-Sto jeden lat temu Einstein odkrył fonon.
-Jeden rok temu Hoko spopularyzował efekt motyla.
-To, czego nie rozumiesz, nie jest twoje – stwierdził dwieście jeden lat temu Jan Wilkołaz Goethe… Nie, chyba nie dwieście jeden… ale by pasowało (tak zaczyna się naginanie empirii do symetrycznych teorii, tez i tekstów).
Ale ten Goethe nie bez kozery. Bo istnieją szkoły (bez)myśli głoszące, że żywot człowieka poczciwego (wersja 21.0) ma i musi polegać wyłącznie na upraszczaniu (sobie) obrazu świata i dorobku myśli ludzkiej.
Żeby nie zwariować i czasu nie marnować w epoce, gdy liczą się wyłącznie przewagi osiągnięte na naszej specyficznej grządce (przewagi – nie znaczy perfekcje).
Żeby nie zwariować – bo poszczególne dyscypliny mówią swoimi slangami i kodami: płynnymi, niekompatybilnymi, coraz bardziej skomplikowanymi.
Żeby nie zwariować – bo od nadmiaru wiedzy (nawet dobrze ‘osadzonej’) to się tylko w głowie przewraca. A od nadmiaru hipotez? – tego nie wie najsmutniejszy Faust…
Taką szkołą jest zadufany pragmatyzm albioński: ‘I wasn’t good at science, and besides, we are duped into believing that alkalines or bugs exist’ – usłyszymy, domagając się więcej owoców w diecie czy dokładniejszego spłukiwania naczyń. Bo ‘intelektualiści zaczynają się w Calais’.
Taką szkołę usiłuje się ostatnio wcisnąć polskiej szkole: większość młodzieży chce iść na studia – musimy więc drastycznie obniżyć wymagania… Cud, że bogini Atena nie pożycza gromów od ojca!…
Może zresztą praktyczne są te postulaty obniżania lotów, gdy człowiek przypomni sobie, jaką torturą bywały lekcje tej lub owej science tylko dlatego, że nauczyciel nie miał najbledszego pojęcia, jak wyjaśnić zagadnienie… zatem pozostawała egzekucja – formułek, wzorów (często wyprowadzonych z błędami)… i oczywiście uczniów. Takie są moje doświadczenia z licealnej fizyki w klasie ścisłej – choć i tak miałam szczęście: matematyka i biologia prowadzone były genialnie, chemia, astronomia i wychowanie techniczne – do zaakceptowania.
Ale nawet licealna fizyka nie była na tyle beznadziejna, by obrzydzić Naukę Największą. Bo bajki o fononach, kwarkach, fraktalach, supernowych i Big Bangach, macierzach, hamiltonianach, efektach motyla i kotach Schrödingera… piękne są.
Bo dobrze jest mieć złudzenie, że się posiada świat.
23 luty 2008 o 7:23 am
Miałbym ochotę popolemizować w sprawie efektu motyla, ale zbyt mocno w Warszawie wieje wiatr – połamałby temu motylu skrzydełka.
23 luty 2008 o 7:43 am
Ha, ze mną mógłbyś popolemizować tylko w kwestii, czy bajka o motylu piękna, czy nie (wyjątkowo się dziś starałam nie popełnić jakiegoś merituma
) – a co do reszty, to już z Hoko sprawa…
W Krakowie około szóstej był tak strrraszny wiatr z ulewą, że nawet mój internet – wyjątkowo odporny na kaprysy aury, jak na jego problematyczną* radiowość – odmówił na kwadrans (czy dwa) współpracy… I ta niesamowita chmura tuż przed świtem!…
___
*nieklasyczne warunki propagacji fali
23 luty 2008 o 10:39 am
Ha!
To, że nie możemy nauczyć się wszystkiego, nie powinno jednak prowadzić do radykalnego obniżenia poprzeczki — powinniśmy rozumieć pewne minimum, by poradzić sobie ze zrozumieniem świata.
Jestem po Twojej stronie w sprawie edukacji, ale… Ale jestem inżynierem
Ale, gdyż trzeba upraszczać, jak to twierdził Einstein (cytuję z pamięci): “Niech to będzie najprostsze jak to tylko możliwe. Ale nie prostsze.” Albo jak głosi pewna zasada inżynierska: “Zrób to najprościej jak to możliwe. Dopiero, gdy okaże się, że to zbyt proste, to komplikuj.”
Nie jesteśmy w stanie poznać wszystkich przedmiotów dobrze. Podobno ostatnim, który to potrafił, był wspomniany wyżej Jan Wilkołaz
I jeszcze uwaga na marginesie: na biologię i historię nie narzekam — były w szkole dobre. Fizyka… trochę za trudna (uczył doktor z uniwersytetu, który w drugiej klasie liceum rzucał w nas całkami oznaczonymi po powierzchni zamkniętej
), ale potrafiła fascynować i pociągać. Chemia… beznadziejna. Mieliśmy starego, w sumie sympatycznego nauczyciela przed emeryturą, który uczył nas, o ile miał dobry dzień… Matematyka była najlepsza w województwie, jak się przekonałem na studiach
Ale niczego nie żałuję.
23 luty 2008 o 11:20 am
Jak zwykle, wszystko zależy od materiału ludzkiego
23 luty 2008 o 12:10 pm
Czasem takie “uprzystępnianie” mocno działa na nerwy. Przykładem niech będzie program pt. “sędzia Anna Maria Wesołowska”. Jak się zauważa w Wikipedii :
http://pl.wikipedia.org/wiki/S%C4%99dzia_Anna_Maria_Weso%C5%82owska
“Celem programu jest między innymi przybliżenie widzowi procedur postępowania sądowego (aczkolwiek przedstawionych w znacznie uproszczonej postaci)”.
No właśnie, znacznie uproszczonej. Efekt tego uproszczenia jest taki, że trzeba później długo ludzi przekonywać, że rzeczywistość wygląda “nieco” inaczej.
23 luty 2008 o 10:01 pm
basia mówi: “Ha, ze mną mógłbyś popolemizować tylko w kwestii, czy bajka o motylu piękna, czy nie (wyjątkowo się dziś starałam nie popełnić jakiegoś merituma ) – a co do reszty, to już z Hoko sprawa”
Czemu z Hoko? Ja o istnieniu Hoko dowiedziałem się od motyla.
24 luty 2008 o 7:44 am
O w kufe! Całkem zapomniałem o seminarium! Ale w połowie jestem usprawiedliwiony, bo do południa nie miałem prądu, a potem wybrałem się na Poszukiwanie Skowronka i jakoś mi zeszło (Skowronka nie znalazłem, więc dzisiejszym popołudniem wybieram się znowu
).
Ale już staję na ubitej ziemi gotowy dać odpór wszelkiemu malkontenctwu
Tak na marginesie, ciekawe, czyją to sprawką była ta niedawna wichura?
Co do nauczania, moim zdaniem to w większej mierze kwestia nauczycieli niż programu. Z “upraszczaniem świata” bym nie wojował, bo to podstawa w utrzymywaniu psychicznego dobrostanu – poznawcze upraszczanie występuje juz u zwierząt – a człowiek dysponuje znacznie większym nadmiarem informacji. To się zresztą odbywa na rozmaitych frontach, bo czym innym jest upraszczanie “wiedzy wkuwanej”, a czym innym codzienne racjonalizacje, z których często nie zdajemy sobie sprawy.
A Goethe… dziś chyba samo pojęcie “rozumienia” znaczy co innego. Zwłaszcza w nauce – w tamtych czasach rozumienie sprowadzało się najczęściej do takiego czy innego obrazowania, które np. we współczesnej fizyce w ogóle jest nieprzydatne; tutaj “rozumieć” to tyle mniej więcej co rozumieć matematyczny formalizm opisujący zjawisko, a jak kto sobie zacznie wyobrażać spin cząstki czy kolory kwarków to daleko nie zajdzie. Zresztą same zasady logiki klasycznej się w starciu z tymi zjawiskami załamują. Więc z “objaśnianiem pojęć” są coraz większe problemy.
24 luty 2008 o 8:11 am
Czyją sprawką była ta niedawna wichora? No ma się rozmieć, że tego ….. motylka
24 luty 2008 o 1:07 pm
Hoko:
Zresztą u mnie wiało umiarkowanie.
Co do wichury — ja się nie przyznaję!
Co do ‘rozumienia wzorów’ — gdy się więcej ze wzorami obcuje to pojawia się pewne swoiste rozumienie, które bardzo trudno przełożyć na inny język, niż matematyczny. Oczywiście nie wszędzie i nie zawsze (serdecznie irytują mnie uczeni, którzy zamiast tłumaczyć wzory, je czytają: “We wzorze a jest pomnożone przez b i podzielone przez c, co daje nam y podniesione do kwadratu…”), ale jednak. Z matematyką jest tak, jak czasem ze sztuką, czy może religią — bliższe obcowanie otwiera nowe wymiary egzystencji
(I nie chodzi mi o kupowanie szerszych spodni, ze względu na siedzący tryb życia…)
24 luty 2008 o 5:47 pm
Hoko mówi: “a jak kto sobie zacznie wyobrażać spin cząstki czy kolory kwarków to daleko nie zajdzie.”
Nie przesadzaj. Kolor skwarków jest najczęściej brązowy.
24 luty 2008 o 7:10 pm
@PAK (23.2; 10:39): We mnie też rzucano całkami oznaczonymi na fizyce przez całe liceum… I wieloma innymi zaklęciami rzucano…
Narzędzia zawsze były strrrasznie z tyłu za naturą, która była do opisania 
Ciekawe, czy jest na to jakaś rada?…
@Dora: Z fizyką, która jest chyba na poziomie licealnym najtrudniejsza do przekazania, jest szczególna bieda: najzdolniejsi fizycy mają bez trudu sto pomysłów, co ze sobą zrobić. A też i ‘wystudiować’ tę fizykę na poziomie uniwersyteckim czy nawet ‘pedagogicznym’ jest ciężko, więc niewielu się tam garnie… I jeszcze problem stylów upraszczania: żeby umieć ‘zobrazować’ gdy trzeba, ale nie strywializować. Nie zapomnę niektórych praktyk licealnych: modele atomu (zwł. doświadczenie Rutherforda i pomysły Nielsa Bohra)… albo kowalność rtęci i inne takie z ciekłym azotem (tego akurat mieliśmy pod dostatkiem… tato koleżanki był b. ważnym profesorem w Instytucie Fizyki Jądrowej – więc pielgrzymki do cyklotronu i nie tylko… to i owo w termosiku przemycane…
) Ale ten praktykant jest teraz w okolicach Harvardu…
@Quake: Bo są różne rodzaje symplifikacji: pokazywanie struktury z pominięciem detali; pokazanie istoty rzeczy metaforycznie czy inaczej-analogicznie; publicystyczne przejaskrawienie, nierównomierność oświetlenia; idealizacja, …
Wydaje mi się, że wszystkie seriale – nawet te najlepsze – lubią poidealizować…
@TesTeq (23.2; 10:01pm): Zmodyfikowane ‘a little bird has told me’?
A ja dziś widziałam parę motylków… cytrynków (czy jak się te żółto-zielonkawe nazywają…) I dalej wiało – nawet mocno dla niezahartowanych
@Hoko: W Lesie Wolskim ptaki śpiewały jak szalone. Ale Skowronka (ani nawet skowronka) na pewno między nimi nie było
W każdym razie Tatry widać było z Kopca Piłsudskiego (i z całego Grzbietu Sikornika) bardzo wyraźnie (nie na tyle jednak, by pchła komórkowa się wykazała
)
Wichura była sprawką foehnu, halnego albo jakiegoś inszego wietrzyska
Strasznie mnie boli to nienadążanie za matematyką. Znajomy (twkz), z którym wiele przeszłam (w górach i dolinach) był doskonały w opowiadaniu tego, co wynika z matematyki czystej, przy pomocy tworzenia której tworzy(ł) swą fizykę bardzo teoretyczną. Ale jak się nie rozumie wzorów, to po czasie pamięta się tylko najbardziej sugestywne obrazy. I nawet nie na tyle, by móc z czystym sumieniem zaryzykować ‘uprzystępnienie’ problemu, który się ‘czuje’ komuś trzeciemu. Albo się tylko pamięta, jak się niemal nie wpadło ze śmiechu do jeziora Buttermere (Lake District) na hasło ‘Fraktalna struktura łaski Bożej’ (chodziło o to, że bardzo ważny i zasłużony profesor, Szef mojego Znajomego, miał okres – już na emeryturze – tworzenia konstrukcji fizyczno-teologicznych… a nawet prezentowania niektórych spośród nich przed samym JPII… I (nieco) złośliwi ‘młodsi’ wymyślali, ‘co by też tu można’, gdyby to oni dostali zaproszenie do Castel Gandolfo
@Dora (dziś; 8:11): Gdybyż tak jeszcze nasz Budowy Motylek dał jakiś znak życia lub inny efekt… niechby nawet przesadzony… Wybaczyłabym. Och, te poważne minusy wirtualnych przyjaźni…
@PAK (dziś; 1:07pm): ‘Z matematyką jest tak, jak czasem ze sztuką, czy może religią — bliższe obcowanie otwiera nowe wymiary egzystencji
(I nie chodzi mi o kupowanie szerszych spodni, ze względu na siedzący tryb życia…)’ – ostrzegam, będę cytować! Z powoływaniem się na źródło, rzecz jasna
@TesTeq (dziś; 5:47pm): Też mi się kwarki skojarzyły ze skwarkami od pierwszego momentu – czyli gdy o nich napomknęła ta złowroga licealna Pani Fizyczka.
Ale, ale – ‘złowroga Pani Fizyczka’… A mój najmłodszy Brat to te zeszyty podkradał i nie tylko się wszystkiego nauczył, co małemu technikowi niezbędne… I jakieś podstawówkowe olimpiady z wieńcami laurowymi pozaliczał… Technikum elektrotechniczne skończył śpiewająco… Na programistę ’się wykierował’… To może się da, jeśli ktoś chce?… A Mały/ Młody wiedział, że chce być ‘elektronikiem’ chyba od kołyski
24 luty 2008 o 8:43 pm
Oczywiście wszyscy fani J. Joyce’a wiedzą skąd się wzięła nazwa “kwarki”
24 luty 2008 o 8:54 pm
Przeczytałam Joyce’a nieco później, niż w czwartej licealnej
A teraz – na cześć Hoko
– biorę się do ponownej lektury. Mam nadzieję zakończyć 16 czerwca (start gdzieś za 2-3 tygodnie)
Skoro już o Hoko – w lekturze jego archiwalnych wpisów blogowych jestem przy Było sobie życie – czyli całkiem nieźle (bo idę spisem treści = kategoriami).
Bardzo polecam zalinkowany wpis. Doskonała i inspirująca popularyzacja!
24 luty 2008 o 9:39 pm
Istotnie, wpis ciekawy. Przedostatnie zdanie od razu skojarzyło mi się z “Solaris” Lema – po przeczytaniu komentarzy okazało się, że nie tylko mi
24 luty 2008 o 9:50 pm
Mi też – choć Solaris przeczytałam późno (parę lat temu) i jakoś niewiele pamiętam…
Nie myślę Lemem i trochę nad tym ubolewam, więc dobrze, że choć tym razem…
25 luty 2008 o 4:56 am
P.S. Ta planowana druga lektura Ulissesa to oczywiście na cześć Owczarka i Hoko!
Przebudziłam sie w środku nocy, zlana zimnym potem z przerażenia na takie faux pas…
25 luty 2008 o 12:25 pm
Ja Lemem myślę czasami aż za bardzo
Sprawdziłem, jakie jest to przedostatnie zdanie w tym moim wpisie, i muszę powiedzieć, że całkiem niezłe…
Jeśli zaś o Ulissesa idzie, życzę powodzenia i samozaparcia – to nie jest książka do “przeczytania”, lecz do “czytania”, jak juz ma się jaki taki ogląd całości, mozna próbować na wyrywki: to jedyny sposób, by wyłapać rozmaite kontrapunkty i odniesienia – a też i sposób taki może być mniej nużący.