Jak na społeczeństwo wielbiące self-made people, wczesne wchodzenie na rynek pracy, wybicie się, posiadanie wpływu na bieg zdarzeń – Brytyjczycy zaskakująco często marzą o nagłym a niespodziewanym przypływie floty i cichym, spokojnym życiu ever after (gdzieś na Bahamach albo innych Baracudach). Gdy akurat sami nie marzą – lubią pokibicować jakiemuś szczęśliwcowi… A i pozazdrościć też. Stąd fascynacja zakładami, loteriami i kasynami (wciąż są obostrzenia w tej ostatniej kwestii). Gdy dekadę temu kilka towarzystw budowlanych (w tym niesławna obecnie Northern Rock) przekształciło się w banki i poszło na giełdę – miało się wrażenie, że całe społeczeństwo pasjonuje się ‘nagrodami’, jakie uzyskali posiadacze kont w tych instytucjach (koleżanka nie mogła odżałować, że 8 miesięcy wcześniej zlikwidowała była rachunek w Halifax Building Society… dostałaby raptem ok. £800). Temat takich windfalls (i windfall taxes) wychodzi też często w formie klasycznej – przy okazji ‘niesprawiedliwych’ regulacji spadkowych.
W ostatnich latach to społeczeństwo, przyciągające niczym magnes bogaczy z całego świata i dające liczne możliwości zrobienia mega-fortun, uwielbia komentować divorce settlements możnych. W poniedziałek 18.2 zakończyły się wysłuchania w procesie procesów – McCartney’ów. Sędzia wyda werdykt w terminie późniejszym (‘za kilka tygodni’) i ma twardy orzech do zgryzienia, bo strony nie osiągnęły porozumienia. Seanse były zamknięte dla mediów – wszyscy więc tym usilniej spekulują, ileż to (i na jakich warunkach) uzyska Heather Mills za cztery lata związku. Mówi się o £60m (majątek Sir Paula szacowany jest na £825m) – i byłaby to suma rekordowa w UK. Dotychczasowy najwyższy divorce settlement wyniósł tu (latem 2006) £48m. Parę lat temu wydano też słynne precedensowe orzeczenie, przyznające byłej żonie prawo do części przyszłych dochodów męża-piłkarza.
Sumy niewyobrażalne. Ale zdarzają się… A można próbować wyszarpnąć jeszcze więcej w sądach USA. Nic więc dziwnego, że tacy poszukiwacze (częściej – poszukiwaczki) łatwej kasy wykpiwani są na potęgę. Te rysunki sprzed 12 lat: Księżna Diana wychodzi z sądu z teczką ‘businesswoman’ i obwieszcza ‘I’ve got the custody of the quids’ – bo podstawą do dealu finansowego jest wygranie custody battle…
Te dowcipy na temat Essex girls – ‘panien na wydaniu’, polujących na ustawionych (bądź dobrze się zapowiadających) brokerów z City… Obecnie o słynnych nosicielkach micro-mini z podlondyńskiego hrabstwa przycichło – za to na tapecie są WAGs (wives and girlfriends… słynnych sportowców, najczęściej piłkarzy). Sarkastyczne słownictwo, nadbudowane wokół tej formacji (waggery, waglash) zdumiewa i rozśmiesza anglistów spoza UK.
A innych irytuje: ‘To, co dla jednych jest godnym napiętnowania gold digging, dla innych – tylko przejawem życiowej prudence’ – skomentowała ostatnio moje żarciki mama dwudziestoletniej panny. ‘Feminism a la Noughties’ – dodała. Mamy bywają niezłymi doradczyniami, jak ma się zaprezentować w sądzie przyszła rozwódka (ubiór, biżuteria, ekspresja), by najlepiej dać do zrozumienia, jaki standard życia ma jej zapewnić były mąż.
Sędzia McCartney’ów będzie więc musiał wyważyć: Zniwelowanie krzyczących dysproporcji w stylach życia rodziców (z punktu widzenia ich córeczki, obecnie czteroletniej) będzie przemawiać za zwiększaniem dealu. Krótki czas trwania małżeństwa i powstanie kapitału Sir Paula przed związkiem z Ms Mills – na niekorzyść. Od wyroku można się odwołać do Court of Appeal. Tam wszystko stałoby się jawne. Media czekają.
21 luty 2008 o 7:21 am
Od samego początku dziwne to było małżeństwo… A McCartney, mimo całego swojego sukcesu finansowego, nigdy chyba nie daruje Lennonowi, że ten miał coś istotnego do powiedzenia słuchającym go ludziom.
21 luty 2008 o 8:17 am
Nie jestem fanem Big Brothera, ale słyszałem dużo o rodziacach osób biorących w nim udział, zwłaszcza młodych kobiet, którzy wspierali każde działanie dające wiekszą popularnosć i szanse na wygraną, choćby stawiajace dzieci w bardzo niedobrym świetle.
21 luty 2008 o 11:17 am
@TesTeq: Tak, dość dziwacznie to wszystko wyglądało. Ale może znów wszystko przez media?…
Niektórzy nie mogą wybaczyć McCartney’owi, że zmarnotrawił tak ogromny kapitał sympatii, jaki spłynął na niego dodatkowo po śmierci Lindy (w kwietniu upłynie 10 lat) – naród był jeszcze na fali empatycznych nastrojów ‘post-Diana’ i przez kilkanaście dni odprawiał sobie maleńką powtórkę z wrześniowej żałoby narodowej…
A teraz dirt digging… Uszczypliwości… Nieżyczliwe recenzje…
‘Wszystko przez te baby’ – jak powiedział na tych łamach Klasyk
@PAK: Tak, Big Brother to z pewnością celowanie w szansę na taki czy inny windfall. Co ciekawe, ten koszmarek wciąż trzyma się nieźle w UK i stale trzeba się dopytywać o jakieś strasznie-często-się-powtarzające nazwisko, które okazuje się być uczestnikiem (bo nie zawsze nawet zwycięzcą) BB
Nie słyszałam o jakimś namacalnym przykładzie takiej czarnej propagandy ze strony najbliższych, ale łatwo sobie to mogę wyobrazić. W końcu sama opisałam jak się szacuje wartość rynkową ‘a vulnerable/wicked woman‘
21 luty 2008 o 11:22 am
Pi-eS
Chyba sobie posłucham Beatlesów w pierwszej wolnej chwili.
A jeszcze lepiej – ich hitów w wykonaniu The King’s Singers
A nuż mi się ‘lista przebojów’ zmieniła???…
21 luty 2008 o 1:37 pm
Co by nie powiedzieć o King’s Singers, wolę oryginał. Taki Joe Cocker i jego genialne wykonania Beatlesów: With a little help… lub She Came In Through….powalają, ale wersja autorska nie traci. Beatlesom nie brak było poczucia humoru, podobnie jak Kingsom a i Cockera widziałem dowcipnego

Mam nadzieję, że to nie starość przemawia przeze mnie, tylko zwykłe stetryczenie
Mój ulubiony album Beatlesów to Abbey Road i później Sierżant Pieprz a czasami odwrotnie, albo jeszcze odwrotniej… Kończę, bo mi rtęć z termometra gdzieś się wyrywa….
21 luty 2008 o 2:25 pm
Dla mnie każda przeróbka to profanacja.
King’s Singers – może być dla śmiechu. Ale nic nie zastąpi oryginału.
Ja kocham też “Revolvera”…
21 luty 2008 o 5:32 pm
@Zeen: Przemów może jakoś tej rtęci do rozumu, Zeenie… – co ona sobie właściwie myśli, trucizna jedna?!…
Moje beatlesowskie lubienia to właściwie poszczególne piosenki… bardzo pokojarzone z tym i owym… czyli wzmocnienia mocno pozytywne
…nawet wzmacniacz czasem niepotrzebny
@Dora: Tak, ma Pani Kierowniczka stuprocentową rację z tą profanacją… Chyba, że jej autorami są The King’s Singers a rzecz dzieje na PROMSach – wtedy jest to nobilitacja
)
(Tu znów wzmocnienie pozytywne – byłam po prostu na miejscu, gdy sześciu wspaniałych dawało premierę dzieł Czterech Wspaniałych w RAH (1997). I ‘bardzo nieźle’ im wyszło
NIC nie zastąpi oryginału, to fakt!
21 luty 2008 o 6:20 pm
No cóż, najwyraźniej McCartney dołączy do licznego grona osób, które nieco za późno poznały zalety intercyzy
I z ciekawostek:
http://biznes.interia.pl/news/rozwod-z-klasa,1061940
“Tuż po tym, jak Larry Page powiedział “tak” 27-letniej Lucy Southworth, cena akcji jego firmy Google spadła o 5 procent. Dlaczego małżeństwo 34-letniego biznesmena, “wartego” dziś ok. 18,5 mld dolarów, zdenerwowało tak mocno inwestorów? Odpowiedź jest prosta – oni nie lubią niepewności. I dopóki nie dowiedzieli się, w jaki sposób potentat zabezpieczył swoje interesy, reagowali podejrzliwie.”
21 luty 2008 o 7:59 pm
Tak, jużeśmy sobie o tym amatorsko ugwarzali (a w zasadzie – napomykali).
Oj, aż głowa boli od samego czytania tego zalinkowanego tekstu… życie jako źródło cierpień… kultura jako źródło cierpień… drugi człowiek jako źródło cierpień… I tylko prawnicy na kolejnych etapach owych cierpień zarabiają…
I lekarze… I (fakultatywnie) księża…
Chyba sobie włączę Bacha na dwoje skrzypiec
21 luty 2008 o 8:37 pm
Ktoś cierpi żeby zarobić mógł ktoś – to są zwyczajne dzieje
21 luty 2008 o 8:40 pm
Krwiopijcy!
…humor mi się zaczyna powoli poprawiać, choć do Largo ma non tanto jeszcze kawałeczek…
21 luty 2008 o 10:39 pm
Leci sobie z CD Bach
drży u Basi cały gmach
i zły humor idzie w piach.
Także makler słysząc “krach”
Bachem swój przepędza strach.
To działa! Kto posłucha Bacha
wnet nogami radośnie macha
21 luty 2008 o 11:36 pm
Largo ma non tanto niestety całkiem nierzadko grywa się na pogrzebach… Jak również Arię na strunie G. Choć jak na moje wyczucie to za pogodne utwory. Bardziej z tej kategorii pasowałaby część powolna z Pierwszego Brandenburskiego…
Ja też nieraz słyszałam na żywo King’s Singersów śpiewających Beatlesów. To śmiszne, zwłaszcza jak udają dęciaki. Ale to całkiem inna bajka…
22 luty 2008 o 5:56 am
@Quake: Tak, Bach jest dobry na wszystko!!!
)
(Nie wiem, co prawda, czy na drogę maklerom za śliską też… ale niech już oni sami się głowią nad remediami na swoje migreny…
@Dora: Też uważam, że Largo z Koncertu na dwoje skrzypiec jest pogodne a nawet energetyzujące. Ale może tego właśnie potrzebują żałobnicy?…
Widziałam The King’s Singers na żywo tylko ten jeden raz. I najbardziej podobał mi się rewelacyjny kontakt z ośmiotysięczną publicznością… Zwłaszcza podczas bisów: przed kolejnym, chyba przedostatnim usłyszeliśmy ‘I see, the question is “are we having fun yet?”‘ A potem ‘Before you go home, we’ll sing Blackbird and that’s it!’
Udawanie instrumentów podziwiam: i za dystans do siebie samych i swej sztuki i za technikę wokalną i za uzyskany efekt końcowy!