O Wielkiej Emigracji, Paderewskim, wojennym rządzie londyńskim, powojennym prezydencie na wychodźstwie wiedzą wszyscy. Ale istnieje też atawizm (nie tylko polski), który każe brać w pewien nawias (a nawet traktować z niechęcią) słowa i wskazania ‘naszych’, wymądrzających się zza granicy i z pozycji zagraniczniaków. Zna ów atawizm każdy, kto choć raz w życiu obserwował wizytę jakichś ‘miastowych’, ‘Francuzów’ czy ‘Amerykańców’ u bliskich, spośród których tamci wypłynęli na szersze wody. Pierwsi mają przemożną potrzebę ulepszania, krytykowania i doradzania swym ‘stacjonarnym’ bliskim. Drudzy traktują owe zapędy z niechęcią, nieufnością a nawet – urazą: jak to, on już zapomniał, jak tu jest; wielki pan, tu nie miasto/ Francja/ Nowy Jork!…
Przypomniał mi się ten schemat podczas niedawnej dyskusji o roli diaspory w obecnej sytuacji politycznej. Było to w blogu Owczarka Podhalańskiego, zakątku w zasadzie apolitykierskim. ( http://owczarek.blog.polityka.pl/?p=86#comment-10258 i dalej, aż do końca komentarzy pod tym wpisem. Oraz: http://owczarek.blog.polityka.pl/?p=88#comment-11742 i kilkanaście następnych)
Myślałam, myślałam i… postanowiłam postawić parę pytań.
1. Czy wśród ludzi, których autentycznie obchodzą sprawy publiczne można jednak pomarzyć o blogowych ‘strefach wolnych od polityki’ – czy też wszędzie powinna panować całkowita wolność ekspresji? Jak uciera się zwyczaj i ile ma tu do powiedzenia gospodarz, a ile komentatorzy?
2. Jak w polskich warunkach ocalić społeczność blogową i jej potencjalną otwartość na inne zapatrywania a jednocześnie dopuścić ostrzejsze wymiany zdań (ryzykując – na bardziej eksponowanych blogach – samounicestwienie poprzez spory wśród komentatorów i najścia etatowych kłótników)?
3. Czy w blogowych polemikach panuje pełna demokracja, czy też mimowolnie uwzględniamy jakieś hierarchie sprzed czasów ‘struktury sieciowej’ (zadomowienie uczestnika w społeczności, wiek, zasługi i inne czynniki nie wynikające bezpośrednio ze ’spójności synchronicznej i diachronicznej’ jego komentarzy oraz ich szerzej pojętej jakości)?
***
4. Jak daleko sięgają prawa diaspory do ‘ingerencji’ w procesy przebiegające w kraju; czy i czego ma ona prawo oczekiwać od ‘Macierzy’; jak głęboko wstecz sięga geneza ewentualnych praw?
5. Czy – zakładając, że diaspora może wymagać, dyktować, sugerować, pouczać (i głosować) – nie jest jej moralną powinnością uaktualnianie wiedzy o realiach życia tutaj, nastrojach, aspiracjach wchodzących w dorosłe życie kolejnych pokoleń… słowem, bycie na bieżąco a nie pośród swoich własnych mitów i obolałości?
6. Jak długo obecni dwudziesto- czy trzydziestolatkowie będą w stanie tolerować jałową martyrologię (niech nawet będzie: ‘prometejską martyrologię’) jako argument zamykający każdą niewygodną dyskusję?
To tylko niektóre kwestie. Wobec masowego wypływu młodych na szerokie wody nie stracą one w najbliższym czasie na aktualności.
21 czerwiec 2007 o 2:44 pm
nikt nie pozbawi mnie prawa troski o mój kraj. nawet, jeśli jestem nie całkiem na bieżąco.
21 czerwiec 2007 o 3:32 pm
Pytanie jest raczej ‘jak’, niż ‘czy’ się troszczyć.
Jak być na bieżąco, rozumieć, czym żyje Ojczyzna, jak ewoluuje w makro skali i w aspiracjach konkretnych ludzi tam mieszkających