Brompton Oratory po uczęszczanych mszach) i ‘czule’ współczującymi nam, zasuwającym, by sprostać nagłemu ruchowi w małym lokaliku.
-Stałymi bywalcami, których przyciągała też (jakoś) nasza młodość i hmmm, jeśli nie atrakcyjność fizyczna, to co najmniej sympatyczność, uśmiech, itp. (O czym wiedzieliśmy doskonale… i że na to liczył właściciel biznesu).
-Pewnym stręczycielem o profilu homo, testującym okazjonalnie siłę swej perswazji na synu… mimo niechętnych spojrzeń ojca (o rodowodzie ormiańskim)… ale ten pan był regularnym, wręcz codziennym bywalcem – więc szef tylko wzdychał (gdy syn wyszedł do banku, itp.): ‘żeby ten zboczeniec mi dziecka nie sprowadził na złą drogę’.
Całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych wprowadzono w Anglii 1 lipca 2007, o czym dałam notkę w tym blogu. Zakaz się udał (podobnie, jak wcześniejszy w Szkocji): protesty ‘przed’ były umiarkowane, złagodzeń się nie przewiduje (przeciwnie, niż w Niemczech), widać już pierwsze pozytywy (twierdzą lekarze)…
I tylko biedni zatwardziali grzesznicy kruszyli w zimie moje serce, marznąc przed knajpkami, urzędami, itp.
7 Kwiecień 2008 o 8:07 pm
Ejże! Gdyby prawo rzeczywiście miało zwalniać z myślenia to już dawno wszyscy wylądowalibyśmy w wariatkowie
Prawo musi być uzupełniane zdrowym rozsądkiem. W innym wypadku – strach pomyśleć co by się działo
8 Kwiecień 2008 o 12:16 am
basia,
dzieki za odpowiedz. Generalnie, jak to spiewaly Waly Jagiellonskie:
To jest pan Bolek,
On kelnerem jest
On pracuje w barze
kategorii “S”
On bije klientow
Gdy tylko ma chęć,
Bo praca w takim wielkim barze
Bywa pelna spięć…
Moze trzeba podejsc do problemu od tej strony ? Dajac kelnerom/kelnerkom szersze uprawnienia, jak panu Bolkowi ?
8 Kwiecień 2008 o 5:54 am
@PAK (1:50): ‘celem nauki jest rozwiązywanie problemów. A celem ostatecznym — rozwiązanie wszystkich problemów’ – ja tam nie wiem, jak wygląda najnowsza doktryna… ale uczono mnie o jakichś nieskończonościach – więc do tych ‘rozwiązań wszystkich problemów’ to się chyba będziemy zbliżać asymptotycznie… w najlepszym wypadku

Co wstawić między ‘kochanie’ a ‘moja droga’ gdy już nastanie era bezproblemowa – przyznam się, że mam aż za wiele pomysłów
@Quake: Gdzieś tam jeszcze gwarzą, że duch ważniejszy od litery. Ale cała ta nieumiarkowana litygacja (
) świadczy (chyba… czasem…) o igraniu cywilizacji na granicach wariatkowa.
)
(A PAK musiał coś poświęcić dla większego efektu swej brawurowej szarży…
@Jacobsky: Oj, nosiłam już nielegalnie w L obronę w spray’u (przemyconą z Francji)… ale to, co sugerujesz… chyba wymaga zbyt wielkich nakładów sił(owni) i środków, jak na możliwości (i chęci) eterycznych niewiast
8 Kwiecień 2008 o 8:01 am
Bo ostateczność znajduje się w nieskończoności
Zresztą akurat matematycy z nieskończonością są na ty
8 Kwiecień 2008 o 8:15 am
3 Styczeń 2012 o 2:22 pm
[...] Niby pamiętamy, że adding insults to injuries bywa przypisywane (sobie nawzajem przez strony sporu) w manierze tyleż emocjonalnej co arbitralnej… Niby mamy świadomość, że wszystko parszywieje ogólnie a wszystko związane jakkolwiek z polityką – szczególnie… Lecz gdy dostajemy stempel rządowy na diagnozie, że nawet courtesy przekochanego bobbiego z ulicy jest lub zmierza do konsystentnej non-egzystencji*… [...]